..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 31 października 2009

nie pisałam, bo zapadłam się w przytulną domową puszystość, delektowałam się codziennością. 

Jeszcze się trochę podelektuję, a potem wrócę.

czwartek, 29 października 2009

Poranek przywitał mnie rześki i energetyczny. Dziś nie mam powodów do zmartwień, choć przecież nic się nie zmieniło, poza kątem widzenia. 
Idąc starówką do kramiku, zobaczyłam z daleka dwóch kominiarzy, chwyciłam się za guzik, a jeden z nich do mnie podszedł, położył mi rękę na brzuchu i niczym dobry czarodziej przemówił:
"Aby wszystko było dobrze".

Będzie dobrze.
Kramik już otwarty, piję herbatę i za chwilę wezmę się do pracy. Trzeba toczyć tę powieściową żmudną kulę, która niestety wolniej od Antka przybiera na wadze i pewnie narodzi się ciut później.

Rozmawiam z ciotką przez telefon:
ja: Chciałabym skończyć powieść przed porodem, bo się boję, że po porodzie mi się coś w głowie zmieni i nie będę już mogła pisać.
Ciotka: Nie przesadzaj, podczas porodu wyjmuje się tylko dziecko, mózgu nikt nie rusza. 

ale ja polskiej służbie zdrowia nie ufam:)

12:01, leelooo
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 października 2009

Dziś mi trochę smutno. Złożyła się na to mozaika drobnostek: jesień, ciążowe osłabienie,  kłopoty finansowe i tęsknota za Endriuszą, który musiał daleko wyjechać.
Nie mam siły, ani ochoty na towarzyskie spotkania - zamiast gdzieś się szlajać, wolę wrócić do domu. Obejrzeć film (ostatnio rewelacyjny "Krwawy Diament" i sympatyczny "Powrót do Garden State"), poczytać (aktualnie "Ulica Marzycieli"). Wolę ugotować zupę, posłuchać radia, napisać kilka akapitów powieści. I do pełni szczęścia brakuje mi tylko słońca za oknem, spokojnej głowy i ramion Endruszy. Dziś to strasznie dużo.

W Poznaniu zasmuciła, a może bardziej wstrząsnęła mną wiadomość o księgarnianym krachu i obojętności poznaniaków:
1. Księgarnia Kapitałka splajtowała
2. Księgarnia Bookarest z dziedzińca Starego Browaru została zepchnięta do klitki w podziemiach
3. Nie ma już fantastycznej kawiarnio-księgarni "Głośniej samotności"

Kiedy Walerka obwieściła mi te nowiny, najpierw byłam w szoku, potem ogarnęła mnie wściekłość, a teraz czuję tylko bezsilność.
Nie mogę uwierzyć, że te fantastyczne miejsca zostały tak po prostu wytarte gumką myszką z planu miasta.
Nie mogę pogodzić się z tym, że nikt o nie nie walczył, nikt nie pomógł, nikt się nie wstawił za nimi.
Zdaniem Walerki jest to typowy przykład poznańskiej zachowawczości. Tam, jak nigdzie indziej bez słowa uznaje się autorytet władzy, problemy się przemilcza, a niewygodne prawdy zamiata pod dywan. Jak twierdzi Walerka, w Poznaniu jedyną wyrocznią jest Gazeta Wyborcza, a prawd głoszonych w GW nikt nie śmie podważać.
W Olsztynie nie jest lepiej, tutaj władza nie ma autorytetu, ale za to budzi strach.
Ech, szkoda gadać.
Ale tego pomoru Poznaniowi szybko nie wybaczę.

20:55, leelooo
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 26 października 2009

Poznań ugościł mnie pogodą niczym budyń gotowany w kałuży, nad głową zamiast chmur miałam brudną zawiesinę, a pod stopami wilgotne ciasto błota. Lecz mojej pogody w sercu, głowie i żołądku nic nie było w stanie zepsuć. W końcu Poznań miasto doznań, to miejsce, do którego zawsze wracam z tą samą przyjemnością.

JOZI, GRUSZKA I TRADYCYJNE JUŻ DARCIE ŁACHA
Z dworca odebrał mnie Darek, z brawurą omijając korki i przestoje, wprawiał mnie to w drżenie serca, to w chichot, kiedy mówił do siebie różne teksty w stylu: "Oj, niegrzeczny, chciał przecwaniakować, a pojechał za daleko".
Wieczór spędziłam z Jozi i Gruszką - najpierw w Cofilii na Żydowskiej, a potem w Kamei na Wronieckiej, gdzie uraczyłam się pyszną szarlotką w waniliowym puddingu. Spotkanie jak zawsze przebiegało w atmosferze chichotów i wzajemnej złośliwości, ja natomiast z satysfakcją stwierdziłam, że Gruszka bije mnie na głowę! Nawet ja nie jestem aż tak obcesowa i czasem gryzę się w język. Jak widać, niepotrzebnie - przyjazna złośliwość naprawdę ożywia rozmowę. 
Przed północą Gruszka odwiozła nas do domu swoim nowym mesiem. Jadąc, mijałyśmy ZAMEK, na który wisiał baner.
Jozi: Ilekroć tędy przejeżdżam, zastanawiam się, co to są triennale.
ja: Impreza, która odbywa się co trzy lata, analogicznie do biennali, które są co dwa lata.
Jozi: A jeśli odbywa się raz do roku, to nazywa się anale?

Piątkowe przedpołudnie spędziłyśmy leniwie, pokładając się na kanapach u Jozi, bawiąc się z małą Iguaną, która jest ósmym cudem świata i gadając o sprawach i sprawkach. Matka Polka Jozi udzieliła mi wielu rad, a ja do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie można nauczyć dziecko zasypiać. Gdyby ktoś chciał namiary na szkołę zasypiania wg Jozanki, dysponuję adresem:)


A oto i Iga!
Fot. Piotr Iwański

JAK W KURORCIE
Kolejną noc spędziłam w nowym mieszkaniu mojego brata Krisa i jego żony. Kupili sobie chatę na Różanym Potoku - w nowoczesnym zakątku dla high society, który bardziej przypomina nadmorski kurort po sezonie niż dzielnicę mieszkalną. W ich super designerskim mieszkaniu czułam się jak w luksusowym hotelu. Do pełnego obrazu brakowało jedynie białego szlafroka i jednorazowych kapci:)
Na kolację wpadł również Fruwakowski, a było czym się skusić, bo Asia ugotowała prawdziwe majstersztyki. Na przystawkę podała nam dwie sałatki, z czego jedna - prosta do bólu i do bólu smakowita - bez reszty skradła mi serce. Potem wjechał strogonow, a gwoździem programu był kulinarny debiut - lazania.
Podczas przygotowywania lazanii Asia dla kurażu łyknęła ciut piwka i  mimo że pierwszy sos beszamelowy spłynął kanalizacją, nie dała za wygraną.
- Ocho - zawyrokował Kris, widząc jak jego żona cichaczem sunie do łazienki z garnkiem w ręku - Aśka nadyma policzki. To znak, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Siedziliśmy do drugiej w nocy. Nie to, żebym była niegościnna, ale Fruwak między 24 a 2 siedem razy wypowiadał sakramentalne zdanie: no to ja się zbieram:) Jedząc, pijąc, lulki paląc (palił co prawda tylko Kris) gadaliśmy o wyższości Kazika nad Rysiem Rynkowskim, urządzaniu wnętrz i nie wiem, czym jeszcze. Pamiętam, że uśmiałam się do łez, słuchając przekomarzań Krisa z Aśką, a o drugiej padłam nieżywa i najedzona do granic możliwości na wielką sofę kosztującą majątek.
Spało się nieźle.

Kris z Asią, Fruwakowski i ja:)

APETYT NA SOBOTĘ
W sobotę z rańca popędziłam do teatru. Teatr to naprawdę miejsce magiczne - ich nie dotyka ząb czasu! Kasia zaprezetowała się w modnych w tym sezonie fioletach i jak zawsze uwiodła mnie swoją żywiołowością i energią, a Elulu zdradziła mi sekret jak straciła zbędne kilogramy. Pamiętam czasy, kiedy ważyłyśmy z Elulu tyle samo i zawsze licytowałyśmy się, która z nas ile zjadła (albo raczej ile nie zjadła) i co nam ubyło. Ale to było dawno - 13 kilo temu:)
Z teatru, w którym uraczono mnie wielkim ciastkiem z galaretką, pofrunęłam do Bogusi, gdzie czekał na mnie dwudaniowy obiad. Na widok barszczu ukraińskiego i serowo-brokułowej tarty mój żołądek zawył męczeńsko, a Antoni zatarł ręce.
Kolejny posiłek - schab w warzywach, mniam, mniam - zjadłam u Walerki i Szymona, razem z Endriuszą, który dojechał w sobotnie popołudnie. Po obiedzie wyruszyliśmy na punkrockowy koncert do Imperium, ale nie zabawiliśmy tam długo. Ja nie chciałam robić Antoniemu auschwitzu, a Walerka stwierdziła, że już wyrosła z takiej muzy. Trafiliśmy do Kamei jak na poważnych ludzi przystało i tam przesiedzieliśmy resztę wieczoru. Fajnie zobaczyć kochanych ludzi i spędzić z nimi choć kilka chwil, o kilka chwil za mało.

POZNAŃ I MOJE MIEJSCE NA ZIEMI
Po pysznym niespiesznym śniadaniu u Walerków wsiedliśmy w pociąg powrotny.

Nieśpieszne śniadanie we czworo

- Tęsknisz za Poznaniem, co?
- bardziej stwierdziła niż zapytała Bogusia podczas sobotnich odwiedzin.
Niemal z poczuciem winy, odpowiedziałam, że nie tęsknię, choć kocham i fantastycznie się tam czuję. Nie tęsknię, bo teraz mój dom jest tu, na prowincji, do której wracam z ulgą i prawdziwą przyjemnością. Wysiadam z pociągu, idę wzdłuż jeziora i wdycham zapach wilgotnych butwiejących liści. Za chwilę otworzę drzwi naszej manasardy, która bardziej przypomina dziuplę krasnali niż mieszkanie, ale dziś nie zamieniłabym jej na żadne inne.
Lubię wizyty w Poznaniu i wyczekuję ich, bo tam mam wielu bliskich, bo lubię przechadzać się uliczkami Starym Rynku, zwiedzać coraz to nowe knajpki i rozkoszować się szerokiem wachlarzem smaków. Lubię robić tu zakupy, a nawet oddychać miastem. Ale tak naprawdę ani kawiarnie, ani kina i teatry (których mi w Olsztynie bardzo brakuje) nie zastąpią mi komfortu życia, który znalazłam właśnie tu: pośród jezior i drzew, bez pośpiechu i wielkomiejskiego chaosu. Tu oddycham głęboko.

wczorajsza droga nad Długim

15:22, leelooo
Link Komentarze (10) »
czwartek, 22 października 2009

Walizkę mam już spakowaną i niebawem ruszam w drogę.
A droga zaprowadzi mnie wprost w objęcia Poznania.

Wracam tu dopiero w poniedziałek.

Bądźcie grzeczni i nie dajcie się jesieni!:)

09:46, leelooo
Link Komentarze (4) »
środa, 21 października 2009

Spotykamy się z Endrju na obiedzie. Endrju pod kurtką ma paskudny wyświechtany polar.
- Może po obiedzie pójdziemy poszukać Ci jakiegoś swetra? - proponuję.
- Możemy - odpowiada Endrju. - Ale wiesz, że są małe szanse?

A małe szanse są dlatego, że sweter musi spełniać kilka kryteriów: być czarny, gładki, bez naszywek i napisów, z golfem zapinanym na zamek. Niby proste, ale skąd!

Łazimy po centrum handlowym, gdzie jest wiele pięknych swetrów, ale żadnen z nich nie spełnia wszystkich koniecznych wymagań. Próbuję dyskutować.

PRÓBA I
ja: Kochanie, spójrz, tyle jest pięknych kolorów, krojów, poszukajmy Ci czegoś innego! Trzeba się otwierać na nowe trendy!
Endrju: Ależ ja się bardzo otwieram na nowe trendy!
ja: Tak?
Endrju: Jeszcze rok temu, nie wyszedłbym z chaty w tym starym paskudnym polarze.

PRÓBA II
Endrju przymierza sweter.
Endrju: Mam dziwne wrażenie, że ten sweter nie jest czarny, tylko ciemnogranatowy.
ja: A to byłby bardzo wielki problem?
Endrju: No pewnie! Ucierpiałby na tym mój cały fromage!

PRÓBA III
Znajdujemy ciepłą boską bluzę z kapturem. Namawiam Endriuszę, żeby ją przymierzył. Próbuję wziąć go pod włos.
ja: A wiesz, mnie się zawsze bardzo podobali faceci w bluzach z kapturem.
Endrju: Naprawdę?
ja: Naprawdę. Kup tę bluzę ze względu na mnie, aby rozpalić ogień pożądania.
Endrju: To nie jest dobry pomysł. Ostatecznie tych wszystkich facetów w bluzach jednak zostawiłaś, a ja noszę swetry i ze mną wciąż jesteś.  

wtorek, 20 października 2009

W ten weekend, wychodząc z filmu Dystrykt 9 zrozumiałam, że dojrzałam do oglądania kina science fiction. Dystrykt naprawdę mi się podobał. Nigdy nie będę fanką tego gatunku, ale jestem w stanie wejść w klimat, dać uwieść się fabule, docenić efekty specjalne. A jak poszukam, to nawet znajdę uniwersalną wymowę:)

Wychodząc z kina, mijamy półnagie gimnazjalistki, które przebiegają przez jezdnię na czerwonym świetle. Rozlega się  pisk panienek doskonale zsynchronizowany z piskiem opon.
ja: Patrząc na te głupie siksy, dziękuję Bogu, że będziemy mieli Antka, a nie Hanię.
Endrju: A Ty tak się zachowywałaś?
ja: No pewnie. Większość dorastających dziewczynek się tak zachowuje.
Endrju: A wiesz, że ja też przebiegałem z kolegami tuż przed nadjeżdżającymi samochodami.
ja: Żartujesz chyba?!
Endrju: (z dumą w głosie) nazywaliśmy to Zabawą w Ryzyko.

poniedziałek, 19 października 2009

Słoneczny poniedziałek, a ja siedzę w kramiku otulona futrzaną kamizelką, w rękawiczkach po łokcie, które utrudniają mi pisanie. I sobie marznę.

W piątek przy zielonej herbacie w ZEN poruszyłyśmy z Ewką i Janiś, kilka tematów wymagających omówienia.

Pierwszy: przykręcanie śruby przyjaciołom.
Wszystko wzięło się z tego, że zasypałam Ewcię lawiną niewygodnych pytań dotyczących jej przyszłości. Niewygodnych, bo wymagających zejścia na ziemię z obłoków, w których Ewa czuje się najlepiej. Od czasu do czasu przypieram ją do muru, aby marzenia skonfrontować z rzeczywistością i od gadania przejść do działania. Nie robię tego, aby ją zgnębić, lecz po to, by ją zmobilizować, wytrącić z przytulnej bierności okraszonej mrzonkami. Mogłabym oczywiście ugryźć się w język, przytakiwać i uśmiechać się, myśląc swoje, ale uważam, że długoletnia przyjaźń zobowiązuje do szczerości. Do dziś pamiętam zbiorowy lincz, jaki dziewczyny dokonały na mnie wiele lat temu, potępiając mój styl życia. I choć wtedy było mi przykro i źle, czułam do nich wdzięczność.

Oczywiście ważne jest to, w jaki sposób wyrazimy swoją opinię. Ja bywam często zbyt obcesowa, co zawsze uświadamiam sobie po fakcie, lecz przecież można powiedzieć prawdę delikatnie i taktownie. Ważne jednak, aby mówić. Bo jeśli nie powiedzą jej przyjaciele, to kto?
Dlatego zanim strzelimy focha, warto zastanowić się nad intencjami. Może chodzi o coś więcej, niż wybicie nas z samozadowolenia?
Z kolei Ewka już tak uodporniła się na przykręcanie śruby, że nawet gdy wytoczę ciężką artylerię, ona z tym samym słodkim i urzekającym uśmiechem przyzna mi rację, wzruszy ramionami i dalej wyleguje się w miękkiej pierzynie nieba, co mnie wkurza i jednocześnie rozczula. Ale poza przykręcaniem śruby, przyjeciele są od tego, aby byli bez względu i pomimo. Więc jestem. I cieszę się, że mogę być.

Druga kwestia to silna kobieta i słaby mężczyzna
Do tego tematu zainspirowała mnie rozmowa o naszej nieobecnej przyjaciółce, która jest silną wyzwoloną kobietą, a jej facet to typowy kochany miś, do rany przyłóż. Znamy wiele takich par, prawda? On taki dobry, ona hetera. To ona rządzi, ona go ustawia, ona go poucza.
- Jak on z nią wytrzymuje?! - pytają wszyscy dookoła i nie mogą się nadziwić.
Tymczasem jako silna kobieta, doskonale znam odpowiedź na to pytanie: wielu mężczyzn, szczególnie tych bez wygórowanego ego i bez kompleksów, uwielbia silne babki, bo przy silnych babkach im żyje się ławiej i wbrew pozorom lepiej.
Bo silna babka to babka z inicjatywą. Począwszy od wymyślenia tego, co będzie na obiad, a skończywszy na decyzjach o zmianie pracy, remoncie czy wakacjach. Silna babka potrafi wziąć się w garść i zmobilizować faceta. To ona ciągnie go za sobą, wspiera, inspiruje, gdy trzeba, kopie.  Nie wisi na jego ramieniu, nie potrzebuje dowodów męskości, zamiast czekać aż on coś zrobi, pierwsza bierze się do roboty. Silna babka oczywiście bywa despotyczna i nieznośna, ale w ogólnym rozrachunku to nie aż taka wysoka cena za komfort psychiczny małego chłopca, którego niańczy duża kobieta.
Nie bez powodu męskie seksualne fantazje oscylują wokół pielęgniarki, dominy z pejczem czy nauczycielki.
Silna babka to mozaika wyzwolonej kochanki, szefowej i matki, za którą tęskni każdy duży mały mężczyzna.

I ci, którzy użalają się nad biednym zdominowanym facecikiem, nigdy nie pomyślą, że silna babka też czasem chciałaby się na kimś oprzeć, oddać komuś pierwszeństwo, zrzucić z siebie odpowiedzialność. A przecież gdyby biednemu facecikowi było aż tak źle, to wziąłby nogi za pas i odszedł do potulnej marysi.
A jednak zostaje.

14:35, leelooo
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 października 2009

Za oknem mróz i mgła. Piję poranne mleko w moim ulubionym kubku od niedoszłej teściowej. (To chyba przewrotność losu, że napoje najlepiej smakują z kubka od teściowej:)
Siedzę przy kuchennym oknie i spoglądam na zewnątrz. Wymalowali nam przed domem śnieżnobiałe pasy dla pieszych - zabawnie to wygląda, bo prowadzą wprost z parkingu do furtki burdelu:)

Bo mansarda - jakby ktoś nie wiedział  - ma bardzo specyficzną lokalizację: z tyłu liceum katolickie (dawna szkoła Hitler Jugen), a z przodu dom uciech. A wewnątrz tragifarsa, ale to już inna historia.

Siedzę w oknie, w piekarniku piecze się ciasto, a mnie się tyle tematów nazbierało. Zainspirowało mnie  do nich wczorajsze spotkanie z Ewcią i Janiś.
Chciałabym napisać o:
- przykręcaniu śruby przyjaciołom, czyli o tym, czy w przyjaźni należy zawsze głaskać po głowie
- mentalnej monogamii jako warunku pełnego związku
- silnej kobiecie i słabym mężczyźnie - kto z nich dwojga ma gorzej
- o tym, czy dzieciom powinno ciążyć nieudane życie rodziców
- a także o tym, że ciąża zaspokaja głód samotności i jest dla kobiety jedynym czasem tej prawdziwej, wytęsknionej intergralności z drugim człowiekiem, z dzieckiem.

I napiszę, jak tylko znajdę chwilę. Ale teraz dopiję mleko, udam się pod prysznic, a potem pojadę wieszać z Tatulkiem Diabelski szyld, a jeszcze później zajrzę do Magdy-jednej z aktywistek KGM (Koła Gospodyń Miejskich).
Tak właśnie uczynię, zaś Ci, którzy nie mają planów na sobotę, niech koniecznie idą na Julie&Julia.
Nie dajcie się prosić:)

***
CZYJ CHARAKTER
Dzwoni Tata. Gadamy. W końcu pyta:
Tata: A gdzie jest Andrzej?
ja: Wraca z Białegostoku.
Tata: Co on tak ciągle do Białegostoku jeździ?
ja: Nie wiem, pewnie jakąś kochankę ma.
Tata: Ty w ciąży, a on ma kochankę?!
ja: No wiesz, to się często zdarza.
Tata: (z przekąsem) Musiałby mieć chyba Twój charakter.
ja: Raczej Twój.
Tata: No szkoda! Twój!
ja: Tato, ale wiesz, że wszyscy mówią, że ja mam Twój charakter:o)
 

CHODZIMY ZE SOBĄ PRAWIE 3. LATA
Endriuszę poznałam w 1. dzień świąt Bożego Narodzenia na imprezie klasowej. Kilka dni później przyjechał do mnie do Poznania na Sylwestra i tak się potoczyło. 
ja: Ostatnio liczyłam, jak długo jesteśmy razem i wyszło mi, że w tego Sylwestra miną dopiero 3 lata. Czyli  spędziliśmy razem dopiero 2 Sylwestry.
Endrju: Jak dwa? Trzy!
ja: Jakoś tego pierwszego Sylwestra nie policzyłam.
Endrju: A czemu?! Przecież mieliśmy już za sobą bzykanie, czyli byliśmy Chłopakiem i Dziewczyną.
ja: Chłopakiem byłeś już wcześniej, ja dziewczyną też.
Endrju: No wiesz, ale chodzi mi o to, że już no... chodziliśmy ze sobą.

11:01, leelooo
Link Komentarze (5) »
czwartek, 15 października 2009

W takie dni jak wczoraj, kiedy za oknem zimno, a wiatr w duecie z chłodem znęcają się nad nami, w takie dni jak jesienne październikowe nie ma nic lepszego niż ciepły smakowity film.

Ja wybrałam się na "Julie&Julia" z boską Meryl Streep.
Nie wiem, jaka jest Meryl Streep naprawdę, ale ja ubóstwiam jej filmowy wizerunek, lekkość, poczucie humoru i godny pozazdroszczenia dystans do rzeczywistości. 

Nie mam potrzeby posiadania moralnych autorytetów, nie lubię gdy ktoś próbuje za rękę prowadzić mnie przez życie, nie przepadam za radami i wskazówkami nawet tych najmądrzejszych. Nauczyciele i liderzy to nie dla mnie.

Kocham natomiast tych, którzy swoim życiem i sztuką dają świadectwo twórczego i mądrego istnienia. Nie pouczają, nie oglądają się za siebie, po prostu kroczą przez życie tak wspaniale, że ma się ochotę podążyć  za nimi. 

Meryl Streep taka właśnie jest. Wystarczy spojrzeć na jej uśmiech, posłuchać tembru jej głosu, a już chce się żyć inaczej, radośniej, lepiej.  
 


17:41, leelooo
Link Komentarze (5) »
środa, 14 października 2009

Zaraz zmykam z kramiku, więc dziś krótko o kompleksach.

Do tematu zainspirował mnie porządek, który zaczęłam robić w skrzynce mejlowej i dzięki temu cofnęłam się do początku 2005 roku.
Pośród wielu mejli od Kaśki z Teatru, Marka z RMF-u, kochanków i przyjaciół, natknęłam się również na mejle od mojego ówczesnego kata.
Należał on do facetów, którzy składali się niemal z samych kompleksów, a swoją wartość budowali na krytykowaniu i poniżaniu innych. Niepewność siebie tuszował zarozumiałością, strach przykrywał pogardą dla świata.
Nasz związek był jedną wielką szarpaniną, szantażem emocjonalnym, sinusoidą przemocy - najpierw on pastwił się nade mną, a gdy ja chciałam odejść, klękał i błagał o przebaczenie.
- Jeśli bije, to znaczy, że kocha - jak każda kobieta uwikłana w patologię tak tłumaczyłam jego ataki złości. A potem były kwiaty, prezenty, gorące wyznania i dowody prawdziwej wielkiej miłości.
Do następnej awantury.
W skrzynce mejlowej znalazłam jeden z wielu linków przeprosinowych - może zabawny nawet, ale nie wtedy, gdy przypominam sobie cały kontekst.
http://www.scrolllock.nl/1.cfm

Patrzę na moją przyjaciółkę i jej nowego chłopaka. Już na pierwszy rzut oka widać, że facet jest kłębowiskiem kompleksów.
Zawsze narzuca temat rozmowy, każdą kwestię wypowiada tak jakby to była jedyna usankcjonowana racja, nieustannie ją poprawia i potrafi godzinami rozprawiać, w jak krótkim czasie przejechał trasę Wrocław- Olsztyn na przykład, jakie osiąga prędkości, czego ON nie zrobił i czego nie widział. Koszmar.

Wiadomo, że każdy z nas ma kompleksy, ale Ci, którzy mają ich za dużo, naprawdę potrafią zepsuć innym udane spotkanie, wyjazd, a nawet całe życie.

13:49, leelooo
Link Komentarze (5) »
Zaproszona przez Tymisiową, wypełniam ankietę:
"Zabawna czwórka"

4 miejsca, w ktorych mieszkałam:

Olsztyn przedmieścia
Poznań
Warszawa
Olsztyn nad Długim


4 miejsca, do ktorych lubię wracac:

dom zawsze i wszędzie
Poznań
Beskidy
dom moich rodziców

4 ulubione potrawy (chyba 44):

śledzie
barszczyk z kołdunami
ozorki w sosie chrzanowym
sałaty różniaste

4 potrawy, ktorych nie znosze:

należę do istot wszystkożernych

4 pasje:

literatura
kino
włóczenie się z aparatem i bez, po mieście i nie
podróżowanie tam, gdzie nie słychać miasta

4 miejsca, ktore bym zwiedzila, gdybym miala taka mozliwosc:

Meksyk
Rumunia
Portugalia
Księżyc

4 seriale, programy, które lubię:

Przystanek Alaska
Dr. House
Ranczo
nic więcej nie mam na płytach, a TV wciąż nie odbiera:)

4 miejsca pracy:

teatry
restauracje i bary
reklama & event
galeria fotografii

4 rzeczy, które bym chciała zrobic, przeżyć:

więcej i lepiej pisać
mieć fajną rodzinę i dużo zwierząt
uciec w przyszłości z miasta
wychować dziecko (dzieci?)na szczęśliwych ludzi 

4 ulubione filmy:

"Samotni"
filmy Allena
filmy Kędzierzawskiej
filmy Almadovara i wielu innych

 ulubionych wykonawcow muzyki:

lubię starą polską muzę: Grechutę, Niemena, Szczepanika, Banaszak i Martynę Jakubowicz i wiele nazwisk z tamtych czasów.

4 rzeczy, ktore robię po wejsciu do internetu:

sprawdzam pocztę
czytam blogi
wchodzę na allegro
i goldenline

Do zabawy wywołuję Paulę so, Lucy, czyli Smoltok i Anię Mateusza:)

09:36, leelooo
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 października 2009

Wieczór.
Ja czytam "Siomgę" Andruchowicz, a Endrju siedzi przed komputerem.

W pewnej chwili odsuwa klawiaturę i wstaje wściekły:
- No i kurwa umarłem!

13:11, leelooo
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 października 2009

Sentymentalna podróż do Krutyni

Sobota przywitała nas tak piękna, słoneczna i rdzawa, że grzechem byłoby zostać w domu. Dlatego wpakowaliśmy się w almerkę i wyruszyliśmy do Krutyni w sentymentalną podróż szlakiem dziecięcych wakacji Endriuszy.

Słońce zmywało nam z twarzy całotygodniowe zmęczenie, a my pędziliśmy przez jaskrawe pejzaże mazurskich pagórków, jezior i lasów. Zakątek nad rzeką Krutynią okazał się malowniczy i cichy jakby wreszcie odpoczywał po gwarnym sezonie.

Na miejscu spotkaliśmy kota. Był półdziki, łasił się do nas, ale nie dawał się pogłaskać. Wyruszyliśmy na długi spacer brzegiem rzeki, a kot szedł z nami. Szedł, mruczał, ocierał się o przydrożne drzewa, ale dotknąć się nie pozwalał. Taki kot czarodziej. Krok w krok, noga za nogą. Czasem nas wyprzedzał i wówczas oglądał się, czy na pewno idziemy właściwą ścieżką. A nad rzeką pachniało. Drzewa przeglądały się w rozświetlonej wodzie, a my kroczyliśmy malarskim tunelem przyprawiającym o żółto-zielony zawrót głowy. Pod stopami i nad głową - wszędzie kolorowo.
Obiecaliśmy sobie, że w kwietniu wrócimy tu z Ankiem na tropienie wiosny.

Bajka o dualizmie
Do mansardy wróciliśmy jak na haju, półżywi, otumanieni szokową dawką tlenu. Leżąc przytuleni w łóżku, gadaliśmy do później nocy.
- Opowiedz mi jakąś bajkę - poprosiłam Endriuszę.
- O czym tę bajkę?
- O mnie na przykład.
- Pewnego dnia
- zaczął opowieść Endriusza - dobry Agul wybrał się na spacer wokół jeziora Długiego. Szedł, pląsając, pląsał, idąc, a po drodze zachwycał się wszystkim dookoła. Wąchał kwiatki, głaskał drzewa, rozmawiał z łabędziami i do wszystkich się uśmiechał. W pewnym momencie zauważył, że w ślad za nim podąża jakiś dziwny pręgowany cień. Lecz ilekroć chciał ten cień dotknąć lub złapać, ten rozmywał się i znikał. A potem w najmniej oczekiwanym momencie pojawiał się znowu. W pewnej chwili Agul nie wytrzymał i rzucił się na ten cień i zaczął go okładać pięściami, kląc przy tym siarczyście (tutaj Endrju rzucił niewybredną wiązankę). Okazało się, że w dobrego Agula wstąpił nagle zły Agul i rozpoczęła sie straszna wojna, bo dobry chciał pokonać złego, a zły chciał zapanować nad dobrym. Wojna trwałaby w nieskończoność, gdyby zły i dobry nie zrozumieli w końcu, że dualizm jest nieodzowną cechą świata. Dlatego nadszedł dzień, w którym dobry i zły Agul zawarli rozejm i pogodzili się. Odtąd w Agulu mieszka zły i dobry. Aby zachować sprawiedliwy podział: raz do głosu dochodzi jeden, a raz drugi.
A wszystkiemu winny jest ten trzeci: ten kto, wymyślił dualizm;))

Wietrzenie szafy 3
W niedzielę natomiast poszybowałam na trzecią odsłonę Koła Gospodyń Miejskich. Tym razem frekwencja dopisała: było nas 8, a na spotkaniu panował przyjemny gwar i uroczy kobiecy rozgardiasz. Wszystkie matki jak jeden mąż przyznały, że nawet najszczęśliwsze macierzyństwo nie może obyć się bez chwili, kiedy ma się ochotę rzucić własnym dzieckiem o ścianę. Fajnie, że wreszcie kobiety zaczynają mówić, jak jest naprawdę, bo ten słodki zafałszowany obraz macierzyństwa rodem z lśniącej reklamy  zawsze trącił fałszem i wpędzał w kompleksy te, które poza słodyczą odczuwały też cierpki smak bycia matką.

Następne spotkanie pod koniec listopada i wtedy poza szafami będziemy wietrzyć też półki i kredensy, bo to będzie "HOME&YOU meeting". A w międzyczasie może jakieś wino i bardziej pikantne tematy, kto wie, kto wie:)

Kot czarodziej








13:16, leelooo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 października 2009

Znów mnie dopadł deficyt czasu.
Nie będę się więc rozwodzić na temat prawie już skończonego remontu w Diabłe, ani szybkiej herbaty z Janiś, która na dobre zjechała z Dublina, nie będę też pisać o filmie "Surogaci" (przeciętnym, lecz pomysłowym), ale na pewno opowiem o wycieczce do Krutyni i napotkanym tam kocie czarodzieju, o bajce Endriuszy, a także o dzisiejszym wietrzeniu szafy u Tymisiowej, czyli spotkaniu Koła Gospodyń Miejskich, na które zaraz się wybieram.

Dlatego teraz uciekam, a jutro wpadnę tu na dłużej.
Wesołej niedzieli!

09:55, leelooo
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 października 2009

Niesamowite uczucie zobaczyć dziecko w brzuchu.
Jak otwiera usta i pije wodę, drapie się w nos i pociera oczy. Niesamowite uczucie zobaczyć w brzuchu chłopca. Być kobietą i mieć w sobie małego mężczyznę.

Zjawisko stare jak świat.
A takie niesamowite.

19:36, leelooo
Link Komentarze (11) »
środa, 07 października 2009

Dziś nie piszę, bo walczę z armagedonem w "Diable".
Łykam wściekłość i żal, że w 6. miesiącu ciąży muszę odwalać taką harówkę w pojedynkę. Ale oczywiście sama jestem sobie winna, bo trzeba było rozłożyć się na kanapie od samego początku i odmówić jakiejkolwiek aktywności. A skoro pokazałam, że czuję się dobrze i mogę, to przecież mogę więcej i więcej.

I deskę przytaszczyć.
I okno wynieść.
I ze szmatą latać.

Ee, szkoda gadać.
A Endrju wiadomka - on jest intelektualista.
I do tego zarabia na życie.
Kończę, bo powiem za dużo i będę żałować.
Narka.

14:00, leelooo
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 października 2009

Ostatnio znów rozsmakowuję się w powieściach.
Skończyłam zbiór tekstów Aglaji Veteranyi "Kto znajduje, źle szukał". Abstrakcyjne to jej pisanie, magiczne, ale czyta się wyśmienicie. Teraz w kolejce czeka na mnie "Siomga" Sofiji Andruchowycz, na którą  już jakiś czas temu  zrobił mi smaka Makówka. Zobaczymy.

Tymczasem jutro zaczynam mały remont w "Diable" i pracuję nad tym, aby skoordynować panów od okien, budowlańców, elektryka, stolarza i Asię-plastyczkę i zamknąć sprawę w jak najkrótszym terminie. Mam nadzieję, że się uda, bo na weekend chcę mieć już wolną głowę i wrócić do twórczych obowiązków, których zamiast ubywać, przybywa.

A na koniec krótki cytat z Aglai:

"Człowiek nie rodzi się w chwili, w której przychodzi na świat, lecz w tej, kiedy poznaje siebie. Samopoznanie jest możliwe, jeśli jesteśmy wobec siebie uczciwi, jeśli nauczymy siępatrzeć własnym słabościom w twarz. Tylko rozpoznana u wyznana słabość może się zamienić w siłę. Człowiek oduczył się szczerości. Stał się wyniosły. (...) Ludzie obcują ze sobą jak marionetki. Nie mają sobie nic lub nic więcej do powiedzenia. Wszyscy zamykają się we własnoręcznie zbudowanych więzieniach. Nie chcą niczego wiedzieć o innych. (...) Jak znaleźć dostęp do własnego ja, dostęp do własnego życia? Czy "dziecko" nie jest przypadkiem kluczem?"
s.98

14:30, leelooo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 października 2009

Weekend okazał się znacznie przyjemniejszy niż można się było tego spodziewać.

Ty mnie zbierasz i z powrotem sklejasz...

W sobotę obejrzałam wzruszającą opowieść o małym niedźwiadku, przy której poryczałam się jak bóbr i rozsypałam się zupełnie na kawałki. Ale na szczęście Endriusza był blisko i poskładał mnie, i posklejał, i wyprzytulał, i wykochał. I powiedział, że nie jestem zła, tylko zła bywam.
- Nie chodzi o to, aby być ciągle dobrym, ale o to, aby zachować proporcje - powiedział mój najlepszy pod słońcem Endriusza.- A Ty to potrafisz. Gdybyś była inna, nie byłabyś sobą.

I jak nie kochać takiego faceta?

Kochana Ramsik
Posklejana i odświeżona pojechałam wieczorem na spotkanie z Ramsikiem, której nie widziałam wieki i strasznie się za nią stęskniłam. Udałyśmy się do Werandy na kolacyjkę i utonęłyśmy w babskiej rozmowie o rzeczach mniej i bardziej poważnych. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że Ramsik to kobieta, której zawdzięczam tyle, co żadnej innej. W całym okresie poznańskim miałyśmy lepsze i gorsze miesiące, ale zawsze mogłam na nią  liczyć. Poza litrami łez, jakie wylałam w jej obecności, wsparciem i uwagą, dwukrotnie pomogła mi w ucieczce od Tomka-tyrana, dała mi schronienie, a przede wszystkim masę cierpliwości. Wybaczyła sporo beznadziejnych wpadek: dezercję z rejsu i pamiętną ucieczkę z górskiej wyprawy, a także kilka pomniejszych grzechów.
A jednocześnie ona sama należy do siłaczek, które nie wymagają od otoczenia szczególnej troski. Taka Zosia Samosia, co to  w pojedynkę wychodzi na przeciw wiatrakom. Niektórzy się jej boją, bo bywa szorstka i zasadnicza, ale ja ją za dobrze znam, aby dać się nabrać na te pozorne sztuczki:)
Potem dobiła do nas Zaśka z Szymonem, więc siłą rzeczy z babskich pogawędek przeszliśmy na tematy: autostrad, wskaźników, procentów i sytuacji gospodarczej w kraju i na świecie.

Wietrzenie szaty 2
Na szczęście apetyt na babskie pogaduchy zaspokoiło niedzielno-poranne spotkanie nieformalnego Koła Gospodyń Miejskich w zakątku u Tymisiowej. Przy kawie i pysznym cieście autorstwa gospodyni-inicjatorki gadałyśmy o tym i owym, zawierając jednocześnie transakcje. Tym razem wyszłam nawet z grubszym porfelem niż przyszłam. Bo sprzedałam czapkę, dżinsową mini i sweter oraz dokonałam udanego barteru tuniki za swetro-tunikę:)

Dzięki tym spotkaniom polubiłam niedziele, choć wcześniej wydawało mi się to projektem więcej niż niemożliwym.
Zachęcona przez babeczki, wybrałam się popołudniu na "Bękarty wojny" (Tarantino trzyma formę!), a wieczorem upiekłam placek z brzoskwiniami według receptury Tymisiowej i obejrzałam finał nagrody Nike. Krzyśkowi po raz kolejny ktoś sprzątnął sprzed nosa 100 tysięcy i nie wiem, czy to nie jest sprawa precedensowa, którą należałoby zainteresować CBA.

I tyle.
A dziś marznę sobie w kramiku i dobrze mi z tym. Ot co!:)

13:33, leelooo
Link Komentarze (3) »
sobota, 03 października 2009

Za sprawą ciąży mam skórę wywróconą na lewą stronę i emocje na wierzchu. Jestem bardziej wsłuchana w siebie i w to, co dzieje się wewnątrz. Czasem jest to przyjmne, a czasem mniej, bo dotykam problemów, z których do tej pory nie zdawałam sobie sprawy.

Na przykład poczucie winy.
Towarzyszy mi, od kiedy pamiętam.
Jako dziecko ciągle coś ukrywałam, bo drobne przewinienia wydawały mi się tak wielkie i straszne, że nie miałam śmiałości ich nikomu wyznać. Nawet nie z lęku przed karą, ale ze wstydu. Skąd ten wstyd - nie wiem. Im bardziej coś ukrywałam, tym większe rosło we mnie poczucie winy. 

Potem przyszedł czas dojrzewania. I znowu jakieś rozdwojenie. Rodząca się świadomość seksualna i jednoczesny wstręt do siebie, bo przecież ciało jest złe i brudne. Tutaj mam tylko mgliste hipotezy, skąd wzięło się we mnie takie przekonanie. Moje libido rosło wprost proporcjonalnie do poczucia winy. Dziś mogę się z nim nie zgadzać, negować je i wyśmiewać, ale gdzieś głęboko zawsze będę już słyszeć jego głos.

Teraz jestem już dorosła. Nie boję się kar i wstydu. Ale poczucie winy znów znalazło dla siebie miejsce.
Obwiniam się za to, że nie mogę pomóc moim najbliższym za to, że nie umiem uczynić kogoś szczęśliwym, za to, że ktoś jest smuty, zły czy sfrustrowany.
Mam ogromne poczucie winy związane z moim wybuchowym charakterem: znów powiedziałam za dużo, podniosłam głos, użyłam złego tonu. Złość jest moją formą ekspresji, którą zawsze na koniec obracam przeciwko sobie. Kto mieczem walczy, ten od miecza ginie. Wiadomo, że każdy ma wady: mój ojciec jest niezorganizowany, Krisowi zawsze zarzucam memłoństwo, a ja? Ja sprawiam innym przykrość - jestem zła.

I w tym momencie obok poczucia winy, pojawia się również poczucie krzywdy, bo głos rozsądku daje konkretne dowody, na to, że aż taka zła nie jestem. Przecież można na mnie liczyć, dotrzymuję słowa, chętnie pomagam, wychodzę z inicjatywą, podejmuję działania, gdy trzeba umiem słuchać i współodczuwać. Daję, ile mogę. Nie skąpię niczego, co mam. I tylko łagodnością nie umiem się podzielić, bo sama jej nie posiadam.
Może więc nie jestem aż taka zła?
Może. Ale co z tego, skoro czuję się złym człowiekiem.

Poczucie winy, poczucie krzywdy  - straszny się zrobił emocjonalny supeł .
I nie wiem, jak go rozwiązać.
Dziś muszę się zadowolić tym, że o nim wiem.
Może kiedyś znajdę mądrość, która pomoże mi rozplątać to, co tak się zamotało przez ostatnie 29 lat mojego życia.

09:56, leelooo
Link Komentarze (5) »
czwartek, 01 października 2009

- Witam śliczną panią! - wita mnie moja sąsiadka, energiczna pani na wcześniejszej emeryturze. - Pani się tak pięknie ubiera! Tak lubię na panią patrzeć, że codziennie wiszę w oknie!

Wchodzę do klatki z uśmiechem. Moja sąsiadka potrafi poprawić mi humor. Pamiętam jak kiedyś powiedziała Endriuszy, że ma wielkie szczęście, będąc z taką śliczną panią:)
Był to miód na moje serce i balsam na duszę, bo zwykle wszyscy twierdzą, że to mnie spotkała niebywała przychylność losu. On taki ułożony, spokojny, odpowiedzialny, a ja czarownica oczywiście.

Ale dziś nie o tym. Dziś będzie o komplementach. 
Wszystkie je lubimy, ale nie zawsze umiemy je przyjmować, ani też prawić.

Kiedy ktoś mówi mi, że jestem ładna, to odruchowo batelizuję i unieważniam:
- Uroda, rzecz nietrwała - odpowiadam i jestem zła na siebie.
Motyl też krótko żyje, a przecież się nim zachwycamy.
Ktoś inny chwali moją sukienkę, a ja od razu czuję się w obowiązku wyjaśnić:
- Kupiona na przecenie.
albo
- Jest stara jak świat.
Sama nie wiem, po co tak gadam. Co kogo obchodzi, ile ona kosztowała? Grunt, że się podoba.

Umiem i lubię komplementować znajomych i bliskich, ale dbam o to, aby nie było to pieprzenie w bambus, tylko zwrócenie uwagi na konkret, który NAPRAWDĘ jest w kimś wyjątkowy.
Często się jednak zdarza, że mam ochotę powiedzieć coś miłego  obcym osobom. Widzę na ulicy dziewczynę o cudownych włosach, oczach, uśmiechu i chcę podejść do niej i jej to powiedzieć. Czasem to robię, ale znacznie częściej się hamuje.
Blokuje mnie lęk, że zostanę podejrzana o jakieś ukryte intencje. Że może ją podrywam, może czegoś chcę. Bo czy nie jest to pierwsza myśl, jaka kiełkuje, gdy ktoś obcy mówi nam coś miłego? Co on może chcieć? Po co to mówi?
Idiotyczne.
Bo przecież miłe słowa mają tę samą moc, co słowa przykre. Lecz te ostatnie są znacznie powszechniejsze w użyciu. Łatwiej nam obsztorcować babę przepychającą się w kolejce (dziś z rana to uczyniłam) niż w tej samej kolejce skomplementować dziewczynę o lśniących bujnych włosach (na szczęście dziś taka nie stała:).  
A przecież słowa mają moc. Dobrą i złą. I nic nie kosztują.
Dzięki dobrym słowom, świat się częściej do nas uśmiecha, czyż nie?

12:08, leelooo
Link Komentarze (5) »