..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS

Kobieco

piątek, 18 grudnia 2009

CZWARTEK RANO
W nocy bolał mnie brzuch. Wystarczająco niepokojący ból, aby rano pobiec na izbę przyjęć do szpitala.
A na izbie młyn - rodzące, zabiegowe, powypadkowi. Ostatni raz w szpitalu byłam 15 lat temu i już zapomniałam o specyficznym klimacie takich miejsc:

- Co dolega? Niech zaczeka!
Siadam i pokornie czekam, w miarę upływu czasu tworzy się tłum pacjentów.

- Kto na ginekologię?
Podnoszę rękę.
- Proszę tam! No gdzie idzie?! Nie tam, tylko tam! Niech usiądzie! Gdzie siada?! Nie tutaj! Dowód i książeczkę ubezpieczenia.
Podaję.
- Przypomnieć z czym przychodzi.
- Jestem w 33. tygodniu ciąży, w nocy bolał mnie brzuch -
już mam łzy w oczach, bo zawsze rozklejam się w takich sytuacjach.
- To najpierw trzeba zbadać! Co mi głowę zawraca? Przecież tutaj tylko zapisy na oddział są!
- Skąd miałam wiedzieć?
- czuję się już jak kompletna idiotka, a pani położna patrzy na mnie z politywaniem:
- Ech wy kobiety - mówi tonem pogardliwej pobłażliwości. - Usiąść i czekać.

Czekam. O 11.00 muszę otworzyć kramik, a mnie ciągle omijają bez słowa, bez cienia zainteresowania. Złość i bezsilność działają lepiej niż morfina. Odchodzi mi ból. Przed 11 postanawiam zdezerterować.
- Przepraszam, muszę iść do pracy - oświadczam "miłej" położnej. - Wrócę tu po 18-tej.
- Chyba Pani żartuje?!
- Nie żartuję, nie mogę dłużej czekać. Miejmy nadzieję, że do 18 nie urodzę
- dorzucam kąśliwie.
- A jak coś się stanie, to kogo będzie pani winić?
- A jak stracę pracę, to kto poniesie koszty? Pani?
- Nie jestem od tego, żeby organizować Pani życie!
- Dlatego muszę wyjść, żeby sama je sobie zorganizować.

Idę wściekła na polską służbę zdrowia, na siebie, że nie potrafię ugryźć się w język, na ten cały chaos, którego ofiarą jesteśmy my- pacjenci, ale też zredukowany do minimum personel w obłożonych biednych szpitalach.

CZWARTEK WIECZÓR
Ponownie lądujemy na izbie po 18-tej.
Trafiam na łóżko ginekologiczne. Doktórka wkłada mi tak boleśnie palec, że podskakuję aż pod sufit, choć nie należę do tych delikatnych.
- Koszulę ma czy dać szpitalną?
- Słucham?
- niedowierzam.
- Ryzyko przedwczesnego porodu - oświadcza lakonicznie doktórka, a u mnie jak na zawołanie wielkie grochy łez. Nie potrafię tego opanować i mażę się jak małe dziecko.

Endrju - też spanikowany - jedzie po rzeczy, a personel, widząc mnie zapłakaną, zaczyna uspokajać, że to tylko kilka dni obserwacji, że będzie dobrze i przed świętami wrócę do domu.

Wyglądam przez okno, patrzę na bajeczny zimowy krajobraz, ludzi i samochody, i czuję się jak ubezwłasnowolniona więźniarka. Jakby ktoś wcisnął "pauzę" w moim życiu, bez mojej zgody postanowił wyjąć kilka dni z życiorysu. Łakam i puchnę.

Jest już późno, gdy trafiam na oddział, pielęgniarka pozwala jeszcze na krótkie pożegnanie, ale z objęć Endriuszy szybko wyrywa mnie stukot jej butów i karcące spojrzenie. Czuję się jak licealistka pod okiem dyrekcji. W publicznych miejscach nie ma miejsca na czułość.
Endrju wychodzi, a mi podłączają KTG. Przez godzinę słyszę serduszko Antka, położna zabrania mi głaskać się po brzuchu, bo to powoduje skurcze. A tak lubiłam go dotykać - chociażby przez skórę.

CZWARTEK NOC
Jeszcze tej nocy trochę się uspokajam. Biorę prysznic i wychodzę na korytarz poczytać. Nieświadomie siadam przy drzwiach, które prowadzą do nielegalnej palarni. Chwilę później dostaję rolę życia: mam stać na czatach i patrzeć, czy idzie oddziałowa. Nie mija kwadrans, a wokół mnie zbiera się towarzystwo stolikowe. Polska w pigułce. Pani bez zęba, ale za to z piątką dzieci, młoda mama, która w domu zostawiła dwuletnią córeczkę, ktoś po zabiegu, ktoś przed zabiegiem. Zaczynają się dyskusje, a ja tylko słucham i pytam, i w duchu zacieram ręce: są pierwsze plusy tego zesłania - rewelacyjne okazja do obserwacji.
- Tu niedaleko był bar - opowiada pani bez zęba - jak rodziłam czwartą córkę, to mieliśmy taką ekipę, że narzucaliśmy na siebie ciemne szlafroki i tylnym wyjściem biegliśmy na piwko.
- Żadnego dziecka nie karmiłam, ja to nawet mężowi do sutków nie dam się dotknąć. Nie i koniec, już tak mam.
- Kto to widział te rodzinne porody. Chłop ma stać za drzwiami, a nie patrzeć na rozkraczoną babę. A są tacy, co i zdjęcia robią. To powinno być zakazane. Kto to widział, żeby po szpitalu facet z kamerą latał!
- A syn urodził mi się brzydki i  rudy. Rudy z wielką czupryną!  Miałam do niego taki wstręt, że nie mogłam go objąć. Dopiero kiedy go wykąpałam sama i uczesałam własnym grzebieniem jakoś mi przeszło. Czytałam o tym. To się nazywa szok poporodowy.


I tak dalej, i tak dalej.
W końcu oddziałową nerw chwyta i rozgania nas do łóżek. Co to za pogawędki? Cisza nocna już od 2 godzin.


PIĄTEK RANO
O 6. rano wpada pielęgniarka, zapala światło, rozdaje leki i termometry. Tutaj dzień zaczyna się błyskawicznie. Potem mierzenie ciśnienia i czekanie na obchód. Nie ma sznas na nudę, bo ciągle się coś dzieje. Okazuje się, że dziś ma dyżur mój doktorek, czekam na niego jak na wybawcę.
Po obchodzie towarzystwo stolikowe zamienia się w komitet kolejkowy pod pokojem badań. Znamy już swoje imiona, przyczyny pobytu,  nie mówię o sobie zbyt wiele, ale za to prowokuję do zwierzeń. Wiem, gdzie kto mieszka (Marta w wieżowcu, więc bliżej Boga, a Wiesława w Ameryce pod Olsztynkiem), co słychać u mężów, dzieci, najbliższej rodziny (brat kryminalista, ale przynajmniej nie taka dupa jak mój stary). Jest całkiem wesoło, pielęgniarki już nie takie straszne, pacjentki - co jedna to lepszy oryginał.  To inny wymiar. Świat zewnętrzny oddala się w kosmicznym tempie, ważne jest to, co tu i teraz.
Zostaję poddana oględzinom. Sytuacja jest znacznie lepsza niż podejrzewano, ale muszę radykalnie zwolnić. Dostaję wypis z definitywnym zakazem wędrowania. Mam leżeć.
Zjadam chleb z marmoladą, popijam cieniutką kawą, a wkróce zjawiają się rodzice.
Może i dobrze się stało. Samej trudno mi wrzucić na luz, odpuścić sprawy ważne na rzecz ważniejszych.

Jestem już w mansardzie.
I będę wypoczywać zgodnie z prikazem. 
Chyba Antkowi pod moim sercem trochę lepiej niż w inkubatorze:)

niedziela, 06 września 2009

- Co z Ciebie za feministka skoro zaszłaś w ciążę? - słyszę to na każdym kroku. Od kobiet. Wykształconych, aktywnych zawodowo, na pierwszy rzut oka kobiet z szerokimi horyzontami. 

Przed chwilą   skończyła się w "Trójce" świetna audycja o feminizmie. Pretekstem do dyskusji był list otwarty profesora Osiatyńskiego "Jestem feministą".
Pośród kilkudziesięciu mężczyzn, którzy złożyli swój podpis pod manifestem, znalazł się mój poznański profesor Przemysław Czapliński, a także dwóch olsztyńskich pisarzy: Mariusz Sieniewicz i Tomasz Białkowski. Takie gesty cieszą i dodają otuchy.

A list znajdziecie TU.

piątek, 04 września 2009

Wszystko zaczęło się od dyskusji z Ewą, że kobiety przy mężczyznach mizernieją. Tracą swoją siłę, charyzmę i swadę. Najlepiej już tylko z nim, wszędzie z nim, zawsze z nim. Ślepe i głuche na rozkosze świata, uczepiają się jego ramienia, bo on jest ich jedyną rozkoszą.
A potem, pierwsza miłość jak każda bajka się kończy. Mizerne królewny przecierają oczy i ze zdziwieniem zauważają, że wokół nie ma nikogo i nieczego.
Ewa postanowiła zadbać o profilaktykę i nie dopuścić do sytuacji, w której nasza Zaśka kompletnie utonie w ramionach swojego nowego ukochanego.
Zadzwoniła.
- Cześć Monika - zapytała - Tak się zastanawiam, kiedy zaprosisz nas na spaghetti, bo ja w piątek wyjeżdżam, więc zostały Ci trzy dni.

Zaśka na szczęście nie takie wyzwania już podejmowała i wczoraj spotkaliśmy się w jej uroczym  mieszkanku przerobionym ze składziku na miotły. (Jako ex-właścicielka 18-metrowej Marcinki mam wielki sentyment do takich miejscówek)
Była Diana z Marcinem, którzy znów przyfrunęli z Dubaju, Ewa-inicjatorka, ja z Endriuszą i gospodarze, czyli Monika & Szymon. 
Pijąc sangrię, piwko i wino, zajadając warzywka maczane w czosnkowym sosie, dyskutowaliśmy o tym, gdzie lepiej żyć, obgadywaliśmy znajome, którym po porodzie się w głowach pomieszało, Diana opowiedziała nam, jak to w Dubaju z dnia na dzień wyrasta palma pod oknem (tam wszystko stawia się niczym z wielkich klocków lego). Potem wjechało pyszne spahghetti autorstwa Szymona, a Marcin przybliżył nam kwestię alkoholu i trawy w arabskich krajach. Dowiedzieliśmy się na przykład, że aby  kupić  alkohol, trzeba mieć szereg dokumentów, w tym pozwolenie od szejka, a Diana jako kobieta Marcina, czyli tak niejako jego własność, musi mieć również jego pisemne zezwolenie. Bosko, prawda?

Tam nie można wyrwać się z męskich ramion.

Dlatego drogie Panie, zanim całkowicie damy się zniewolić miłości  i spętać słodkimi kajdankami życia we dwoje, pomyślmy o wolności.
Nikt nie dał jej z góry. Walczyły o nią pokolenia.
Po to, aby nam było łatwiej, lepiej i przyjemniej.
A porzucani raz na jakiś czas mężczyźni, zwykle kochają mocniej.

W myśl zasady, że mężczyzna potrzebuje ruchu:
dlatego trzeba go kopnąć i przytulić, a potem kopnąć i....


:))

niedziela, 30 sierpnia 2009

Początek sesji.
Potem było... mniej ubrań i więcej apetytu.
Nie wiem, jaki hormon za to odpowiada, ale drugi trymestr jest boski:)
czwartek, 23 lipca 2009

Zapowiadał się szczyt mamuśko-emerytek.
Ja i Janiś z brzuchami, Monia z dzieckiem i samochodem, Ramsik z problemem gastrycznym, Ewka ze świadomością, że nazajutrz cały dzień szkoła, a Diana... no tak - Diana jedyna normalna.

Najpierw zrobiłyśmy zakupy w Tesco, gdzie jakiś spocony burak niemalże wyrwał nam z rąk ostatnią zgrzewkę Lecha Free, nabyłyśmy jednorazowego grilla za 10 złotych i ruszyłyśmy moją almerką bez klimy do pewnego pięknego dworku, w którym pomieszkuje Ewa z ośmioma kotami (Mrunia, Bunia, Pusia, Maciek, Kubuś, Kicia, więcej nie pamiętam) oraz psami - sztuk dwie. Jak przystało na prawdziwe Matki Polki wzięłyśmy się ochoczo do pracy, pichcąc sałatki, przekąski, rozpalając grilla i nakrywając do stołu.
- W samochodzie jest płynna rozpałka do grilla - zajęta robieniem oliwkowej pasty na kanapki instruuję Ewę. Ewka najpierw mocuje się chwilę z bagażnikiem, a potem widzę, jak dzierży w dłoniach... półtoralitrowy płyn do spryskiwaczy.
Godzinę później siadamy do boskiego stołu w dzikim, bajecznie zachwaszczonym ogrodzie, który Mama Ewy nazywa przeintelektualizowanym ogrodem angielskim. Zaczyna się długo wyczekiwana babska nasiadówa.
Diana opowiada o życiu w Dubaju, my z Janiś przeżywamy brzuchy, debatujemy na temat wychowania nienarodzonych jeszcze dzieci, potem porzucamy mamuśkowe tematy i schodzimy na związki. Obgadujemy naszych chłopców, dyskutujemy o seksie, romansach, moralności i tym, co komu w duszy gra. Zanim komary całkiem nas zeżrą przenosimy się do środka. Jest przecież jeszcze tyle tematów do omówienia! Bo choć każda z nas żyje w innym zakątku świata, każda ma inny tryb życia, inne marzenia, a nawet wartości, to wciąż jest między nami ogromna bliskość i umiejętność współodczuwania. Choć różnimy się ogromnie, łączy nas wspólnota kobiecego spojrzenia, która ma tak mocny fundament, że miesiące niewidzenia i odmienne poglądy nie są w stanie jej zachwiać.
Patrzę na te moje kobiety - słucham ich intymnych opowieści - czasem dramatycznych, czasem radosnych  - i dziękuję Losowi, że postawił na mojej drodze tak wspaniałe i tak różnorodne osobowości, które od wielu wielu lat pokazują mi inne światy i uczą mnie swojej odmienności.

Tuż przed snem, Janiś częstuje mnie kremem na rozstępy, potem porównujemy swoje piersi - czy urosły, czy sutki pociemniały, czy jest obwódka i chichocząc rozchodzimy się do sypialni. Dziś śpię z Ramsikiem jak za starych dobrych czasów na poznańskich Jeżycach.

Budzi nas nowy piękny dzień.
Jemy długie leniwe śniadanie i znowu gadamy i gadamy, i nie możemy się nagadać. Przecież jeszcze trzeba ponarzekać na teściów, tatusiów, katolicyzm i polską służbę zdrowia...

Rozjeżdżamy się do swoich światów -  pełne niedosytu, ale z przekonaniem, że przecież jesteśmy dla siebie i będziemy, pomimo różnic, odległości, spraw i sprawunków.

Bo to jest przyjaźń, która nie stawia warunków,
Przyjaźń pomimo, a nie dlatego że...


A foty, jak zawsze tu:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/


od lewej: Ramsik, ja, Janiś




Dianka


Ramsik


Janiś

Ewka


Roki

środa, 15 lipca 2009

"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sam sobie wybiera, a nie na który przychodzi"
"Traktat o łuskaniu fasoli", s. 156.
Smakuję Myśliwskiego i z każdą kolejną stroną popadam w większy zachwyt.
Najbardziej lubię czytać rano. Najchętniej siedząc na moim ulubionym moście, gdzie oddycham lasem, a stopami prawie dotykam wody. Dobrze mi na tym świecie, mimo że nie ja go wybrałam.

Teraz dopiero widzę sensy, które najpierw próbowała przekazać mi Monia, a potem Ewa, kiedy dyskutowałyśmy o szkodliwości Cohelo, pism kobiecych i innych oszustwach przebranych za filozofie.

Rytuały rodzą się same, doznanie pełni życia i delektowanie się chwilą musi narodzić się w środku. Tego nie można sobie postanowić. Nie wystarczy przeczytać natchnionego artykułu w "Zwierciadle", posłuchać nawiedzonej pani Dobroń w radiowej Trójce, która twierdzi, że aby zapomnieć o problemach, należy przytulić się do drzewa. Szczęście nie przychodzi wraz z postanowieniem szczęścia. Medytacje, terapie, zioła i czary-mary mogą jedynie wspomóc przemiany, które i bez tego mają się dokonać. Bo wszystko toczy się gdzieś bardzo głęboko, gdzie nie dociera ani słowo, ani świadomość.
Obserwuje to każdego dnia, przyglądając się sobie i naprawdę nie mogę się nadziwić:)

poniedziałek, 06 lipca 2009

Czuję się jakby mnie wywrócono na lewą stronę. Podszewką na zewnątrz.
Płaczę co chwilę. Jeszcze jedne łzy nie wyschną, a zaraz pojawiają się nowe.
Z powodu, bez powodu - nieważne.

Mam wszystko na wierzchu - jestem bezbronna, a zamiast skóry mam otwarte rany i każdy dotyk świata boli, tak bardzo boli. Jakbym całą siłę i odwagę przekazywała teraz Istotce, a dla mnie już nie starczało. Oddaję jej energię, nonszalancję, radość, a sama zostaję naga z upiornym poczuciem nieszczęścia. I to takiego nieszczęścia, że najchętniej bym wydała na świat nowe życie, a sama umarła.

Bardzo prawdopodobne jest, że jutro
obudzę się szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Szczęśliwa jak wczoraj i trzy dni temu. Dziś natomiast kończę ten dzień w rozpaczy tak jak przedwczoraj i jeszcze kiedyś. 

Fachowe książki mówią, że to figiel hormonów. W drugim trymestrze mija.
Czyli byle do sierpnia.
A na razie płaczę i słyszę, jak Istotka ssie ze mnie życie. Niech ssie żarliwie, żeby umiała iść przez świat jak mama.
Do pierwszej ciąży:)  


Zdjęcie zrobione przez Haneczkę.
Więcej jej prac tu: http://www.flickr.com/photos/hania/

niedziela, 28 czerwca 2009


Wczoraj mój ulubiony doktor pokazał mi na ekranie, jak bije serduszko.
W moim brzuchu.
Jeśli los okaże się pomyślny, zimą przyjdzie na świat Nowa Istotka:)

czwartek, 18 czerwca 2009

Facet przyjechał z Warszawy do Olsztyna po to, żeby napić się ze mną kawy.
Grubymi nićmi szyte.
Może kiedyś by mnie to ujęło.
Teraz wolę delikatniejsze ściegi albo w ogóle bez szycia, czyli prosto z mostu.

Z wiekiem kobieta robi się bardziej wymagająca.
Choć czasem pozory świadczyć mogą inaczej.

niedziela, 14 czerwca 2009

Spotkałyśmy się w wesołym trio - zjadłyśmy kolację w Wernadzie, a potem powędrowałyśmy do Alchemii, gawędząc wesoło o tym, że niektóre trzydziestolatki wiodą całkiem dorosłe życie i wyglądają bardzo poważnie, a u nas kalendarz się chyba zatrzymał.
No dobra, może czasem nam się czegoś nie chce, ale to zawsze jest na rzecz czegoś innego. 
Kiedy już omówiłyśmy bieżące sprawy, wymieniłyśmy najświeższe plotki towarzystkie, zeszło na romans X.

X: Jestem już taka zmęczona tym romansem.
A.: Bo taki układ jest męczący.
X: Jeden chce, żeby mu poświęcać czas, drugi chce, żeby się nim zająć. Masakra, mówię wam.

Trudny los kobiety. Ile to się trzeba namęczyć, chcąc zadowolić cały świat:)

A tak serio mówiąc - konkluzją naszej dyskusji o romansach, było stwierdzenie Moni, że przyjaźń jest uczuciem, które wiążę się ze szczerością i klarowną sytuacją. W przyjaźni gra się w otwarte karty.
Miłość natomiast zawsze pociąga za sobą jakieś niedopowiedzenie i tajemnice. W miłości zwykle czegoś się nie powinno mówić, coś trzeba zachować dla siebie. Miłość to gra w karty, gdzie wygrywa ten, kto ma szczęście, strategię, umie blefować i zachowuje pokerową twarz.

Dlaczego tak się dzieje?
Proste.
Przyjaźń nie ma klauzuli na wyłączność, zaś miłość chce zawłaszczyć.
A mało kto lubi być zawłaszczany.
I tak się  koło zamyka.

sobota, 13 czerwca 2009
Za 15 minut jadę na ważne spotkanie. 
W środku łaskocze mnie coś na granicy przyjemności i bólu. To się nazywa STRES.
Trzymajcie za mnie kciuki.

wtorek, 09 czerwca 2009

Od kilku dni nie opuszcza mnie euforia.
Za dnia uśmiecham się do siebie, a w środku nocy budzę się z motylkami w brzuchu.
Mam w sobie siłę i entuzjazm - niespożytkowana energia aż we mnie kipi, a jednocześnie wewnątrz jest cicho i łagodnie. 
Spokoja radość...
myślałam, że to oksymoron, a jednak można.

Pieszczę moje ciało i dogadzam mu. Głaszczę z czułością i czułościom się oddaje.
Wdycham lato. 
Czuję jak otwiera się mój umysł: znów mogę pisać. Wychodzę z zaułków, w których utknęłam. 
Wszystko wydaje mi się jasne i klarowne. 
Mam nadzieję, że taki stan rzeczy jeszcze trochę potrwa.
Demony zapadły w mocny sen. 
 

sobota, 06 czerwca 2009

Fajnie wczoraj było.
Choć w sumie wieczór przebiegał standardowo:

Duet ja& Monia
Pierwsze piwko, drugie piwko, trzecie piwko i stwierdzenie, że jesteśmy pijane, więc napijmy się jeszcze po jednym.

Przy pierwszym piwku gadanie o szpitalu wojewódzkim w Olsztynie jako miejscu, z którego pacjenci jeśli wychodzą, to zwykle nogami do przodu. Gadamy też o efektach roku Bawoła, nawiedzonych babach i prawdzie jako wartości samej w sobie. Tu pojawia się pytanie, czy warto znać prawdę, jeśli nie można nic z nią zrobić?

Drugie piwko to Moniowa opowieść o wyprawie do Rumunii. I zaostrzenie mojego apetytu na nasz sierpniowy wypad do kraju Drakuli.

Trzecie piwko - obgadujemy naszych chłopców, gadamy o seksie, ślubie i naszym światopoglądzie na to i owo.
- Ostatnią osobą, której mogę zaufać, jestem ja sama - chichocze Monia.
- Skąd ja to znam? - zastanawiam się głośno.

Przy czwartym już bełkoczemy. Czas zatem na lżejszy kaliber: plotki środowiskowe. Obgadujemy naszych branżowych asów - z tym trzeba obchodzić się jak z jajkiem, tamten choruje na obsesję władzy, jeszcze inny jest tak introwertyczny, że należy się do niego dobijać kilofem. Na końcu z wielkim przekonaniem stwierdzamy, że nie ma nic gorszego niż człowiek, którego życie kończy się i zaczyna na eventach.

Na szczęście nasze życie nie kończy się i nie zaczyna na eventach.
Niestety nie zdążyłyśmy już odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym zaczyna i kończy się nasze życie, bo muza w Alchemii ucichła, a moja ulubiona barmanka dała nam do zrozumienia, że czas zmienić lokal lub iść do domu.
Grzecznie wybrałyśmy opcję drugą:)

sobota, 30 maja 2009

- Czasem też chciałbym być laską - westchnął Dyzio, kiedy po zakończonej gali wieczornej przemierzaliśmy Hiltonowski korytarz. - To musi być fantastyczne uczucie, budzić tyle emocji wśród facetów.
- Można się uodpornić -
odpowiedziałam z uśmiechem i nie dodałam już, że mężczyźni w grupie po prostu dostają małpiego rozumu.

Pracując przy eventach, spędzam czas przede wszystkim z facetami. Niekiedy - jak w tym przypadku - jestem jedyną babką w zespole. Stężenie testosteronu jest wówczas tak nieproporcjonalne do poziomu progresteronu, że chłopcom odbija palma  (Syndrom panów z budowy).
Prześcigają się komplementach, spełniają moje zachcianki, stroszą piórka, rozwijają pawie ogony i rzucają podteksty. Taka sytuacja wymaga również ode mnie przywdziania odpowiedniej roli: komplementy przyjmuję z wdzięcznością, podteksty ignoruje, a kiedy są zbyt odważne, udaję święte oburzenie. I oczywiście wcale nie dostrzegam zamieszania wokół własnej osoby.

Czasem mam z tego ubaw, czasem z nimi pogrywam, ale przede wszystkim przyglądam się wszystkiemu kątem oka jak świetnemu spektaklowi, w którym cała akcja toczy się wokół mnie, choć w gruncie rzeczy nie mnie dotyczy. Ja jestem tu tylko symbolem.

Fajnie tak pokołysać bioderkami i nakarmić własną próżność, ale po dwóch dniach w gronie głodnych samców, mam wielką ochotę na babskie spotkanie, gadki bez ogródek i głupawe chichoty. Moja potrzeba wewnętrznej równowagi domaga się teraz kobiet.

czwartek, 21 maja 2009

Endrjusza poszedł na koncert black satanowy, a ja mam mansardę dla siebie.
Taka okazja nie zdarza się często, dlatego urządziłam dziś na poddaszu One Woman Fest.

Zaczęło się prozaicznie - tańcem na szmatach, bo specjalne święto wymaga specjalnego przygotowania.
Potem wzięłam prysznic, włączyłam na cały regulator Hankę Banaszak, nałożyłam sobie algi na twarzyczkę i pogrążyłam się w błogim relaksie.
Kiedy już zmyłam zielone błoto, rozłożyłam się na pufie i powlekłam paznokcie piękną intensywną czerwienią. 
A teraz piję Desperadosa, palę fajeczki i wdycham wiosenny deszcz, który dzwoni o parapet otwartego okna.

Jest dobrze.

A to kilka fotek z galerii dzisiejszego popołudnia na wsi:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/




i TRYPTYK ZUZANNY - naszej znajdy spod Łodzi


Zuza Marzycielka


Zuza Nostalgia



Zuza Smuteczek

wtorek, 14 kwietnia 2009

- Alleluja! Alleluja i do przodu! - frazą ojca Rydzyka, witał nas Tata, najbardziej zagorzały ateista w rodzinie.

Zasiedliśmy do śniadania wielkanocnego i mimo zdeklarowanego ateizmu, podzieliliśmy się jajkiem ze święconki, którą dzień wcześniej osobiście zaniosłam do pokropienia.
Dom rodziców wypełniony był słońcem i wiosną. Koty wylegiwały się w południowych refleksach, a psy biegały po ogrodzie.
Jedliśmy, gadaliśmy, potem poszliśmy na spacer na wyspę, piliśmy herbatę, paliliśmy papierosy, gadaliśmy i gadaliśmy.
W podobnej atmosferze upłynęła sobota i poniedziałek.

Wieczorami natomiast - od piątku do niedzieli szwędaliśmy się po knajpach ze znajomymi, którzy na czas świąt porzucili warszawskie korporacje i zjechali na prowincję.
Byliśmy w Teatrlanej, Highlanderze, Alchemii (codziennie i do znudzenia) i wreszcie w Okopie, gdzie o dziwo nie było tłoku i wytańczyłam się za wszystkie czasy.

Niestety błogi rejs przez trywialnie przyjemne zadowolenie z życia skończył się wraz z upływem świąt. Tak jak nie cierpię niedziel, tak również nie znoszę ostatniego dnia świąt. Dlatego po trzech rodzinnych przedpołudniach i trzech upojnych imprezowych nocach, zakopałam się wczoraj w łóżku i zaczęłam czytać "Żart" Kundery. To pierwsza wybrana pozycja z 40-tomowej kolekcji Gazety Wyborczej, którą dostałam od babci i postanowiłam, że po raz kolejny przeczytam wszystko - bo "przerabianie" światowej klasyki w wielku licealnym wciąż uważam za nieporozumienie.

Po jakimś czasie zapadłam w sen, a kiedy się obudziłam, znów poczułam na sobie chłodny oddech czasu, który potrafi wszystkiemu zabrać sens, zostawiając po nim jedynie smutek i nieuchronne poczucie końca. I po raz kolejny pomyślałam, że doświadczenie macierzyństwa (i ojcostwa rzecz jasna) jest jedynym okruchem mającym jakieś znaczenie w tym naszym byciu tutaj.

Niestety od samego myślenia o macierzyństwie, dzieci się nie rodzą, więc na razie wciąż odkładam ten okruch sensu i oddaję się wygodzie istnienia, której smak coraz częściej gdzieś mi ulatuje. Ile można włóczyć się po mieście, filozofować z przyjaciółmi, pić, kochać się, flirtować i tańczyć, kiedy temu wszystkiemu nie towarzyszy poczucie, że jadnak po coś się żyje na tym świecie?

wtorek, 07 kwietnia 2009
Życie upływa mi w rytmie sinusoidy - na przemian mrok i jasność.
W mroku zżerają mnie pragnienia, a ja sama nie mogę się niczym nasycić. Wydrążona niepokojem pogrążam się w jęczącej za ekscytacjami tęsknocie. Mrok to wieczny głód okraszony lękiem - przed konsekwencjami, przed życiem i przed śmiercią.

Kiedy z mroku wchodzę w jasność, a dzieje się to nagle i niespodziewanie, i zwykle bez szczególnego powodu - odcinam przeszłość, gumkuję sumienie, a z pamięci wyrzucam wszystko, co mroczne. W ten sposób zaczynam od nowa.

Wczoraj przesadziłam kwiaty i zasiałam zioła: miętę, bazylię, oregano, kolendrę, pietruszkę i tymianek.
Dziś poszłam do fryzjera, gdzie sympatyczna pani Luiza wycięła mi pół tony włosów.
Mam lekką głowę i dawno zapomniane uczucie prozaicznego zadowolenia z życia.
Nawet śmierć gdzieś się skryła, że niemal zapomniałam o jej istnieniu.
Zaczynam jasny etap życia.  

Oby ten rejs przez spokój i błogość nie skończył się zbyt szybko.
czwartek, 02 kwietnia 2009

Dziś fragment specjalnie dla zakochanych i dla tych, którzy na miłość czekają lub miłością są rozczarowani.
Ja tymczasem idę się pakować i siadam za kierownicę. 
W planie weekendowym - Warszawa.
Mam nadzieję, że moja almerka poradzi sobie na zatrważających drogach stolicy.

"Aby zrozumieć naturę zajwiska zwanego zakochiwaniem się i nieuchronność wygasania tego uczucia, należy poruszyć zagadnienie nazywane przez psychiatrów granicami ego.
W pierwszych miesiącach życia noworodek nie odróżnia siebie od reszty wszechświata. Gdy porusza rączkami lub nóżkami, porusza się cały świat. Gdy jest głodny, głodny też jest cały świat. (...) Doszedłszy do wniosku, że jego wola jest jego własną wolą, a nie wolą całego wszechświata, niemowlę zaczyna dokonywac kolejnych rozgraniczeń. (...)
Rozwój granic ego jest procesem trwającym całe dzieciństwo, okres młodzieńczy, a nawet dorosłość. (...)

Większość z nas odbiera samotność jako cierpienie, marząc o wyrwaniu się poza mur indywidualnej tożsamości i nawiązaniu bliskiego kontaktu ze światem zewnętrznym. Doraźną ulgę przynosi doświadczenie "zakochania się". Jego istotą jest gwałtowne załamanie pewnych granic ego, pozwalające połączyć się z tożsamością ukochanej osoby. Nagłe uwolnienie się od ograniczeń - gdy jak po przerwaniu tamy niepohamowany nurt naszych uczuć przelewa się na ukochaną osobę, a załamanie granic ego kładzie kres samotności - większość z nas wprowadza w stan ekstazy. Ja i ukochana osoba stanowimy jedność!

Doświadczenie zjednoczenia z ukochaną osobą jech echem z czasów, gdy stanowiliśmy jedność z naszą matką. Temu doświadzceniu towarzyszy poczucie wszechmocy, które minęło wraz z dzieciństwem. (...)

Wcześniej czy później problemy dnia codziennego spowodują, że indywidualizm ponownie zacznie dochodzić do głosu. On chce seksu, ona nie. Ona ma ochotę na kino, on nie. Ona nie lubi jego przyjaciół, on nie znosi jej przyjaciółek. Oboje w głębi duszy zaczynają dochodzić do smutnej konkluzji, że nie stanowią jedność z ukochaną osobą, że każde z nich ma własne pragnienia i nie zamierza rezygnować z nich, ani ze swoich odmiennych upodobańm uprzedzeń i rozkładu zajęć. Jedna po drugiej - stopniowo lub nagle - granice ego zamykają się z powrotem, a zakochani prędzej lub później "odkochują się". Znów stają się odrębnymi jednostkami. I w tym momencie albo zdecydują się na zerwanie związku, albo mogą podjąć trudu prawdziwego miłowania."


M. Scott Peck "Droga rzadziej wędrowana" s. 84 -87.

czwartek, 12 marca 2009

Prowokowałam wiosnę lekkimi kolorowymi spódnicami, to mam za swoje. Znów choruję. Co roku tak jest, że mój falstart w powitaniu wiosny kończy się zemstą zimy. Trudno. Przeżyję.

Wczoraj zakopałam się w pościeli i obejrzałam trzy dokumenty Marii Zmarz-Koczanowicz, które kiedyś dostałam od Basi. Przez to, że nie mam telewizora, zdążyłam zapomnieć, jak bardzo lubię kino dokumentalne. Jej obrazy o nam współczesnych uświadomiły mi jeszcze jedną rzecz: żyjemy w cholernie ciekawych czasach, a nasze pokolenie - wbrew pozorom - jest bardzo niejednorodne. Szeroki dostęp do informacji, który moja generacja otrzymała jako pierwsza, sprawił, że każdy znalazł dla siebie niszę i może dlatego uniknęliśmy  najprostszych podziałów na harcerzy i anarchistów na przykład.

Czesząc się po prysznicu, znalazłam siwy włos. Nie przeraziłam się, ani nie zaczęłam liczyć zmarszczek. Wrecz przeciwnie. Doznałam uczucia jakbym coś wreszcie pokonała; kolejne kółko na bieżni. Mam nadzieję, że mi nie odbije i nie będę się farbować.  Srebrne pasemka na  kasztanowych włosach mogą wyglądać całkiem fajnie. Zresztą dojrzewanie, przekwitanie i starość nie budzą mojego lęku. Cieszę się na nie jak na spokojne wakacje, kiedy nie chce się już biegać z plecakiem po górach, zmagać z wiatrem na żaglach, więc wynajmuje sie wygodny hotel i leżąc na tarasie z widokiem na wzburzone morze, popija się chłodne wino. Dystans. Z tym kojarzą mi się siwe włosy. Coś, czego zawsze bardzo mi brakowało.

Moje dzisiejsze odkrycie to również inna wiadomość. Dziecko. Żeby nie być dla niego babcią. I żeby wreszcie przestać się koncentrować na sobie. Pokochać kogoś bardziej od siebie.
Bardzo mi tego potrzeba, ale nie umiem się zdecydować. Zawsze jest jakieś ale.
Musi przyjść samo.
Najlepiej niespodziewanie.

niedziela, 11 stycznia 2009

- Chłopczyku weszliśmy na grząski grunt. Trzeba chyba uciekać, żebyś sie nie utopil:)
- Szybko wychodzimy, bo razem tu utoniemy. Pociągnę Cię za sobą. Połóżmy sie, to jedyny sposób na bagna.
- Mówisz? I wtedy bedziemy ocaleni?
- Tak, tak, tak.
- To co? Trzy cztery?
- Dobra
- Czy jeszcze trochę połazimy po bagnie?
- Eee nie, to głupie, nieodpowiedzialne, nieprzemyślane. Jeden błędny krok i po nas.
- Tak połóżmy się - to będzie dojrzałe i mądre.
- Połóżmy się i poturlajmy bezpiecznie do brzegu.
- Tak jest.
- Nie bój sie, trzymam Cię mocno.
- Z Tobą się nie boję. Ale mi serce bije. Słyszysz?
- Tak, czuję.
- Trzymaj mnie mocno.
- Jeszcze tylko kilka metrów i będziemy na brzegu.
- I co się wtedy wydarzy?
- Życie.
- Prąd życia, który niesie nie wiadomo dokąd.
- Tak, prąd życia.
- Jesteśmy już?
- A co? Nie podoba sie turlanie? Już prawie.
- Podoba, ale już nie mogę oddychać.
- Bo jestem silny.
- Nie widzę Twoich oczu, a ja lubię Twoje oczy.
- Musiałem to zrobić dla Twojego dobra. Twoje też mi przypadły do gustu.
- A zatem spójrz w nie.
- Patrzę.
- I co widzisz?
- Nie mogę powiedzieć.
- Dlaczego? Mnie nie zaskoczysz, bo to moje oczy.
- Widzę, że mała dziewczynka chciałaby wyskoczyć z wnętrza dojrzałej Kobiety i poturlać sie z małym chłopczykiem, który też by chciał wyskoczyć.
- Bystry z Ciebie Lew.
- A z Ciebie fajna Lwiczka.

czwartek, 18 grudnia 2008

My, małe dziewczynki wychowane na bajkach o królewnach.
Podczas gdy one patrzyły z balkonu, jak tłuką się o nie rycerze, my marzyłyśmy, aby zostać królewnami i jak królewny opierać się o balustradę, wypatrując przybywających do zamku rycerzy.
Żadna bajka nie raczyła zająć sie historią biednego rycerza, który pokonuje góry, lasy i rzeki, aby zginąć marnie od ciosu rywala. Nigdy w żadnej bajce nie było mowy o tym, że taka królewna jest małą cyniczką napawającą się widokiem cudzego cierpienia. 
Gdyby królewna pasjonowała się walkami psów,  obrońcy praw zwierząt zaraz podnieśliby raban.
Ale pojedynki rycerzy! Przecież rycerze od tego są.

Więc rosłyśmy w przeświadczeniu, że cudownie jest być królewną.
Ba! Marzyłyśmy o tych zastępach rycerzy, którzy będą się trzaskać szabelkami.
No i trzaskają się.
A my obrywamy rykoszetem.

My, duże dziewczynki, wychowane na bajkach o królewnach, już teraz wiemy...
że życie nie bajka:)

***
Piosenka, która do mnie przyfrunęła nad ranem, może już ostatnia?
Celowo skrócona o ostatni wers?
Kto wie...
 

piątek, 12 grudnia 2008
Miałam dziś piękny sen. To jeden z tych snów, z których nie warto się wybudzać. Śniło mi się, że razem z Gibsonem (czemu z nim, nie mam pojęcia:) i trzyosobową reprezentacją Polski startowaliśmy w regatach żeglarskich. Zaokrętowaliśmy się na jachcie pełnomorskim i wypłynęliśmy z Polski do Tallinna. Doskonale pamiętam to kołysanie, wiatr na twarzy, smak słonej wody i widok wzburzonych pieniących się fal. To będzie przygoda mojego życia! - wykrzykiwałam, siedząc na burcie rozpędzonej łodzi.
Sny, w których pływam bądź fruwam, są zawsze bardzo zmysłowe. Jeszcze długo po przebudzeniu pamiętam każdy szczegół, czuję zapach morza i powietrza.

Sny o lataniu i sny o pływaniu to moje sny o wolności.

Tym razem nawet wiem, skąd się ten sen we mnie narodził. A narodził się z tęsknoty za pierwotną świeżością wchodzenia w relacje, w których nie zawiera się umów wyłączności.
Nie nadaję się do życia w monogamii. I nie mówię już o seksie, bo seks w gruncie rzeczy jest kwestią drugorzędną. Bardziej chodzi mi o to, że mam głód ludzi. Kobiet i mężczyzn. Chcę ulegać fascynacjom, chcę płynąć z prądem emocji i zdarzeń, a pod prąd utartym schematom. Nie przekonuje mnie kulturowe: "nie można".
Dlaczego nie można?
Dlaczego zamykamy się wzajemnie w złotych klatkach?
Dlaczego kultura nas tak skonstruowała, że zazdrość to najsilniejsze z ludzkich uczuć?

A dziś:
fotografia pewnego młodego utalentowanego (i fascynującego:) człowieka,
którego poznałam jakiś czas temu
Michał K. "Szuwarek" - Florencja 2005

wtorek, 09 grudnia 2008

Kiedy zawisa nad nami widmo rozstania na kilka dni, tydzień, dwa, wówczas jeszcze zanim się rozjedziemy, ja popadam w czarną rozpacz i zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie życia w pojedynkę.

Następnie, gdy już nadejdzie chwila rozłąki, układam sobie mój własny rytm życia. Kładę się spać późną porą, inaczej jadam, spędzam czas tak, jak akurat mam ochotę, nie oglądając się na nikogo. Dobrze mi. Czuję to przyjemne łaskotanie wolności. Tęsknię, ale umiarkowanie. Tak jak się tęskni za domem, delektując się słońcem na plażach Costa de Sol.

A w międzyczasie dziczeję...

Dlatego, kiedy spotykamy się po wielu dniach niewidzenia, ja muszę przejść przez etap ponownego oswajania się. Nie potrafię rzucać się w ramiona ze łzami szczęścia. Bywam wtedy  daleka i  milcząca. Przytulana odpycham, całowana wzdrygam się.

I dopiero, gdy nadchodzi noc i ciemność zatrze rysy i kontury. Gdy leżymy wtuleni w siebie tak mocno, że zacierają się granice naszych ciał. Dopiero wtedy coś we mnie pęka, zaczynam łkać jak dziecko. Bo przecież byłam taka samotna!
- Już jestem, już jestem kochanie - uspokaja mnie zcałowując łzy, a ja zanoszę się szlochem jakbym była najnieszczęśliwszą istotą na świecie. Porzuconą i odnalezioną dopiero po wielu latach. 

A przecież wiemy dokonale, że Penelopa pod nieobecność Odysa może się świetnie bawić. Choć kiedy szlocha, to szlocha prawdziwie.
Jak to się dzieje?
Nie mam pojęcia.
Dziwny jest ten świat. I dziwne to moje tęsknienie.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Dopiero zwlekłam się z łóżka. Dwudniowy iwent pod Warszawą jak zwykle wyssał ze mnie wszystkie soki, ale było warto.
Bo poznałam kilka przesympatycznych i bardzo zdolnych osóbek - Alę, Martę, Tomka i Grześka.
Bo przełamałam lęk jeżdżenia autem po Warszawie - okazało się, że nie straszne mi ani arterie, ani ronda, ani trawaje i mosty.
Bo pobyłam trochę wśród ludzi i wyjechałam z kilkoma ciekawymi spostrzeżeniami.

Na przykład z takimi, że laski lecą na gitarę. (Ale to przecież wiemy, prawda?)
I że te gitary rozpieszczone ową damską adoracją,  nie muszą się ani trochę starać. I chyba już dawno nie spotkałam tak nudnych i obleśnych kolesi, którzy myślą, że wystarczy rzucić kilka głodnych (NAPRAWDĘ głodnych) kawałków, stanąć na scenie, poszarpać za struny i już każda jest mokra i gotowa. (Najgorsze jednak, że niestety PRAWIE każda jest mokra i gotowa:)
Więc ich rola to skombinować klucz do pustego pokoju. Reszta idzie jak z płatka. 

Dlaczego o tym piszę? 
Bo za bardzo lubię flirt, aby godzić się na taką bylejakość w wielkiej sztuce uwodzenia.
Bo przecież chodzi o to, aby króliczka gonić. 
Bo kurczę blade kobiety moje kochane: bądźcie nowoczesne, bądźcie wyuzdane, ale na Boga ceńcie się jakoś. Niech on najpierw sprawi, że poczujecie się wyjątkowe, niech się natrudzi, niech Wam zaimponuje. Bo stosując tak dumpingową politykę, psujecie jakość rynku i wystawiacie się jak  ochłap mięsa na pierwszą lepszą ladę.
Cóż więcej dodać?
O tempora! o mores!
Amen.

Zrzędziła dla Was - we własnej osobie - Lilu czyli Aga:)
Miłego dnia!

wtorek, 02 grudnia 2008

Motyle srotyle, a Endrju mógłby już wrócić.
Jutro będzie dziesiąty dzień rozłąki. Za długo.
Gdybym dziergała na drutach szal, byłby już bardzo długi.
Szal w barwach tęsknoty, pleciony nierównym ściegiem rozmaitych nastrojów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8