..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 października 2006
Dobrze mi tu, choc nic specjalnego się nie dzieje. Za dnia biegam, odwiedzam ludzi, załatwiam jakieś moje sprawy, a popołudniami i wieczorem leżę sobie na brzuchu rozciągnięta na dywanie i czytam - Norwegian Wood Murakamiego, Czas kobiet Majewskiej-Opiełki, listopadowe numery: "Arteonu", "Zwierciadła", zaległe "Lampy", Ha!arty" i Duże Formaty. Babcia ogląda programy w TVN24, Mama coś gotuje, koty leniwie wylegują się na fotelach, a mnie nigdzie nie gna, nic mnie nie nosi - leżę i czytam.
Czasem oderwę się i pokapryszę, że na przykład mam ochote na kisiel ze startym jabłkiem i wtedy robi się lekki zamęt, szukanie kisielu, gotowanie wody i szukanie tarki, a potem znów się uspokaja i każdy wraca do własnych zajęć.
I okazuje się, że potrafię się skoncentrować, że nie telepie mnie od środka, że umiem wysiedzieć w jednym miejscu.
Okazuje się również, że nie mam ochoty na alkohol, że nie palę, że wystarczy kubek herbaty, kawy czy kisielu.
Dlaczego?
Dlatego, że są wokół mnie bliscy i niezależnie, co kto robi, czuję ich obecność obok siebie. Wtedy mogę być twórcza, a jednocześnie skoncentrowana i wyciszona.

Nie jestem stworzona do samotności.
I na siłę tego nie zmienię.
Osamotnione zwierzęta stadne umierają i takie jest prawo natury.
A moja natura jest stadna, choć niby i kocia po trochu.

Krzyżówka kota i wilka? kota i pszczoły? kota i małpy?
To taka hybryda naszych czasów, bo Mitologia grecka zdaje się, nic o tym nie wie:)
poniedziałek, 30 października 2006
Jedziemy samochodem:

Ja: To, co? Kiedy się wprowadzamy do nowego domu?
Tata: My to nie wiem, ale Agnieszka na pewno już 7 grudnia.
Ja: Nie rozumiem, dlaczego tylko ja? I dlaczego akurat 7 grudnia?
Tata: No sama mówiłaś, że zaczynasz prace 6 listopada i masz tylko miesiąc próbny.


Ale śmieszne, naprawdę.


A wczoraj...
Wczoraj pojechaliśmy na budowę. Już od kilku dni moja wspaniała rodzinka zapowiadała, że nie przyjeżdzam do domu odpoczywać, więc ledwo wysiadłam z pociągu, przebrałam się w "robocze ciuchy" i wyruszyliśmy.
Ojciec w swojej przyczepie urządził centrum dowodzenia i rozdawał rękawice do pracy. Próbowałam się wywinąć, mówiąc, że mam pierścionek, którego nie moge zdjąć, a jest on tak duży, że rękawice się nie zmieszczą, ale zaraz nastąpiło komisyjne zdejmowanie pierścionka przy użyciu oliwy oraz innych specyfików i już nie było mowy o innych wykrętach.

Zabraliśmy się za przerzucanie desek i drewnianych pali i choć na dworze lało, wiało i było okrutnie zimno, zaraz się rozgrzalismy i robota szła gładko. Im bardziej się ubrudziłam, im bardziej przemokłam i im cięższe były te dechy, tym większą radość sprawiała mi ta praca. Ojciec juz chciał dać sobie spokój, Krzysiek marudził, a ja nabrałam takiej energii, że wszystkich zagraniałam, abyśmy dotrwali do końca.

Kiedy już skończyliśmy, podsłuchałam jak tata ze zdziwieniem pytał się Krzyśka, co mi dolega, bo zawsze miałam wysoką alergię na brudną robotę, a tu nie wiadomo skąd nagle taki zapał.

A ja się wyżyłam, sponiewierałam, wyrzuciłam z siebie wszystkie negatywne emocje, a potem poszłam jeszcze z psami na wzgórze, gdzie strasznie wiało, a łąka była chłodna i cała w deszczu i napawałam się złowróżbnym ciemnym krajobrazem, który do złudzenia przypominał wietrzne wrzosowiska z "Wichrowych wzgórz".

Kiedy wreszcie wrócilismy do Babci, wzięłam gorący prysznic, otuliłam się kocem i czekałam na obiad, którego pyszne zapachy już wydobywały się z kuchni.
Wtedy poczułam, że jestem zupełnie lekka i bardzo, bardzo szczęśliwa.
Ech..jesień w Olsztynie oszałamiająca. Czyste niebo, śliczne ciepłe słońce i lekki mroźny wiatr. Całe miasto zasypane kolorywymi liśćmi, wśród których można brodzić, zanurzać w nich stopy i nasłuchiwać, jak wdzięcznie szeleszczą.
Przemierzam tak znane mi ulice i nie mogę się nadziwić, że raptem kilka lat temu:
właśnie do tej cukierni uciekałam z dziewczynami na wagary i za wyskrobane 60 groszy kupowałyśmy lepką i słodką bajdarkę,
albo że tamtą ulicą biegłam prawie co dzień w mundurku do harcówki i nic innego nie było dla mnie tak ważne,
i tak dalej i tak dalej - dziesiątki miejsc, które przywołują wspomnienia.

Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że kilka lat później będę szła tymi uliczkami z zupełnie innymi marzeniami w głowie, z inną tęsknotą i nie będę już miała ochoty na gumiastą bajaderkę.
I dziś, kiedy próbuję pomyśleć sobie, co będzie za kolejne kilka lat, jaką będę kobietą, co będzie mnie podniecać, czym będę żyła?
Nie wiem.
Ale ta niewiedza, to chyba cały smak życia, które zaskakuje, niesie niespodzianki i funduje nam nieoczekiwane zwroty i zawroty.
Tak..


piątek, 27 października 2006

Wracałam wczoraj ze spotkania z Walerką i była noc, ratusz stał sobie jak zawsze uroczo podświetlony, życie na rynku tętniło, a ja sobie wędrowałam niespiesznie jesienną nocą i było mi tak dobrze. Pogadałyśmy o pracy, o naszych ambicjach, o literaturze, o planach na przyszłość, pośmiałyśmy się z siebie i wyszłam z tego spotkania w poczuciu spełnienia, z chęcią działania i jakąś taką mocą twórczą.
Bo spotkania z mądrymi babeczkami tak na mnie działają.

W TV obejrzałam jeszcze zupełnie odjechany magazyn kulturalny "Łoskot" i z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że w zindoktrynowanych publicznych mediach, zdarzają się czasem
rewelacyjne wysepki niezależności.

A dziś..
Dziś już posprzątałam moje biureczko, dopinam ostatnie sprawy, czyszczę skrzynkę mailową i dochodzi do mnie wreszcie świadomość końca, poczucie zamykania jakiegoś rozdziału.
I choć koniec wiąże się z początkiem czegoś nowego, moja ekscytacja miesza się również z nostalgią i smuteczkiem. 
Bo to był świetny rok, choć i pełen  łez oraz zgrzytania zębami.
Przede wszystkim jednak był to rok podejmowania wyzwań, zgłębiania nowych obszarów, rok nawiązania cudownych relacji z ludźmi, no i...

czwartek, 26 października 2006
Wczoraj jakoś przypadkiem trafiłam na wieczorny film w TV z cyklu" Okruchy życia". Już sam tytuł tego cyklu wywołuje u mnie zawsze mdłości albo gest politowania i kojarzy mi się z moją mamuśką, która siedzi owinięta kocem, z herbatą w dłoni i płacze ze wzruszenia.
Pomyślałam jednak, że rzucić okiem nic nie szkodzi.

Film okazał się ciepłą i pełną humoru historią pewnego nauczyciela, który obejmuje wychowawstwo w klasie dzieci z marginesu i oczywiście, jak w takich filmach bywa - wyprowadza ich na ludzi, sprawia, że zaczynają w siebie wierzyć, że uczą się marzyć i stawiać sobie wyzwania.
Standardowa historia, a jednak oparta na faktach.
Standardowa historia filmowa, a jednak się zdarzyła.
Czyli jednak można dokonać niemożliwego.
A kiedy można?
Kiedy się bardzo, bardzo chce!
Ale skąd czerpać siłę?
Z radości drobiazgami, z pozytywnego myślenia, z miłości i przyjaźni, z własnych marzeń..
Ktoś ma jakiś inny pomysł?

środa, 25 października 2006

No więc Agniesiu Droga - czas wyruszyć na wojnę.
Czas przywdziać zbroję, opuścić przyłbicę i chwycić w dłoń szabelkę.
Gdzie jest przeciwnik?
W środku.
I muszę go pokonać, bo za chwilę on pokona mnie.

Koniec pisania o tym, że boli!
Pisanie o bólu zamiast przynosić ulgę, jeszcze bardziej ten ból ustanawia, nadaje mu rangę.
Koniec użalania się nad sobą i koncentrowania na trudnościach, tęsknotach, łzach i słabościach.

Czas zasztyletować smutki i skoncentrować się na tym, co dobre i piękne.
Na tym, że:
- jestem silna i zdrowa
- mam odpałową i najkochańszą w świecie rodzinkę
- mam przyjaciół, na których mogę liczyć
- mam własny kąt na tej planecie
- mam ludzi do piwa, kina i spaceru
- mam pasje
- mam marzenia
- mam cele
- mam wokół siebie świat najpiękniejszy ze wszystkich światów

no i jakby nie było - kocham - niezależnie od wszystkiego ponadto. 

Będzie to bój zacięty i krwawy, ale bój o ocalenie siebie.
I moją osobistą wolność.
Tylko wtedy można swobodnie oddychać.

Rozmowa telefoniczna dzisiejszego poranka:

Walerka: No i co? Cieszysz się, że zaczynasz pracę w tej galerii?
Ja: Nie wiem. Tak się boję, że już nie chcę tej pracy. Najchętniej zaszłabym w ciążę i urodziła dziecko.
Walerka: (z przekąsem): Oho. Eskapizm.

wtorek, 24 października 2006

Ania: Wiesz bo ja jestem taka osobą, którą bardzo łatwo dotknąć.
Ja: Na przykład czym?
Ania: No na przykład przykro mi się zrobiło, jak powiedziałaś kiedyś, że mam dużą wiedzę ogólną.
Ja: Boże, a czemu przykro???
Ania: Bo z tego wynikało, że nie mam żadnej wiedzy szczególnej!

ps. Ania przeczytała i zaznacza, że ten dialog jest nieautoryzowany:)))

Spotkanie autorskie

- Czy pani tak to wszystko pisze z życia?
- Z życia.
- A łatwo się pani pisze?
- Łatwo.
- A łatwo się pani żyje?

Agnieszka Osiecka

Oj zmęczona jestem tą huśtawką emocji - wyż - niż, smutek-euforia, złość - błogostan i tak w kółko.
Nawet przy moim zamiłowaniu do zmian, nie nadążam za sobą i tym, co się ze mną dzieje.


Najgorzej, że odbija się to na wszystkich, który są wokół mnie.
Chociaż z drugiej strony może to czas na dokonanie naturalnej selekcji - przetrwają najsilniejsi:)))
***
Wczoraj oznajmiłam Radkowi, że chciałabym, aby był pierwowzorem jednej z postaci  dramatu, który zaczynam pisać i potrzebne mi są jego uwagi. O rany, jak się ucieszył!
"Że jak? Że ja będę bohaterem dramatu, o boże, muszę powidomić o tym znajomych. Jejku, wyobrażasz sobie, będę jedną z postaci - czy to nie podniecające?!!" - przeżywał cały dzień i nie słuchał, że ja dopiero zaczynam, że może nigdy nie skończę, że to palcem po wodzie pisane. Ba! On już widział swoją postać na scenie Teatru Narodowego.
Uroczy jest!
***
Wieczorem natomiast poszłam na wernisaż do owej galerii, w której mam zacząć pracę i znów obleciał mnie strach, bo:
1) tam trzeba jeszcze baardzo dużo zrobić 2)  nie wiem, czy sobie poradzę 3) nie wiem, czy to nie jakiś kanał

Ale trudno - najważniejsze, że zmieniam kurs żeglugi, a w którą stronę mnie poniesie, to się okaże.
Jednego jestem pewna - będzie ciekawie:)
***
Coś jeszcze chciałam napisać?
Acha! Podobał mi się wczorajszy spontan przy drzwiach wyjściowych.
Okazuje się, że ubranie można zrzucić z siebie w niewiarygodnie szybkim tempie. 
A wszystko dlatego, że na pożegnanie, będąc już jedną nogą za progiem, włożył mi wilczą łapę pod bluzkę.
To taki męski chwyt nokautujący.
Zupełnie puszcza mechanizm kontrolujący i wtedy do głosu dochodzą już tylko łaskotki z okolic podbrzusza:) 

poniedziałek, 23 października 2006

Jak weekend?
Rozmaicie.
W piątek zaprosiłam Julię Skuratovą na kolację, bo znów wpadła na dwa dni do Poznania, aby skończyć pracę nad "Pozytywką". Lubię spędzać z nią czas - palić, gadać, śmiać się i po prostu być. Tak to jest jak się spotka pokrewną duszę.

W sobotę - już od rana pobiegłam do Teatru, bo obiecałam babeczkom, że zobaczą wreszcie moją "Marcinkę". Wpadły jak huragan - obejrzały wszystkie kąty, pocmokały, zadymiły, zakopciły, uraczyły się piwkiem, coś zjadły i tak minął niemaże cały dzień. Trochę się pośmiałyśmy, trochę obgadałyśmy i było trochę jak za dawnych czasów, kiedy spotykałyśmy się na babskich biesiadach i babeczki tak mnie poiły, że albo wymiotowałam z 9 piętra albo zasypiałam jak dziecko - w ubraniu, makijażu i biżuterii.
Potem wpadł jeszcze Jacuś i podarował mi kieliszki do wina i szklanki do piwa, więc wreszcie mogę przyjmować gości w kulturalnych warunkach:)
Kiedy wreszcie huragan przeszedł - miałam wieczór już dla siebie.
Obejrzałam Zwyczajne Szaleństwa, po raz kolejny nie mogąc się nadziwić nad fenomenem Petra Zelenki i grzecznie poszłam lulu.

Obudziło mnie niedzielne mocne słońce i choć na zewnątrz wydawało się pięknie i ciepło, jakoś nie mogłam się zmusić, aby wstać. Kiedy wreszcie wstałam - zaczęłam trochę pisać, coś poczytałam, ale wszystko, za co się zabierałam, wydawało mi się pozbawione sensu.

Jestem stworzona dla ludzi.
Wychowałam się w domu, w którym zawsze panował chaos, a całe życie rodzinne toczyło się w salonie na dole. Mój pokój był jedynie sypialnią. Z lekcjami, książką i wszystkimi zajęciami zawsze schodziłam na dół,  tam gdzie byli wszyscy, gdzie toczyło się życie.

Nie umiem żyć sama.
Kiedy jestem sama nie potrafię zapanować nad niemocą, która mnie ogarnia.
Gdy są obok bliscy można się wyciszyć i skoncentrować.
Kiedy jestem sama  nie mogę ani czytać, ani pisać.
Próbuję, ale nie mam tej siły skupienia.
Wtedy uciekam -  w filmy, w miasto, w sen.

Dlatego w południe położyłam się znowu, słońce grzało mi w twarz i spało mi się tak błogo i rozkosznie, i śniły mi się różności, dopóki nie obudziłam się o 16-tej z bólem głowy. Ile w końcu można spać?


Postanowiłam, że pójdę do kina. Ale równocześnie obiecałam sobie, że w tej całej niemocy, nie będę uciekać w łatwą i przyjemną rozrywkę, więc wybrałam "Plac Zbawiciela" Krauzego. Jak zwykle rewelacyjne kino i jak zwykle wychodzi się z niego z przemielonym sercem i żołądkiem, z płaczem ugrzęzłym w gardle i głową pełną myśli, od których nie ma ucieczki.

I tym  mocnym gwoździem programu dobiłabym się na koniec weekendu,
gdyby nie wieczorny Teatr TV, który mnie otrząsnął po filmowej traumie oraz kilka pogodnych esemsów od telepatycznego i troskliwego N.

A dziś rano...
dziś rano było tak cudne niebo o wschodzie słońca
- piękne, wzburzone i czerwone, że..
że żyjąc pod takim niebem, nie można nie być szczęśliwym.

piątek, 20 października 2006
Wczoraj Wilk na dobranoc opowiedział mi bajkę o tym, jak w krainie wiecznej szczęśliwości pewien Ericson wymyślił telefon komórkowy i odtąd życie ludzkie stało się koszmarem, dopóki inny sprytny i dobry chłopiec nie stworzył wirusa szczerości, który przerabiał fałszywe treści esemesów. I nagle okazało się, że większość wiadomości była złośliwa i nieprzyjemna, co spowodowało wiele konfliktów i przykrości.
Wreszcie postanowiono wykopać wielki dół i tam wrzucić wszystkie telefony. W ten sposób kraina za Siedmioma górami (typu alpejskiego!!!) wróciła do dawnego spokoju i beztroskiej sielanki.

Bardzo mi się ta bajka podobała i cudnie było mi w Wilczych ramionach, gdy tak leżał ze mną i na prędce tworzył swoją uroczą opowieść.
Ech...
A dziś sobie jedzie i znów mnie zostawia.

Ale na szczęście przyjechała z Litwy Julia i już nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę!
I w ogóle cieszę się na ten weekend, bo spotkam się z kilkoma dawno niewidzianymi osóbkami, może poczytam, na pewno popiszę i będę się rozkoszować błogim weekendowym lenistwem.
Dziś drugi dzień bez jesiennego smutku. 
Niewiarygodnie dobrze mi tu, na ziemi.
czwartek, 19 października 2006
Wyspałam się, nabrałam energii i znów mi dobrze w świecie.
Tak, zgadzam się - ta huśtawka jest nieznośna, ale cóż poradzić, że dzięwczęta, które lubią bujać w obłokach, zwykle bujają się również w życiu?

Wczoraj pod domem, przypadkowo spotkałam znajomego. Człowieka z tych, którzy żyją sobie bytem niespiesznym i statecznym. Na odchodnym powiedział do mnie tak:
- A wiesz, lubię sobie czasem zajrzeć na tego Twojego bloga. Zawsze się zdrowo uśmieję, a te Twoje dziewczęce rozterki i dylematy są naprawdę urocze.

Urocze!
Ja tu o poważnych refleksjach życia codziennego, a on się zdrowo uśmieje!
***
Po południu, po pysznej drzemce, zrobiłam szkic nowej powieści i lada chwila zabiorę się do pracy.
Nic nie odrywa tak od życia jak pisanie.
Czasem jest to potrzeba oderwania od stabilizacji, a czasem sposób na radzenie sobie ze stresem i niepokojem.
"Klinikę" skończyłam w okresie, kiedy zacząłam pracować w Wydawnictwie i musiałam znaleźć lekarstwo na lęk, na Gazetę Prawną i na inne korporacyjne straszności.

Nawiasem mówiąc, dziś usłyszałam, że całe szefostwo przeżyło ogromny szok związany z moim odejściem, bo przecież tak dobrze nam się współpracowało i ja tak bardzo utożsamiałam się z firmą.
Prawda, lubię to miejsce, ale to, co mnie tu trzymało tak długo, to ludzie i tylko oni.
Nagle okazało się również, że byłam świetnym pracownikiem, że miałam dryg do pisania, że tworzyłam pozytywną atmosferę w zespole. Tere fere dzikie frytki. A na co dzień zjebka. Ale, mniejsza z tym.

A więc znów będę pisać, aby zatrzymać moją życiową karuzelę, aby uwolnić się z lęku przed nieznanym, aby na chwilę móc porzucać mój świat, na rzecz świata wyobraźni.
Cieszę się.
I dziś bardzo, bardzo lubię polską jesień - złocistą, rdzawą, rześką od wiatru i ciepłą od słońca.
środa, 18 października 2006

Niby za oknem słońce, ale jakoś zimno i sennie mi od kilku dni.
I w ogóle mam w sobie taki lęk - przed tą nową pracą, przed życiem, przed trudnościami.
Mam wrażenie, że nie uniosę tego wszystkiego, że nie mam ani siły, ani energii i najchętniej zakopałabym się w łóżku i przespałabym swoje istnienie.

Potem przychodzi otrzeźwienie i sobie myślę:
Ale w sumie czego się boję?
Jeśli się nie uda, to się nie uda. Nie zginę z głodu - mam rodzinę, mam przyjaciół.
Z każdego upadku można się przecież podnieść.

I tak się pocieszam, tak walczę ze sobą, ale jesienna apatia nie daje się tak łatwo przepędzić.

Potrzebuję koca, kota i miłości.


wtorek, 17 października 2006

A tak w ogóle to mi błogo i leniwie.
Wilk ma dla mnie (chwilowo) dużo czasu - zasypiam z nim i z nim się budzę.

Mam w sobie spokój i szczęście, choć czasem i na mały smuteczek znajdzie się miejsce.
Tak to bywa, kiedy się całkowicie zdejmie pancerze, skorupy i wszystkie akcesoria ochronne. Wówczas można skrzywdzić jednym bezsensowynym nieistotnym zdaniem.
Bo słowa to takie małe sztyleciki, które wbijają się zupełnie niewinnie i nieoczekiwanie, ale tak, że nagle wszystko traci swój wdzięki i barwę.


Ale słowa ulatują, a uczucia zostają.
I wciąż nie jestem nasycona pieszczotą, tuleniem, rozmową i zwyczajnym, codziennym byciem.


Z maratonu wyszłam żywa.
Wczoraj oddałam do salonu samochód cały, zdrowy i gdyby nie pewien drobny incydent, mogłabym się nawet pochwalić, że trzeciego dnia jeździłam już całkiem sprawnie, swobodnie i płynnie.
Niestety jednak owa swoboda sprawiła, że wczoraj zapatrzona w siną dal pomknęłam beztrosko na czerwonym i o mały włos nie przejechałam przechodnia. Jeszcze mi się gorąco robi, kiedy o tym myślę.

Sam Maraton był świetną imprezą, a oryginały, które tam startowały godne są upamiętnienia. Na przykład anioł z wielkimi skrzydłami i aureolą, gościu w stroju konduktora, facet z pieskiem - dla którego na każdym okrążeniu musiała być inna miska w wodą i wielu, wielu innych.

Naużerałam się odrobinę ze studentami, którzy co chwila przybiegali z nowym problemem:
"
Proszę Pani, dlaczego akurat ja mam to sprzątać"
"Proszę Pani, mogę już iść do domu, nogi mnie bolą"
"Proszę Pani, to niesprawiedliwe, dlaczego ja muszę stać akurat na tym punkcie, a Marek może na innym"

Ale była i adrenalina, i fajna energia, i działanie, które ma sens. A to najważniejsze.

poniedziałek, 16 października 2006

Chyba mogę już oficjalnie powiedzieć:)
Zmieniam robotę!
Rozstaję się z moim ukochanym wydawnictwem i ...
zaczynam pracę w galerii (i nie chodzi tu o galerię handlową:)))
Konkretnie mówiąc -  mam tę galerię poprowadzić od A do Z samodzielnie, od zmycia podłogi, po stworzenie programu artystycznego.

Tak, jestem przerażona i kiedy tylko o tym pomyślę, flaki wywracają mi się do góry nogami, ale cóż - raz kozie śmierć.
Umowę podpisałam 13-tego w piątek i 13 listopada rozpoczynam pracę.
I mam tylko miesiąc okresu próbnego!O!
Aaaaaaaaa!!!

piątek, 13 października 2006

To takie chwile zupełnego błogostanu.
Bo kiedy jestem z nim, nie boję się niczego i nic mnie nie przeraża.
I mam w sobie taki spokój i radość, i dużo, dużo siły.


I mogę sobie siedzieć, patrzeć na niego, dotykać jego włosów, nosa, dłoni i jest mi tak dobrze, że mogłoby to trwać i trwać i trwać.

A potem on  mnie dotyka i staje się niesamowicie podniecającym samcem, a wtedy ja mogę być zupełnie kruchą dziewczynką podporządkowaną całkowicie męskiej dominacji. 
I gdy mnie tak wycałuje, wypieści i zmaltretuje, mam wrażenie, że wszystko wokół zachodzi mgłą i pochłania mnie rozkoszny niebyt. Wówczas wspinam się po drabinie cudnego pożądania aż do chwili, kiedy wszystko dookoła przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie i mogłoby się walić, mogłoby się palić, mógłby nawet ruski czołg wjechać do mojego mieszkania - ja jestem z nim, a on jest we mnie.

Nie mogę więcej o tym pisać, bo jest 14:19, siedzę jeszcze w pracy, a podniecenie wzbiera we mnie w bardzo, bardzo niebezpiecznym tempie.

Przyjemnego weekendu!



czwartek, 12 października 2006

Znalazłam chwilę, żeby skrobnąć kilka zdań.
Co się dzieje?
Będzie rewolucja, ale o tym za jakiś czas.
A zatem o dużej rewolucji zamilknę i napiszę kilka zdań o tym, co ostatnio mnie absorbuje:

1. Wczorajszy meczyk wcisnął mnie w krzesło, a ludzie w pubie skomentowali, że chłopaki musieli zamienić się koszulkami, bo innego wytłumaczenia nie ma.
Wieczór okazał się super i dał mi dużo pozytywnych emocji.

2. Byłam wczoraj u lekarza i stwierdził, żem dziewcze zdrowe jak ryba i mogę się brać za rodzenie dzieci, choćby zaraz.

3. Przedwczoraj było spotkanie ze studentami AWF-u w sprawie maratonu. Ja będę koordynować pracę trzeciego punktu, a mój ex Tomuś jest szefem punktu drugiego. Spotkanie odbyło się w sali wykładowej, stalismy obok siebie, a on nawet na mnie nie spojrzał. Oczywiście przekornie i zuchwale bawiłam się tą sytuacją i upajałam faktem, że już nie jestem z takim żałosnym gościem. Humor zepsuł mi się dopiero wtedy, gdy się okazało, że na 3 dni dostanę samochód służbowy, bo będę musiała transportować jakiś sprzęt. Ja przecież jeżdżę jak kaleka i na bank rozbije to auto pierwszego dnia!

4. Tradycyjnie tęsknię za Wilkiem, choć obecna karuzela wrażeń sprawia, że ta tęsknota nie boli. Po prostu jest.

5. Dostałam w prezencie od B. świetną płytkę z różnymi fajnymi nagraniami Kaliny Jędrusik, Hanki Banaszak, Bogusława Meca, Ewy Bem i jeszcze wielu innych. I strasznie się z tego cieszę!

6. Dobija mnie kampania prezydenta Miasta Poznania: Ryszarda Grobelnego.
"Poznań najbardziej europejskim miastem w Polsce"
"Poznań najbardziej kinowym miastem w Polsce"
"Poznań miastem najliczniejszych obiektów sportowych"

Raz, że chrzani jak potłuczony, bo niby skąd ma takie dane?
(Na pewno nie z Urzędu Statystycznego)
Dwa, że językowo to te hasła są tak kulawe, że szkoda gadać.

środa, 11 października 2006
Wczoraj było jedne wielkie szarpanie strun, rozdzieranie szat,
 i złości, i nerwy, i płacz i miałam wrażenie, że świat mi się zawalił i nic nie ma sensu.
I zdychałam z bólu, fizycznego również,
a potem,

a potem, kiedy o północy zobaczyłam go w drzwiach, już nic nie było straszne i mogłam się tylko uśmiechnąć. 

Ale oczywiście znowu jest na mnie, że nabroiłam.

Cóż ja poradzę, że cierpię na chroniczne, chorobowe, schizofreniczne
i zupełnie zwyczajne kobiece:

nie-dokochanie
nie-dotulenie
i
nie-dorżnięcie?
wtorek, 10 października 2006
Wchodzę w taki czas, kiedy umierają ludzie, którzy towarzyszyli mojemu dojrzewaniu - Twardowski, Miłosz, Bielicka, Niemen, a teraz Grechuta, którego już w podstawówce słuchałam namiętnie na kasetach domowego kasprzaka. 
Kiedy odchodzi kolejna ważna osoba, pogłębia się wrażenie, że kończy się jakaś epoka, a ta nowa już nigdy jej nie dorówna. Nie dlatego, że będzie gorsza, ale dlatego, że my już nie będziemy młodsi i już nikt nie ukształtuje nas tak, jak właśnie ci, którzy kolejno odchodzą. 
Najbardziej boję się śmierci Wiśki Szymborskiej i Sławomira Mrożka, bo wtedy nie będzie już nikogo. 

Dziś powinnam zanucić coś z repertuaru Grechuty, ale nie.
Dziś słowami Młynarskiego złożę hołd życiu. 
 

Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się kończy się
kończy się o świcie
A ja się rzucam
Z nadzieją nową na budzący się dzień

Chcę spotkać w tym dniu
Człowieka co czuje jak ja
Chcę powierzyć mu
Powierzyć mu swój niepokój
Chcę w jego wzroku
Dojrzeć to światełko które sprawi
Że on powie jak ja- jak ja

Uparcie i skrycie
och życie kocham cię kocham cię
kocham cię nad życie
Jem jabłko winne
I myślę ech ty życie łez mych winne
Nie zamienię cię na inne

Kocham cię życie
Poznawać pragnę cię pragnę cię
Pragnę cię w zachwycie
I spotkać człowieka
Który tak życie kocha
I tak jak ja
Nadzieję ma...

poniedziałek, 09 października 2006

Jak weekend?

Świetnie
– odpoczęłam, wyspałam się za wszystkie czasy, jadłam co i kiedy chciałam, poszłam na film, na który miałam ochotę, czytałam, wylegując się łóżku, spacerowałam po mieście i nikt mi nic nie mówił, nikt niczego nie oczekiwał, nikt nie zrzędził, nie marudził, o nic nikt mnie nie prosił.
Słuchałam tego, co lubię słuchać, oglądałam filmy te, które chciałam, zasypiając, nie ściszałam muzyki. Gotowałam z kaprysu, a nie przymusu, zrobiłam pranie, bo tak mi się zachciało, posprzątałam po wpływem chwilowej weny.

Jak weekend?

Weekend samotny.
Nie dlatego, że nie było kompana do piwa, kina czy spaceru, bo tacy się zawsze znajdą, ale samotny, bo tak naprawdę wszystko, co kocham było daleko ode mnie.
I choć ta samotność skryła się gdzieś głęboko, a na powierzchni prężyło się zadowolenie ze słuchanej muzyki, czytanej książki czy oglądanego filmu, to jednak wszystko, czego się nie dotknęłam, naznaczone było smutkiem.
Smutkiem oswojonym, cierpliwym, taki smutkiem który nie przeszkadza, aby się śmiać i bawić, ale jednak smutkiem.


Dlatego, kiedy usłyszycie głodny kawałek, że dobrze być samemu, że świetnie być panem własnego życia, nie wierzcie w ani jedno z tych słów.
Nie dajcie się oszukiwać tym, którzy mówią, że rodzina, dzieci i dom to kierat dla maluczkich, a my indywidualiści potrzebujemy przestrzeni i wolności.
Bo wolność staje się wartością dopiero w objęciach miłości.
A miłość to rodzina, to domowy chaos, to wzajemność uczuć i ciasne relacje. 
A czym ja, niezależna i wolna mogę pochwalić się w zamian?
Komfortem nieużywania słowa "muszę"?


Film o kobietach i chyba dla...kobiet.
Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym więcej jest ten film, wprawiłby mnie w zakłopotanie.

Nie wiem.
O kobietach, o matkach, o córkach, a  także o siostrach i sąsiadkach. To film o kobiecej magii i jedności, która łączy wszystkie kobiety na ziemi. W filmowym świecie Almadovara kobiecości nabiera wszystko wokół. Stary dom, w którym mieszka ciotka, czerwony samochód sunący przez pożółkłe pejzaże Hiszpanii, restauracja i kuchnia, gdzie widz odnosi wrażenie, że czuje wydobywające się zeń zapachy i smak chłodnego moijto.
Nasycone kolorystyką obrazy, nostalgiczna muzyka i piękne prawdziwe bohaterki sprawiają, że  film koi i kołysze, uspokaja i wycisza, pozwalając opuścić kino z błogim uśmiechem spokoju.
Czy smutnym?

Może refleksyjnym...
piątek, 06 października 2006

Za chwile weekend. Ech.. jak fajnie!
Dziś wieczorem imprezka w "Starym Kinie".
Mam ogromny głód i przemożne pragnienie dotyku...
Bardzo przyjemnego dotyku,
który jest tak odległy i nieuchwytny...
Miau, miau...
 

 
1 , 2