..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS

Kultura i Sztuka

czwartek, 10 września 2009

Od początku byłam pewna, że mi zasmakuje. Lubię wino. A truskawkowe brzmi cudnie, prawda?

Polsko-czeska współpraca zaowocowała pięknym malarskim obrazem, w którym jest miejsce na namiętność, zdradę, zemstę, lokalną politykę, zabawę i żarliwą modlitwę. Wstyd przyznać - poza nużącym (niestety!) Jadąc do Babadag  - nigdy nie czytałam Stasiuka, ale oglądając "Wino" nakręcone na podstawie jego prozy, nie miałam wątpliwości. Tak właśnie wyobrażałam sobie Stasiukową pisaninę. Słodko i gorzko, wzniośle i przyziemnie, ale zawsze blisko życia. Wino truskawkowe jest do bólu zmysłowe: niemal czuć zapach lasu i gór, chłód malowniczego wodospadu i smak taniego wina. I ta muzyka!
 Subtelne poczucie humoru łagodzi gorycz nędzy i tragedii.

Mnie najbardziej uwiodło wrażenie jakby wszystko rozgrywało się gdzieś na końcu świata, w jednym z najpiękiejszych zakątków ziemi, gdzie człowiek wobec otaczającej go przyrody tak niewiele znaczy. Ale przyroda, której jest przecież częścią, przynosi mu siłę i zgodę na wszystko, co dostaje od losu.
- Trzeba żyć - mówi jeden z bohaterów.
I gdyby szukac przesłania tego filmu, to pewnie zawiera się ono właśnie w tych dwóch słowach: Trzeba żyć.


A tego aktora uwielbiam od chwili, kiedy po raz pierwszy obejrzałam "Samotnych". Tam był rozkosznie zabawny, a tu? Tu jest magiczny.

sobota, 22 sierpnia 2009

Odgrzebany z piwnicy wiersz na dziś.
Jeden z moich ulubionych.
Napisany blisko sto lat temu ciagle aktualny.

Julian Tuwim "Straszni mieszczanie"

Straszne mieszkania. W strasznych mieszkaniach
Strasznie mieszkają straszni mieszczanie.
Pleśnią i kopciem pełznie po ścianach
Zgroza zimowa, ciemne konanie.

Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.

Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.

I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Głowę rozdętą i coraz cięższą
Ku wieczorowi ślepo zwieszają.
Pod łóżka włażą, złodzieja węszą,
Łbem o nocniki chłodne trącając.

I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.

Potem się modlą: “od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.

Za godzinę zamykam kramik i uciekamy z Endriuszą w plenerowe odwiedziny do Alicji i Andrzeja.
Pogoda dziś nie rozpieszcza, więc trzeba samemu się rozpieszczać.
A jak? To się okaże:)
Miłej soboty kochani!

***

sobota, 18 lipca 2009

Sama jestem sobie winna,
jestem inna niż powinnam

Tak jak myślałam - Maria Peszek dała czadu: zelektryzowała widownię swoim liryczno-żywiołowym show. A mnie uwiodła bez reszty.

Niewiele brakowało, a piszczałabym z zachwytu wśród reszty przeegzaltowanych nastolatek - I love Maria!

Uwielbiam charyzmatyczne osobowości. Ich aura jest dla mnie inspiracją. Niczym wampirzyca wysysam z nich energię, aby ją przetworzyć na własny użytek i dalej puścić w świat.

Charyzma i osobowość to dziś towary deficytowe, dlatego koncert Marii Awarii był dla mnie baardzo smakowitą ucztą.
Dziś natomiast coś z dobrych przekąsek - Trio Waglewskich.



niedziela, 05 lipca 2009

Uroczy weekend z piątkową poezją na przyzamczu, sobotnią imprezą na działce i niedzielną wyprawą do ukrytej w głuszy winiarni dobiega końca. Za nami tegoroczny debiut pływacki w jeziorze Krzywym, nieudane aczkolwiek smaczne fondue i kilka wybornych chwil, które zostaną w pamięci.

Jutro, wykorzystam czas w kramiku i napiszę więcej, tymczasem zmykam do pisania, a tu pozostawię lekturę najnowszej recenzji "Matyldy", czyli jak to widzą faceci:)

Więcej tu:
http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=39337


 

czwartek, 02 lipca 2009

Na naszą uroczą prowincję jakiś czas temu dotarła "Wojna polsko-ruska" oraz nowy obraz Kolskiego "Afonia i pszczoły". Dlatego dziś będzie o filmach.

Z "Wojną" mam kłopot. Jestem bowiem głęboko przekonana, że ekranizacja Żuławskiego jest najlepszą z możliwych. Proza to bowiem trudna do przełożenia na język filmu i łatwo ją skiepścić. Żuławski wybrał metodę ciekawą i stosunkowo nowatorską w Polsce, czyli puścił do nas wielkie oko, które zauważy nawet najbardziej przejęty widz. Niestety teledyskowa forma dłuży się mocno i ani boski Szyc, ani spektaklularne loty Matrixa, ani nawet superśmieszne sceny powalające nas na łopatki, nie są w stanie utrzymać odpowiedniej temperatury. Dlatego opuszczam widownię i nie piszczę z zachwytu razem z resztą recenzentów  - kilka scen było genialnych, ale całość bez szału.
- No ale teksty! Ten film to kopalnia tekstów! - przekonuje Mirek.
- Żaden argument  - myślę. - Kopalnią tekstów jest książka. Wystarczyło zrobić płytę audio dla leniwych.
Gdybym miała to wepchnąć do jakiejś szuflady, nosiłaby ona napis: Efemeryd.
Pożyje intensywnie i umrze szybką bezbolesną śmiercią. Tak to widzę ja.

Natomiast Kolski...
od niego nie oczekuję rewolucji w kinie, ani porywającej fabuły, ani nawet wartkiej akcji.
"Afonia i pszczoły", tak jak inne jego filmy, to po prostu pokaz pięknych slajdów zabarwionych lekkim humorem, dawką nostalgii, jakąś prawdą o byciu w świecie, a wszystko podane wdzięcznie, prosto, nienachalnie.
Kolski na dwie godziny przenosi nas w bardzo skromny, ale baśniowy świat pełen ludzkich słabości, zła, biegunowych uczuć, a jednak w jakiś sposób magiczny i za to go bardzo lubię i zawsze wracać do niego będę.

Z wieści książkowych:
Przeczytałam "Gringo wśród dzikich plemion" - udana, zabawna, zaskakująca, ale jednak gorsza od "Rio Anaconda",  w której poza sporą dawką anegdot Cejrowski  zagłębił się w mentalność dzikich plemion i dotknął ich duchowości, czego w "Gringo" praktycznie nie ma. A szkoda.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Już dawno tak się nie śmiałam. I nigdy bym nie przypuszczała, że tym, który mnie tak rozbawi, będzie on. Wojciech Cejrowski i jego książka "Rio Anaconda".
W czasach, kiedy nowy bestseller pojawia się średnio co minutę, ta książka to relikt przeszłości. Kupili, przeczytali, zapomnieli.
Sięgam po nią dopiero teraz, gdy opadł medialny szum, wokół autora panuje względna cisza, ja zaś podróżuję po Ameryce Południowej i chichoczę na każdym kroku. 
Porównująć Cejrowskiego i Pawlikowską, nie sposób nie zauważyć dzielącej ich przepaści. On porywa, ona żenuje. Ona przypomina, że każdy powinien robić to, co potrafi i nie rwać się z motyką na Księżyc, on natomiast jest żywym dowodem na to, że świat nie może istnieć bez opowieści. Wszystko zaczyna i kończy się na języku. 
 

Dziś jestem w dżungli, a jutro pójdę do księgarni i kupię bilety na dalsze podróże z WC.
Tymczasem wracam, skąd przyszłam.


Acha, tylko jeszcze wspomnę, że...

w ubiegły piątek przyszła na świat ANIELKA - córka Alicji i Andrzeja oraz siostra Amelki i Mateusza. Waży 3800, ma 54 cm wzrostu, jest zdrowa i na razie wygląda jak Mała Mi. Jest ciut obrażona na świat, a co jakiś czas szelmowski uśmiech rozjaśnia jej buźkę. Natomiast Alicja - jak zawsze - wygląda kwitnąco, rześko i pięknie.
Gratuluję i ściskam:)

niedziela, 17 maja 2009

Na specjalną prośbę Pustej Literatki kilka słów o "Tataraku".
Tak jak pisałam wcześniej, nowy film Wajdy pozostawił we mnie bardzo mieszane uczucia.

Po pierwsze dlatego, że nie do końca przekonuje mnie przeplatanie filmu z paradokumentalnymi fragmentami kulis produkcyjnych. A tym bardziej sceny, kiedy Krystyna Janda opowiada o śmierci swojego męża. Węszę tu oszustwo, filmowy trik, na który chcą nas nabrać: że niby to dokument, Janda siada i gada, ale ja w to nie wierzę. Jej monolog, gra światła - wszystko jest perfekcyjnie wyreżyserowane. Nie wątpię w szczerość jej wyznań, a jednak poddawanie ich takiej obróbce, zgrzyta mi. I choć w chwili, kiedy siedzę w fotelu, jestem wstrząśnięta i wzruszona, po wyjściu i głębszej refleksji, nie kupuję tego. 

A zatem historia "Tataraku" jest tylko pretekstem do opowieści samej Jandy. Ale tutaj muszę jej oddać cześć. Janda w roli Marty jest genialna. Pozbyła się tak charakterystycznej dla niej nerwowej egzaltacji, nie ma śladu histerycznych gestów i brzmień. Janda w "Tataraku" jest wyciszona i bardzo wiarygodna. Już w samych jej oczach można znaleźć wszystko: są upiornie puste, zgaszone, tęskniące za młodością i życiem.
I ostatnia rzecz: film jest niebywale malarski i zmysłowy. Mnóstwo tu pięknych zdjęć, fantastycznej gry światłem.

Czy polecam?
Polecam.
Szczególnie tym, którzy Jandy nie lubią i jej nie cenią.
Może warto zmienić zdanie?


środa, 13 maja 2009

"Jest coś pięknego w tym zadowoleniu, w tej bezbolesności, w tych znośnych, przyczajonych dniach, kiedy ani ból, ani rozkosz, nie mają odwagi krzyczeć, kiedy wszystko tylko szepcze i skrada się na palcach.
Niestety ze mną jest tak, że źle znoszę uczucie zadowolenia, szybko staje mi się ono nienawistne i wstrętne, i pełen rozpaczy musze szukać innych temperatur, o ile to możliwe, w rozkoszy, a w razie konieczności - rownież w cierpieniu. Jeśli przez jakiś czas nie doznałem ani rozkoszy, ani bólu i oddychałem letnia, mdłą i znośną atmosferą tak zwanych dobrych dni, wtedy dziecinna moją dusze ogarnia tak ogromny smutek i taka żałość, że zardzewiałą lirę wdzięczności ciskam sennemu  bożkowi zadowolenia w  sytą twarz, wolę bowiem czuć w sobie prawdziwie diabelny ból niż zdrową temperaturę pokojową. Wtedy rozpala się we mnie dzika żądza sensacji, wściekłość na wymuskane, płaskie, unormowane i wysterylizowane życie i  obłędna chęć zniszczenia czegoś, na przykład domu towarowego albo katedry, albo siebie samego;"
Herman Hesse "Wilk stepowy, kolekcja GW, s.21.

Wilk stepowy to trzecia moja pozycja z kolekcji Gazety Wyborczej po Żarcie Kundery i Władcy Much Goldinga.
Długo to trwało, ale wreszcie dojrzałam do czytania klasyki. Męczenie takimi książkami nastolatków jest nieporozumieniem. Dopiero teraz, 10 lat po maturze, dawno po studiach filologicznych, odnajduję wyborny smak obcowania z tymi książkami. 

W przytoczonym fragmencie Hesse dotyka tego, co frustruje mnie na każdym kroku.
"Jesteś zdrowa, ładna, masz rodzinę, chłopaka, pracę, pasję. Czego Ty jeszcze chcesz od życia?" - pytają Ci, którzy nierozumieją.
I ja też nierozumiem, ale tak jak Harry Haller potrzebuję temperatury.
Sorry.

środa, 06 maja 2009
Obok powieści, którą rodzę w ciężkich bólach, rozpoczęłam prace nad kolejnym prodżektem nastolatkowym - powieść dla dziewczyn. A wszystko zaczyna się tak:

 "Jak oni mogli mi to zrobić? Jak można aż tak skrzywdzić własne dziecko? Jedną głupią decyzją moi rodzice zmarnowali mi całe życie. Przekreślili szansę na przyjaźń, miłość, a w przyszłości pewnie i karierę. Nie mam przyjaciół, ani powodzenia u chłopaków. To przez nich nie dostanę się do liceum, a potem na studia. I na bank nie znajdę pracy.

Gdybym była  Andżelą, albo chociaż Agnieszką czy Magdą moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Niestety. Moja dotychczasowa biografia jest ponura i dość żałosna, od kiedy 12 lat temu moi rodzice podpisali mój akt urodzenia. Dlatego za każdym razem doznaje palącego upokorzenia, kiedy nadchodzi sądna chwila. Czas się przedstawić.
Nazywam się Irenka. Tak. I_R_E_N_K_A. Nie zdążę nawet wypowiedzieć imienia, a już robię się czerwona jak burak. Dlatego swoje nazwisko „Korcz” – wyrzucam jednym tchem. Dobrze, że jest takie krótkie. Przynajmniej szybko mam to za sobą. 
- Już nie ma dzikich plaaaaaaż – śpiewa co rano moja Mama, fałszując przy tym niemiłosiernie, a potem wzdycha nostalgicznie – Uwielbiam piosenki Ireny Santor. To po niej dostałaś imię.
Rozmarzona uśmiecha się do wspomnień swojej młodości, zupełnie ignorując fakt, że jej muzyczna fanaberia jest przyczyną wszystkich katastrof, które mnie spotykają.  Jak się nie denerwować, jeśli osoba, która ponosi odpowiedzialność za fatalny bieg mego żywota, nic sobie z tego nie robi!
Niestety upiorne imię to nie koniec moich nieszczęść. Jeszcze gorsze bywa zdrobnienie, którego używa babcia Kunegunda, w skrócie: Gunia.
- Irciu! Dziecko moje! – woła jak zawsze z egzaltacją, kładąc akcent na ciu. Bo moja babcia jest taka właśnie ciu, ciu, ciu: słodkopierdząca jak mówi tato, kiedy ona nie słyszy – Jak ty się ubrałaś kochanie?
- Normalnie – odpowiadam krótko, bo przechodzę teraz tzw. okres buntu i nie lubię już słodko gaworzyć z dorosłymi jak miałam w zwyczaju jeszcze kilka lat temu.  
- Dziewczynka nie powinna się tak ubierać! – kręci nosem babcia, a ja zagryzam wargi, aby nie rzucić uszczypliwości, że szminka wychodzi jej poza kontur ust. – Co to za moda, żeby nosić trampki do spódniczki!"

wtorek, 05 maja 2009

Jeszcze nie wieczór Jacka Bławuta to film, jakie lubię.
Może dlatego, że uniezwykla zwyczajność. Pokazuje pięknie to, co mało piękne, rozbawia, dotykając tematów smutnych i niechętnie poruszanych.
Bławut opowiada o starości z humorem, ale i wielką wrażliwością. Brawurowe sceny z Nowickim w roli głównej przeplatają się z poetyckimi obrazami z Szaflarską i groteskowymi fragmentami, w których podstarzały aktor składa wyrazy uwielbienia niejakiej Róży granej przez Tyszkiewicz.
Bławutowi udało się - jak sądzę - oddać atmosferę Domu Aktora w Skolimowie, a na pewno  zdołał on uchwycić specyfikę podstarzałego środowiska aktorskiego: ich egocentryzm, manię wielkości, nieprzystawalność do rzeczywistości. Jednak wszystkie te "przywarki" ukazane są z pobłażliwością - kamera filmuje swoich bohaterów z przymrużeniem oka, ale i wielką miłością.
A Jan Nowicki w roli spiritus movens jest po prostu genialny.
Tyle.



środa, 29 kwietnia 2009

Czas rozłazi mi się w palcach - trochę kramik, jakieś pracochłonne zlecenia, szczypta życia towarzyskiego i dzień za dniem mija. Wciąż brakuje  chwili na czytanie i pisanie.
Kilka dni temu skończyłam wreszcie "Żart" Kundery.
Ludwik - główny bohater - uświadamia sobie na końcu, że wcale nie kochał Łucji tak jak mu się wydawało. W gruncie rzeczy jej nie znał. Kochał ją tylko jako funkcję samego siebie, a nie taką, jaką była naprawdę.

Kiedy myślę o mężczyznach swojego życia, najbardziej kochałam tych, którzy we mnie chcieli zobaczyć siebie. Przejrzeć się i nie dotrzeć nigdzie głębiej. Bo głębiej nie było im potrzebne. Przecież jest fajnie tak jak jest. 

A ja wtedy skomlałam w duchu o uwagę, używałam forteli, aby wepchnął dłoń w moje trzewia i dogrzebał się do mnie - prawdziwej, nagiej, bezbronnej. 

Dziś nie umiałabym zakochać się w mężczyźnie, dla którego jestem pluszową maskotką na deszcz i nudę. Nie wiem, co to znaczy skomleć o chwilę uwagi.

Może to przychodzi z wiekiem, a może z człowiekiem, który uczy trudnych reguł kochania. 
Do mnie ktoś taki przyszedł.
I ocala mnie każdego dnia.
  

środa, 22 kwietnia 2009

A dziś nie napiszę nic. Dziś słuchowisko radiowe - o "Matyldzie", pisaniu i takich tam...

http://zyrfata.wrzuta.pl/


czwartek, 12 marca 2009

Obejrzałam "Vicky Cristina Barcelona" Woodego Allena. To film z gatunku tych, które są jak woda na mój młyn. One głaszczą mnie po główce i mówią: "Widzisz, inni też tak mają. Nie jesteś sama."
I wtedy chociaż na moment ulatuje moja nieprzystawalność do świata i poczucie winy, z którym się budzę, zasypiam, śpię i żyję. Poczucie winy to mój najbliższy przyjaciel: przypomina mi o tym, że kogoś rozczaruję, że nie jestem wdzięczna za to, co dostaję, że nie mam silnej woli i w ogóle pstro w głowie, które kobiecie prawie trzydziestoletniej już nie uchodzi!
Ale takie filmy poza głaskaniem i chwilowym usprawiedliwieniem, potęgują mój wielki lęk przed stabilizacją, idealną rodzinką, kochającym mężem i dwójką rozkosznych dzieciaczków, domem z ogródkiem, niedzielnym spacerem i świeżymi bułeczkami smarowanymi przepyszną margaryną Rama. Boję się tego jak ognia.

Niech będzie skaza, niech niesie mnie fala, niech przyjdą upadki i wzloty, niech będzie inaczej niż w mieszczańskim scenariuszu. Pięknie i strasznie.
Mam prawie trzydzieści lat i wciąż nie chcę znać jutra.  

Na szczęście nie jestem sama.
Byłam dziś na kawie z moją bośniacką klientką. Spędziłyśmy urocze dwie godziny, gadając o tym, że chcemy żyć po swojemu. I mimo że dzieli nas geografia, historia, język i kultura, mimo  że się w ogóle nie znałyśmy, rozmawiałyśmy ze sobą jakbyśmy przegadały dziesiątki nocy.
Do stupid, crazy, even bad things, you really allow to do it - powiedziała Ivana - It is  your life. But remember to be responsible for it. It is enough. 


środa, 25 lutego 2009

Zadzwonił do mnie wczoraj mój stary znajomy. Nazwijmy go..., albo nie. Nie nazywajmy go.
Ów znajomy od lat żyje ze swoim partnerem i ma się dobrze. Wczoraj jednak wyjawił mi rewelację, która zaprząta moje myśli i niemal spędza sen z powiek.
Otóż w ich związku pojawił się ktoś trzeci.
Standard - powiecie. Trójkąty rzecz codzienna, tyle że skrzetnie ukrywana.
Tymczasem trójkąt mojego kumpla jest trójkątem doskonałym i w pełni jawnym. Oni po prostu kochają się (w duchowym i fizycznym znaczeniu) we trójkę. Poważnie rozważają plan zamieszkania razem.
- Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi sie coś takiego - wzdychał kumpel do słuchawki - Kocham ich obu i oni się kochają, i oni mnie kochają. Taka synergia zdarza się raz na tysiąc lat. To jest magiczne, boskie. I...
- I przez naszą kulturę totalnie odrzucone.

- Kiedy wyznałem to mojej psychoterapeutce, była głęboko zniesmaczona.

Zniesmaczona.
Właściwie czym?
I tutaj znów kłania się nam kulturowy balast.
Trójkąt to chyba ostatni bastion społecznych zahamowań. Pomijam tu pornografię, bo ona koncentruje się jedynie na seksualnym wycinku. Seks w troje - ok, ale życie w trójkę? To się po prostu nie mieści w głowie!
A przecież rzecz wcale nie nowa. Pamiętam, że jeszcze w podstawówce czytałam bardzo zmysłową powieść Hemingwaya "Rajski ogród". Ich dwie, on jeden. Trójkąt równoboczny  - każdy wierzchołek jest tak samo blisko dwóch pozostałych; kocha i jest kochany. Nie pamiętam co prawda jak się skończyła.
Mój drogi znajomy polecił mi książkę B. Foster, M. Foster, L. Hadady "Milość we troje" wydaną przez Santorskiego. Niestety nakład wyczerpany i nigdzie nie można jej dorwać.

A opis wydawcy brzmi intrygująco:

"Książka przedstawia historyczną analizę trójkątów miłosnych m. in. Moliera, J.J. Rousseau, Markiza de Sade, A. Dumasa, W. Hugo, Z. Freuda, S. Dali, H. Millera i innych. Lektura tej książki powinna być wyzwaniem dla wszystkich zainteresowanych problematyką obyczajową, seksualnością, etyką, i przyszłością podstawowych relacji międzyludzkich. Autorzy tej książki od kilku lat żyją w związku trójkątnym."

No i co?
Nie macie ochoty?
Bo ja mam.

poniedziałek, 16 lutego 2009

W najnowszym Portrecie on-line trochę o mnie, o Matyldzie i o Klinice:

http://www.portret.org.pl/tyminski/online49.pdf



Zachęcam do lektury i zmykam zakończyć dzień na hardrockowym koncercie w Grawitacji. Monia ciągnie, odmówić nie można:)

wtorek, 03 lutego 2009

Czytam powieść biograficzną o Coco Chanel.
Jakoś tak już na tym świecie jest, że sukces wybiera kobiety nieznośne.
A może one wybierają sukces?
Kobiety nieznośne wybiera też miłość.
Bo w nieznośności jest jakiś fetysz, który wabi i przyciąga.

Kiedy oglądam się ze siebie, widzę mężczyzn, których uwiodłam nieznośnością, oraz kilku, których uwieść nie zdołałam.
Za każdym razem, gdy starałam się być lepsza niż jestem.



Jutro o świcie - projekt Warszawa.
Wrócę dopiero w niedzielę.
Dobranoc.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Jakiś czas temu przeczytałam w "Zwierciadle" artykuł o świętowaniu. O tym, że w naszej polskiej kulturze stwarzamy niewiele okazji do świętowania. A przecież zawsze znajdzie się powód, aby coś uczcić. Pierwszy śnieg, pierwszy ząbek dziecka, pierwsze zdanie nowej powieści, pierwsza nagana w robocie czy kraksa, z której się wyszło cało.
Świętowanie daje nam energię, integruje z innymi ludźmi, a przede wszystkim dostarcza kosmicznej radości istnienia.

Dziś za sprawą Szuwarka, który zaciągnął mnie do Planety 11, obejrzałam film Tonego Gatlifa - Gadjo Dilo.

Ta piękna cygańska opowieść wywołała we mnie poczucie ogromnej tęsknoty za żywiołem wspólnotowej radości, za muzyką i tańcem. Te pierwotne rytuały świętowania niosą ze sobą magiczną siłę - tańczący Cyganie zdają się być bliżej Boga niż katolicy zasiadający w kościelnych ławach. W tym tańcu tkwi potęga życia i pokora umierania.

Piękny poruszający film.
Aż chce się wstać i pójść.
Tam gdzie wzrok nie dosięgnie, ale zaniosą nogi.

niedziela, 25 stycznia 2009

Pamiętacie ten film?
Oglądałam go kilkanaście razy - jeden z kultowych obrazów mojego dorastania.
Do dziś mam dreszcze, kiedy słyszę muzykę lub widzę fragmenty.
I pomyśleć, że to było tyle lat temu.
Dokładnie - trzynaście.  

środa, 21 stycznia 2009

To jest tak jak z przebojem Dody czy Feela - usłyszysz numer kilka razy i zanim się zorientujesz, już zaczynasz go nucić.

Wytrwałe patrzenie na okładkę "M", również sprawia, że nawet można ją polubić:))

czwartek, 15 stycznia 2009

Przeczytałam "Wściekłego Psa" Tochmana.
Wbrew powszechnym opiniom Tochman nie jest dołujący. On wstrząsa. Rzuca czytelnikiem o ścianę i siłą podnosi mu powieki. Każe spojrzeć prawdzie prosto w oczy.
Takich jak ja, którzy do świata mają stosunek życzeniowy, odziera z naiwności. Uświadamia, że w mgnieniu oka nasze wielkie plany i aspiracje mogą sprowadzić się do marzenia, aby dojść do łazienki o własnych siłach.
On nie dołuje, on bardzo dobitnie uświadamia nam, ile mamy szczęścia, prowadząc nudne i zwyczajne życie, w którym ciągle nam czegoś brakuje.

Polecam bardzo i obiecuję - przeczytacie ten zbiór jednym tchem.

Tymczasem idę się pakować.
Wsiadam dziś w pociąg do Poznania.

środa, 14 stycznia 2009
Dawno już mnie nic tak nie wzruszyło.
Marsz Pingwinów.

piątek, 12 grudnia 2008

Niespodzianka na weekend:)



http://www.proszynski.pl/Matylda-p-30025-1-30-.html

Zapraszam do księgarni od 15 stycznia 2009

czwartek, 11 grudnia 2008

33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej to chyba pierwszy film, którego nie da się wrzucić do żadnej szufladki polskiego kina. Ale przede wszystkim to film cholernie prawdziwy - bez baśniowej mgiełki, bez nuty moralizatorstwa, bez fałszywej martyrologii.

Świat w obrazach Szumowskiej jest moim światem, światem pozbawionym politycznej poprawności, fałszywej moralności, skostaniłych norm, zakazów i nakazów.

Dlatego rozumiem, że można tańczyć, pić i kochać się, kiedy umiera bliska osoba.
Wiem, jak smakuje papieros i śmiech na pogrzebie.
Nie rażą mnie wulgaryzmy w rozmowie z rodzicami i rodzeństwem.

Szumowska jako jedna z nielicznych pokazała familijny obraz bez złoconej ramy.  Jej najbliżsi to normalna inteligencka rodzina - bez patologii, którą tak lubią polscy filmowcy i bez zbędnego lukru charakterystycznego dla reklam, telenowel i komedii romantycznych.

I to jest największa siła tego filmu:
Szumowska rozebrała człowieka z mieszczańskiej moralności i pokazała to, co dzieje się naprawdę, kiedy odchodzą Ci, których kochamy, kiedy świat wali sie na głowę.



środa, 03 grudnia 2008

Wreszcie dotarło do Olsztyna.
"Boisko bezdomnych" Kasi Adamik.

Kolejny kawał dobrego polskiego kina wpisujący się w nurt opowieści o magii codzienności. Baśń o ludziach, którzy na co dzień nas odstręczają, brzydzą i złoszczą, kiedy wsiadają do tramwaju i cuchnąc niemiłosiernie, przypominają o tym, że świat to nie tylko nasze przytulne mieszkanka, wygodne samochody i modne czyste ubrania.  A mimo wszystko, nie jest to świat pozbawiony marzeń. Bo marzenia jak to, co najważniejsze w życiu, są darmowe. Dostępne również bezdomnym.

Film z gatunku tych oglądanych się ze śliwką w przełyku i wilgotnymi oczami. Aby po wyjściu z kina, móc choć przez chwilę inaczej popatrzeć na wydeptywane od lat ulice i spojrzeć w oczy ludziom, na których widok, mamy ochotę odwrócić się w przeciwną stronę.

Rewelacyjna obsada. I świetny tekst, który wypowiada Wariat, w tej roli Maciej Nowak:
Bo te życie to jakieś takie puste jest. Człowiek się budzi i tak hula w środku, jakiś taki głód. Więc ja ten głód zażeram, te życie zażeram. I żrę. Tak, żrę.

Ilu z nas zażera swoją pustkę?
Niekoniecznie jedzeniem...

wtorek, 02 grudnia 2008

Wczoraj w nocy zaczęłam czytać "Dwanaście" Świetlickiego - dooobre, kurczę.
Bawi mnie ten pan setnie.

A wcześniej obejrzałam piękny romantyczny film o namiętnościach - "Miłość w czasach zarazy" wg Marqueza. Uwiodło mnie kilka quazi erotycznych scen i dwa piękne obrazy: ten, kiedy dziewczęta rozmawiają o facetach, kąpiąc się w wielkiej balii oraz kolejny, gdy leżą na łóżku w barchanowych falbaniastych koszulach nocnych i też rozmawiają... o facetach.
Bo o czym by innym.

A kiedy już zrobiła się jakaś bardzo złowroga pora i postanowiłam wreszcie iść spać, zaczęły mnie bombardować esemesy od sobotniego "Żulczyka", który tajemnicznym i pokrętnym sposobem znalazł gdzieś mój numer telefonu. 
Łaskotki są, lecz rozsądek chłodnym powiewem przegania motylki z żołądka do głowy.
A w głowie długo nie pożyją. 
Na szczęście nim padną, dopieszczą mnie czule muśnięciami swoich frywolnych skrzydeł.
Z kwiatka na kwiatek. 
Nostalgia za dawną niefrasobliwością.  

A dziś... jedna z moich ulubionych ponadczasowych piosenek: "O Romeo!"  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6