..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 31 października 2008

Wczoraj wybraliśmy się do jednego z dwóch Teatrów w Olsztynie na spektakl wg prozy Sieniewicza "Żydówek nie obsługujemy". Książki nie czytałam, bo nie lubię opowiadań - niezależnie kto je pisze i jak bardzo są genialne.
A sztuka momentami naprawdę rewelacyjna, błyskotliwa i intrygująca. Aktorzy też nie zawiedli, zaś scenograf dorzucił kilka bajecznych rozwiązań.
Całość na plus.

Po spektaklu poszliśmy z Zaśką i jej francuską przyjaciółką Anais do Teatralnej. Anais mieszka na najbardziej podupadłej ulicy Olsztyna z widokiem na Biedronkę, pod którą od siódmej rano tłoczą się ludzie czekający na otwarcie. Klimat w stylu najgorszych zakątków poznańskiej Wildy i warszawskiej Pragi. I właśnie na tej ulicy - szarej, brudnej i smutnej - ona, melancholiczka z natury, poczuła się naprawdę szczęśliwa.
- We Francji - mówiła - jest ciągle słońce, ludzie są kolorowi i nie ma żadnego kontrastu. W Polsce wszystko jest szare i smutne, dlatego Ty od razu czujesz się szczęśliwsza, bo się wyróżniasz, jesteś barwna.
Ciekawa argumentacja, przyznajcie?

Potem opowiadała o tym, że różni znajomi z Francji bardzo się dziwią, jak ona może mieszkać w kraju, gdzie nie ma lodówek i telewizorów, gdzie panuje komunizm. A nam przypomniały się anegdoty, jak Emila - moja kuzynka - pojechała do Francji i rodzina, u której mieszkała, kupiła kilogramy buraków, bo przecież my w Polsce jemy przede wszyskim buraki.
Z kolei Zuzię - inną znajomą - na wymianie we Francji poczęstowali kanapką z... burakiem!

Bardzo uroczy wieczór.
A dziś jest piątek i bardzo mnie to cieszy.
We wtorek wycieczka do Warszawy.
Za oknem słońce.
Dziś czuję własne skrzydła.

czwartek, 30 października 2008

Kochani, dziś potrzebuję Was do rozstrzygnięcia pewnego dylematu moralnego.

Co zrobić z listami po zmarłym?

Jedni twierdzą, że nie czytać, nie ruszać, tylko spalić od razu, bo to prywatna historia, historia intymna i nie wolno do niej zaglądać.
Ja natomiast nie wyobrażam sobie, jak można zniszczyć taką pamiątkę, która poza wartością sentymentalną, jest cenna z wielu innych względów.
Po pierwsze korespondencja jest zapisem historycznym - o obyczajowości, mentalności, języku, wydarzeniach społecznych i politycznych.
Po drugie, dzięki listom mamy okazję poznać bliżej osobę, której już nie ma między nami - jej relacje z innym ludźmi, poziom wrażliwości, i choć skrawek wewnętrznego świata.
Po trzecie - nigdy nie wiadomo, do czego takie listy mogą się przydać, a zawsze mogą. I powinno się je archiwizować tak jak wszystkie inne dokumenty.
Po czwarte - gdyby po mojej śmierci, rodzina "wielkodusznie" spaliła moje listy i pamiętniki, to chyba bym się w grobie przewróciła.
Bo skoro ktoś nie deklaruje, że chce po śmierci spalenia korespondencji i sam również tego nie robi, a wręcz przeciwnie - przechowuje wszystko skrupulatnie - to niszczenie tego po śmierci, jest spaleniem najważniejszego, co po tym człowieku zostało, czyli myśli.
Ja od razu zastrzegam, że wszystko co po mnie zostanie jest do wglądu przez potomnych:)
I po piąte - gdyby wszyscy kierowali się - tą fałszywą w gruncie rzeczy - moralnością - "nie czytać cudzego", nigdy nie poznalibyśmy tak fantastycznych listów czy dzienników artystów, polityków i innych wielkich tego świata.

No dobra, a Wy co o tym sądzicie?
Bo zdania są mocno podzielone.

środa, 29 października 2008
No zimno i buro.
Wstaję z łóżka i jak mantrę powtarzam:
"we mnie jest słońce, we mnie jest słońce, we mnie jest słońce".

Rozrysowałam schemat nowej powieści.
O kobietach będzie.
Niezła zaskoczka co?;)))

Tymczasem siedzę w pracy, w tle gra radio PIN, a ja bawię się w telemarkieting i inne cholernie przyjemne czynności.
Dziś po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę.
Kojarzy mi się z liceum...ładnie mi się kojarzy.


poniedziałek, 27 października 2008
Po tak fantastycznym weekendzie musiała nastąpić emocjonalna zapaść. 
W niebie zaczęły się już porządki przed Świętem Zmarłych. Z brudnej michy pełnej wystygłych pomyj święty Paweł wyrzyma burą ścierę. Zimno, ciemno, wilgotno - tylko położyć się w pościeli i poczekać na koniec świata.
I nawet wodospady, które dostałam od Walerków - na biznes, miłość i literacką karierę - nic a nic nie pomogły.
Chociaż... w sumie...
dziś przyszła umowa, na którą długo czekałam. Więc może to jednak siła chorwackich  Plitwic:)

Tak czy owak na poprawę humoru nie znalazłam dziś remedium. Poddałam się i popłakiwałam sobie cały dzień przy każdej możliwej okazji. Jesienna żałość. Mama twierdzi, że mam tak co roku, a ja chyba szybko zapominam, bo nie pamiętam zeszłoroczych październikowych depresyj.

Dopiero na dobry sen zarzuciłam sobie uroczy optymistyczny film: "Happy Go Lucky".
I mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. 
Bo - jak mawiała Ania Shirley - jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów.


Bohaterka filmu - urocza Poppy.
 
niedziela, 26 października 2008

Kolejny weekend odchodzi do naszych osobistych archiwów.
Kolejny weekend, kiedy w Mansardzie pojawili się Goście.

Tym razem wizytę złożyli nam Walerkowie - czyli Asia i Szymek z Poznania.
Spędziliśmy razem dwa urocze dni i wieczory, które upłynęły nam bez większych sensacji (może poza skandalicznym fopa towarzyskim Endriuszki), ale za to w atmosferze niespiesznej sielanki, ploteczek i dyskusji, przechadzek, spacerów i wreszcie... okrutnego obżarstwa.

Szymek obejrzał fabrykę swojej największej konkurencji i jeśli wskutek kryzysu wywalą go z roboty, obiecał przenieść się do Olsztyna, natomiast Asia złożyła przysięgę, że zorganizuje w Olsztynie festiwal filmowy. Największy w regionie, bo innego chyba nie ma:) A zatem jeszcze chwila i będziemy mieć naszych ulubionych przyjaciół na wyciągnięcie ręki;))

Ja tymczasem padam ze zmęczenia i udaję się na moją pufę w celu przejrzenia zaległej prasy.
Od jutra natomiast... dieta katorżnicza. Trzeba odpokutować rozpustny weekend.

PIĄTKOWY WIECZÓR W MANSARDZIE







JEZIORA I LASY



DZIEDZINIEC ZAMKU

W KARCZMIE WARMIŃSKIEJ


pycha zupa grzybowa


Micha Karczmarza, a na niej: babka ziemniaczana, kiszka ziemniaczana, kartacz zwany pyzą, pierogi z: kapustą, mięskiem i ruskie, kołduny, surówka z kapuchy, surówka z selera, gotowane warzywka i żurawina.

Skoro Magdalena z Zacisza zaprosiła mnie do zabawy, nie mogę odmówić. A zatem już piszę:

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Najchętniej wieczorem, kiedy już zejdzie ze mnie adrenalina całego dnia, nic nie mam więcej do roboty, notatka na blogu napisana, wówczas z czystym sumieniem siadam do lektury.
Świetnie czyta się również o poranku, tuż po obudzeniu, dlatego z sentymentem wspominam czasy, kiedy mogłam sobie na to pozwolić:)


2. Gdzie czytasz?

Obecnie najchętniej na pufie, zapadam się w niej, w pozycji półleżącej, mam wreszcie dobre światło, mój kot kładzie się tuż nad głową, a na drugim fotelu siedzi Endrju z "Fantastyką" albo jakoś powieścią. Wtedy odczuwam pełen komfort czytelniczy. Lecz czasem, gdy nie ma chwili wytchnienia, czytam wszędzie - przed snem w łóżku, koniecznie leżąc na brzuchu, w poczekalniach, na przystankach, gdzie się da. Poza Metrem. W Metrze uwielbiam obserwować ludzi.

3. Jeśli czytasz na leżąco (w łóżku), to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Koniecznie na brzuchu, w skrajnych pozycjach na boku.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Literaturę polską, reportaże, pamiętniki i biografie, ostatnio - ku własnemu zdziwieniu - z pogranicza psychologii.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?
Osho "Droga do wolności"
Maria Peszek "Bezwstydnik"
nie przyznam się, bo się wstydzę:)

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

Miller & Konarowska "Chcę być kochana tak jak chcę"

Storch "Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną"

7. Co czytasz aktualnie?

Osho "Droga do wolności"
Kerouac "W drodze"
nowy numer "Lampy", "Zwierciadła".

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Zaginam ośle rogi. Nie uznaje kultu książki jako przedmiotu. Rzadko po książkach piszę, ale bardzo lubię kupować książki, które są popisane przez poprzednich właścicieli, mają pozaginane rogi i widać po nich, że były czytane. Lubię bardzo czytać cudze zapiski w książkach, albo znajdować zaznaczone fragmenty i snuć teorie, dlaczego ktoś zwrócił uwagę akurat na ten fragment.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Jako przedstawicielka pokolenia wychowanego w kulturze obrazkowej nie potrafię się skupić na tekście czytanym przez kogoś innego niż ja sama.

10. Co sądzisz o ebookach?

Nie cierpię czytać na monitorze i oby mi tak zostało. Lubię papier i wierzę, że jest nas więcej:)


Tymczasem ja wywołuję Asła, Pustą Literatkę i Pirotechnikę.

czwartek, 23 października 2008

Wyjechałam na prowincję, aby nie gonić własnego ogona, a tu się okazuje, że nawet nie mam chwili na mój wieloletni święty rytuał sporządzania zapisków codzienności. 

Dziś popołudniu udaliśmy się z Endriuszką na zakupy, bo zostało nam sporo kasy, którą miałam przeznaczoną na OC i AC. Okazało się jednak, że panie z ubezpieczalni są czarodziejkami i wystarczyła połowa sumy. Pojechaliśmy zatem, aby zrobić zakupy na zimę, zanim nie będziemy mieć ani grosza przy duszy. Jak kupiłam buty, a Endrju szukał dla siebie swetra. Oczywiście obowiązkowo w kolorze czarnym, bez żadnych wzorów, faktur, napisów, nadruków, koniecznie ze stójką i małym zamkiem. Łazimy po tych sklepach i nie możemy znaleźć niczego, co spełniałoby wszystkie kryteria. W końcu wpada mi w oko piękny siwy sweter.
ja: Kochanie, zobacz, jaki piękny sweter. Świetnie byś w nim wyglądał!
Endriu: Ma jedną zasadniczą wadę.
ja: Jaką?
Endriu: Nie jest czarny.
ja: Przestań już z tym czarnym!Ten sweter jest rewelacyjny!Chociaż raz wyglądałbyś inaczej.
Endriu: Mam wydać dwie stówy, żeby RAZ wyglądać inaczej?!!!!

****
A wieczorem...
wczoraj i dziś - babskie spotkania. Wczoraj w Mansardzie, dzisiaj w hajlanderze. Nasze babskie gadu-gadu, maglowanie wewnętrznych dziewczynek, cieni i animusów jest jak odkrywanie Ameryki. Trzydziestoletnie Kolumbowe. Alicje z Krainy Czarów, które przechodzą na drugą stronę lustra, a tam same cuda i dziwy.

Gdzieś pomiędzy filozofowaniem, plotkujemy, chichoczemy albo narzekamy. Bo w Polsce trzeba chociaż symbolicznie ponarzekać, aby nie było, że nam tak dobrze.  Na przykład narzekamy na Olsztyn: że nie ma ścianki wspinaczkowej, że brak myśli biznesowej, że jest luz i olewactwo. Zaśka opowiada o swojej przyjaciółce Anais - Francuzce - która od lat mieszka w Olsztynie i bardzo lubi to miasto.

ja:
Ej, ale co ją tutaj aż tak zachwyca? Co ona robi w Polsce i w Olsztynie?
Zaśka: Anais nam to tłumaczyła kiedyś. Mówiła, że ona ma taką melancholiną osobowość i dopiero w mieście, które jest jeszcze bardziej melancholijne i smutne niż ona, może odnaleźć radość.
Diana: Acha, czyli chodzi o to, że dotarła na dno i teraz może się tylko odbić?

***
A nocą...
ja: (z wyrzutem) Nie kochaliśmy się już cztery dni!
Endriu: Co to są cztery dni? Wcześniej nie kochaliśmy się 26 lat!

środa, 22 października 2008
Biznesowe gadu-gadu
- Dzień dobry, w zeszłym tygodniu zamawiałam u państwa bindownicę.
- A tak, tak, jest już do odbioru.
- Świetnie. Jaki dokładnie koszt, bo nie pamiętam.
- Ja też nie pamiętam.
- Okeej, tylko, że to ja  kupuję od Pana i teraz Pana pytam: po ile?
- Proszę Pani, damy jakiś rabacik, będzie dobrze.


No więc jadę po bindownicę, będzie raabacik, będzie dobrze:)

Endrju nie kica
Wczoraj znowu dopadł mnie stres i zaczęłam wyżywać się na Endriuszce, że się nie angażuje w firmę.
- Andrzej, ja nie mam ochoty ciągle Cię o coś prosić. Czy nie możesz Ty czasem wykazać się inicjatywą???
- Wiesz przecież, że słowo INICJATYWA obok KREATYWNOŚCI są mi obce.
- A ciekawość? Nie możesz się zainteresować???
- No właśnie z CIEKAWOŚCIĄ też mam problem.
- Deficyt KIC-a????
- Że co?
- Deficyt K-reatywności, I-nicjatywy i C-iekawości.
- A wyobrażasz sobie mnie kicającego?

Słowa, słowa, słowa
Ostatnio na iwencie poznałam nowe słowa:
gudbajpaki - czyli upominki wręczane na wyjście
i
łelkompaki - upominki wręczane na wejście

jakiś czas temu spotkałam się również, że słówkiem brancz, czyli ni to brekfast ni to lancz. Mówiąc krótko drugie śniadanie.

Macie jeszcze inne takie kwiatki?
Bo mnie tego typu zlepy slowne zawsze i niezmiennie wpędzają w stan wielkiego zadziwienia.
wtorek, 21 października 2008
Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem w pracy.
To pierwszy wpis, który pisze się w moim biurze.
Niestety w odróżnieniu od Was, ja nie mam pojęcia, ile mi w tej pracy zapłacą.
Dlatego zamiast się wałkonić, ruszam w poszukiwanie pieniędzy.

Miłego dnia Fistaszki!

ps. Wczoraj na kolejnym spotkaniu Czerwonego Października zachwycił mnie Jan Klata. Słuchanie tego faceta to czysta przyjemność - strasznie lubię charyzmatycznych ludzi, którzy mają łatwość i lekkość formulowania myśli. 
Mnie ów dar wciąż omija szerokim łukiem.
niedziela, 19 października 2008

Urok tej branży i skrzaciego hoteliku
Mój pobyt w Warszawie rozpoczął się od roboty przy pewnym iwencie. Wielotygodniowe przygotowania, sztab obsługi, kilka dni i nocy intensywnej pracy - budowa sceny, montaż światła, nagłośnienia i scenografii, aby półtora tysiąca gości mogło wpaść niczym trąba powietrzna i w dwie godziny roznieść wszystko w pył.
Taka branża i taki jej urok.
Mnie najbardziej zauroczył koncert Marii Peszek - mogę jej słuchać i patrzeć na nią w nieskończoność!
Urzekł mnie również Hotel Etap, w którym nocowałam. Dwugwiazdkowa noclegownia zupełnie jak filmowa Szuflandia to miejsce bajkowe i krasnoludkowe. Pokoje są pokoikami, toaleta mieści się w szafie, umywalka tuż przy łóżku, z którego wchodzi się wprost do brodzika oddzielonego od reszty jedynie szklanymi drzwiczkami. Śniadanie jada się w recepcji, a - co ważne - w Etapie serwują posiłek dla astronautów - wszystko w hermetycznie zapakowanych saszetkach.

Za piecem u Haneczki
Trzeciego dnia pobytu w stolicy, kiedy impreza dobiegła końca, o czwartej rano trafiłam do przytulnej chatki Haneczki. Haneczka otworzyła mi drzwi w piżamie, wypiłyśmy herbatę przy kuchennym stole, pogadałyśmy o tym i owym, i zanim nadszedł blady świt, padłyśmy do łóżka.
Spało mi się wybornie! Już dawno nie wpadłam w sen tak pysznie i głęboko.
Następnego dnia pojechałyśmy na śniadanie na Chłodną. Hanka opowiedziała mi o swojej podróży po Izraelu, skąd przywiozła mi upominki, m.in. pierścień z gwiazdami Dawida, więc teraz będę afiszować moją semitofilię. Ale co najważniejsze! Haneczka jest pierwszą  znaną mi osóbką, która wybierając się w egzotyczną wyprawę, skorzystała z couchsurfingu, czyli nocowania u przypadkowych ludzi znalezionych w Internecie. Tak mnie porwała ta idea, że zamierzam zalogować się w couchingowej społeczności i udostępniać turystom własną kanapę.

Z Basią Star w Balsamie
Tego samego dnia pojechałam odebrać BasięStar z pracy, metro zawiozło nas do jej ursynowskiej garsoniery, gdzie zrobiłyśmy sobie oko i ruszyłyśmy na podbój świata do Balsamu. Wielki podbój ograniczył się do tego, że spotkałyśmy ursynowskie towarzystwo.  A jak wiadomo Ursynów słynie z tego, że pochłania oceany wysokoprocentowe, nie stroni od mocniejszych używek, jak się bawi to do końca, a na pewno do upadłego. I podczas gdy w Poznaniu czy w Warszawie, kiedy ktoś Cię poznaje, zwykle pyta: "Gdzie pracujesz?", na Ursynowie pierwsze pytanie brzmi: "Gdzie imprezujesz?".
- Jesteś z Ursynowa? - zaczepia mnie jeden z kolesi.
- Nie, z Olsztyna.
- A gdzie w tym Olsztynie imprezujesz
?
- Znasz dobrze Olsztyn?
- Nigdy tam nie byłem, a co?
 

A jednak ursynowska aura tak na nas podziałała, że i my zostałyśmy w tej knajpie aż do momentu, kiedy obsługa bardzo dobitnie dała nam do zrozumienia: wynocha. Wyniosłyśmy się więc do domu, w którym Basia jeszcze sporządziła nam po lufce na dobry sen, upichciła tosty z kozim serem, przekonując mnie w międzyczasie, że muszę, ale koniecznie muszę obejrzeć "Boisko bezdomnych".
Jakoś między piątą a szóstą rano wyznałyśmy sobie miłość, przytuliłyśmy się do swoich zajęcy - Basia do różowego, a ja do wycieruszka i zasnęłyśmy błogim snem upojonych.

Targ na dołku, knajpka Fisza i kwestia kupy
Przedpołudniem wybrałyśmy się na Targowisko Na Dołku. Basia przekonująco oszukała sprzedawców, że jest biedną studentką i żyje od stypendium do stypendium, dzięki czemu nabyła w wielce promocyjnych cenach skórzaną torbę, kurtkę i pas.
Kiedy opuszczałyśmy targowisko, zaburczało nam strasznie w brzuchach.
- Co będziemy dziubać jakieś śniadanie w domu, skoro mogą nam podać - oświadczyła Bacha i popędziłyśmy do knajpki, w której widziano kiedyś Fisza.
- Kurczę, szybko, szybko - rzekła, kiedy zbliżałyśmy się do celu. - Muszę iść do toalety.
- Super! - ucieszyłam się. - Ty pójdziesz do toalety, a ja w tym czasie zagadam Fisza!
- Ojej, ale jak Fisz tam będzie, to ja się będę wstydziła pójść do toalety.
- Bardzo dobrze! Ty będziesz robiła kupę, a wtedy ja zostanę i Fisz na mnie zwróci uwagę.
- A wiesz, do dziś mnie fascynuje ten czas w relacji damsko-męskiej, zanim oboje zorientują się, że ich ukochany również robi kupę.
  
- A potem, jak już się zorientują, to i tak udają, że ich to nie dotyczy.
- Dokładnie! Chodzą do toalety na przykład, żeby przypudrować nos albo pod każdym innym preteksem, lecz w żadnym razie nie po to, żeby zrobić kupę.


Tajny Prodżekt - reaktywacja
Czas spędzony z Basią zaowocował kolejnym tajnym prodżektem. Nasz duet jest stworzony do tego, aby działać razem, wzajemnie się nakręcać, snuć wizje i  słowa przekuwać w czyny. Tym razem chcemy powołać twórcze trio (razem z Haneczką), bo prodżekt jest poważny i z rozmachem. Tymczasem Basia zilustrowała moją bajkę "O Lunie, która spadła z księżyca" i teraz czas znaleźć kogoś, kto zachwyci się nią na tyle, żeby bajeczka trafiła na dziecięce półki.

Wook - przystanek na żądanie
W końcu nadszedł czas, aby opuścić ursynowską riwierę i pojechać na spotkanie z En
driuszką, który też zjechał do Warszawy odwiedzić Pawła B.
Powędrowaliśmy razem do CSW na wystawę Yoko Ono, powiesiliśmy nasze życzenia na Drzewku Szczęścia i udaliśmy się na ostatni przystanek w Warszawie, czyli na obiad do Wooku. Straszliwie stęskniłam się za kurczakiem po seczuańsku, szpinakiem z tofu i słodkimi kuleczkami. Mniam, mniam!
Syta, spełniona i niedospana zaległam w fotelu autokaru, aby ruszyć na moją prowincję. Kiedy późną nocą wjeżdżałam do Olsztyna, pomyślałam, że cudownie mieć takie miejsce z dala od hałasu i pędu, miejsce, do którego się wraca jak do własnego łóżka.

Jeszcze tej nocy zasiedliśmy w naszych fotelach i spędziliśmy przyjemny wieczór - pijąc wino, paląc i dzieląc się wrażeniami z kilku ostatnich nocy i dni.


Maria Awaria




Poranek po Balsamie. Basia nie miała w chacie nic do picia.
Kiedy wreszcie upolowałam colę, nie mogłam się oderwać.




Basia przymierza torbę i bajeruje sprzedawcę, że będzie w niej nosić wykłady i podręczniki.


Na ursynowskim śniadaniu. A Fisza ani widu, ani słychu:)


Endrju na wystawie Yoko


Kiedy wjechało jedzenie, rzuciłam się jak wygłodniały wilk.
Dopiero gdy zmiotłam wszystko, pomyślałam o zdjęciu.

...relacja wkrótce!
Najpierw muszę upiec niedzielną rybę:)
wtorek, 14 października 2008

Z rozrzewnieniem wspominam dni, kiedy siedziałam za cudzym biurkiem i w godzinach pracy pisałam bloga oraz surfowałam po sieci, czytając cudze zapiski. Niestety te czasy odeszły w niepamięć.
Nie mam ani chwili. Od kilku dni wskazówki zegara pędzą z zawrotną prędkością.
Spróbuję to podsumować.

W sobotę pojechaliśmy do rodziców na wieś (fotki poniżej), aby złapać ostatnie tchnienie lata, wieczórem zaś powędrowaliśmy do knajpy, co się Indygo zowie na urodziny pewnej Kamilki - uroczej rozchichotanej blondyneczki, dziewczyny znajomego muzyka Piotra B.

Niedzielę spędziliśmy właściwie w samochodzie, bo wybraliśmy się na wycieczkę do gdańskiej IKEI po meble do mojego biura. Jak zawsze, kiedy moja familia jest w komplecie, śmiechu było co nie miara. Wróciliśmy późną nocą, a ja padłam na twarz.

Wczoraj, biegałam po mieście, załatwiając firmowe sprawy i sprawki, wieczór zaś upłynął mi na spotkaniu Czerwonego Października - tym razem m.in. z Magdaleną Środą.
Co za fenomenalna babka! Tak błyskotliwa i tryskająca humorem, że mało nie spadłam z krzesła.
Humor - jak przystało na feministkę mówiącą o polskich realiach - był czarny.
Spośród kilku jej opowieści zapamiętałam jedną.
Środa próbowała namówić naszą serialową scenarzystkę Ilonę Łepkowską, aby wprowadziła do jednego z odcinków parę gejów, bo jak wiadomo seriale mają w tym kraju największy wpływ na świadomość społeczną.
Po namyśle Łepkowska oznajmiła, że nie może zgodzić się na gejowski duet, ale w ramach kompromisu w jednym z odcinków będzie scena jak mężczyzna myje podłogę:DDD

Z kolei dzisiaj...
dzisiaj bawiłam się w składnie mebelków. Moje biuro gotowe do otwarcia. Jeszcze tylko kilka nastrojowych drobiazgów i będę tam lecieć na skrzydłach. Od poniedziałku do piątku w godzinach pracy oczywiście.
UWAGA!
Godziny pracy na Warmii nie odpowiadają godzinom pracy w stolicy:)
Ale gdyby ktoś przechodził olsztyńską Starówką, serdecznie zapraszam!

JUTRO zaś wyjeżdżam do Warszawy na małą chałturkę. Wrócę w sobotnią noc. A czy do tego czasu uda mi się coś skrobnąć, to się dopiero okaże. Komputera wszak nie zabieram. Nie samym blogiem człowiek żyje.
Czego sobie i Wam życzę na najbliższe dni,
adieu!:)


Krajobrazy z wiejskiej mety mojej familii

Droga nad jezioro


Na mostku łączącym dwie wyspy (czy skarbów nie wiadomo)


Ten sam mostek z brzegu


Tabliczka na bramie prowadzącym do naszego domu.
Domu na Wzgórzu Pomordowanych Srok

A TO FAMILIA W GDAŃSKU

Od lewej: z tyłu - Endriu, dalej: Tatulek, Kris i Mamcia

- Ostrzegam! - ostrzegł mnie Braciszek. - Jak umieścisz którekolwiek z tych zdjęć na blogu, masz wpierdol.
Mama z Tatulkiem gorąco przytaknęli, bo również nie lubią rozpowszechniania ich wizerunków.
A ja - na przekór - świadoma zagrożenia, wklejam tą fotkę, bo to jedna z niewielu, na której jesteśmy wszyscy (ja co prawda po drugiej stronie obiektywu). Zresztą bardzo lubię to zdjęcie. Bo jest na nim  znacznie więcej niż widać gołym okiem.

poniedziałek, 13 października 2008
Żadne dwa wyznania nie zgadzają się z niczym poza represją. Wygląda na to, że jest ona najważniejszym narzędziem, jakie mają do dyspozycji. Jak się nim posługują?
Represja to metoda zniewalania ludzi, trzymania ich w psychicznej i duchowej niewoli. (...)
Metoda jest prosta - chodzi o to, aby nastawić człowieka przeciwko samemu sobie. To niezwykle skuteczne. Kiedy zwracamy się przeciwko sobie, dużo się dzieje. Po pierwsze stajemy się słabsi.
(...)
Pseudoreligie (np. chrześciaństwo) niszczą zatem najpierw naszą integralność, niepodzielność, siłę wypływającą z człowieczeństwa. To niezbędne, aby nas zniewolić - silnymi ludźmi nie da się zawładnąć. To bardzo subtelny, psychiczny i duchowy rodzaj niewoli. (...)
Potępiają seks, zamiłowanie do jedzenia, wszystko, co sprawia przyjemność: muzykę, sztukę, śpiew i taniec. Gdy rozejrzymy się po świecie i zbierzemy wszystko, co różne religie krytykują, przekonamy się, że potępiają one całego człowieka.
(...)
Chodzi o to, aby wytworzyć w człowieku poczucie winy. Wtedy trafiamy w ręce kapłana.

OSHO, Księga zrozumienia, Własna droga do wolności,  s. 37-39.

Czytam i wreszcie ktoś nazywa to, czego ja nie potrafiłam zwerbalizować.
Nie jest to pewnie superobiektywna książka, ale mnie przekonuje.
Szczególnie, jak sobie przypomnę ostatnią mszę na jednym ze ślubów, gdzie wszyscy chórem śpiewają "Błogosławiony, kto się boi Pana".

Za każdym razem nie mogę się nadziwić, że Kościół produkuje takie absurdy, a ludzi potulnie (bezmyślnie?) je powtarzają.

Tyle na dziś.
Przede mną intensywny dzień.
Amen. 
sobota, 11 października 2008

Fruwająca spódnica
Od wczoraj oficjalnie działa moja firma. Wreszcie zarejsetrowana, gdzie trzeba, choć trochę nerwów mnie to kosztowało. Ilość makulatury i kult pieczątki w naszym kraju doprowadza mnie do furii. W Skarbówce - ostatnim przystanku mojej wycieczki po urzędach - tak mną zatrzęsło, że wyrzuciłam wszystkie papiery pod sufit, poczym zaczęłam się drzeć, płakać i skakać po ewidencjach, NIP-ach i REGON-ach. Na szczęście świadkiem tej sceny była tylko moja Mamulka, która musiała szybko wyjść na papierosa, żeby móc się spokojnie wyśmiać. Gdy wróciła, powiedziała tylko:
"szkoda wielka, że nikt nie sfilmował Twojej fruwającej spódnicy, keidy skakałaś po tych dokumentach".

Bar pod Miotłą
No dobrze, ale nie miało być o firmie, tylko o barze "Pod Miotłą". Trafiłam tam wczoraj zupełnie przypadkiem z szanownym Mecenasem, który pomógł mi przedrzeć się przez meandry pewnej ważnej umowy, a potem, o godzinie 10.15 oświadczył, że już się dziś napracował i trzeba wyskoczyć na piwko. To wyskoczyliśmy. 
W barze "Pod Miotłą" kobiety raczej nie bywają, panowie oscylują wokół wieku 55-85, piwko leje się strumieniem od samego rana. Przychodzą tu upadli artyści i zapomniana elita intelektualna Olsztyna. Klimacik przedni - wszyscy się tam znają, pani buftowa mówi każdemu po imieniu,  a panowie rzucają uwagi znad gazety, dyskutują o polityce albo opowiadają środowiskowe anegdoty. Na przykład o plastyku, który kupił sobie nowy prochowiec i czekając pod przystankowym słupem na autobus, tak marzł, że się zapiął. Chwilę później nadjechał autobus, a on nie mógł się ruszyć, bo jak się okazało, zapiął się razem ze słupem. 
Wczorajsza biesiada w barze "Pod Miotłą" zaowocowała dwiema nowymi znajomościami. Poznałam Edka - ilustratora i Jacka - literata, szefa Związku Literatów Polskich w Olsztynie. Ale co najważniejsze, dowiedziałam się, że mogę ubiegać się o stypendium na napisanie kolejnej książki, co dla mnie - dziecka gospodarki wolnorynkowej - wciąż jest szokujące. Jednakowoż miłe, nie powiem:)

Organy przyjemności
Wieczorem, kiedy z Endriuszką siedzieliśmy rozłożeni w naszych fotelach i delektowaliśmy się kolacyjką, jakoś tak zeszło na organy rozkoszy.
ja: Wiesz, że łechtaczka jest jedynym narządem, które nie spełnia żadnej funkcji poza tym, aby dostarczać przyjemności? To by znaczyło, że od początku istnienia świata celem seksu nie jest tylko przedłużanie gatunku, ale sprawianie sobie przyjemności. 
Endrju: Moim zdaniem łechtaczka to taki zdegenerowany penis.
ja: Zdegenreowany penis miałby rację bytu, jeśli wywodzilibyśmy się z obojnactwa i w drodze ewolucji organy kobiet by się jakoś zmieniały. A przecież tak nie było. Zawsze był gatunek męski i żeński.
Endrju: No tak, ale łechtaczka jest u kobiety organem przyjemnościowym, tak jak penis u mężczyzny.
ja: No tak, ale u mężczyzn musi to być organ przyjemnościowy, żeby dążył do kopulacji i przedłużył gatunek. To on jest tą stroną aktywą i dlatego musi mieć silny bodziec przyjemności, aby dążyć do reprodukcji. A łechtaczka u kobiet...
Endrju: (głęboko zamyślony) No rzeczywiście, to ja nie wiem, po jakiego grzyba u kobiet ta łechtaczka..   

czwartek, 09 października 2008

W Olsztynie nic się nie dzieje. I nie ma się co mamić i łudzić, że może jednak jest inaczej. Trzeba tę prawdę przyjąć i zaakceptować.
Ale dzięki temu, że nic się nie dzieje, kiedy już się coś wydarzy, wówczas nie można tego przepuścić. Więc ja chodzę prawie na wszystko i po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że nic mnie nie omija:)
Wczoraj udałam się na dyskusję do MOK-u pt. "Olsztyn - miasto bez przyszłości". Najwięcej do powiedzenia miała na ten temat lokalna geriatria, która nigdy nie zawodzi, tłumnie zjawia się na wszystkich imprezach i je skutecznie rozpieprza.
Ale o tym więcej TU.

Po dyskusji popędziłam na spotkanie z Zaśką i Dianą. Tym razem powędrowałyśmy do Antykwariatu, gdzie najpierw obejrzałyśmy zdjęcia z wesela i jeszcze raz podzieliłyśmy się wrażeniami, a potem dałyśmy się porwać dyskusji o naszych węwnętrznych dziewczynkach i o tym, że jednak warto je w sobie odnaleźć i się ponownie nimi zaopiekować.

Dziś natomiast popadłam w taki wir zajęć, że nawet nie miałam czasu napisać nic na blogu,
bo:
- Posprzątałam moje biuro, w ten weekend przywieziemy z Gdańska meble i na początku następnego tygodnia będę mogła ogłosić uroczyste otwarcie. 
- Podłączyłam nową śliczną drukareczkę do nowego kompa, a wszystko to za pieniądze podatników, czyli Wasze:) Milutko, prawda?
- Ugościłam na skromnej herbacie i ciastku Alicję z Amelką, od których dostałam w prezencie naczynia żaroodporne. A jak wiadomo, ja kocham prezenty i bardzo lubie je dostawać.
- Pojechałam na spotkanie, które zaowocuje wyjazdem w następną środę do Warszawy i chyba będzie to całkiem sympatyczna chałturka.  

A zatem, mogę z radością stwierdzić, że dziś nuda omijała mnie szerokim łukiem.
Teraz natomiast zamierzam zapaść się w mojej boskiej pufie i obejrzeć "Elegię" z Penelopą Cruz. 

Na zdjęciu Amelka na wspomnianej już puffffie:) 

wtorek, 07 października 2008

Stanęłam dziś na wadze.
Zgroza!
Tak dużo nie ważyłam nawet wtedy, kiedy wróciłam z Londynu z trzema podbródkami!
Panicznie wznawiam dietę garściową i co chwila włażę na wagę w nadziei, że może mi się przewidziało, że przecież to niemożliwe.
Ale podziałka jest bezlitosna, a ja - kiedy chodzę - czuję, że moje uda ocierają się o siebie.
I to już jest ta kropka nad i, która mnie doprowadza do szału.

Najlepiej byłoby się teraz zakochać - jakoś nieszczęśliwie i platonicznie. Ale tu w Olsztynie nawet nie bardzo jest w kim. Bo żeby było tak mocno i tragicznie, przydałby się artysta.
A przecież w Sieniewiczu się nie zakocham, no. 

Albo jeszcze lepiej, gdybym się czymś mocno, ale to mocno zestresowała.
Lecz po ostatnich lekturach nie mam na to szans - czuję się silna, szczęśliwa i spokojna.
I oczywiście... gruba! 

Jak zatem widzicie, u mnie zawsze pod górkę:)

***
Zasypiamy wieczorem, a ja narzekam, że jestem gruba. Endrju już od dawna chce się dowiedzieć, ile ważę, ale to tajemnica, której pilnie strzegę.
Endrju: No powiedz, ile ważysz?
ja: Ile? Dwa kilo więcej niż tydzień temu! Wyglądam jak foka!
Endrju: A ile waży najpięknięjsza foka na świecie?
ja: Nie próbuj mnie przechytrzyć i tak Ci nie powiem.
Endrju: (obrażony) To w takim razie ja Ci nie powiem, ile mam na koncie.

***
Niezrażona narzekam dalej:
ja: Moje uda ocierają się o siebie, a to doprowadza mnie do szału!
Endrju: O tak! Czasem Twoje uda ocierają się o mnie i to też mnie doprowadza do szału:)

poniedziałek, 06 października 2008
Kto z Was jeszcze nie kupił "Zwierciadła" z książką "Chcę być kochana tak jak chcę" powinien to uczynić jak najprędzej. To jedna z tych pozycji, którą najlepiej mieć na wyciągnięcie ręki, zaglądać w razie potrzeby i w żadnym razie nie pożyczać.

Jest tu taki mały wierszyk Katarzyny Miller:

Małe życie
napakowane radością
jak beczka z kapustą
śmieje się, śmieje
tak się śmieje,
bo nie wie, co będzie
w następnym korytarzu.

K. Miller, E. Konarowska: "Chcę być kochana tak jak chcę", s. 41.

Marzę o takim śmiechu, marzę, aby nauczyć się tak łapać chwilę, aby nie lękać się kolejnych korytarzy. Bo przecież zawsze można się czegoś bać.
Tylko po co?

A dziś...
Dziś byłam na Czerwonym Październiku w teatrze. I wróciłam z niego pełna energii i inspiracji.
Dojrzewam do kolejnej powieści.
Powoli zaplatają się mojej głowie kłębuszki nowych historii.

***
A to moi Kochani...
pierwsza odsłona Małej Jozi, czyli Igi.
Zniewalająca, prawda?
 
niedziela, 05 października 2008
Przed chwilą - wracając z nasiadówki telewizyjnej, gdzie oglądałam galę nagrody NIKE - złapałam spadającą gwiazdę.
Tak dawno nie widziałam spadających gwiazd!

Dziś był piękny dzień.
Do Mansardy zawitał weekendowy gość z Poznania w postaci Pani Bogusi, która załatwiła u swoich aniołów wyśmienitą pogodę.
Wczoraj pojechaliśmy na wieś do rodziców, a potem powędrowaliśmy do Teatralnej, ale dość szybko przystąpiono do rytuału zwijania dywanu i zaczęły się tańce. Wobec tego zwinęliśmy się i my, i powędrowaliśmy do domu, gdzie spędziliśmy wieczór na ględzeniu, które obie z Panią Bogusią bardzo lubimy. W tym gadaniu narodziła się idea, aby zrobić w Olsztynie warsztaty Dojrzewalni Róż. Pomysł genialny.

Dziś natomiast łazikowaliśmy sobie nad jeziorem Długim, potem powłóczyłyśmy się nad Krzywe - na plażę miejską i na Przystań na kawę.
Stamtąd podreptaliśmy na Starówkę, do Zamku i wreszcie do Via Napoli, czyli starej dobrej knajpki Lipki.
Wylegiwaliśmy się na słonecznym tarasie, promienie głaskały nas po policzkach, a nam nigdzie nie było spieszno - nic tylko delektować się chwilą.
Fantastyczny, błogi czas.

A teraz?
Teraz mam w garści gwiazdę i kiedy rozchylam palce, z wnętrza mojej dłoni płynie ciepłe światło.
Dziś w ramionach świata czuję się bezpiecznie.


Endrju&Pani Bogusia nad jeziorem Długim


Z Panią Bogusią na molo plaży miejskiej


Na Przystani


Wędkarz na jeziorze Krzywym

***
Wracając wieczorem z Teatralnej, Pani Bogusia zobaczyła sklep i nie zważając na brak pasów i świateł, zaczęła biec przez ulicę, a ja za nią. Za nami wściekły Endrju, który nie cierpi łamania przepisów.
Ledwo dobiegłyśmy na drugą stronę, zatrzymał się przy nas radiowóz i panowie policjanci chcieli nam wlepić mandat. Na szczęście Pani Bogusia przewróciła oczkami, ja jej pomogłam i jakoś nam darowano.
Endrju: (poirytowany) To nie było za mądre z Waszej strony!
Pani Bogusia: Ależ Panie Andrzeju! Pan nie zna statystyk? Najwięcej przechodniów ginie na pasach!
piątek, 03 października 2008

Zauważyliście, że naszym życiem kieruje teoria magnesu?
Wszystko się wzajemnie przyciąga.
Na przykład znajomy przynosi Tobie album z ulubioną muzyką. Słuchasz, zachwycasz się, a potem nagle rozpoznajesz tę melodię wszędzie - w radiu, w knajpie, u znajomych.
Kilka tygodni temu Krzysiek na bieżąco opisywał mi swoje męki czytania Littella.
Dziś otwieram gazetę - jedną, drugą, piętnastą, wszędzie recenzje "Łaskawej" Littella.

Albo idziesz do knajpy ze znajomymi i jest tam facet, który bez reszty zaprząta Twoją uwagę. Potem spotykasz go następnego dnia na ulicy, a kolejnego w autobusie.

I książki.
Przeczytałam Mają Storch, a równolegle kupiłam październikowe "Zwierciadło", do którego dołączono książkę "Chcę być kochana tak jak chcę" - idealne uzupełnienie poprzedniej lektury. Zresztą autorki niejednokrotnie do Storch się odwołują.  

Oczywiście można to tłumaczyć faktem, że po prostu nasze zmysły wyostrzają na konkretne tytuły, zjawiska, ludzi. Ale mnie to do końca nie przekonuje.
Bo jeśli jakiegoś człowieka spotykam kilka dni pod rząd, albo wpada mi do rąk książka, której nie zamierzałam czytać, to można to tylko tłumaczyć moją autorską teorią magnesu:)

A u Was?
Działa?

czwartek, 02 października 2008

Nie, no ta książka jest genialna! GENIALNA!
To niesamowite uczucie czytać książkę, w której każde zdanie to o Tobie. Co więcej, jestem przekonana, że tego wrażenia doświadcza sporo innych kobiet.
Dzięki Mai Storch, wiem, że za wszystko odpowiada mój wewnętrzny patriarcha, który siedzi we mnie od bardzo bardzo dawna. To on daje mi siłę do rozwoju, podejmowania wyzwań, a także ryzyka, jemu zawdzięczam charyzmę i wieczny niepokój, który każe mi gnać przed siebie. Ale również ów wewnetrzny macho z podobnym zaangażowaniem wpychał mnie w ramiona różnych niekoniecznie właściwych mężczyzn, budował fałszywe wyobrażenie miłości, w której on, aby udowodnić swoją męskość, musi zaciągnąć mnie za włosy do jaskini.

Czego jeszcze się dowiedziałam z lektury?
Na przykład dlaczego tak kocham Księżyc i w jego poświacie odczuwam błogie szczęście.
Albo co sprawia, że uspokaja nas widok wody, dzikich zwierząt i pięknych pejzaży.
I wiem, już dlaczego wolę srebro od złota.
Ach i najważniejsze!
Wiem już, czemu do szału doprowadzają mnie durne panienki - te rozmemłane laski, które uwiesiły się ramieniu swojego faceta, są przy nim bezradne i infantylne, nie mają własnego życia, zainteresowań, charakteru, pasji czy chęci rozwoju.
Niecierpię ich, bo to mój cień. Moja słaba wewnętrzna dziewczynka, którą momentami bym ukatrupiła za to, że się odzywa. A tu trzeba ją pokochać, i zrozumieć, i pomóc się wyemancypować.
Trudna sprawa.

I tyle.
Przeczytać koniecznie, moje Panny.
To radzę Wam ja, która niejedną walkę w życiu przeszła i wie, o czym mówi:)

środa, 01 października 2008
- Jak firma?
- Jak tam biznes?
- Masz jakiś klientów?
- Rozkręcasz?
- Co z Twoją działalnością?

Ciągle te same pytania. Od rodziny, przyjaciół, znajomych, na ulicy, w knajpie, na gadu-gadu, e-mailem, skypem, czym się da.
A mnie paraliżuje lęk, że nie dam rady. 
- Ty nie dasz rady?
- Jak nie Ty, to kto?
- Oczywiście, że dasz radę, jestem tego pewny/a!
- Musisz dać radę.

A ja nie chcę musieć. Nie chcę być więźniem własnego wizerunku superprzebojowej Agnieszki, której wszystko wychodzi i zawsze odnosi sukces. Przymus mnie zabija. 
Chcę, żeby ktoś do mnie podszedł i powiedział:
- Jak nie dasz rady, to nie dasz. To przecież nie ma żadnego znaczenia.

***
Wczoraj z wypiekami na twarzy obejrzałam trzecią część historii o Jamesie Bournie "Ultimatum Bourne'a" .
Uwielbiam tego bohatera!
Jemu zawsze wszystko się udaje.
A jednak za żadne skarby nie chciałabym być w jego skórze:)

ps. W wypożyczalni zetknęłam się oko w oko z Hołowczycem. Niestety tym razem nie miałam przy sobie aparatu:))))