..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 października 2010

Ech, gdyby tak cała jesień wyglądała jak dziś!
Kiedy wyszłam ze szpitala - otulił mnie ciepły wiatr, a rozcieńczone delikatne słońce pogłaskało po twarzy. Cudnie.

Dziś moją przepustkę wykorzystałam na 3xP, czyli prysznic, pieszczoty i pogaduchy. Wypiłam kawę z Tymisiową w Cafe Biba i nawet nie wiem, o czym gadałyśmy, ale było tak jak powinno być w sobotnie południe: leniwie, kobieco i odprężająco.

W szpitalu nowi lokatorzy. Gadam przez szybę z innymi dziewczynami. 
Dwie mieszkają sto kilometrów od Olsztyna, są tu kompletnie same, nie mają nawet jak wyskoczyć na zakupy (przytaszczyłam im dziś wielkie siaty z prowiantem), inna z kolei kwitnie tu już trzeci tydzień i tylko zmienia oddziały. Przyjechała na krótki zabieg, miała być dobę, ale najpierw jej dziecko złapało w szpitalu zapalenie płuc, a potem zarażono je gronkowcem. W domu zostawiła czteroletniego syna. Mąż pracuje w nocy, jej rodzice daleko, a teściowie się nie interesują.
Masakra.
Nie potrafię się nad sobą użalać, kiedy obok mnie są ludzie, którym naprawdę jest trudno. Mi wszyscy pomagają, cała rodzina w pełnej gotowości, dziecko szczęśliwe, a ja wyspana i wyposażona w książki, gazety oraz komputer. Mam znacznie więcej powodów do radości niż smutku. 


Następny tydzień będzie ciut gorszy, bo w środę Endrju wyjeżdża do Krakowa. 

ja: Jeśli wypiszą mnie w środę lub w czwartek, to kto mnie odbierze ze szpitala?
Endrju: Będziesz musiała kogoś poprosić.
ja: /z udawanym wyrzutem/ Gdy mnie wypisywali po porodzie, też wyjechałeś. Zauważyłam, że od kiedy Antek się urodził, w najważniejszych momentach znikasz. 
Endrju: Przypominam, że w najważniejszym momencie poczęcia jednak byłem. 

Nie dodałam, że to jeden z nielicznych momentów, gdzie o zastępstwo nie trudno:)



 
 szpitalne dziecko:)

piątek, 29 października 2010

Dzięki kolejnemu wolontariuszowi w postaci babci Antka, znów mogłam na chwilę opuścić areszt - kupiłam sobie buty oficera SS, wypiłam herbatę w dobrym towarzystwie, zjadłam obiad, bardziej z rozsądku niż apetytu, i wróciłam.

Zbliżając się do szpitala, zauważyłam dwóch facetów koło czterdziestki, którzy wypatrzyli mnie już z daleka i bezceremonialnie "obcinali" wzrokiem. Mijając ich, włożyłam rękę do kieszeni dżinsów, żeby wyjąć komórkę, a niechcący wypadł mi na chodnik tampon. Kilkanaście lat temu pewnie oblałabym się rumieńcem, ale powoli zbliżam się do wieku, w którym tampon to dowod mojej młodości i płodności. Schyliłam się więc po niego, podniosłam i spojrzałam na mężczyzn. Spiekli raka i zachichotali nerwowo. Uśmiechnęłam się do nich i poszłam dalej. Przypomniała mi się biologia w siódmej klasie, gdy na lekcji o układzie rozrodczym wszyscy chłopcy pocili się z emocji, a rechotem przykrywali zakłopotanie.

Tak jak ci dzisiaj - mali duzi chłopcy w kraju wstydu wszelkiego:)

Wracając do szpitala.
Jestem szczęściarą. Okazało się, że nie każdy ma taki luksus jak ja, czyli prysznic. W innych pokojach są mikre wanienki i kran. Dziś będzie wieczór integracyjny - obiecałam babkom z sąsiednich celi gościnną kąpiel u nas.

Jestem szczęściarą też z wielu innych względów. Na przykład dlatego, że różni cudni ludzie dają mi fajne książki. Wtorkowy prezent już skonsumowałam, a wczoraj... Wczoraj moja ulubiona redaktorka "Kliniki" przesłała mi piękny pakiet, w którym znalazła się m.in. biografia Grabaża.

A propos książek - wczoraj ktoś trafił na mojego bloga, wpisując w google hasło: "jak podrywać facetów na książki".
Cóż mam powiedzieć?
Znacznie łatwiej jest podrywać facetów na nogi. Na to poleci większość. Ale na pewno znajdzie się kilku, których można poderwać również na książki. Jak?
Wystarczy czytać:))) 

czwartek, 28 października 2010

Jadę autem, dzwoni Walerka z Poznania.
- I co kochana? jak Wam w szpitalu?
- A dobrze. Wyobraź sobie, że mój tata został z Antkiem.
- O!?
- Z tej okazji  nawet się ogolił. Poważna sprawa.
- A czapkę zdjął?
- No bez przesady!


Jak widać, sława ojcowkiej czapki wykracza poza granice wsi, miasta, a nawet regionu. Krążą plotki, że on w tej czapce nawet się kąpie i sypia. Niestety nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, bo do łazienki mu nie zaglądamy, a gdy czasem widzę go na wsi o poranku, zawsze jest już na nogach. W szlafroku i w czapce oczywiście:)


a to zdjęcie z dziadkowego lansu na starówce;)

środa, 27 października 2010

ja: Następnym razem, jak będziesz chciał mieć wolną chatę, żeby zabijać potwory albo sprowadzić kochankę, to powiedz otwarcie.
Endrju: Mówiłem otwarcie, żebyś wzięła Antka i pojechała na wieś. 
ja: Ale nie dodałeś, że mam do wyboru wieś albo szpital.

Dzień czwarty pobytu w szpitalu - brakuje mi gorącej kawy, herbaty, chłodnego wina i snu. Seksu mniej - zastępuję go sobie fantazjami, bo nic tak dobrze nie usypia jak fantazje i ciepłe kakao. Na to drugie szans brak.

Ale mam za to telewizję z mnóstwem kanałów i książkę, którą chłonę z trzech prostych powodów. Raz - Szczygieł jest wybornym opowiadaczem, dwa - lubię literaturę faktu, trzy - Czechy i wszystko, co czeskie wzbudza mój bezkrytyczny entuzjazm. Mowa oczywiście o tytule "Zrób sobie raj".

Napisałabym coś jeszcze, ale właśnie Groszek się obudził i mój czas z komputerem dobiega końca. Wrócę albo i nie.

wtorek, 26 października 2010

Żyjemy STOP Antek ma podjarkę STOP i zapalenie płuc STOP rokowania dobre STOP ja też mam podjarkę STOP zmęczenie przyjdzie później STOP warunki biwakowe STOP i luksowe (TV z kablówką 2zł-3h, własna polówka na noc i łazienka) STOP pielęgniarki jak dobre ciocie STOP ładna panorama miasta z okna STOP za jedyne 15 złotych za dobę STOPDzięki za kciuki i otuchę! STOP

ps. Wczoraj Antek odkrył mój pępęk. Podciąganie mi koszulki i wtykanie tam palca to jedno z ulubionych zajęć na długie, nocne, szpitalne godziny.

ps2. Między 2 a 4 rano pierwszy raz powiedział "mama" i "baba". Do tej pory nie powtórzył już tego wyczynu:)

niedziela, 24 października 2010
Za chwilę jedziemy z Małym do szpitala.
Pani doktor zawyrokowała, że czeka nas minimum tydzień pobytu:(

sobota, 23 października 2010
Dziś kolejny dowód na ulotność życia.
Skończyło się, zanim dla niego samego zaczęło cokolwiek znaczyć. Dla niego może nawet lepiej, bo tutaj byłoby mu ciężko. Nawet bardzo. Nie wybrał brzucha, w którym zakiełkował. Może ominął ziemski etap, aby wskoczyć na wyższy level? Pozostawił jednak bliskich, dla których jego życie nabrało znaczenia. Nawet nie próbuję  ogarnąć wyobraźnią tego, co dzieje się teraz w ich sercach. 
Miał sześć miesięcy. Spakowanie manatków do nieba zabrało mu zaledwie kilka godzin.

Umalowałam rzęsy.
To najlepszy dowód na to, że czuję się lepiej:)

piątek, 22 października 2010

Jutro miałam umierać. W Poznaniu.
Z powodu PRZEpicia, PRZEpalenia, PRZEgadania, PRZEtańczenia.
Umieram już dziś.
Z powodu PRZEziębienia.

Urlop wzięty, opieka nad Antkiem załatwiona, znajomi skrzyknięci, a rzeczywistość daje nam prztyczka w nos.

Trzęsie mnie jak w febrze, mam mroczki w oczach, głowę mi rozsadza i umieram. Na dokładkę Groszek też zasmarkany. Dzielnie się opierał, ale w końcu go zaraziłam.

Nie cierpię choroby - utrata mocy przeraża mnie i frustruje. Moje chore, słabe i rozmemłane wcielenie to ten aspekt osobowości, którego nie umiem polubić. Z trudem akceptuję.

Endrju mówi, że ta choroba to kara za moje grzechy i występki.
Ja sądzę, że to znak - żadnego jeżdżenia autem w dalekie trasy jesienią i zimą.

środa, 20 października 2010

Chciałabym Wam powiedzieć, ale nie mogę.
Kolejny tajny prodżekt nabiera kształtu - co prawda wizja przegoniła rzeczywistość o kilka tysięcy lat świetlnych, ale cóż..od czegoś trzeba zacząć.

Za jakiś czas pojawią się konkrety.

Wtedy też nic nie powiem, ale bądźcie czujni.
Ona... zbliża się!
 
 
Dobranoc Fistaszki!

ps. Złamałam się i pojechałam po resztę odcinków do wypożyczalni.
Drugi sezon czeka już na półce - calusieńki:)

wtorek, 19 października 2010

Nasz weekendowy wypad do Poznania stoi pod wielkim znakiem zapytania, bo Endrju się rozchorował. Jeśli zarazi Antka, to o wyjeździe możemy sobie pomarzyć. Nie muszę dodawać, że jestem wściekła i nie mam dla Endriuszy krzty współczucia. Co roku to samo. Jak przystało na człowieka z lekarskimi korzeniami , profilaktykę ma w nosie.
- Będziesz dziś spał w ogródku - wkurzam się.
- To może jednak weźmiesz Antka i pojedziesz do rodziców.. - przybiera zbolały wyraz twarzy, pod którym kryje się diabelski uśmieszek; chciałby się nas pozbyć, żeby spędzić noc na zabijaniu potworów. Nie jestem pewna, czy ta choroba to też nie jakaś podświadoma strategia.

Ale nawet w rozpaczliwej sytuacji zawsze znajdzie się jakiś plus. Endrju nie pójdzie dziś na trening i obejrzymy kolejne odcinki "Lost". Nabrałam ochoty na ten serial, po tym jak mój ulubiony felietonista Dużego Formatu, wyznał na łamach magazynu, że obejrzał wszystkie sezony w kilka dni. Popełniliśmy jednak błąd. Zamiast kupić całą serię, daliśmy się wkręcić w kupowanie pojedyńczych płyt razem z piątkową Wyborczą. Trzy odcinki na tydzień to jest katusza! To wyczerpujący psychicznie trening cierpliwości. A ja w zawodach z cierpliwości zawsze jestem ostatnia.

Zresztą, co to za pomysł, żeby ćwiczyć umiejętność, która wywodzi się od słowa "cierpieć"!

Moje głęboko hedonistyczne ego cierpieniu i cierpliwości mówi NIE.
Jeśli zaś o hedonizmie mowa, polecam wywiad z ostatniego Dużego Formatu.
Tekst z ubiegłego tygodnia, ale świeżutki i smaczny niczym poranne gorące kajzerki z piekarni pod moim domem:)

http://wyborcza.pl/1,75248,8508521,Pogrzeb_w_Marii_Awarii.html

fot. EDEK

poniedziałek, 18 października 2010

Kiedy trafiam na nudną bądź fatalną książkę, porzucam ją bez żalu, bo żal mi tracić na nią czas. Z kinem, teatrem, wystawą czy każdym innym "dzianiem się" mam inaczej - zwykle oglądam do końca i nawet gdy efekt jest mizerny, wychodzę zadowolona. Mówiąc krótko - doceniam wartość negatywnych wrażeń:)

I dlatego cieszę się, że pojechałam dziś do CEiK-u na drugą odsłonę Czerwonego Października. Spektakl Marty Ogrodzińskiej "Liminalna" miał jedynie kilka dobrych momentów oraz jedną zabawną kreację aktorską, ale dyskusja pospektaklowa pogrzebała go całkowicie. O ile rozmowy toczone na Czerwonym Październiku zawsze były niezwykle inspirujące, o tyle dzisiejszy panel przypominał pogadankę na lekcji wychowaczej w liceum. Twórczynie coś mętnie bełkotały, spłyciły temat i każdym kolejnym zdaniem strzelały sobie w kolano. A mnie podnosiło się ciśnienie.

Najlepsze jednak jest to, że ja lubię nawet ten rodzaj wkurwienia, jaki mi czasem towarzyszy, gdy się z kimś bardzo nie zgadzam.
Jeszcze mnie telepie. Chyba muszę iść za tydzień po kolejną dawkę adrenaliny:)

Jest szansa, że znów spotkam kilka znajomych twarzy i już nie będą się dziwić, co ja tu robię i  pytać, co słychać u Antka. Bo choć wiem, że to kurtuazyjne pytania zadawane w dobrej wierze, mam dość rzucania zdawkowych odpowiedzi: "Dziękuję, dobrze", "Tak, zdrowy", "Ma już 9 miesięcy". A rozwodzić się na temat cudu macierzyństwa w poczekalni  czy na pośpiesznym papierosie, nie zamierzam. Forgive me.

niedziela, 17 października 2010

Są tacy, którzy pod prysznicem się myją, i tacy, którzy pod prysznicem myślą. Ja należę do tych drugich. I chwała, że nie jestem copywriterką, bo spędzałabym w wodzie większość dnia.

Niedzielę kończę czwartym prysznicem.
Pierwszy był na rozbudzenie umysłu.
Drugi, aby wymyślić scenariusz gry dla korporacji.
Trzeci zaowocował tematem listopadowego felietonu.
A czwarty na rozgrzewkę przed snem:)

Świeżo po kąpieli, układam się zatem do snu.

Na fali wzruszenia dzisiejszym tekstem o Osieckiej i Przyborze, zamówiłam dziś w sieci kilka jej książek, bo ostatni raz czytałam je w liceum. Pamiętam nawet, kto mnie wtedy zainspirował. Przyjaciel mojego ojca, olsztyński mecenas - człowiek nietuzinkowy, genialny komik, fantastyczny hedonista, a jednocześnie ten rzadki typ faceta po piećdziesiątce, któremu na każdym kroku towarzyszy głęboka refleksja. To on pokazał mi knajpę "Pod miotłą", gdzie przychodzą upadli artyści i z nim jeszcze niedawno tańcowaliśmy w zamkniętej "Teatralnej". Od niego właśnie dostałam pierwszą książkę Osieckiej "Rozmowy w tańcu". 
I popłynęłam.   

Wczoraj uroczy familijny dzień. Mama postanowiła odgrzać rodzinne sentymenty, co zaowocowało najazdem krewnych z drugiego końca Polski. Po piątkowej biesiadzie, porannych wiejskich spacerach, towarzystwo wybrało się na zwiedzanie olsztyńskiej starówki. Mój tatuś - mistrz mianipulacji pijarowej - paradował, pchając dumnie wózek Antka, pozując z wnukiem do zdjęć, więc w rodzinnych kronikach zostanie uwieczniony jako superdziadunio. Nikt się nie domyśli, że to ich pierwszy wspólny spacer:)

Wieczorem natomiast zadzwoniła Asia, że potrzebuje interwencyjnego wyjścia do knajpy, bo ma kryzys i musi się wyrwać z chaty. Pojechałyśmy się do ZENa na herbatę i pyszne ciasto serowo-pomarańczowe.

A dziś przy porannej kawie przeczytałam w "Wysokich Obcasach" piękną i smutną miłosną historię Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Piękna - kiedy romansowali, smutna - gdy próbowali przekuć romans w związek. Wpadli w pułapkę, w której ląduje większość kochanków; ulegli złudzeniu, że miłość na co dzień będzie równie gorąca, apetyczna i niezwykła.

A przecież wszyscy wiedzą, że taka być nie może. Wiedzą, dopóki się nie zakochają:)

Choć tekst mnie wzruszył, to niektóre fragmenty rozbawiły:

"Na imieninach u Rakowskiego podpita [Agnieszka] opowiada:Jak się zakocham, to mężczyzna mnie zachwyca od czubka głowy do palców nóg, podoba mi się każdy jego gest, choćby taki. Składa mądrze ręce. Myślę: jakie to inteligentne i subtelne. A po paru miesiącach, jak widzę ten gest - znów składa ręce - myślę: co on wyprawia, a to kretyn"

 Listy Osieckiej i Przybory cierpliwie czekają na półce. Wkrótce do nich zajrzę.

piątek, 15 października 2010

Ja: A mówiłam Ci, że Anka się rozwodzi?
Marta:
Naprawdę?! Dlaczego?!
Ja:
Zakochała się.
Marta: /zaskoczona/ I to jest powód?!

Niesamowite, jak z wiekiem zmienia się perspektywa.
Dla większości dwudziestolatków zakochanie to najważniejszy powód rozstań. 
Dla większości trzydziestolatków zakochanie to jedynie stan przejściowy, który trzeba cierpliwie przeczekać. 

ja:
A ty po 15 latach związku nie masz pokus?
Marta: Mam.
ja: I co?
Marta: I nic. 

Nic dodać, nic ująć:)


Ciekawe, co będzie za kolejne dziesięć lat?:)

Gdybym miała 17 lat i bogatego tatusia, rzuciłabym wszystko i została groupie Grabaża, choć mam podejrzenia, że sam Grabaż wybrałby wersję starszą o dekadę:
- Olsztyn! Dawno nas tutaj nie było - przywitał się na początek. -
Ile pięknych dojrzałych pań!
Dziewczęta bez względu na wiek zapiszczały. Chłopaki zaczęli grać, a tłum zakołysał. W klubie wypchanym po brzegi zebrała się imponująca grupa fanów, wśród których zadziwiająca większość to poważni ludzie urodzeni przed stanem wojennym.
- Kurczę, popatrz, ile tu fajnych facetów i babek!  Skąd się ich tylu wzięło w naszym mieście? - wyszeptałam do Marty.
- Yhy - przytaknęła i wskazała mi gościa, który nas mijał - Ten jest w moim typie.

Zanim jednak szczęśliwie znalazłyśmy się na parkiecie i zanim usłyszaliśmy pierwszą piosenkę Strachów, musiałyśmy wepchnąć się na początek długaśnej kolejki, wziąć udział w przepychance do szatni oraz wyczekać swoje, co stało się dla Tymisiowej doskonałym pretekstem do starczych narzekań: że zła organizacja, do dupy nagłośnienie, duszno i dymno. Próbowałam jej wjechać na ambicję, mówiąc, że gada jak geriatyczka, ale była twarda:)

A wszystko to nie miało przecież żadnego znaczenia! Gdy zagrali "Twoje oczy lubią mnie", "Cafe sztok" czy "Żyję w kraju", zanurzyłam się w dźwieki i słowa, rozbujałam ciało, uwolniłam energię i było mi tak błogo i cudnie. Nie jestem znawczynią poezji współczesnej, ale teksty Grabaża to poetyckie mistrzostwo - uwielbiam jego językową wrażliwość i wyobraźnię. Cenię go za artystyczny wizerunek, za to że się nie sprzedał jak jego kumpel Muniek, nie grywa na eventach, nie szwęda się po dzieńdobrytefałenach i nie zatacza się na scenie.
Mówiąc krótko - jestem wirtualną groupie Grabaża i basta.



Ta piosenka to doskonały chwyt, aby uwieść kobietę. Po takim wyznaniu, chyba każda ma ochotę rzucić się na ratunek:)
środa, 13 października 2010
"Różne szkoły filozoficzne na przestrzeni stuleci znalazły rozmaite wyjaśnienia dla tej najwyraźniej wrodzonej ludzkiej niedoskonałości. Taoiści zwą ją nierównowagą, buddyści niewiedzą, islam naszą niedolę tłumaczy buntem przeciwko Bogu, a tradycja judeochrześcijańska wszystkie nasze cierpienia wywodzi od grzechu pierworodnego. Freudyści utrzymują, że czujemy się nieszczęśliwi w wyniku nieuchronnego zdrzenia naturalnych popędów z wymogami cywilizacji. (jak wyjaśnia to moja przyjaciółka Deborah: "Pożądanie to błąd w projekcie")".

                                                                       "Jedz, módl się i kochaj", s. 185.

Mnie - ateistce - najbliżej do Deborah.
Różni mądrzy twierdzą, że pożądanie to efekt egzystencjalnej pustki. Można ją zalepić wiarą, jedzeniem, używkami, sztuką, pieniędzmi lub ekstremalnymi wrażeniami. Dla każdego coś dobrego.

Nie spytam, czym się karmicie Wy.
Spytam tylko o tego, kto nie zna uczucia pożądania.
Halo, czy jest tu taki ktoś ?
........................
........................
tak myślałam:) 
wtorek, 12 października 2010

Gdybym miała dziś opowiedzieć o moim dniu, to nie wiem, czy najpierw zaczęłabym od tego, że:

Zalaliśmy sąsiadów i nie możemy używać prysznica, co dla mnie - istoty prysznicolubnej - jest straszną karą za grzechy minione i przyszłe. Prysznic mnie koi, odpręża i rozgrzewa. Relaksuje ciało i pobudza umysł. Jutro o świcie jadę wykąpać się na wieś, bo zwariuję.

A może zamiast rozpisywać się na temat hydraulicznych awarii, powinnam wspomnieć, że południe spędziłam na kanapie, pisząc i płacząc na przemian. Jedno i drugie wychodziło mi dziś nad podziw dobrze. Nie cierpię dni, kiedy czuję się strasznie, strasznie słaba, nic tylko mnie zdmuchnąć. Chciałabym wtedy zniknąć, rozmyć się, wyparować w jakiś miękki przytulny niebyt. I żeby nikt o mnie nie myślał - nawet ciepło, najlepiej w ogóle.  Co ciekawe - jest to czas bardzo twórczy, słowa same wypływają mi spod palców, a wątki powieści plotą się gładko i równo jak szydełkowy ścieg koronczarki. Rzadkość.  

Lecz równie dobrze mogłabym przemilczeć moje łzy, bo zdążyły już wyschnąć na spacerze: zamotałam w chustę wrzeszczącego Groszka i poszłam w górę ulicy Leśnej - to dobry szlak, gdy chce się iść na wprost i przed siebie. Strząsnęłam z twarzy smutek, z serca zrzuciłam pętlę, zmarzłam, zgłodniałam, co skutecznie odpędziło jesienną melancholię. Wróci jak bumerang - to pewne, ale może nie dziś i nie jutro.

Najlepiej jednak jeśli opowiem, że mój głód wakacji i lata zaowocował prezentem dla Antka w postaci... namiotu. Czekam na przesyłkę i będziemy zakładać obóz. Endrju jak zobaczy kolejny grat na naszej mikropowierzchni, z hukiem wyrzuci nas z domu;) 

Ale dzień się jeszcze nie skończył.
I wszystko zdarzyć się może: i śmiech, i łzy, powódź, pożar, a nawet trzecia wojna światowa - dlatego zamiast pisać, wypiję dziś swoje i Wasze zdrowie:)

A poniżej obiecane zdjęcie październikowej Myszy. Nie muszę chyba podpowiadać, z jakiej bajki Mysza się urwała?
Po więcej, jak zawsze, zapraszam do Norte.




poniedziałek, 11 października 2010

Od jakiegoś czasu budzę się z lękiem, że już nie zobaczę słońca.
Gdy o poranku ciepłe światło wlewa się do mansardy, oddycham z ulgą. Wizja listopadowych ponurych dni co roku jest dla mnie ciężka, a teraz - gdy muszę zagospodarować nie tylko czas własny, ale i Groszka - myśl o nadchodzącej szarudze naprawdę mnie przeraża.

Na szczęście dziś słońce mnie nie zawiodło, a dzień mile zaskoczył. 
Z samego rana przywędrowała do mnie październikowa Mysz (fotka niebawem), a w południe dotarła przesyłka z filmem Gadjo Dilo, która trochę zabłądziła, dzięki czemu jej poszukiwanie stało się jeszcze bardziej radosne i ekscytujące. 
W pierwszej chwili nie obyło się oczywiście bez paniki:
"Przesyłka pod moimi drzwiami?! Przecież ja jestem w piżamie! A mansarda za rządów Antka wygląda, jakby przeszedł po niej tajfun!"

Ale zaraz przypomniałam sobie sceny z amerykańskich komedii, kiedy do drzwi ktoś puka, a bohaterowie w popłochu próbują uprzątnąć mieszkanie i zrobić ze sobą porządek. Ja - wbrew holywoodzkiemu scenariuszowi - postanowiłam stawić czoła sytuacji w wersji sauté - w końcu piżama i bałagan to zjawiska każdemu bliskie. Okazało się jednak, że kurier rozmył się w słońcu:)

Obejrzałam tylko początek filmu, a resztę zostawię sobie na najbliższy smutny dzień, bo czuję, że niebawem taki zapuka do moich drzwi.

Popołudniu natomiast Tymisiowa obwieściła, że kupiła dwa bilety na czwartkowy koncert Strachów. Nie mogę się doczekać - mam wielką ochotę poskakać i potańczyć -  nawet wśród młodocianych fanów Grabaża. Każdego, kto chciałby nam towarzyszyć i nieco zawyżyć spodziewaną średnią wieku, gorąco namawiam: Zostawcie mężów z dziećmi i przybywajcie:)

A propos mężów.
Od wczoraj tematem numer jeden moich pogawędek Jozi na gg są.. związki. Jozi przytacza mi przykłady jakichś patologicznych relacji, a ja cynicznie kwituję, że taka jest dziejowa prawidłowość: dwudziestolatkowie żyją zaręczynami i ślubami, trzydziestolatkowie małymi dziećmi, a czterdziestolatkowie zdradami i rozwodami:
- Kurwa, ale ja chcę wierzyć w wielką miłość do końca życia - denerwuje się Jozi. -  Jestem małą dziewczynką, która marzy o księciu z bajki.
-
Eee tam, lepiej mieć wielu księciów. To dopiero jazda! - prowokuję.
-
Najlepiej naraz!
- Hihi! Tak!
- A j
est jakiś żeński odpowiednik haremu?
- Trzeba stworzyć! - piszemy jednocześnie.
 
Dlatego miłe Panie, jeśli marzy Wam się bajka o wielu księciach, trzeba zrewolucjonizować kulturę. Najlepiej zacząć od języka. Niniejszym ogłaszam konkurs na żeński odpowiednik haremu.Czekam na propozycje:)

***
A poniżej wczorajsze zabawy znalezionym w trawie kawałkiem lustra.
Może to lustro złej macochy albo królowej śniegu?





niedziela, 10 października 2010

Bohaterka "Jedz, módl się, kochaj" szuka pojedyńczych słów dla określenia zjawisk, miejsc i ludzi. Rzym to SEKS, Nowy Jork - OSIĄGAĆ, a Los Angeles - ODNOSIĆ SUKCES.
Gdybym miała znaleźć słowo opisujące dzisiejszą niedzielę, byłoby to SNUCIE SIĘ.

O poranku odstawiliśmy Antka na wieś, aby wrócić do domu na śniadanie, a potem wyjść na dwór i cały dzień snuć się w słońcu z przystankami na południową kawę, zakup książek  (listy Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory - tak, tak:) i obiad w Pepperoni, gdzie pochłonęliśmy to, co zwykle, czyli sałatę z solą w gorącym serowym sosie i pizzę.

- A jakie słowo najbardziej pasuje do Olsztyna? - pytam Endriuszę, wystawiając twarz do słońca, aby spod zmrużonych powiek obserwować snujące się po starówce tłumy. - Bo moim zdaniem nasze miasto najlepiej określa wyrażenie "Jakoś będzie".
- Ee, ono nie odzwierciedla w pełni charakteru naszego miasta - skrzywił się Endrju. - Mnie bardziej przekonuje "Aspirująca dziura".

Szukam słowa dla siebie.
Od kilku dni jest to NIEPOKÓJ.
Czuję, że rzeczywistość czeka na mój ruch. Powinnam zacząć myśleć o przyszłości, znaleźć dla siebie jakieś miejsce, pomysł na to, co mogłabym robić. Nasłuchuję więc jakiegoś magicznego wewnętrznego głosu, inspirującej podpowiedzi, lecz jedyne, co słyszę to echo, które powtarza różne cudze sądy. Wszystkie zaczynają się od słowa: "Powinnaś".
 
Chciałabym najpierw skończyć powieść, ale proza życia sprowadza mnie na ziemię. Nasza sytuacja finansowa coraz głośniej domaga się drugiego źródła dochodów. A ja tak nie lubię myśleć o pieniądzach. Nigdy nie miałam do nich ani serca, ani głowy. Niestety - nie oszukujmy się - luksus olewania pieniędzy to przywilej tych, którzy je mają.

Dlatego czuję się jak przedostatniego dnia nieustających wakacji, kiedy nagle trzeba pomyśleć o nowych zeszytach, fartuszku i na powrót stanąć w szeregu na inauguracyjnym apelu.

A z drugiej strony wiem, że jakieś ramy dobrze by mi zrobiły. Trudno się buntować, gdy się nic nie musi i nic nie trzeba. A ja kocham kontestować.

Choć z dwóch słów: BUNT oraz INTENSYWNIE. Wybieram to drugie - to jest MOJE słowo.


sobota, 09 października 2010

- Gdyby Antek zechciał drzemać w dzień aż do 15 roku życia, świat byłby cudowny! - wzdycham, wylegując się w łóżku.

Jego poranno-południowa drzemka to dla mnie święty czas. W tygodniu zwykle po prostu czytam lub piszę (nigdy, przenigdy podczas drzemki Antka nie sprzątam i nie gotuję - no way), a w weekend wyleguję się w łóżku, gdzie jem, oddaje się pieszczotom, drzemkom, lekturze sobotnich "Wysokich Obcasów" lub powieści.
W te trzy długie godziny mogę nasycić się wszystkim, co bezwstydnie leniwe i pioruńsko przyjemne.

Dzisiejsza drzemka upływa mi na pożeraniu bestsellera Elizabeth Gilbert "Jedz, módl się i kochaj", na którego się wreszcie skusiłam, choć przebojów książkowych zwykle nie czytam. Skusiłam się i nie żałuję. Książka jest lekka, apetyczna, zabawna - idealna na zbliżającą się jesień, doskonała na sobotni hedonistyczny poranek. Po prostu pyszna.

ja: O rany, ona w tej książce tylko je i je. Czytam i ciągle jestem głodna.
Endrju: Poczekajmy, aż dotrzesz do rozdziału: "Kochaj". 

piątek, 08 października 2010

Dziś pierwsze wieczorne alkoholowo-kulinarne spotkanie towarzyskie w mansardzie, od kiedy Antek przyszedł na świat. Mam wielką nadzieję, że zaśnie grzecznie za ścianą i na kilka godzin zapomnimy o jego istnieniu.

Sałatka gotowa, pasta z oliwek chłodzi się w lodówce w towarzystwie białego wina, czekoladowe ciasto pachnie kusząco, a ja idę pod prysznic.

Udanego weekendu kochani!

środa, 06 października 2010

- Słyszałaś już?! - zapytał  tata, ze wzburzeniem trzęsąc wąsem. - Krzysiek oświadczył, że oni jednak nie chcą mieć dzieci! Nasz ród wygaśnie! Zmarnują się takie geny! 

Słucham z niedowierzaniem, zapominając, że sama odwlekałam decyzję na odległe jutro. Gdyby nie namowy mojego czarującego ginekologa, którego dzięki ciąży mogłam widywać częściej, pewnie wahałabym się do dziś.
Wątpliwości nie rozwiał nawet rosnący brzuch. Niemal każda wizyta u dzieciatych kumpel kończyła się dołem i poczuciem, że ta mała urocza kluska, jaką bywa niemowlę, niewarta jest aż tylu wyrzeczeń. Nuda, panie. To nie dla mnie.

A potem w jednej sekundzie - gdy fioletowy Groszek po raz pierwszy wylądował na moim brzuchu - oszalałam na jego punkcie. Na kilka miesięcy stał się dla mnie wszechświatem.
Dziś minęła mi już pierwsza euforia, powoli wracam do życia pozamacierzyńskiego, mam mnóstwo niedosytów, a mimo wszystko decyzję o dziecku uważam za najlepszą w ciągu ostatnich 30 lat.
Dziecko wymaga nieustannej uwagi, odłożenia na drugi plan swoich wygód i potrzeb, ale to śmiesznie niska cena, jaką się płaci za dziesiątki drobnych radości każdego dnia i drzwi do nowego świata, które uchylają się wraz z narodzinami. Dziecko wrzuca nas na nowy poziom duchowy i emocjonalny, przynosi kosmiczne, z niczym nieporównywalne, doznania. 

Antek rozwija się na moich oczach. Z dnia na dzień robi postępy - jeszcze wczoraj tak sprawnie nie stawał na nogi, tyle nie gadał i nie marszczył noska, wybuchając śmiechem. Każdy dzień z nim jest taki sam, ale inny zarazem. Rozumie coraz więcej, ma już własne poczucie humoru, sam prowokuje  do zabawy i wygłupów. Uwielbia patrzeć jak tańczę albo robię pantomimę, fascynuje go odkurzacz, pralka, piekarnik i mikser. Śmieje się na widok własnych zdjęć, gryzie mnie w stopę i jest fetyszystą - ma obsesję na punkcie moich butów. Przedrzeźniamy się nawzajem, piszczymy, śpiewamy w aucie, walimy pięściami w stół, plujemy marchewką i turlamy się po podłodze.
Ale nie zawsze. Czasem Groszek bawi się sam, a ja czytam lub piszę.

Każda decyzja zawsze niesie ze sobą jakąś stratę. Ale strata szansy na rodzicielstwo wydaje mi się ogromna. Niestety przekonać się o tym można tylko wtedy, gdy klamka zapadnie, a na świat przyjdzie nowa istotka. Innej możliwości nie ma:)

wtorek, 05 października 2010

Jest kilka rzeczy, które chciałabym zrobić, bo są dobre i zdrowe.
Wystarczyłoby poskromić apetyt. Tylko i aż.

Chciałabym na przykład być wegetarianką. Kiedyś wytrwałam rok, ale po dwunastu jarskich miesiącach rzuciłam się na mięso niczym wygłodniały jaskiniowiec. 

Uwielbiam mięso pod każdą postacią - krwisty befsztyk, tatar, golonka, ozorki w sosie chrzanowym, gulasz z drobiowych serc czy wątróbka z jabłkiem i cebulką to dla mnie rozkosz podniebienia.

Tak samo jest z apetytem na życie.

Dzisiejszy dzień to babskie gadki przez telefon.
Najpierw z Walerką, która uziemiona w pozycji poziomej zachowuje właściwą dla siebie pogodę ducha. Ona jest moją constans - ma w sobie łagodność i pokorę wobec życia. Potrafi cenić to, co przynosi jej każdy dzień i temperować swój apetyt. Rozmowa z nią jest jak balsam.

Co innego Ewka. Przy niej to ja jestem oazą spokoju. Gadamy o pracy, dzieciach i facetach.
- Ja nie wytrzymam kolejnych 30 lat! - wzdycha Ewka. - Życie to jeden wielki ból. Każdy wybór okupiony jest jakąś rezygnacją. Skąd wziąć na to siłę?!
- Nie wiem, wszystko jest popieprzone - przyznaję, chichocząc jednocześnie, bo rozmowy z Ewką o trudach życia zawsze wprawiają mnie w dobry humor. - Ale z drugiej strony, może wyolbrzymiamy? Robimy wielkie halo z miłości, pracy, romansu, a każdy dzień zbliża nas do śmierci. Więc czym się przejmować?
- Czym?! - dramatyzuje Ewa. - Do nieba na pewno nie pójdziemy, więc to wszystko NAPRAWDĘ jest bez sensu! 

Nie pozostaje mi nic innego niż zgodzić się z konkluzją, że życie to bezsensowane pasmo rozpaczliwych decyzji okupionych cierpieniem.
- Może w listopadzie wyrwę się do Warszawy i pójdziemy gdzieś potańczyć? - na chwilę zmieniam temat.
- Super! Koniecznie! - zapala się Ewa. - Pójdziemy się zabawić i pokażesz mi, jak się podrywa chłopaków!

Wybuchamy śmiechem.
A jednak nieposkromiony apetyt czasem nadaje sens nawet dramatowi istnienia.
Idę coś zjeść. Pa!

Post scriptum 2 godziny później:
Znalazłam lekarstwo na ból egzystencjalny.
Wystarczy się porządnie oparzyć. Na przykład żarówką. Przy tym bólu, tragizm życia to pikuś:)

Przechodzi z trudem po dwóch paracetamolach.

poniedziałek, 04 października 2010

Mój sukces w pracy nad łzami małej wewnętrznej dziewczynki okazał się bardzo kruchy. Jeszcze dziś rano obudziłam się pełna energii, czego wyrazem było umycie okien w mansardzie (a robię to od wielkiego dzwonu). Krzątałam się radośnie po domu, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy ostatnio uroniłam  łzę. Pomijam łzy wzruszenia na reklamach z niemowlakami i romantycznych filmach.
Jeszcze rano wydawało mi się, że "świat jest piękny, a do tego cały mój".
To cytat z trzyletniej Neli, małej królowej życia:)
I ledwo zdążyłam  przybić piątkę wesołej dziewczynce we mnie, gdy na jej buzi pojawiła się podkówka, a potem łezki. Na szczęście dzień był wietrzny, więc pomieszały się ze łzami wywołanymi mroźnym powietrzem.

A potem już jakoś dzień się potoczył i szczęśliwie dobrnęliśmy do zmierzchu.

Wolę wieczory od poranków.
Ciemność jest bardziej przytulna, na niebie są gwiazdy - małe światełka w tunelu, można wypić piwo i się pośmiać. Z kolei poranek  to jaskrawe uderzenie rzeczywistości - światłość dnia dociera wszędzie bez wyjątku, obnaża i wydobywa na wierzch to, co chcemy ukryć. W obawie.  
Najbardziej samotna bywam o poranku.

Do świtu zostało jeszcze trochę czasu.
Właśnie dostałam mejla. Pewna projektantka szyje już dla mnie fioletowy czarodziejski płaszczyk. To taki prezent dla małej dziewczynki - rekompensata za wszystkie niedotulenia.

 
1 , 2