..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 29 września 2015
Dziś trzy dobre kobiece rozmowy - lekkie pląsanie po tafli i trudniejsze nurkowanie wgłąb.

W gadaniu z innymi próbuję rozwikłać samą siebie. Miejsce, w jakim jestem. Rozkładam przed sobą wszystkie karty wyborów i nie ma jednej dobrej. Każda ścieżka jest niekompletna - na żadną nie jestem jeszcze gotowa.

- Poczekaj - studzi mnie Ramsik - nie musisz niczego wybierać. Daj sobie czas.

Czas coś wyprostuje, coś zasupła, na pewno zaskoczy.

Gdy mi źle - czuję bezsilność, gdy mi dobrze - czuję ekscytację.

Nie wiem, czego chcę, ale bardzo dobrze wiem, czego nie chcę.
To na początek:)




niedziela, 27 września 2015
Kolejny piękny koniec świata.
Tydzień temu chichotałam, przechadzając się po Ciechocinku, a teraz wylądowałam w Starym Kawkowie z Martą i dzieciakami po to, aby oderwać się od tu i teraz, pogadać, sącząc wiśniówkę, pobyć ze sobą.
Noc jak zwykle okazała się za krótka - za krótka na rozmowy, zbyt skąpa na sen. Ale to była dobra noc.
Zaś piękny poranek wygnał nas zaraz po śniadaniu. Zamiast zwiedzać
artystyczne zagrody w ramach "Sztuki w obejściu" spontanicznie odwiedziłyśmy zagrodę Janickich w Nowym Kawkowie, gdzie aż roi się od dzieci, uśmiechniętych ludzi i tętni dobrą energią rodem z Jeżycjady. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można wprost z drogi, bez zapowiedzi, wpaść na kawę. I gorący jabłecznik Magdy.

Może dzięki odzyskanej wolności, a może z innego powodu, to lato obfituje w maleńkie ucieczki do rajów utraconych - w miejsca olśniewające pejzażami, w klimaty czarodziejskie, gdzie można na chwilę zapaść się, zapomnieć.

A ja - misterny logistyk codzienności - bardzo lubię się czasem zapominać:)
czwartek, 24 września 2015
Kolejny smakowity dzień.
Znów coś się udało w robocie, a po robocie dobre bieganie, potem spacer i wreszcie popołudnie u Agi. Aga ma dobrą aurę, wchodzisz do jej mieszkania i chcesz zostać. Zjadłam pyszną jesiennie kolorową zupę z dyni i ciasto z jabłkami i tylko nasze córki skutecznie zakłócały nam gadanie. Pola nie uniosła spotkania z rówieśniczką i beczała o każdy drobiazg, że nie ta lala, nie ta książeczka, maskara.
Kiedy wieczorem wsiadałyśmy do auta, ja miałam ochotę ją udusić, a ona zapadła się w fotel i mówi z satysfakcją:
- Peknie było u tej diecynki, co?
- Wcale nie pięknie, bo ciągle płakałaś - odpowiadam z wyrzutem.
Na co ona z entuzjazmem:
- Ale jus psestałam, mamo!


Z kolei z Antkiem rozmawiam wieczorem:
- Jutro z rana idziemy na szczepienie.
- O nieee! Boję się, będzie bolało! -
zaczyna płakać.
- Będzie bolało tylko chwilkę. Ale wiesz, co? Mam dla Ciebie batonika od wujka. Od razu po szczepieniu dam Ci go.
Antek przez łzy:
- Dasz mi go jak będę odważny?
- Nie. Dam Ci go bez względu na to, czy będziesz odważny czy nie.
- A jak umrę?!
- Antek znów płaczę i popada w ton absolutnie dramatyczny.
- Jak umrzesz, to obiecuję, że włożę Ci go do trumny.

Wybucha śmiechem. I temat szczepienia zamknięty:)

A tu kadr z wczoraj.
Nie mam zdjęcia Joanny d'Arc na barykadach, ale mam fotkę z toastu za sukces Marty



spotkanie robocze Lol - przygotowujemy warsztat na Babę Fest.
środa, 23 września 2015
Co za dzień!
Mocny dobry dzień w robocie - dobra passa i pasmo sukcesów. Dziś stwierdziłam, że robię tam trzy etaty, więc chyba muszę zawalczyć o trzykrotność pensji.

Potem spotkanie osiedla z przedstawicielami urzędu miasta w sprawie zagospodarowania okolic naszego ukochanego jeziora.
Tłum ludzi, emocje sięgające zenitu, duch walki, a ja niczym Joanna d'Arc rzucająca się na barykady. Grzesiek robił foty, więc może będzie jakiś dowód:)

Wreszcie robocze spotkanie Lol Rozbójniczek w sprawie naszego warsztatu na BabaFest - tu też gorąco, emocjonująco i oczywiście we łzach śmiechu.
Hasło wieczoru - "Nie płynę dalej. Wyskakuj z gondoli."

Na finał szybkie piwko u Kasi i Wojtka - jednym okiem zerkałam na film o Niemenie, którego kocham, a drugim okiem, głową, sercem  i wargami angażowałam się w rozmowy o naszej dzielni. Bo ja mam skłonności do popadania w ogromny patriotyzm lokalny. Dajtki wciąż kocham sentymentalnie, a Jezioro Długie to po prostu mój dom.

Ale żeby nie było dziś aż tak prowincjonalnie, to na koniec powiew Ameryki.
Wprost z Nowego Jorku pozdrowienia dla moich dzieci ślą ikony współczesnych bajek. Odlot, co?




poniedziałek, 21 września 2015
Tego nie można przewidzieć. Nie można zadziałać profilaktycznie. Gdy spada się w dół, nie da rady zatrzymać się w locie.
Ja spadam głęboko.
Spadam w mrok straszny.
W zimno bolesne.
W miejsce, gdzie nie ma nadziei i światła.

Czasem to spadek hormonów, innym razem skrajne zmęczenie, stres albo wręcz przeciwnie: powrót z raju na ziemię. Przyczyn jest wiele, które strącają mnie do Tartaru własnej jaźni, ale jedno jest pewne - muszę spaść na samo dno. To ważne.

Gdy lecę w dół, widzę wokół siebie zatroskanych ludzi. Tak bardzo chcą mi pomóc, ale jest za późno. Mnie już z nimi ma.
Tam na dnie spotykam się z tym, co siedzi we mnie przytłoczone zgiełkiem i jasnością dnia i nie ma odwagi przemówić, kiedy tryskam energią. Przecież i tak bym nie usłyszała.

Staję oko w oko z bezradnością, stratą, lękiem. Pozwalam, aby zabrały mi radość i wiarę. Jestem tylko dla niech. Oblepiają mnie, liżą, łaszą się do mnie, abym zwróciła na nie uwagę. Patrzę, słucham, dotykam. Kiedy zaczynam je rozumieć, łagodnieją, powoli odchodzą, usypiają jak nakarmione bestie.

Wtedy mogę wzbić się powoli do światła.
Czuję dobrą lekkość - pęczniejącą radość. Znowu mogę latać.
Nie zapominam o bestyjach na dole, ale one już nie są groźne.
Dopóki znów nie zgłodnieją, będę cieszyć się życiem i celebrować każdy kolejny poranek.

A gdy przyjdzie ich czas - wrócę do nich.

Nie możesz mnie zatrzymać. 
Ale możesz czekać.

Po każdej takiej podróży, wiem, że gdyby nie spadanie, nie umiałabym tak dobrze fruwać.

A jutro opowiem Wam o tym, co odkryłam na samym dnie.


niedziela, 20 września 2015
Szperając w starych zdjęciach, znalazłam dziś wydruki z pierwszej swojej strony internetowej. 
Istnieją pytania tak uniwersalne, że powinniśmy je sobie zadawać bez względu na wiek.



sobota, 19 września 2015
czwartek, 17 września 2015
Co za wieczór - jaka energia!
Spotkanie Lol Rozbójniczek z Babami Fest zaowocowało dobrą decyzją - robimy warsztat na Festiwalu. Był apetyt, żeby wynająć salę w Narodowym albo nawet Stadion, ale powściągnęłyśmy zapędy zarządu naszej organizacji i stanęło na 20-30 osobowej sali, więc będzie kameralnie i elitarnie. 

To było dobre spotkanie. 

***
A kiedy już leżałam w łóżku, wpadła do mnie moja sąsiadka z dymiąca głową i łopoczącym sercem. 
Ja uraczyłam ją wiśniówką, a ona opowiedziała mi tak dzikie historie, jakie można opowiadać tylko głęboką nocą. 

A na koniec hasło wieczoru - zasłyszane w gabinecie terapeutycznym:




wtorek, 15 września 2015

Za oknem burza. Pięknie się błyska i pięknie grzmi.
Siedzę w łóżku z komputerem, popijam wino, słucham oddechu Antka i dobrze mi.
Dziś Antek jechał na swoje pierwsze zajęcia pozaszkolne. Broniłam się przed tym skutecznie, uznając, że małe dzieci bardziej niż zajęć potrzebują czasu z rodzicami, ale zrobił się z niego już tak duży chłopak, że skusiłam się na pierwsze dodatkowe zajęcia w Playschool.
Na pierwszy ogień wybrałam "Warsztaty logicznego myślenia" prowadzone przez świetną kobitkę - Olę Szałkiewicz-Zarębę - matematyczkę z pasją. Antek wyszedł zachwycony!
***
Stoimy autem na skrzyżowaniu.
Dzieci kłócą się na tylnym siedzeniu:
- Lóżowe!
- Nie! Cerwone!
- Właśnie, ze lóżowe!
- Nie, bo cerowne!

- Ale co czerwone, a co różowe? - pytam.
- Mamy cerwone światło! - odpowiada Antek.
- A co jest różowe? - pytam Poli.
- Moja kultka jest lózowa!




xx

23:13, leelooo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 września 2015

A weekend był jak ciacho z rodzynkami - można wydłubywać je i rozgryzać jeden po drugim.
Dwie noce poza domem - najpierw u rodziców na wsi, gdzie mój ojczulek rozbawił mnie kolejnymi wynalazkami, a z mamą spędziłam fajny gadany wieczór.
Potem jazda do Plusek do domu, który przez ostatnią dobę wyglądał jak dom dziecka prowadzony przez lesbijki. Każda z nas przywiozła torby żarcia, ale i tak największą furorę zrobił Gosiowy blok czekoladowy.
- Mamo! Gdzie położyłyście smak Waszego dzieciństwa? - pytał łasuchujący Tymon, krążąc po kuchni.

Dzieci hasały w najlepsze, a my piłyśmy wino, gadałyśmy i jadłyśmy, czekając na Monię.
- Mamo! - tym razem dopytywała Helenka - A Ewa Kopacz, kiedy przyjedzie?

W ten sposób Monia zyskała nową ksywę, więc jak usłyszycie, że Kopacz jest Lolą Rozbójniczką to nie bądźcie zdziwieni.

Alinka wyjechała, Monia przyjechała, zastała nas noc, dzieci zasnęły, wino cudownie przemieniło się w wiśniówkę, a rozmowy stawały się coraz ciekawsze i gdyby nie ciężkie powieki, najchętniej przesiedziałabym przy stole całą noc.

Leniwy poranek w piżamie przepoczwarzył się w niedzielną akcję nad Długim, a potem metę półmaratonu nad Krzywym, gdzie Endrju startował i poszliśmy z dzieciakami kibicować.

A potem pobiegłam ja na łączkę zieloną.
Pobiegłam z republiką w uszach, w jakimś szalonym tempie i jak znam życie - w tym tempie wbiegnę jutro w początek tygodnia.

Przy okazji, odkryłam tę piosenkę:











czwartek, 10 września 2015
Wysiadając z taksówki, zadarłam do góry głowę:
Na niebie iskrzyły się dzikie gwiazdy, takie odległe, a jednocześnie same bliskie znajome - dobry wieczór.

To był dobry wieczór - jakbym zaczęła raz jeszcze i tym razem miało już potoczyć się dobrze i gładko. Zamówiłyśmy to, co zawsze i gadałyśmy o tym, co zwykle, a jednak było inaczej. Jakbyśmy spotkały się po małej wojence, odsunęły na bok trupy i przekroczyły cienką czerwoną linię pomiędzy wczoraj, a dziś.

Prawie na sam koniec okazało się, że pewien miły Pan z drugiego końca knajpy opłacił nam rachunek, a gdy się rozstawałyśmy na starówce, dostałam tę oto graficzkę:
- Pomyślałam, że skoro masz taki czas, to weź.  - powiedziała M.

Wzięłam.
Mam taki czas.
Jestem królewną. I kropka.
Czekam na księcia na białym, czarnym, nawet i złotym rumaku.
Może mieć kilkaset koni:)

A już na poważnie: jestem królewną i basta. Chcę siadać do wystawnego stołu, zajadać pełnymi garściami. Ucztować.


środa, 09 września 2015
- Spróbuj zrozumieć. Mam taki czas, że chcę się nacieszyć wolnością. Nie wiem, ile to potrwa, ale potem albo umrę, albo się ustatkuję.

- Nie wierzę ani w jedno, ani w drugie.


wtorek, 08 września 2015
Spadł deszcz.

Dziś z rańca dyszka w ulewie - mocne bieganie z chlupotem w butach, potem wypad do Trójmiasta z krótką przyjemnością w IKEI, ładne pejzaże po drodze i powrót do dzieciaków.

Czuję jesień w kościach - wzbiera we mnie apetyt na czytanie, mam ochotę iść do kina (nie byłam całe lato), myśl o wieczorze w domu przyjemnie mnie otula.

Ale póki co życie mi nie odpuszcza - weekendy zaplanowane na dwa miesiące w przód, a pomiędzy cała masa spotkań, które cierpliwie czekają na swoją kolej. 

Co jest żywym dowodem na to, że w mojej głowie wciąż lato nieźle się trzyma.

Może dlatego, że pogoda to tylko stan ducha.




poniedziałek, 07 września 2015
Lubimy się z moim ciałem i oboje staramy się o siebie dbać.
Ja dopieszczam je sportem, dobrym jedzeniem i snem, a ono mi się rewanżuje zdrowiem i dobrą kondycją.

Czasami jednak wystawiam je na poniewierkę - jak na przykład w ten weekend, kiedy przez okrągłe 18 godzin biegałam w robocie, a spać położyłam się grubo po północy.

Takich zaniedbań moje ciało nie lubi. Odwzajemnia się wtedy albo chorobą, albo sennością. Ja już drugi dzień chodzę jak na haju, mam nadzieję, że po tej nocy odzyskam straconą równowagę.

Mimo to - był to czas fajny i lekki.
Dobra robota, dobra energia i cały ocean ciepłych słów.
Można i pływać, i się pławić.

Tu wieczorne selfie w biegu na parkiet:



czwartek, 03 września 2015

Na rozpędzony dzień - spokojna noc
A na gorącą głowę - proste słowa

 

 

jest kilka głosów, za którymi poszłabym ślepo na koniec świata

środa, 02 września 2015
Dziś był stół szwedzki, zastawiony po brzegi, a ja zachłannie nałożyłam sobie na talerz wszystko, co się dało.

Na przystawkę był więc lekki wesoły poranek z rodzinną sesją na moście o 7:00 a.m., potem kawa, druga kawa, za dużo kaw, a wreszcie jakiś rozpęd, obłęd, pośpiech, łapczywe łykanie doznań, po którym musiałam naprawdę coś zjeść i... zrobiłam coś, co zawsze czynił Endrju - ekspresową i pyszną pizzę na cienkim cieście! Mniam!

(W zeszłym tygodniu po raz pierwszy w życiu opróżniłam pojemnik w odkurzaczu - takie symboliczne kroki ku pełnej niezależności:)

Z ostatnim kęsem w ustach wybiegłam na Radę Osiedla, a potem wieczór u Kasi i Wojtka, i jeszcze trening, i dzieci - a to wszystko z jakimś poczuciem, że nie ogarniam i wszędzie jestem do połowy.

Dopiero jakoś po 22:00 na stole szwedzkim zrobiło się pusto i przyjemnie.

Na takim stole - wymiecionym do cna z okruszków pośpiechu i zgiełku dnia - mogłabym się kochać.

Bo kochać można się byle gdzie i byle kiedy - ale w byle jakim nastroju - nigdy!



poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Dziś dzień blogera - od 10 lat mój dzień.
Dokładnie pamiętam, kiedy i dlaczego założyłam bloga.
Pamiętam, jak powolutku nabierał rozpędu, zyskiwał Czytelników - wśród znajomych i wśród nieznajomych. Pamiętam pierwsze afery, kiedy ktoś przeczytał o sobie coś niewygodnego, pamiętam pierwsze sukcesy - TOP 10 na blox i zaproszenie na Camp Blogerów - imprezę, na której spotkałam kilka fantastycznych dziewczyn i Pharlapa:), a tamten czas do dziś wspominam czule.
Dzięki blogowi poznałam też Depres, Tymi, Anię M i jeszcze wiele innych osób i co ciekawe - zawsze były to fantastyczne doświadczenia. 

Po 10 latach regularnego pisania, blog ma
stałą pozycję w rankingu blogów bloxa - w tym tygodniu nr 3 w kategorii "pamiętnik osobisty", a w klasyfikacji open utrzymuje się w pierwszej setce, co w dobie blogów niemal wyłącznie obrazkowych i tematycznych uważam za duże osiągnięcie.

Ale najważniejsze, że blog jest dla mnie kopalnią wiedzy o sobie samej, szkatułką ze wspomnieniami, dziennikiem dojrzewania i żywym tętniącym strzępem mojego życia.

Dlatego dziękuję tym, którzy są ze mną już wiele lat, i tym, którzy wpadają na chwilę, czasem zostawią po sobie ślad w postaci komentarza. Dziękuję za wszystkie głosy, te nieprzyjemne również, bo dzięki nim ten świat nie jest fikcyjny - znajdzie się miejsce dla wszystkich.

A to drobne kulisy, czyli coś o Was Drodzy Czytelnicy:)







niedziela, 30 sierpnia 2015
Jakie wakacje, taki ich koniec.

Ten koniec był wyjątkowo słoneczny i zwyczajnie wesoły (jak zwykle wróciłam z  zakwasami na policzkach od chichotania).
Był też bardzo leniwy, a jednak wszyscy zgodnie stwierdzili, że na koniec rejsu czuli się znacznie bardziej zmęczeni, niż w chwili gdy wchodzili na pokład.

Takie rzeczy tylko na Mazurach i z tą, żadną inną, załogą.

Wysiłkowy i kondycyjny sport dla najtwardszych:)




czwartek, 27 sierpnia 2015
No i mam.
Przez ostatnie pięć miesięcy napisałam 10 piosenek - o rozstaniu, miłości, zdradzie, tęsknotach i wszystkim, co kołacze się po mojej głowie.

Zanim pójdą w świat, p
otrzebują jeszcze obróbki i szlifu, ale już są, a ja je wszystkie lubię jak małe córeczki-Calineczki.

Dziś powstała dziesiąta -  "Oświadczyny", ale zanim ujrzy ona światło dzienne, zostańmy wierni chronologii.

Przedostatnia to dopiero "Anons":)




wtorek, 25 sierpnia 2015
Było o śmierci - będzie o życiu.
Moim życiem są dzieci i - przyznaję - wiele, wiele poza nimi.

Ale to one są fundamentem - to z nimi zaczynam dzień od zdrowej dawki wygłupów i pieszczot, to one mnie rozpędzają i motywują, dla nich mi się chce żyć, śpiewać, tańczyć, nawet podbijać świat, a co!

Teraz, kiedy żyję bez Endrju, uwielbiam ich usypiać: leżymy w trójkę, małe łapki Poli grzebią się w moich włosach, a ja kładę dłonie na plecach Antolka i drapię go delikatnie aż nasze oddechy się wyrównają. I już mi się aż tak nie spieszy jak kiedyś. Mogę leżeć i leżeć, mogę zasnąć, a gdy się budzę, wysuwam się cicho z ciepłej plątaniny małych ciałek i idę do swoich zdarzeń syta czułością aż po same brzegi.

A to letnia sesja na sianie.
Po drugiej stronie obiektywu Joanna Barchetto



A wpis ten dedykuję tej, która zadzwoniła dziś z najlepszą wieścią świata.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Dziś przy porannej kawie gadaliśmy o śmierci. O tym, że dla wielu za życia ona nie istnieje.
Każdy zdrowy wydaje się sobie nieśmiertelny.
W masowej kulturze na pewno, a w domowym zaciszu?

W moim domowym zaciszu każdego dnia towarzyszą mi 3 myśli:

po pierwsze umrę - dziś, jutro, za 50 lat, nie wiem, ale za każdym razem, gdy zamykam mieszkanie przebiega mi przez głowę myśl, że może już do niego nie wrócę. I zostawię po sobie stertę rozrzuconych ciuchów oraz chaos w komputerze.

po drugie - mogę być chora.
To że jestem zdrowa to szczęście, za które dziękuję każdego dnia, to stan, który w każdej chwili może ulec zmianie.

po trzecie - coś ważnego mi się nie udało:
moje dzieci nigdy nie zobaczą miłości między rodzicami, nie nauczę ich jak okazywać sobie czułość w dorosłym świecie, jak żyć we dwójkę.

To są myśli, które mi towarzyszą cały czas. Siedzą na moim ramieniu jak trzy sędziwe szczury z baśni, płyną ze mną niczym trzy łagodne delfiny. Ale są ze mną, nie po to, aby mnie gnębić, lecz po to, aby mnie wzmacniać.

Umrę, więc tym bardziej muszę żyć.
Jestem zdrowa, czy jest coś cenniejszego?
Skoro moje dzieci zapłacą cenę za nasze rozstanie, niech dostaną w zamian godną wartość - życie dobre, pełne, pogodne, pełne wsparcia, mądrości i humoru.

To nie są trzy czarne smutne myśli.
To myśli, dzięki którym chcę zachłanniej i lepiej żyć.


niedziela, 23 sierpnia 2015
I na co by tu dziś akcenty położyć?

Że przespałam dziś 9 godzin jak niemowlę i odpuściłam sobie poranne bieganie, sprzątanie i pisanie na rzecz wylegiwania się w łóżku i leniwego śniadania na trawie.

A może warto napisać o tym, że moja Mała Śliczna Rozbójniczka ma straszne rany na ciele, bo rozdrapała sobie komarowe ugryzienia i wdał się paskudnik-gronkowiec. Leży więc teraz w łóżku wysmarowana maścią, ubrana od stóp do głów jak na zimę stulecia, żeby się nie zadrapała.

Albo na to, że dziś zrobiłam wietrzenie chałupy i jak się okazuje - ile by się nie wietrzyło, zawsze znajdą się przedmioty, z którymi można się bez żalu pożegnać. A wtedy w domu znów pojawia się oddech.

I jeszcze, że kilka pięknych i mocnych zdań dostałam (dziękuję Ani i P.), i mam już pomysł na pierwszy tekst do Fashion Time'a, i fajny kryminał czytam ("System") i...

... wspinam się na górkę, czuję, jak wzbiera we mnie dobra energia,
więc z przyjemnością zacznę jutro dzień kawą w dobrym towarzystwie.


***
A tu link do migawki z projektu 10/31, czyli co robiły Lole przez 10 minut:)
https://prezi.com/pa_sm7kzv2df/projekt-10-minut/



Z czego my się tak chichramy, nie pamiętam:)


Pamiętam, jak kiedyś mój przyjaciel powiedział:
- Nie piję, bo chcę być pewny tego, co czuję.

Ósmy dzień abstynencji - dobrze mi. Wracam autem z fajnej kolacji z Martą Rozbójnicą, w odtwarzaczu wiruje Pin Code trójka, światła miasta błyskają jak lampki na choince, umysł mam jasny, tym razem miło kołysze się moja dusza, a nie błędnik:
Jestem pewna tego, co czuję.
Wiem, co dla mnie dobre.
Umiem dotknąć marzeń.


A w pustym domu - czeka na mnie niespodzianka.
Nie zgadniecie.
Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, to bym nie uwierzyła.
Rzeczywistość jednak potrafi spłatać figla i prześcignąć fantazję.
Obiecałam, że nie powiem, to nie powiem.

A zamiast tego wrzucam dwie fotki z dzisiejszej wycieczki do małego raju.
Oj rajsko tam baardzo; idealnie, aby we dwoje schować się przed światem i przed piekłem.



a powrót z raju bywa bardzo wyczerpujący:)



czwartek, 20 sierpnia 2015
Marzenie o domu, choć bardzo mgliste i dalekosiężne, na dobre zakiełkowało w naszej rodzinie.

Dziś Antek przed snem mi powiedział tak:

- Mamo, mam pomysł, jak zarobić pieniądze!
- Serio? Mów!
- Będę kolorował Minionki, podpisywał BOB, STEWART i tak dalej, a pod spodem zrobię takie kreseczki, że każdy, kto wybierze swojego Minionka i go kupi, będzie mógł napisać swoje imię.
- Super! To ja od Ciebie kupię!
- Ale to bez sensu, żebyś Ty Mamo wydawała pieniądze na moje obrazy. Przecież Ty też musisz oszczędzać. 
- To komu sprzedasz te obrazy?
- Pójdziemy do Twojej firmy, sprzedamy Dorce, a może kupi też Bibi i Twój Szef, dobrze?



Strasznie mnie rozczula taka dziecięca przedsiębiorczość!

U mnie przed domem takie oto stoisko zaaranżowały dzieciaki.
Należę do stałych klientek i mam wielką frajdę, gdy na nich patrzę!


Lemoniada za złotówkę, a cukierek gratis dla każdego Klienta.
Zielone wiaderko to śmietnik na papierki po cukierkach.
Profeska? A jakże!

A to Antek - 11 Minionków to kolekcja z jednego dnia w przedszkolu:)



środa, 19 sierpnia 2015
Rano obudziłam się z powiekami jak poduszki i jeszcze długo długo było mi źle, a potem weszłam w nowy cykl, z przyjemnością przebiegłam dyszkę, przełamując biegowy impas, odebrałam kilka telefonów-niespodzianek, spędziłam fajne popołudnie z dzieciakami, które zabrałam na wiejską sesję zdjęciową na sianie.

Jechałam pośród pięknych pejzaży i zastanawiałam się, gdzie stanie mój dom.

I nagle zrobiło mi się w życiu miękko i przytulnie.

Postanowiłam, że za pierwszą kasę odkładaną na dom - kupię sobie fotel.
Nigdy nie miałam swojego fotela - czas najwyższy na zmiany!