..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 18 sierpnia 2015
Kiedy moja słodka córka jest zmęczona albo słabsza niż zwykle, wystarczy drobiazg. Potknie się o krawężnik i zamiast jak to ona otrzepać się i pobiec dalej - płacze i szlocha, bo dla niej kończy się świat. A potem jeszcze długo długo jest tkliwa i byle podmuch ją boli.

Dziś ja tak mam.
Potknięcie, zbite kolano, a głupie skaleczenie rozpruwa mnie niczym galopująca szczelina w pękającym lodzie. I jestem mokra - mokra od łez, mokra od potu - bo jak wyleję z siebie pot i łzy to będę lżejsza i wypłukana ze zmęczenia, bezsilności i gniewu.

Nic się nie stało. Tylko potknięcie.
A może to Smutek, dawno zapomniany, dorwał się wreszcie do konsoli.

"W głowie się nie mieści" - piękna bajka o emocjach, którą oglądałam dziś z Antkiem. Doskonały start do ważnych rozmów.

Bardzo polecam!






niedziela, 16 sierpnia 2015
Dzień hedonistki, zamienił się w trzydniową orgię tylu atrakcji, że jak słowo daję - było chyba wszystko, prócz seksu.
Chociaż nie - seks aż kipiał i kapał, ale tylko w niedosłownościach.

Najpierw był piątek i szalony wypad nurkowy nad najczystsze jezioro świata.
Pierwszy raz pływałam w jeziorze z maską i płetwami - najpierw świat podwodny mnie nieco przeraził - glony, ryby, potwory! Ale potem miałam z tego frajdę jak dzieciak.
Była też kawa z węgierskim pejzażem w tle - kto zgadnie, gdzie?




PODRÓŻ W CZASIE
Prosto z nurkowania wpadłam na relaks do Edytki, a po Edytce z wywieszonym ozorem udałam się w podróż w czasie z Kasią, Madzią i Betką. Musiałyśmy wyjechać za miasto do atelier w stodole i tam - cofnięte o wiek - chilloutowałyśmy się w pięknych okolicznościach przyrody, przy winie i bez winy.
Sesja, była urodzinowym prezentem dla Betki, wiec Betka w modelingowym szale obskoczyła wszystkie meble łącznie z pianinem, na którym wyginała się niczym na szezlongu. Burleska, Moulin Rouge, Vanity Fair i Pożar w burdelu!



Podróż jednak dobiegła końca, a wraz z końcem podróży, nastąpił początek nowej ery - zawitałyśmy w nowo otwartej TASBIKE!

TASBIKE - miejsce, stworzone przez starego znajomka z pradziejów, który ma pasję i tę pasję przekuł na miejsce. Jest klimat!

Można tam wypić kawę, naprawić rower, odświeżyć rower albo kupić rowerowe bajerki. Ja na dobry początek zainwestowałam w trzecią nerkę.



A potem było szlajanie, jedzenie, picie wiśniówki, piwa i whisky, chichranie i długi wieczór, którego - jak się dziś okazało - jubilatka właściwie nic nie pamięta.
Pewnie została w latach dwudziestych.

A W SOBOTĘ BYŁ ODPOCZYNEK - UFFF!

Bo nie będę liczyć tego, że heroicznie zrobiłam piątkę w upał, że pływałam, że pojechałam z dziećmi na działkę do dziadków (tam, chyba rzeczywiście miałam chwilę oddecchu), a wieczorem, zamiast położyć dzieci spać, zaciągnęłam je jeszcze na plażę na GREEN FESTIVAL, bo jak można przegapić koncerty, które grają niemal pod domem.
Wróciłam, położyłam dzieci spać i sama padłam.

NIEDZIELNYM BRUNCHEM
rozpoczęłam dzień.
A w Playschool jak zwykle pięknie i smacznie. Gospodyni znajoma, Goście znajomi, Kucharz też już znajomy.
Dobry nieśpieszny czas - idealny na rozruch.








A z brunchu na rower, przez pola, przez las wprost do biesiadnej chaty na urodziny sześcioletniej Dorotki, gdzie zaliczyłam pierwszą w życiu przejażdżkę wozem drabiniastym.

Od Dorotki hopla do rodziców na wieś, a od rodziców rzutem na taśmę na ognisko do Gronit, gdzie moje dzieci są w siódmym niebie, a ja się czuję o 20 lat młodsza, jakbym cofnęła się na zlot harcerski.
 
Po powrocie poćwiczyłam jeszcze z Ewcią, ciągnąc już na oparach - nie tylko energii, ale i alkoholu, bo właśnie w ten szalony energetyczny weekend rzucam sobie wyzwanie - miesiąc bez alkoholu z jednodniową dyspensą.
Taki test przed różnymi decyzjami.

ZA GODZINĘ PONIEDZIAŁEK

może wreszcie odpocznę.

czwartek, 13 sierpnia 2015
Świt na wsi, potem leniwy poranek, wreszcie intensywny dzień w pracy, sprzątanie chaty, pieczenie babeczek z dzieciakami, wizyta u sąsiadów do późnej nocy - jestem w dobrym pędzie.

A moja dusza pędzi równolegle i targają nią sprzeczne pragnienia:
żeby się gdzieś zaszyć z dala od świata albo wręcz przeciwnie: na bank napaść, jakiś rozbój w mieście, niech się coś wreszcie zadzieje.

Moja dusza przytłoczona zgiełkiem codzienności marzy o ciszy absolutnej, symfonii bezdźwięków. Ale chwilę później zaczyna drżeć w poszukiwaniu bodźców - coś gdzieś, po coś, albo nawet bez celu.

W pędzie jestem. Slow life jest moim marzeniem, a jednocześnie przebieram nóżkami, żeby mocniej, więcej, bardziej.

Jutro nie pójdę do pracy, jutro odpoczywam, a dzień mam aż gęsty od planów i przyjemności. I będę sobie pędzić, tym razem tylko wśród atrakcji.

Bo jutro dzień egoistki-hedonistki.
Same rozkosze.
Start 8.00.



środa, 12 sierpnia 2015
Wczoraj fajny wieczór z Betką - zdążyłyśmy ledwo polizać najważniejsze tematy.

Dziś z rańca przebiegłam piąteczkę - w słońcu, wietrze i w rytmie.
A teraz jadę do Warszawy.

Jak wrócę, będę oglądać spadające gwiazdy.





poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Po pracy poszłam z dziećmi do Bławatka - pakowały rzeczy do koszyków, wybierały soki i słodycze na piknik, a ludzie rozpływali się w zachwytach, że takie śliczne i grzeczne, i och,  i ach.

Potem pojechaliśmy rowerami na plażę - znów to samo. Takie blond, i tak się kochają, aaaach! Sama słodycz!

Wreszcie zadzwoniła moja ulubiona sąsiadka Kasia:
- Jak tam dzieci? Jak zawsze wesołe i zadowolone?

Przytaknęłam. Normalnie bajka. Jak co dzień.

Aż dotarliśmy do kolacji. I Pola jak zwykle, kiedy już zjadła tyle, ile chciała,  zaczęła bawić się resztą jedzenia, pluć, wyrzucać na podłogę, a Antek mimo moich uwag, chichotał i
ją do tego zachęcał.
- Polciu, nie baw się jedzeniem.
- Antek, nie śmiej się, kiedy ona zrzuca jedzenie na podłogę, bo wtedy ona myśli, że to jest fajne.

Zwróciłam raz uwagę, drugi, trzeci, osiemdziesiąty ósmy:
- Pola nie pluj! Pola nie pluj! Pola!
- Antek, nie podpuszczaj jej. Antek!


W odpowiedzi chichot i znów kawałek chleba na ziemi.
Wrrrrrr!
Zainspirowana niedawną opowieścią Marty M i w przypływie wzbierającej się furii,  skoczyłam do stołu, dorwałam ich talerze, zrzuciłam z nich kanapki i parówki na podłogę i zaczęłam po nich skakać. Dzieci wybałuszyły oczy, a ja skacząc po tym nieszczęsnym żarciu gołymi stopami, krzyczałam:
- No śmiejcie się! Przecież to lubicie!


Gdybym tak się nie wyładowała, to chyba oboje wyfrunęli by oknem, bo wściekłość kipiała we mnie okrutna.
Dzieci najpierw zamilkły, potem się rozbeczały, a ja postawiłam im ultimatum:
- Macie 5 minut na posprzątanie tego, wraz z umyciem podłogi. Jak się wyrobicie, zapominamy o tym incydencie i jedziemy na lody.


Uwijały się jak pszczółki, jak dwa Kopciuszki.

A potem były czułości i kolejne poważne rozmowy o tym, że jedzeniem nie należy się bawić. I były też obiecane lody.
Ciekawe czy zapamiętają tę wariacką lekcję, ale do końca dnia miałam przy sobie dwa anioły budzące powszechny zachwyt.

Tu moja anielica z wielkim psem dziadków:



Wieczorem:

Dzieci w wannie, a ja leżę na łóżku i czytam. (noo, dooobra, quizowałam:)
Z łazienki dochodzi strzęp dialogu:
- Pola wybieraj: na łagodnie, czy na siłę?
- Ładdodnie - odpowiada Pola.
Po chwili szamotaniny i zmagań, odzywa się Antek:
- Skoro tak, to będzie na siłę.
Z łazienki dobiega wrzask.

Gram do końca, bo skoro wrzeszczą, to żyją i nie ma co panikować.
Wreszcie idę do łazienki:
- Co łagodnie albo siłą? - pytam.
Antek wzrusza ramionami:
- Chciałem Poli umyć głowę.



Nudy nie ma Proszę Państwa. Zapewniam:)
niedziela, 09 sierpnia 2015
Och co to był za czas!
Jakby biło we mnie kilka serc.
Jakby przepływało przeze mnie kilka strumieni, a każdy rwał mnie inaczej, co innego poruszał.

Był więc czas bardzo mocno rodzinny, słoneczny, nieśpieszny, z dziećmi, z dziadkami, w totalnym oderwaniu od pędzącego świata.

Był czas nocny - rozrywkowy, mocno kobiecy, wypełniony śmiechem, muzyką, tańcem, tańcem na rurze nawet, taki lekki i odlotowy, że hej.

Był czas magiczny - gdy liczyłam spadające gwiazdy i wysłałam w kosmos cztery ważne życzenia. Teraz jak już mi nawet gwiazdy sprzyjają, na pewno się spełnią.

Był wreszcie czas szybkiego tętna, podczas treningów i dalekiego pływania, a także chwile, w których już nie starczyło mi więcej serca -  elektrokardiogram pokazuje kreskę i bez defibrylatora się nie obejdzie.

I tak oto kończę weekend mocnych bitów.


A co pomiędzy?
Pomiędzy pisałam piosenki.




czwartek, 06 sierpnia 2015
 - Tyle par wokół nas jest beznadziejnych - skwitował ostatnio Endrju -
a tylko nam się nie udało. Dlaczego?

Nurtowało mnie to od wielu lat, od kilku miesięcy jeszcze bardziej.
Dlaczego tak trudno o dobre małżeństwo?
I wreszcie: EUREKA!

Ano posłuchajcie:

Dobre małżeństwo, czyli co?
Fajni kochankowie, bliscy przyjaciele, dobrzy kumple, czuli rodzice poświęcający czas swoim dzieciom, przedsiębiorcy lub pracownicy, logistycy - kto kogo zawozi, odbiera, robi zakupy itd. oraz kucharze, sprzątacze, halo? Jesteś jeszcze? Kto to temu sprosta?


Jak mamy to udźwignąć, zamknięci ze sobą w czterech ścianach, odizolowani od przyjaciół, sąsiadów, rodziny - rodziców, wujków, ciotek, żyjąc "każdy sobie", bo tak się żyje w Europie.

Kiedyś ludzie wrośnięci byli we wspólnotę - kobiety miały swoje kręgi kobiet, mężczyźni własne męskie sprawy. Małżeństwo nie musiało zaspokajać wszystkich potrzeb, a podział ról sprawiał, że na jednym człowieku nie spoczywało aż tyle zadań do wykonania.

Większość świata nadal tak żyje i tylko ta nasza maleńka Europa i trochę Ameryki próbuje inaczej.

Czy to znaczy, że każde małżeństwo skazane jest na porażkę?
Pewnie nie.
Wygrają Ci, którzy trochę odpuszczą: nie zdecydują się na dzieci albo wręcz przeciwnie: oleją resztę i dzieciom razem się poświęcą.
Wygrają Ci, którzy powściągną ideały, zadowolą się kompromisem.
Wygrają: herosi, szczęściarze i pojedyncze jaskółki, które nie czynią wiosny.

Ale znakomita większość  będzie żyć "razem ale osobno", albo w stanie powściągliwej wzajemnej tolerancji, w nieustającym konflikcie lub  pieczołowicie pielęgnowanej fikcji zasłaniającej podwójne życie.

W efekcie lada moment, lada wiek, pożegnamy się z takim modelem małżeństwa na rzecz czegoś innego.

Tymczasem nie ma co sobie rwać włosów z głowy: jesteśmy tylko drobinkami w globalnym procesie kulturowym i bierzemy udział w nieudanym eksperymencie.

Może dzięki nam, naszym prapraprawnukom wszystko się dobrze ułoży:)

***


A to moje dzieci dziś.
Cudne  owoce trudnego eksperymentu:







wtorek, 04 sierpnia 2015
W związku z szaloną pogodą miałam dziś z rańca  zrobić thriatlon, czyli odwieźć Antka na rowerze, a potem przebiec dychę i popływać.
Tymczasem życie zaskakuje - dziś miałam tyle aktywności/przyjemności, że zrobił się z tego istny decathlon!

Był więc rower, było bieganie i pływanie, a oprócz tego jeszcze siedem innych przyjemności niczym siedem życzeń kota Rademenesa (kto jeszcze pamięta?:)

Popołudniu pojechałam na wieś do teściów Tymi, za którymi przepadam ogromnie, a ich dom i ogród kojarzy mi się ze wszystkim, co najlepsze: dobrym jedzeniem, totalnym chilloutem i wesołymi imprezami.

Rozegrałam nawet partyjkę tenisa z Tomkiem, przypominając sobie, jak ja to lubię i co więcej, co nieco pamiętam, choć niebawem minie ćwierć wieku, od kiedy trzymałam rakietę.

A już późnym wieczorem zgarnęli mnie z chodnika moi ulubieni sąsiedzi na jedno symboliczne piwko - u nich już też jak w domu.

Piękne jest lato tego roku
- każdy dzień jak prezent.

A ja tylko rozwijam i rozwijam te wstążki i gęba mi się śmieje, po kolejnym pięknym dniu jak ten.


Dziś wspomnienie czerwcowej sesji KGM:

poniedziałek, 03 sierpnia 2015
Po wiejskim chilloucie miałam ochotę zakopać się w pieleszach i tak dotrwać do poniedziałku, ale Herszt Rozbójnica dokonała szantażu emocjonalnego i nie było wyjścia.

Było natomiast wejście!
Weszłam w tak dobry i ciepły klimat, że nie wiem skąd, z jakichś najgłębszych własnych podziemi wygrzebałam energię na nasze spotkanie.
Dzieciaki zajęły się sobą, a precyzyjniej Laura i Lena - nowe idolki Antka - zajęły się moimi dziećmi, więc ja mogłam do woli gadać, słuchać i jeść. Trzy kawałki sernika wchłonęłam bez mrugnięcia oka i przed czwartym wstrzymywały mnie tylko resztki przyzwoitości. Natomiast chichrałam się nieprzyzwoicie cały wieczór, bo dziewczęta prześcigały się w barwnych opowieściach i było jak we włoskiej rodzinie. Chwilami wszystkie mówiły, nikt nie słuchał.
Może poza Monią, która w słuchaniu jest z nas wszystkich najlepsza, a jak coś powie, to zawsze w punkt.
Potem dołączyła jeszcze do nas Ania Broda i Iwona.

A na sam finał wieczoru Ania wyciągnęła cymbały i zaśpiewała.
Dzieci słuchały jak zaczarowane, Pola zapatrzona w Anię jak w obrazek tańczyła, a Antka wmurowało w podłogę.

Gdy wyjeżdżaliśmy, Jurek Gośki wyseplenił na pożegnanie:
- Supel są te lole rozbójnicki!

Trudno się nie zgodzić:)


Ja na kolanach u sernikowo-sałatkowej czarodziejki.
O pikantnym języku nie wspomnę:)

Antek gra na cymbałach

Ania Broda
Jak ktoś nie zna, czas najwyższy poznać:)
http://www.aniabroda.com/

niedziela, 02 sierpnia 2015
Piękniejszego finału urlopu nie mogłam sobie wymarzyć.
Leleszki okazały się kolejnym dobrym końcem świata.
Kij ma dwa końce, a świat ma ich niezliczone ilości.

Koniec świata w Leleszkach to miejsce wyjątkowe przede wszystkim ze względu na świetnych gospodarzy - Zbyszka i Maję. Niezwykle otwarci ludzie obdarzeni gawędziarskim talentem stworzyli przytulny zakątek w stylu mydło i powidło, czyli prawdziwy sezam skarbów i smaczków.

Pierwszego wieczoru piłyśmy wino ze Zbyszkiem, a drugiego z jego piękną córką oraz równie atrakcyjnym szwajcarskim  zięciem. Gdzieś pomiędzy północą a świtem miałyśmy też winną sesyjką z warszawską dekadencją, która zadekowała się razem z nami w jednej piwnicy.

A w świetle dnia oddawałyśmy się przyjemnościom ciała: masaże, pływanie, opalanie i jedzenie. Stosy gazet i książki pozostały nieotwarte, bo jak tu czytać, kiedy nie można się nagadać.

I znowu za krótko i za mało.

Powrotną podróż w oparach dymu i absurdu z chichotem przemilczę,
a jutro opowiem o kolacji z cymbałami - dobra kropka na koniec moich wakacji.



piątek, 31 lipca 2015
Mój urlop dramatycznie dobiega końca, ale jeszcze chwila przyjemności: zaraz jadę z Anulą za miasto na weekend.

A za mną dwa dobre dni, podczas których zrobiłam pierwszy krok ku rozwinięciu zawodowych żagli, czyli sesja zdjęciowa do portfolio. Spędziłam też fajny wieczór w Mojdach, bo przyjechał Kris z Asią i Olgą, a reszta jak zawsze: spanie, bieganie, jedzenie i takie tam.

A pomiędzy przyjemnościami?
Wsłuchuję się w siebie - oddzielam własne pragnienia od oczekiwań innych.
Walczę - na razie we własnej głowie - o granice mojej wolności.
Niełatwa to sztuka.




środa, 29 lipca 2015
Co to się porobiło!

Dzieci siedzą jak trusie, a matki bawią się w Indian - chichoczą w łazience, nakładając sobie dzikie makijaże i gadają o pierwotnym uwalnianiu energii seksualnej.

Mam prawdziwe wakacje - były wianki, są Indianki!

Na wspomnienie miny naszego Fotografa ciągle parskam śmiechem.
To samo, gdy przypominam sobie rowerzystę pod Bławatkiem, który tak się zapatrzył, że aż wjechał w witrynę.

Hough!




Mój drugi i ostatni tydzień urlopu mija mi tak błyskawicznie, że choć jest dopiero wtorek, widmo przyszłego poniedziałku już stoi mi przed oczami, a na plecach mam oddech zbliżającej się niedzieli.

Ale nie próżnuję! Co to, to nie!

Po pierwsze nadrabiam zaległości towarzyskie - wiśnióweczka z Tymi w Chilli - wyborna, imieniny Ani też w Chilli zakończone nocną kąpielą wesołe, a dziś była zabawa w Indian. Wczoraj były wianki, jutro będą Indianki:)

Po drugie wciąż nacieszam się dziećmi. Nie wiem, co mi się stało, ale ja wyrodna matka, matka-egoistka, nie mogę się nimi nasycić. Więc tak układam plan dnia, aby mieć czas na poważne rozmowy z Antkiem i coraz to poważniejsze z Polą.

Po trzecie - biegam. Nie tylko po lesie, ale i po świecie.

Po czwarte - robię to, co grzechu jest warte, czyli oddaję się przyjemnościom ciała - jem, piję i śpię.

A po piąte - i z tego jestem dziś szczególnie zadowolona. Zrobiłam pierwszy krok do stworzenia swojego tekściarskiego portfolio. Aż sama się sobą mile zdziwiłam.


I z tym miłym zadziwienim pójdę zaraz do łóżka.

Albo nie.


Przytoczę Wam jeszcze zabawną rozmowę "międzypokoleniową":
- I jak radzisz sobie bez Andrzeja, w tych sprawach... łóżkowych?
- A co to są łóżkowe sprawy?
- pytam udając Greka i zaraz dodaję:
- Ja w łóżku zwykle sypiam, więc jeśli o to Ci chodzi, to radzę sobie świetnie.
- No ale jak z tymi, no wiesz, sprawami?
- Aaaaaaa! Pytasz mnie o seks? Z tym też jakoś daję radę.



poniedziałek, 27 lipca 2015
Wianki, wianki - kocham wianki.
Moja wewnętrzna dziewica (tak, tak, taką też mam w sobie) uwielbia je nosić!

Oto kilka fot z naszej wyprawy wiankowej.







i moja ulubiona fota, z której jestem dumna


sobota, 25 lipca 2015
Jeśli na wakacje, to tylko z Walerkami! - powtarzam co roku i co roku ponownie się o tym przekonuje. A jak życie pokazało nawet wakacje z prawie byłym mężem mogą być tak pyszne, że za krótkie!

Tym razem do naszej ekipy dołączyła jeszcze Natala - dobry duch wyjazdu, kobieta, której nie straszny był kwartet rozdartych małych jap.

A trafiliśmy do miejsca bajecznego - przepięknej leśniczkówki na Kaszubach  z ogromną lipą, w której mieszka rój pszczół, smakołykami od Gospodarzy (gorąca drożdżówka, kosz bułeczek z pieca, świeży twaróg - mniam!), z atrakcjami dla dzieci i idealnym zakątkiem na nasze wieczorne biesiady.

Było więc wszystko, co trzeba - pyszne śniadania, leniwe kawy z książką, rekreacja (zakochałam się w beachball'u!), truchtanie po okolicznych wsiach, szczypta gotowania, wieczorne pijackie partyjki w kalambury, makao albo dixita - pełne dobrego śmiechu.

Były też wycieczki - dzień w pełnym słońcu nad morzem, dzień w jakimś obrzydliwym parku z kiczowatymi figurkami łącznie z wielkim tupolewem (dzieci zachwycone!), był kobiecy wypad do Lęborka na kawę i obchód po ciucholandach, z którego przywiozłam kilka hitów modowych.

A przede wszystkim była dobra energia - i między dzieciakami (pomijając kilka spięć i drobne katastrofy), i między nami.
Nacieszyłam  się Walerką, spędziłam czas z prawie byłym mężem, bo wierzę, że po rozstaniu też jeszcze można coś ocalić,  spędziłam czas z dzieciakami - Polcia robi ze mną co chce, bo zapatrzona jestem w nią jak w obrazek - taka z niej słodka cholera jest, a Antek rozczula mnie i rozmiękcza miksem chłopięcej rozumności i słodyczą jeszcze dzidziusia. Jemu jako jedynemu pozwalałam zasypiać pod gwiazdami. My biesiadowaliśmy,  a on obok nas leżał na trawie i liczył gwiazdy.

Och, cudny był to czas, na tydzień zapomniałam o wszystkich ważnych sprawach, porzuciłam świat, w którym żyję i zatrzymałam się gdzieś na końcu świata.

To był bardzo dobry koniec.




śniadania - mój ulubiony posiłek - słoneczne, smaczne, nieśpieszne

Pani Dyrektor Wycieczki - jej flagowe teksty to:
- Nie lubię Cię!
- Proszę Cię Mamulko!
- To nie było piękne!




Nasz rajski chaos

Zabawa w pociąg

Bajkoczytarka

Wyprawa na grzyby, która przekształciła się w wyprawę na poziomki, a potem surwiwal po haszczach zakończony cudownym ocaleniem.








Czarowna miodna lipa



piątek, 17 lipca 2015
Gęsty dzień w kosmicznym tempie, bo ambitnie chciałam przed wakacjami załatwić 1001 drobiazgów, pozamykać niedomknięte sprawy, kupić nowe gary i patelnie, wyskoczyć z Mamą do knajpy na obiad i zrelaksować się u Edytki.
I udało się - a jakże.

Udały się również ostatnie dni pełne dobrych spotkań i nawet dopuściłyśmy się małego rozboju pod sceną.

Tutaj jeszcze grzecznie czekamy:


I news dnia - ukazało się drugie wydanie POLOWANIA!
Świeżutkie egzemplarze czekają już w księgarni, więc kto ma córkę, bratanicę, siostrzenicę, wnuczkę w wieku 8-13 to niech grzeje do księgarni:)




A jutro ruszamy w Kaszuby z dzieciakami, Natalią, Walerką i  Szymonem oraz ich dziećmi. Gdybyście jechali przez Wysokie Kaczki - dajcie znać.


środa, 15 lipca 2015
Jest po siódmej rano - powietrze rześkie, przesiąkłe rosą jak mokre pranie wiszące na podwórzu.

Ludzie zamknięci w autach stoją w korku, a ja biegnę.

Pomięta wiatrem woda jeziora puszcza do mnie srebrne oka, drzewa się stroją we wszystkie odcienie zieleni, a ciepły plaster słońca ląduje na mojej twarzy.

Mój tętent jest szybszy ode mnie. Wędkarze niechętnie odwracają głowy i uwagę ze swoich spławików, wróble uciekają mi spod nóg i tylko nagie obleśne ślimaki pełzną jakby się wcale nie bały, że zaraz je zmiażdżę.

A ja biegnę dalej.

Gdy wracam, witam się ze światem.
Środa. 3:3
Dzień dobry.



wtorek, 14 lipca 2015
I doznałam olśnienia. Półtorej godziny drogi od domu, ukryta w trzcinach i szuwarach malutka przystań z Domem Rybaka. A stamtąd dwie godziny jachtem po Zalewie Wiślanym i jesteśmy na mierzei.
Odlot - z jednej strony Zalew, z drugiej Bałtyk.

Wczoraj dotarłam do Nowej Pasłęki w strugach deszczu i byłam pewna, że spędzę całą dobę pod pokładem, tymczasem słońce towarzyszyło nam od początku do końca. Dzięki temu zaliczyliśmy wieczorny rejs do Piasków, kąpiel w morzu w nocy - skakałam w falach i piszczałam z radości jak niemowlak, jedzenie smażonki narwiańskiej pod pokładem (podlaska delicja!) i powrót o poranku na pełnych żaglach.

Gęba słońca jarzyła się na okrągło, a ja chichotałam nieustannie, bo Kuba dziś dał nam na pokładzie taki stand up show, że aż mi się zrobiły zakwasy za uszami do śmiechu.



niedziela, 12 lipca 2015
I znowu pysznie!
Tak pysznie, że próbuję sobie przypomnieć, co robiłam w piątek..
A! W piątek byłam w Wawie, a potem była sobota -

i dzień z dzieciakami u rodziców, długie bieganie oraz wieczór z Mareczkiem, który nie dość, że uradował (nie uratował, bo od tego są inni) moją duszę, to i ciało też - przywiózł mi karton boskich kosmetyków!

Dziś długie śniadanie z Tymi na trawie na Olsztyńskim Pikniku i czas z dzieciakami, odwiedziny naszych ulubionych sąsiadów, a wieczorem koncert Tomasza Stańko.

Gęsto, dobrze, tak jak lubię.

I tylko jednego żałuję.
Mogłam wyjść pod scenę, bo ta muza aż mnie rozsadzała od środka.
Następnym razem - nie ma bata - tańczę.


A! No i okazało się, że Tomasz Stańko jest fanem Rozbójniczek!
:))






piątek, 10 lipca 2015
Dziś cały dzień w Wawie na spotkaniach służbowych, wróciłam o 21.00 ledwo żywa i nie wiem skąd, wykrzesałam z siebie jeszcze jakieś rezerwy energii, aby poćwiczyć z Ewcią, dołożyć cegiełkę do projektu 10/31 i napisać króciutką piosenką, która zaczyna się tak...


 fotka sprzed tygodnia - słońce zatrzymane na taki dzień jak dziś



czwartek, 09 lipca 2015
Dzień dobry
Dobry dzień
- gdy znaczą to samo
Dzień dobry


- Szukamy Pani od lutego! - powiedział z wyrzutem pan w urzędzie miasta. - Pani projekt z budżetu obywatelskiego "Fotograficzny portret dzielnicy" przeszedł do realizacji, rok się kończy, a my nie możemy Pani znaleźć, bo podała pani chyba zły numer telefonu.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, że jestem taka nienamierzalna w dobie internetu - zachichotałam, a wieczorem sprawdziłam: mam z tym panem 18 wspólnych znajomych na fejsie i przypomniało mi się zaraz, jak kilka lat temu nasz sąsiad dźgnął nożem żonę, a policja szukała go dwa lata. Przychodzili, pukali i pytali się, czy Iksiński jest w domu. Jakoś dziwnie zwykle go nie było:))

Mnie też dziś w domu nie było, bo zapakowałam dzieci do mojej srebrnej strzały i pojechaliśmy do Ani, która jak się okazało mieszka w rogu obfitości. Takiej obfitości balkonów i tarasów nie widziałam jak żyję:)
Dzieci krążyły po labiryntach domu niczym po Luwrze, a gdy weszły do pokoju Tymona, to same nie wiedziały za co się łapać - tyle szczęścia na raz!

W chwilach kiedy się nie biły, nie jęczały, nie chciały siku, i się nie kłóciły, my mogłyśmy pogadać o szamankach i kolejnym projekciku - żeby brzmiało tajemniczo, nazwę go roboczo "Wigwam 007":)

Wieczorem zaś wyruszyliśmy na poszukiwanie Minionków..
Misja zakończona sukcesem:
Antek: Te Minionki są trochę głupie, to fakt, ale umią zrobić wiele różnych rzeczy.
ja: Na przykład?
Antek: Jak jest ich dużo to mogą nawet jakąś misję wykonać!

Dużo głupków z misją - brzmi złowrogo i znajomo:))))


To był kolejny pyszny dzień - klęska urodzaju!



środa, 08 lipca 2015
Byłam dziś przejęta jak przedszkolak przed pasowaniem.
Raz, że mnie napadną i zabiorą mi kasę, dwa, że nie dojdzie do transakcji,
bo pożar, epidemia, bomba, trzy, że nie dojadę z powrotem i rozbiję auto zanim je przerejestruję.

A było zupełnie inaczej.

DZIŚ okazało się dniem dobrych ludzi.

Zaczynając od mojego prawie kuzyna, zwanego dalej "kuzynem", który podszedł do tematu na 200 procent - zajął się kupnem, przeglądem, naprawą i negocjacjami, a wszystko w tempie pendolino razy sześć.

Poprzez dobrego człowieka, który mnie podrzucił po autko

a kończąc na ludziach, od których kupiłam moją nową srebrną strzałę. Zaczęliśmy od kawy i luźnego gadania o autach, po godzinie podpisaliśmy umowę, a kiedy doszło do kasy, to ja wręczyłam panu plik pieniędzy, a on je po prostu schował.

- Proszę przeliczyć - powiedziałam.
- Nie, nie będę liczył.
- Ale trzeba przeliczyć
- naciskałam.
- Jak będzie za dużo, to obiecuję, że oddam, a jak będzie za mało, to znaczy, że tak miało być.


Jeśli wierzyć, że wszystko się dzieje po coś, to nie był przypadek, że po drodze, w samym sercu Kaszub, stał mały domek.
Tak uroczy, że zatrzymaliśmy się na chwilę, pogadaliśmy z właścicielką, a we mnie pod wpływem rozmów w aucie zakiełkowała myśl niemożliwa i nabrała całkiem realnego kształtu: zbudować domek?


Do tego stopnia, że wieczorem zadałam Antkowi pytanie:
- Chciałbyś, żebym kiedyś zbudowała nam domek?
- A mielibyśmy działkę zamiast ogródka?
- No tak
- Pewnie! i hodowalibyśmy tam jabłonie i kiszone ogórki!

Wiecie jak się cieszę?
Nie wiecie.
A ja się czuję jakbym kupiła rakietę wraz z załogą Apollo 13!
Kiedy zaś przypominam sobie teksty kuzyna, to jeszcze chichoczę!

***
Domek w sercu Kaszub



wtorek, 07 lipca 2015
Jeśli jutro zobaczycie srebrną strzałę lecącą między Trójmiastem a Olsztynem to nie będzie to kometa, ani snop światła wystrzelony z miecza rycerza Jedi.

To będę ja pędząca moim nowym autkiem!

Jest podjarka:)
poniedziałek, 06 lipca 2015
Przytulny czas mam w życiu.
Dopieszczam się i zbieram siły jak przed wojną, głodem, Himalajami.

Daję sobie wszystko, co dałabym kochanej osobie, a nasz rozbójnicki projekt 10/31 pomaga mi w tym, aby robić sobie jeszcze lepiej.

Taki autohedonizm podniesiony do potęgi!

Dzisiejszy dzień zwieńczyłam leżeniem na trawie, potem piwkiem z Tymi na plaży,  a wreszcie wieczorną kąpielą przy świecach  z książką oraz szklaneczką whisky.
I wcale nie przeszkadzało mi, że zamiast obszernej wanny mam brodzik.
Pozycja kłębka - dlaczego nie?:)



I żeby nie było. Poleżałam dobre pół godziny z bardzo przyjemną książką o tytule: "Sekretne życie pszczół".


niedziela, 05 lipca 2015


ale na koktajl starczyło:)

Ten weekend to był bardzo słoneczny koktajl czystego relaksu - pływałam w czterech jeziorach, kąpałam się w jednym słońcu, zebrałam ze sto jagód jadłam, śmiałam się, gadałam, biegałam, czytałam
i  nadal jest mi tak dobrze, że zamiast iść spać, pławię się w przyjemności samotnego cichego wieczoru.

Dobrej nocy!