..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 30 października 2007

No Kochani! Zaczynam wierzyć, że Internet jest wszędzie! Bo nawet jest w mojej wsi. Dziękuję Ci IPlusie:)

A w ogóle to dziś miałam taki kołowrót, że powoli mogę przestać myśleć o urlopie, o wysypianiu się, o pisaniu i czytaniu. W Olsztynie byłam już o siódmej rano, a dopiero teraz powróciłam na naszą prowincję: bo jakiś urząd, badania, rachunki, poczta i inne.
No i dwa przesympatyczne spotkania.
Piersze z Alutką, której brzuszek się pięknie zaokrąglił, a drugie z Betką i Śliwką - starymi znajomymi spod jednego namiotu. Betka przyjechała z Londynu - jak zawsze piękna i chichocząca. Podpisałam dla niej książkę, a ona obfotografowała mnie z każdej strony dla potomności:))

Oddałam dziś też dwa teksty do poznańskiego magazynu i teraz padam na ryjek i nie mam już siły pisać.
A w ogóle wiecie, co zauważyłam?
Wszyscy naokoło strasznie rzucają mięsem, o moich staruszkach nie wspominając! I potem się dziwić, że takie wulgarne ze mnie dziewczę.  Jednak chyba nie jestem panienką z dobrego domu. Gdybyście słyszeli moją Mamuśkę...

poniedziałek, 29 października 2007

Postanowiłam, że kończę z wulgaryzmami, które do tej pory gościły w moim języku częściej niż przecinek.
Kiedyś tłumaczyłam się tym, że jako polonistka używam wulgaryzmów świadomie i są one ważnym elementem mojej ekspresji. Lecz z czasem przestałam je słyszeć, a nieraz zdarzały się na spotkaniach z klientami albo w autobusie, gdzie staruszkom aż więdły uszy.

A przecież w gruncie rzeczy jestem panienką zacną i z dobrego domu, no nie?
W końcu nie mam już nastu lat, nie jaram szlugów za garażami, nie wagaruję, nie buntuję się przeciwko rodzicom, więc i język czas już wygładzić.  

Na razie stosuję terapię punktową, która polega na tym, że za każde przekleństwo Andrzej lub inny świadek mnie punktuje. Efekty są zdumiewające, bo sobotę zakończyłam z wynikiem 24, a niedzielę już z wynikiem 5, a dziś tylko 2, chociaż to się nie liczy, bo przez 4 godziny jechałam autobusem z Warszawy w kompletnym milczeniu:))


A zatem  żegnajcie drogie kurwy, dupy i inne brzydkie słóweczka, z którymi tak mi swojsko było, i dobrze, i cudnie. I bądźcie cierpliwe. Powrócę do Was jako staruszka, bo akurat staruszkom to wszystko wolno i nic już nie muszą, a powiedzmy sobie szczerze, że z kurwą na ustach lżej się idzie przez życie:)

niedziela, 28 października 2007

A wczoraj poszliśmy sobie na film Sztuczki do kina "Praha".
Wszelkie nagrody absolutnie zasłużone.
Film ciepły, zabawny i z happy endem, czyli dzieło dość unikatowe w polskiej kinematografii. No i śliczna aktorka w roli głównej.

A tak poza tym to się strasznie lenimy. Poza wizytą w IKEI, gdzie kupiłam narzutki na fotele, zasłonę i naczynie żaroodporne, nic się nie wydarzyło.
***
Wczoraj budzimy się koło 12-tej.
Andrzej: Chyba powinniśmy już wstać, bo musimy do IKEI jechać.
Ja: Nie musimy jechać do IKEI, tylko chcemy jechać do IKEI.
Andrzej: No właśnie, i dlatego nie wiem sam, czy bardziej chcę teraz jeszcze pospać, czy może cię przelecieć, czy wreszcie jechać do IKEI.
Ja:A nie można tego jakoś połączyć?
Andrzej: No dobra, to jeszcze chwilę pośpimy, a przelecę Cię w IKEI.

piątek, 26 października 2007

Co robi Agniesia piątkowego południa w Warszawie?

Ano szuka Internetu:) Bo trzeba napisać kilka ważnych mejli i złapać pare kontaktów. Więc tuła się po hot spotach, a tam wszędzie maksymalne obłożenie i wszyscy tak głośno gadają, a ja potrzebuję spokoju. Życie bez łącza ze światem jest strasznie trudne!

A wczoraj... wczoraj pismo, które tworzone jest z moim niewielkim udziałem zdobyło Srebrną Chimerę w konkursie projektowania prasowego. I dziś dzwoniłam do pewnej znanej (jeśli nie najbardziej znanej polskiej projektantki mody), bo chciałam z nią pogadać o ulubionym filmie, do tego magazynu właśnie. No i ta Pani, zgodziła się co prawda, ale była baardzo niemiła. I arogancka. I w ogóle ble.

Stwierdzam jednak, że bardzo bardzo nie lubię niemiłych ludzi. W sklepie, autobusie, na ulicy. Dlaczego niektórym ludziom tak trudno przychodzi bezinteresowny uśmiech?

A co ciekawe, cała Europa, łącznie z tą zza żelaznej kurtyny jest zupełnie inna. Tam jest tyle życzliwości i ciepła - takiego po prostu. A w Polsce wszyscy idą chodnikiem z wbitym wzrokiem w ziemię i gdyby ich trochę podjudzić to pewnie by się pogryźli.
Tylko nie mówcie mi, że to wina klimatu.
Tyle moich żalów na dziś.
Zacznam dzwonić. Tym razem sprawdzę, jaki ma humor pewna pisarka imieniem Manuela.

Acha! W nowym numerze pisma "Focus" możecie zobaczyć na reklamie ryjek mojego faceta.  Taki mi się trafił reklamowy boy:) Hossa czy bessa?  Andrzej to bessa.

czwartek, 25 października 2007

Kochani! Ogłaszam wszem i wobec, że "Klinika" jest już w dystrybucji, co oznacza, że na półce w Empikach i innych większych księgarniach będzie w okolicy 1 listopada. Na razie dostępna jest jedynie w księgarniach internetowych http://www.replika.eu/nowosci.php?wyd=1
Kiedy na własne oczy zobaczę "Klinikę" w Empiku, nie omieszkam jeszcze o tym przypomnieć:)

Wczoraj byłam na bardzo ciepłym i cudnym filmie "Wszystko będzie dobrze" z Robertem Więckiewiczem i rewelacyjnym chłopcem w roli Pawełka.  To takie kino, gdzie śmiejemy się przez łzy i zaczynamy wierzyć, że nawet w najtrudniejszej sytuacji można zachować siłę i humor. Gorąco polecam!

A zaraz zmykam do Warszawy.
Rozkład jazdy jest taki, że planujemy wylenić się za wszystkie czasy. Mam wielką ochotę spać i kochać się do woli, jeść smakołyki, pić wino i szlajać się po mieście.
Bez jakichkolwiek zobowiązań. Tak właśnie!

środa, 24 października 2007

Przyszła paczka, w niej świeżutkie, pachnące, przybyłe prosto z drukarni egzemplarze "Kliniki...", ale Wam ich nie dam, co to to nie. Wy pójdziecie grzecznie do księgarni, żeby wesprzeć biedną kieszeń debiutantki. O!

Jutro jadę do Warszawy. Tym razem wcześniej, bo muszę Wam się przyznać, że wiejski żywot trochę mnie nużyć zaczyna.  Nie mam stałego dostępu do sieci, nie mogę powłóczyć się po Waszych blogach, nie ma z kim poplotkować, a ile można czytać, pisać i oglądać ze starszymi "Pierwszą miłość" i W 11?

A propos W11.
Moi rodzice karmią się tym na co dzień i moja Mamcia ma już obsesję, że naokoło grasują różnej maści przestępcy i w ogóle świat jest groźny i zły i nikomu nie można zaufać. Do tego pracuje w urzędzie, gdzie są podsłuchy i kamery, więc dodatkowo ma jeszcze bzika na temat różnych spisków. Na przykład takiego, że lepiej, aby nikt nie wiedział, że mamy nowy samochód. Bo zaraz nas okradną, albo Bóg wie co. I tak, od kiedy Tatulek ma nowe auto, nie może przyjeżdżać po Mamulkę pod pracę, tylko musi parkować daleko, daleko za sklepem, dokąd Mama przedziera się po pracy, nerwowo rozglądając się, czy nikt jej nie śledzi.

No i wczoraj oglądamy Wydarzenia, coś tam mówią o Kaczyńskim, coś o Tusku i tata mówi:

Tata:
O nasza Mamusia to chciałaby być pewnie prezydentową.
Ja: Daj spokój, wtedy dopiero miałaby obsesję, że nas zabiją, porwą albo kwasem obleją.
Tata: Heheheh, gdybym został prezydentem, Mama zabroniłaby mówić o tym sąsiadom. I musielibyśmy chodzić po mieście w kapturach i czarnych okularach!

wtorek, 23 października 2007

Dni mojego urlopu uciekają jak oczka w pończoszce, a mnie jakoś wcale nie spieszy się do pracy. Dobrze mi, choć chciałabym już zacząć codzienność z Andrzejem.

Wczoraj dostałam od niego esemesa:

Pod pasiastą leżę kołdrą
Myśląc o Agniesi mej
I tak myślę sobie właśnie
Że mi kiepsko jest bez Niej
Lecz na szczęście już niedługo
Wszystko zmieni się na zawsze
Agnieś tutaj będzie ze mną
I szczęśliwy będe strasznie.

A ja pomyślałam sobie, że też  nie mogę się doczekać, kiedy już zamieszkamy razem, a potem zaczęłam się zastanawiać, jak to będzie. Bo na przykład seks - teraz jest taki żarliwy i namiętny, Andrzej na każdym kroku okazuje mi to, że go pociągam i podniecam, a kiedy się kochamy, jest na mnie strasznie pazerny. I to jest bardzo fajne. I nie chciałabym tego stracić, choć przecież to nieuniknione, kiedy co noc zasypia się razem. Ale kurczę, seks bez wzajemnego apetytu przeraża mnie i smuci, bo właśnie ten wzajemny głód wydaje mi się najpiękniejszy.

***
Z innych nowinek:
- kupiłam sobie zajebiaszczą zimową kurtkę z wielkim futrzanym kapturem - kurtka jest lekka i ogromnie ciepła, więc teraz nawet warszawska zima nie jest mi groźna.

- myślę, że już mogę polecić bloga mojej Walerki, którą nagle zawładnęła przemożna potrzeba pisania. Oto adres: www.szlifierniamysli.blox.pl

- UWAGA! Jeden z naszych szczeniaków - Bolek - został w sobotę zgwałcony przez krążącego po naszej wiosce zboczeńca o orientacji homoseksualnej tej samej rasy. Naoczni świadkowie, w osobie mojego brata twierdzą, że Bolek się nie bronił, a co więcej, są podejrzenia, że mu się podobało. Na szczęście moi staruszkowie są tolerancyjni i w naszej familii nawet dla psów gejów jest miejsce.

O i tyle mam do powiedzenia w to wtorkowe przedpołudnie.

niedziela, 21 października 2007

Jest poranek, nade mną cudne niebo, a ja wiecie gdzie?
Ano w Warszawie, w mieszkaniu na alejach, które potulnie poddało się mojej bezlitosnej dłoni i wreszcie jest czyste, kolorowe i przytulne. Teraz mogę tu mieszkać i aż żal mi, że za chwilę wracam do Olsztyna.

Wczoraj Andrzejowi zrobiłam czapę z papieru i to obudziło w nim Picassa XXI wieku, który stoczył bohaterską walkę na wałek i pędzel. I teraz nasz duży pokój tonie w ciepłym pocałunku słońca. (Tak twierdzi firma dulux)

Ja wysprzątałam sypialnię, a potem przyjechali moi staruszkowie i przywieźli nam wygodny materac, lampy i inne moje bibeloty.

I tak, już o 20.00 mogliśmy wznieść toast, a ja jeszcze dzisiaj cieszę się jak dzika, bo dla mnie chatka to ważna rzecz.
***
Andrzej bardzo lubi deszcz i szarugę, czego ja nie mogę za Chiny zrozumieć. Leżymy w wannie po trudach remontowych i ja mówię:
Ja: Słuchaj, a może powiedz mi co ty lubisz w szarudze jesiennej, to może i ja to polubię.
Andrzej: Jak pada i jest szaro to czuję się taki wyciszony.
Ja: A jak świeci słońce?
Andrzej:
Eee jak świeci słońce to czuję się nabuzowany i wydaje mi się, że wszystko mogę.

***
Dobra, my tu gadu-gadu, a autobus nie poczeka. Uciekam w rodzinne strony spełnić obowiązek wyborczy i wiecie co? Cały czas mnie korci, żeby napisać na kogo NIE głosować, bo jestem ciekawa, czy posądziliby mnie  o łamanie ciszy wyborczej.
Ale trochę się boję, bo Ci, na których NIE nalezy głosować, bywają nieobliczalni.
Miłej niedzieli Fistaszki!

czwartek, 18 października 2007

O czym myślicie przed snem?
Snujecie plany na jutro, na weekend? Marzycie?
Jeśli tak, to o czym?

Ja, kiedy kiedy kładę się sama, zawsze myślę o seksie - wtedy mi się najlepiej zasypia. Wyobrażam sobie pikantne historyjki z różnymi znajomymi z otoczenia. Głównie z pracy, bo jakoś pracowi chłopcy najbardziej pasują do różnych nieprzyzwoitych fantazji. 
Zasypiam, wyobrażam sobie i  jest mi tak przyjemnie, że już za chwilę śpię niewinna niczym niemowlę.
Chyba, że wcześniej piszę, wtedy wymyślam dalsze losy moich postaci.
***
A to fragment "Tchórzy" - właśnie o myśleniu, niekoniecznie przed snem:

Myślałem o Irenie. O Boże, chyba w ogóle nie byłem w stanie o niczym innym myśleć. A przecież jestem inteligentny. Ciekaw jestem, o czym właściwie myślą inteligenci, czy rzeczywiście o tych rzeczach, o których mówią, że myślą. Oczywiście wynalazcy i naukowcy i tacy różni myślą o swoich bakteriach, elektrodach i tak dalej. Ale mam na myśli zwyczajnych inteligentów. Irena opowiadała mi kiedyś, że chodzi sama z psem po lesie i myśli o problemach. O literaturze, o polityce, sam nie wiem o czym. I wtedy zawstydziłem się w duchu, kiedy jestem sam, to przeważnie myślę o dziewczynach (...)
Ale to już było dawno. Teraz już nie zawracałem sobie głowy swoimi myślami. Teraz wiedziałem już, o co chodzi. Że nie chodzi o nic. Najwyżej o te dziewczyny, żeby sobie człowiek jak najwięcej użył. (...) I nagle stało mi się zupełnie obojętne to, że myślę o Irenie i zacząłem myśleć o niej z radością, o jej ustach i piersiach, i biodrach i o tym, co ma Irena pod spódniczką, strasznie nieprzyzwoicie o tym myślałem i było mi z tym dobrze.
J. Skvorecky
***
Jutro jadę do Warszawy - wieczorem idziemy na jakiś koncert organizowany przez Grupę Żywiec, a w sobotkę - malowanie. Kolor farby? Pocałunek słońca:)

Fotka pobrana z fizgal.blox - spacjalnie, dla tych, którym brakuje na blogu pikanterii;))

środa, 17 października 2007

Włączył nam się ze staruszkami temat dziecięcych zabaw:

Tata: Jak ja jeździłem do dziadków do Łowicza i prowadziliśmy wojnę z inną dzielnicą, to budowaliśmy łódź podwodną z cegieł.
Mama: A my mieliśmy taką zabawę, że nadziewaliśmy psie gówno na patyk i ganialiśmy za dorastającymi panienkami, żeby je wysmarować.
Tata: No to mało kulturalne zabawy mieliście. Moje marzeniowo-inżynierskie były lepsze, bo wymagały myślenia.
Mama: A wiesz ile myślenia wymagało, żeby ci gówno z patyka nie spadło?!

Powiem krótko - żyć, nie umierać!
Siedzę właśnie w wygodnym fotelu na tarasie, z którego rozciąga się piękny widok na wzgórza i las. Nade mną czyste niebo, pastelowe słońce pieści mnie swoim dotykiem, wiatr znad jeziora otula delikatnym powiewem. 
 Psy biegają po łąkach, kot bawi się u moich stóp, a ja popijam herbatę, czytam powieść Skvoreckiego "Tchórze"  i... delektuję się życiem.

A Wy kochani? Co porabiacie?

wiem, wiem, nie powinnam zadawać takiego świńskiego pytania - hihihihi!:)

poniedziałek, 15 października 2007

Dochodzi 23.00, a ja dopiero usiadłam do pisania. Najpierw wracałam z Warszawy, potem łaziłam po Olsztynie, potem oglądałam "Pierwszą Miłość" (wstyd się przyznać, ale wciągnęło mnie:))), no a potem debata, gdzie Tusku trochę poległ, bo Kwaśniewski go 2 razy poważnie zagiął, a i retorycznie niestety dość mocno przewyższał. Ale to nic i tak głosuję na PO, choć obyczajowo bliżej mi do LIDu.

A potem jeszcze gaworzyłam z A. i dopiero teraz mam wielką nadzieję osiągnąć jako taki spokój, bo chcę dziś napisać reportaż. O pewnej kobietce.
***
Acha, a po moim użalaniu się nad pasywnością i niechlujstwem mojego najdroższego najpierw dostałam esemesa od Walerki, że ona w sobotę śmigała na mopie, podczas gdy Mózg oglądał mecz, a później Jozi na gg opowiedziała mi historię o tym, jak jej ukochany się do niej wprowadzał:

Jozanka 17:10:53
ja w sumie miałam podobnie, bo sie do mnie henryk przeprowadzał
Ja 17:11:00
i co?
Jozanka 17:11:00
no i rozpakowywaliśmy go
Jozanka 17:11:00
i tak:
mówie mu - to do tej szuflady możesz sobie powkładac skarpety i gacie,
a on wali wszystkie jak leci!!!!
Jozanka 17:11:36
wiec ja wyciągam i mówie- to ja Ci jednak poukładam
Jozanka 17:11:40
a on ze szkoda czasu
Jozanka 17:11:48
wiec mnie kurwica strzela :)
***
Ech Drogie Panie, patriarchat rządzi! I jeszcze wiele przekleństw padnie i wiele łez się rozleje i jeszcze więcej krzyków uniesie się pod niebem, zanim kurka wodna obalimy ten męski system. Na razie możemy się jedynie trochę z tego pośmiać.

Jest poniedziałek raniutko i zaraz spadam do mojej wsi. Nerwy zażegnane, ale do dziś mi żyłka pulsuje, jak sobie przypomnę ten sajgon w mieszkaniu i A. kręcącego się pomiędzy bałaganem ze słowami: "A naprawdę musimy tą półkę też sprzątać? Jej przecież nie widać".

Siedzimy dziś rano i jemy śniadanie:
Ja: Ale przyznaj, że jesteś strasznym łosiem i niechlujem.
Andrzej: Nie. Jestem twoim księciem z bajki.
Ja: Tak? A niby z jakiej bajki?
Andrzej: Z takiej, gdzie sprzątaniem zajmowały się krasnoludki.

I wszystko jasne.

Miłego poniedziałku Robaczki, ja uciekam się urlopować.
W końcu zostały mi jeszcze tylko 3 tygodnie:)

niedziela, 14 października 2007
A dziś dla odmiany... mam ochotę pierdolnąć to wszystko.
sobota, 13 października 2007

Dziś mówcie do mnie Marysiu. Raniutko przyjechałam do Warszawy na Ochotę i walczę niczym kura domowa z reklamy Cifu albo innego Ajaxu. Walczę z brudem, kurzem i wszechobecnym syfem. W końcu jak mam tu mieszkać, to musi być czysto, ładnie i Agnieszkowo, no nie?

No! A zatem wracam do szmaty. I proszę mi nie mówić, że Wy teraz - w sobote wieczór - pijecie piweczko i leniuchujecie, bo jak Babcię kocham, dam szmatą przez łeb!

piątek, 12 października 2007

Żyję tu takim leniwym kocim rytmem. Wysypiam się, wędruję z psami po okolicznych wzgórzach i patrzę na klucze gęsi, które nad naszym domem lecą do ciepłych krajów. Gdy w ciągu dnia jestem zmęczona, kładę się spać z kotami - moim Stitchem i małym kociakiem imieniem Lucyfer. Lucek jest boskim maleństwem, tylko ma jedną wadę - w nocy szaleje. Na przykład wczoraj zaatakował w ciemnościach moje łóżko i znienacka ugryzł mnie w nos. Koszmarne przeżycie.
Najwięcej piszę w nocy. Nie sądziłam, że noc daje taką koncentrację.

Przedwczoraj, moi staruszkowie oglądają „Pierwszą miłość”:
Tata (do Mamy):
Oo, a ta kobieta to ma twój charakter!
Mama:
A ja tej kobiety w ogóle nie znam z serialu.
Tata: Naprawdę nie znasz?! Strasznie wredna baba.

DZIEŃ NASTĘPNY:

Tym razem jemy obiad, a w TV lecą rozmowy w toku. Jednym z gości jest Kwaśniewska z córką Olą.
Ja:
W sumie ładna ta Ola.
Mama:
Ładna, trochę pulpa, ale ładna.
Tata:
Jaka tam ładna! Po prostu zrobili ją ci styliści i ci, jak im tam...  wizjonerzy.
***

Myślałam, że po kilku dniach na wiosce, gdy już się wyśpię i wypocznę, zacznę wariować z nudów, ale nie. Jest mi tu tak dobrze i tak błogo, że nie mam najmniejszej ochoty niczego zmieniać. Gdyby nie Andrzej pewnie zostałabym zbzikowaną starą panną żyjącą na garnuszku u rodziców, która swoje miłosne niespełnienie przekuwałaby na poczytne romanse dla starszych pań. Ale że spotkałam najwspanialszego faceta na całym świecie, już za trzy tygodnie ruszam na podbój stolicy. I zamiast zostać zbzikowaną starą panną, będę sfrustrowaną japiszonką na niedoczasie. Taki los.

wtorek, 09 października 2007
Wieczór. Siedzimy wszyscy w naszym domu na końcu świata. W TV trzy programy, bo więcej nie dociera na nasze zadupie. Siedzimy wokół trzaskającego w kominie ognia: ojciec czyta, Mama bawi się w zapping, surfując w te i wewte po trzech kanałach, a ja piszę, bo cudem Internet złapałam. 

Tata:
a wiecie, że Kret rzucił Młynarską?
Ja: Nareszcie.
Mama: To Kret był z Młynarską?
Tata: A Doda rozwodzi się jednak z Majdanem.
Mama: O tym już od dawna trąbią.
Tata: A ta, jak jej tam, Mucha jedzie za granicę studiować.
Ja: Ee Ojciec, z skąd ty takie niusy czerpiesz?
Tata: Jak to skąd? W mieście byłem, na poczcie. W kolejce mówili.

Jestem już w moim rodzinnym domu na wsi i na razie klimatyzuję się oraz walczę z: brakiem Internetu bezprzewodowego, własnym lenistwem i straszliwym obżarstwem, jakie mnie dopadło w tej warmińskiej głuszy.
Ale poza tym jest świetnie. Tak zupełnie beztrosko i niesamowicie spokojnie. Zgodnie z obietnicą spędzam dni na pisaniu, spaceruję i nic się nie dzieje, więc może i dobrze, że nie mam dostępu do sieci, bo o czym miałabym pisać?

Ja: Andrzej, muszę mieć w tej mojej wsi Internet, bo wiesz, że jestem uzależniona.
Andrzej: Kochanie, ale do czego jest Ci ten Internet potrzebny?
Ja: No, na przykład muszę pisać bloga [tu szukam mocniejszego argumentu], a nie mogę nie pisać bloga, bo mi wtedy oglądalność spadnie.
Andrzej: Eee i tak Ci spadnie jak będziesz z tej wsi pisać tylko o tym, że liście lecą i trawa rośnie.
Ja: Spokojnie, jakoś to ubarwię.
Andrzej: Wiem, wiem, Ty to nazywasz przepuszczaniem faktów przez swoją subiektywną wrażliwość.
***
A w weekend... w weekend byliśmy z Andrzejem i jego znajomymi na bardzo fajnym piweczku. W związku z tym, że mieszkam na wsi i mam utrudniony powrót do domu nocą, Andrzej zaproponował, aby przenocować u jego rodziców. A że rodzice Andrzeja są ludźmi tradycji, nie było mowy o wspólnym spaniu. Dostałam pokój, piżamkę, szlafrok i kapcie, świeżo wykrochmaloną pościel i żadne z nas nawet nie odważyło się przetuptać do siebie w nocy. I pomyśleć, że jako szesnastolatka legalnie sypiałam z chłopakiem po dachem moich staruszków, a teraz mam prawie trzydzieści lat i nagle muszę stać się grzeczną, ułożoną, ba! pruderyjną panienką . Nie wiem, czy bardziej mnie to zadziwia czy jednak bawi.
Ale pewnie to pokuta za grzechy z dzieciństwa albo Panu Bogu chronologia się szczyptę popieprzyła.
***

A to nasza fotka z lipcowego wesela

piątek, 05 października 2007

Tatulek jedzie, a ja siedzę na kartonach i czekam:)

Przed chwilą dzwoniła Mama i opowiadała, jak przebiegało kupno samochodu.
Mój Tatuś bowiem na co dzień wygląda trochę jak kloszard, trochę jak rolnik, a trochę jak robotnik fabryczny. Taki ekscentryczny eklektyzm w doborze ubrań. No więc ponoć, gdy wpadł do salonu samochodowego w butach BHP-owskich (jedna sznurówka żółta, druga czarna), w wesołej czapeczce i niestrzyżonym  wąsem, to żadna panienka nie raczyła nawet do niego podejść. Potem się przekonali i wreszcie kupił auto, ale kiedy zajechał na naszą wiochę, to ludziom oczy wyszły na wierzch, bo każdemu się wydawało, że ojciec do śmierci będzie jeździł przerdzewiałym gratem przypominającym pojazd Flinstonów.
A co na to  Tatulek?
Żeby nie robić wokół siebie szumu, powiedział wszystkim, że kupił za pół ceny, bo niby jakieś usterki były. Najlepsze jednak jest to, że już ktoś ze znajomych napalił się i chce jechać do salonu po taki sam model.

A Mama mówi, że kiedy tylko spadnie deszcz, Tatulek jeździ po wszystkich możliwych kałużach, bo jak twierdzi - zbyt lśniący jest ten nowy samochód i za bardzo rzuca się w oczy.

Ech, mówię Wam, kosmos z tą moją familją:)
Jutro z rańca droga na Olsztyn.
****

Moi Drodzy!
Moja powieść ukaże się już za 3 tygodnie.
Zapowiedź tu:
http://www.replika.eu/zapowiedzi.php?wyd=1&id3=50&k=

i o mnie:
http://www.replika.eu/autorzy.php?id=15

Dochodzi 1 w nocy, a ja dopiero skończyłam pakowanie. Fakt, że wyskoczyłam na krótkie pożegnanie z panią Bogusią i Walerką, ale na Boga, ile można zgromadzić bibelotów przez rok?!?
Ano można! Mimo, że połowę dobytku wyrzuciłam do śmietnika. Poszły w cholerę moje rękopisy, praca magisterska, listy miłosne i inne szpargały. Naprawdę byłam bezlitosna.

A jutro przyjeżdża do Poznania Tatulek swoim nowym samochodem. Samochodem?!?Terenówką znaczy się! Fordem rangerem, jeśli to cokolwiek komuś mówi. Już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę tatulkową minę, kiedy wysiądzie z tej fury. Byle tylko nie pękł z dumy. I zapowiedział, że w nowym samochodzie się nie pali. Już to widzę!

Ale nie, dziś zamiast gadania, jedynie krótki fotoreportaż z wczorajszego piwka w Dublinerze, bo naprawdę padam na ryjek. A jutro jeszcze muszę iść do agencji po świadectwo. Jak w szkole:)

Oto FOTKI:

towarzystwo stolikowe, na szczycie stołu Frr



Kasia i Gruszka - panienki z jednego roku Wschodoznawstwa


Ja & Walerka


Ola, młoda, dobrze zapowiadająca się ilustratorka książek


Jozi z Gruszką próbują kokietować fotografa, czyli mnie


Madzia, czyli Walerka Junior


No i Damian w pryzmacie szklanki. Dżentelmańsko stawiał mi piweczko


Na zdjęcia nie załapali się: Karola, Gocha, Paweł, Pulcia, Mareczek i Szymon, bo kto wcześnie wychodzi, ten sam sobie szkodzi i kto późno przychodzi też sobie szkodzi.

czwartek, 04 października 2007
  • Nie wiem od czego zacząć.
    Może od tego, że dostałam dziś pracę? I do tego fajną pracę!
    Startuję od 5 listopada w uroczym miejscu na Żoliborzu. Więc przede mną miesiąc spokojnego urlopu, w czasie którego zamierzam pisać, wypoczywać i napawać się lasem, wiatrem oraz słońcem.
  • A może powinnam zacząć od tego, że dziś zrobiłam pożegnanie?
    Tyle, że najpierw poszłam z pożegnaniem do babeczek z Teatru, co oczywiście skończyło się piwkami "Pod Pretekstem" i finał był taki, że wróciłam do domu lekko zawiana o 18.00 i miałam godzinę, aby wytrzeźwieć i zacząć właściwą imprezkę pożegnalną.
  • A może jednak lepiej najpierw wprowadzić Was w obecny klimat mojego mieszkania, w którym wszystkie ciuchy i książki wyrzucone są na środek pokoju, obok piętrzy się stos kartonów, a ja potykam się o wszystko i czuję się jakbym mieszkała na wysypisku śmieci, tyle że nie śmierdzi.
  • Ale chyba jednak zacznę i skończę na tym, że wróciłam właśnie z pożegnalnej imprezki, która okazała się spokojnym, ale strasznie fajnym wieczorem. I aż nie mogę się nadziwić, skąd wokół mnie znalazło się tylu fantastycznych i tak różnorodnych ludzi, z których każdy jest niesamowitą indywidualnością i jednocześnie kochaną istotą.
    Kasia, która niestety nie przybyła ze względu na chorobę, przysłała posłańca z prezentem - piękną ręcznie malowaną filiżanką, czyli mówiąc krótko jej specjalnością. Bo spod rąk Kaśki potrafią wychodzić cuda. Nawet, gdy swoim starym zwyczajem, robi je po nocy, podczas gdy normalni ludzie już śpią.
  • Jednak tak naprawdę powinnam zacząć od tego, że usłyszałam piękne i rozwalające wyznanie od Frr, który najpierw zagroził, że w dzień mojej wyprowadzki wzorem pielęgniarek założy pod moją chatą białe miasteczko i będzie protestował, a potem... potem powiedział mi strasznie dużo ciepłych słów miłości. Takiej ludzkiej, braterskiej i dobrej miłości.

    ***
    Strasznie się cieszę, że jesteście wokół mnie... mordy wy moje kochane!
    I wybaczcie to polityczne zakończenie, ale tylko tak mogę ukryć moje dzisiejsze wzruszenie.
    Fotki wkrótce!
wtorek, 02 października 2007

Wszędzie dobrze, ale..
Wróciłam do mojej-niemojej Marcinki i wreszcie poczułam się jak w domu. Potem przyrządziłam pyszny obiadek - panierowanego camemberta ze szpinakiem i czerwoną fasolą i teraz, syta i spokojna, mogę wreszcie pisać, w oczekiwaniu na kolejnego potencjalnego kupca mieszkania.

Pożegnanie firmowe
Nie opowiedziałam przecież jeszcze o pożegnaniu w pracy. Agencja była co prawda miejscem, w którym moje relacje z ludźmi rzadko kiedy wykraczały poza służbowe, ale wiedziałam, że jest wśród nich kilka twarzy, którę darzę wyjątkową sympatią. Dlatego nie chciałam się z nimi żegnać zbyt szablonowo. Napisałam o każdym krótką fraszkę i doczepiłam wierszyki do czekoladek. Zadanie polegało na tym, aby wylosować czekoladkę, przeczytać wierszyk, odgadnąć, o kim mowa oraz wręczyć mu pralinkę. Fajnie wyszło, bo towarzystwo się ożywiło i na 15 minut firma stanęła w miejscu. A przy okazji mogłam niektórym wbić po małej szpileczce... ot tak na zakończenie:)

Chcesz pracować? Daj się wysterylizować!
Wczoraj byłam na kolejnej rozmowie o pracę. Duuża, fajna i prestiżowa agencja. Pani bardzo spodobało się zadanie rekrutacyjne, które wykonałam, choć odrobinę nie dowierzała, że zrobiłam je samodzielnie. A potem zapytała mnie, kiedy chcę zajść w ciążę. I to mnie tak wcisnęło w fotel, że zamiast przeprosić, wstać i wyjść, zachowałam się jak kompletna cipa - po prostu zaniemówiłam.

Polowanie na kartony
To tyle moich drobnych refleksji z ostatnich dwóch dni. A teraz kochani moi - idę na polowanie. Będę polować na kartony. Pakowanie czas zacząć!
Nie pytajcie, jak się czuję. Bo mam wrażenie, że podjęłam decyzję o skoku z wieżowca. Gdy już skoczę, zamknę sobie możliwość odwrotu. Ot co.