..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 30 września 2014
Sen miałam dziś mocny, ale niespokojny.
Dialogi pamiętam tak dobrze, że mogłabym z nich ułożyć środkowy akt dramatu.
Obudziłam się po piątej i wykrzesałam w sobie jakąś nadludzką motywację -  pobiegłam.
W słuchawkach: Radio Olsztyn, a tam SDM i "Czwarta nad ranem" - dobry żart.

Było ciemno, wiec zamiast do lasu, potruchtałam Artyleryjską pod górę, a potem koło ratusza i przez starówkę - zupełnie pustą, cichą, pogrążoną we śnie. Dopiero na Grunwaldzkiej poczułam świt - to rynek budził się do życia.

I ja obudziłam się do życia.

Za mną dobry dzień w pracy, nieoczekiwanie wesołe i ciepłe popołudnie na Plaży Miejskiej z czwórką dzieci, z czego dwójka przyszyta, a barwna jak łaty patchworku.

I wreszcie wieczór.
Kończę powieść Anny Gavaldy "Billie" - jak ja ją czuję!
Ostatni raz tak sercem czułam "Dinę".
Jaka to przyjemność czytając, dotykać siebie.

Dziękuję za ten dzień.
Przed świtem zaczęty dzień.
I nawet wiem, komu.



foto na Plaży Miejskiej - reklamowanie tego miejsca nie jest w moim interesie, ale tam tak fajnie teraz jest. Nie mogę wyjść z zachwytu.
poniedziałek, 29 września 2014
Czytam.
Zamykają mi się oczy.
Jestem taka zmęczona.
Tak jak ona.
Zmęczona trzymaniem gardy.

***
jutro dokończę.

Książka o przyjaźni,
tak niemożliwej jak kamień filozoficzny
a ja ją znam
niedziela, 28 września 2014
A w piątek po raz pierwszy od blisko dwóch lat (nie licząc nocy poślubnej) mieliśmy z mężem noc dla siebie. Dzieci nakarmione odstawiliśmy do dziadków i ruszyliśmy w miasto.
Jak dobrze iść w miasto nie dość, że z mężem, to jeszcze bez perspektywy, że trzeba się spieszyć do domu, bo o piątej rano pobudka.

Poszliśmy więc. Była i fajna kolacja w Chilli, i dobre piwko w Winylu i jakieś niemoralne bachanalia o północy pod tytułem "Mięsna uczta" w greckiej knajpie.

A rano - po raz pierwszy w życiu postanowiliśmy pójść razem biegać. Endrju poprowadził mnie wzdłuż rzeki, po jakiś kilerskich górkach i pogórkach, że po kwadransie już chciałam się z nim rozwieźć, po 20 minutach pałałam do niego nienawiścią, a kiedy w 25 minucie zobaczyłam park linowy, który jest na końcu świata - rozpłakałam się i wykrzyczałam mu, że jest pieprzonym egoistą, bo ja tu umieram właśnie!

No ale jakoś dotelepałam się z powrotem do mojego ukochanego jeziora i jak wskoczyłam do lodowatej wody to wszystkie nerwy mi przeszły. Chyba nawet podziękowałam Endriuszy za ten biegowy wycisk.
Bo dzięki niemu dziś przebiegłam dobre 40 minut - bez specjalnej mordęgi -  za to z przyjemnością:)


A dalsza część weekendu była równie intensywna i dobra, ale o wszystkim pisać się nie da.
środa, 24 września 2014
Kiedy wczoraj w nocy wracałam do domu, na dachu sąsiedniej kamienicy zaparkował wielki iskrzący wóz. Piękna to była i chłodna noc.

Jesień rozgościła się na dobre i wygnała lato z mojego serca. A wraz z latem przepędziła letni leniwy błogostan.
Jezu, jaka ja jestem głodna!
Chce mi się działać, moje ciało, moja głowa, moja dusza potrzebują pokarmu - inspiracji, akcji, kreacji. Tajnych prodżektów - a jakże!

Chwytam więc jesień za spódnicę i  jak dziecko uczepione matczynej kiecki wołam:
- Nuuuudzi mi się!

***
Mówią, że kiedy uczeń jest gotowy, przychodzi mistrz.
Kiedy moja dusza jest głodna, manna spada z nieba.

Patrzę na roziskrzone niebo i zaparkowany na dachu wielki wóz.
I łapię mannę z nieba.



poniedziałek, 22 września 2014
dziś sobie popłakałam na filmie "Marta and Martha" - typowo amerykańska produkcja - schemat i jedna wielka klisza. (Moje filmowe guru, Walerka, nie byłaby ze mnie dumna)
Ale gdy jest się matką, emocje czasem wygrywają nad filmowym dobrym smakiem.

Dziś to był mój jedyny pomysł na duszy telepanie
- coś by się porobiło, ale co?

Przebieram nóżkami sama nie wiem do czego.




niedziela, 21 września 2014
No i dopadł mnie "shin splints", czyli popularna wśród biegających kontuzja.
Wczoraj pobiłam swój rekord, bo obiegłam jezioro i pół, i dziś ledwo wybiegłam, a piszczel tak zaczął mnie boleć, że dotruchtałam do zatoczki i wskoczyłam do jeziora.

Skoro już przy sporcie jesteśmy, to zanim skończę pisać, będziemy
już wiedzieć, czy złoto czy srebro dla polskich siatkarzy.

A na razie oni dzielnie walczą, a ja piszę.

Wróciliśmy ze wsi. Dobry to był czas, choć nie chciałabym mieszkać tam na stałe. Logistyka związana z dziećmi, zawożenie - odwożenie, sprawia, że rodzic pracuje na dodatkowym etacie taksówkarza.
Wieś uwalnia we mnie tęsknotę za bliskością natury, za przestrzenią, za ciszą, ale dopóki dzieci nie wyjadą na studia, wybieram miasto.

- Dobrze, że jesteśmy już u siebie - westchnął Antek przy kolacji. - Tu są piękniejsze widoki.
- Widoki? -
dziwię się. - Chyba na wsi są ładniejsze niż u nas.
- Ale tylko z naszego okna widać takie piękne zachody słońca, mamo
- poprawił mnie młody esteta.

Ha! i MAMY ZŁOTO!:) 3:1 z Brazylią.

A tu kilka wiejskich fot - pożegnalne ognisko.


Nieustraszona Pola


dzieci układają stos na ognisko







sobota, 20 września 2014
Lubię wracać do domu - fajny jest ten pierwszy moment, kiedy wchodzę, a dzieci się drą:
- Mamaaaa!!!
podbiegają, a ja je tulę. Piszczą z radości, aby chwilę później wymknąć się, zakręcić i wrócić do swoich zajęć.

A  w Szczyrku jak w cyrku.
Szczypta poezji i wzruszeń, trochę akrobatyki, nad ranem klaunada i pożar w burdelu.
Na szczęście, kiedy zamykam oczy, widzę tylko to, co przyjemne.
O nudzie zapominam, z afer się śmieję.
Biegać nie było kiedy.

wtorek, 16 września 2014
Jutro kończą się nasze wiejskie półkolnie. 
Już nie będę o poranku sunęła przez poetyckie kłęby mgieł
jak z sonetów krymskich. 

Jutro jadę do Szczyrku i bardzo by mnie to cieszyło, gdyby nie fakt, że tak długie rozstania zawsze łamią mi serce. 

Nie lubię, bardzo nie lubię
ale wiem też, że gdy już wyjadę, serce zabiorę ze sobą.
To bardzo przydatna umiejętność. 




poniedziałek, 15 września 2014
Gdyby nie Diana to nasze basieńkowe zloty pewnie by umarły. Ale Diana, choć najdalej z nas, dba o podtrzymywanie licealnych więzi i kiedy przyjeżdża do Polski, wiadomo, że zlot będzie. Tym razem Diana przeszła samą siebie i z okazji pierwszych urodzin Emila zorganizowała prawdziwy plenerowy event. 

Ja czułam się jak na garden party rodem z amerykańskiej komedii romantycznej. Było słonecznie, lekko, smacznie i dokładnie tak jak w dobrych amerykańskich filmach. 






Ciotki degustują sałatki: Natala, Zaśka i Janiś

Janiś, kukurydza i dziewczynki

Zaśka z Tymkiem

Natala

Trampolino-zjeżdżalnia - absolutny hit imprezy

Pola na pikniku była jak przecinak, nic nie było jej straszne. 
A kiedy poskarżyła sieAntkowi, że jakiś starszak nie chce jej wpuścić na hamak, Antek zainterweniował. 
Najpierw próbował rozmawiać i tłumaczyć, a kiedy koleś zrobił się agresywny, Antek wystosował mu fangę w nos.
A ja po cichu pękałam z dumy:)

Dzieciaki zajadają "torta":)



Śliczna siostra gospodyni, czyli Sandra

I gospodyni, czyli Dianka z jubilatem - Emilem
niedziela, 14 września 2014
Pierwsza ekstaza. 
Po mocno towarzyskiej sobocie wracam do pustego domu. Zakopuję się nago w pościeli i puszczam Mozarta. Nie ma nikogo, mogę wszystko, wybieram sen.

Druga ekstaza.
Dziś rano biegnę dłużej niż zwykle, treningi z bydlaczkiem zrobiły swoje. Biegnę i rozmawiam. W głowie rozmawiam z tymi, z którymi już rozmawiać nie mogę. Znów dzielimy się sobą, śmiejemy się. W tle audycja Manna i fajne bluesowe kawałki. Okrążam całe jezioro i biegnę do mostu.

Trzecia ekstaza.
Wskakuje do wody. Jak dobrze! Jak wspaniale! Jest taka rześka, taka miękka - jak chłodne dłonie kochanki w słoneczny skwar. Woda pieści mnie chłodem, słońce obsypuje mnie ciepłymi całusami. Pływam, a jakbym się kochała. W trójkącie idealnym. 

Moje małe ekstazy.
Lubię je, bo są jak pyłki złota - giną w codzienności i pośpiechu, ale kiedy je wyławiam, czuję się królową życia, która ma całe skarbce złota, sezamy możliwości.


piątek, 12 września 2014
Co u mnie, co u mnie. 
Ano pracuję - i to nawet z werwą, bo wrzesień w naszej branży to miesiąc letni i gorący. W Warszawie byłam i na Wzgórzach Dylewskich byłam. 

A po pracy wsiadam w autko mojej mamy, ładuję dzieciaki i wracamy na wieś. A na wsi przebieram się w rozciągnięty dres i szlajam się z dziećmi po okolicy - ciesząc się jesienią i przestrzenią, a potem biegam z bydlakiem w ramach codziennego treningu (już 3 tygodnie biegam!:) i znów zachwycam się okolicą (chcecie poznać raj, zapraszam nad Wulpińskie po sezonie) , a potem biorę kąpiel w wannie (ale luksus!), siadam w fotelu, i piję wino, i czytam. Ostatnio  "W krainie czarów" 
Sylwi Chutnik. 
Myślałam, że będę miała więcej podjarki z telewizji, ale przez blisko tydzień obejrzałam jedynie Teatr TV, gdzie zagrała córka mojej Pani profesor z licealnego Teatru Nieskromego - Alicja Juszkiewicz. Olsztyn może jej kibicować!
I nic się nie dzieje, i tak jest dobrze.
Spokojny równy rejs. 

A jutro będę się bawić i noc zarwę, a potem wyśpię się jak nigdy przedtem:)



W pracy pracuję, we wsi odcięta od świata wracam do prostych przyjemności.
Prawie tak jak na obrazku:)



poniedziałek, 08 września 2014
Raz na sto lat mogę mieszkać na wsi. A dom moich rodziców, bez moich rodziców, to bajka. 

W ten weekend biegałam z bydlaczkiem, gotowałam, przyjmowałam Gości, z przyjemnością patrzyłam, jak dzieci szaleją w ogrodzie umorusane doszczętnie. Miałam też chwilę, aby urwać sie z domu, bo jak wiemy dobra matka, to matka wyhasana.

Przy kolacji, mówię do Endriuszy:
- Lubię, kiedy nasze dzieci są takie wymęczone podwórkiem. 
Na to wtrąca się Antek:
- Ja wiem, co ty lubisz najbardziej. 
- No?
- Gdy wyglądam jak  po wojnie. 
















Z dzisiejszego poranka:

Jedziemy do roboty, w radio Endrju na żywo o korkach na Sikorskiego.
Pogłaśniam: 
- Dzieciaki, tata w radio!
- Mamo, a dlaczego on tylko gada, a nie śpiewa?
- Nie wiem, zapytaj tatę. 

Chwilę później. 
- Mamooo, a tata w Radio Olsztyn jest prezydentem?
- Nie. Reporterem. 
- To dlatego. Nie widziałaś, że reporter gada nie śpiewa?
piątek, 05 września 2014
Z ostatniej chwili. 
- Gdybyśmy z ojcem mieli wypadek - mówi mi Mama przez telefon, a szept ma konspiracyjny i pełen powagi. - To użyj swojej całej inteligencji, aby nas przewieźć do innego państwa, gdzie będzie można dokonać eutanazji, żebyśmy sięnie męczyli.

A wszystko dlatego, że staruszkowie po 13 latach jadą do Chorwacji na swój pierwszy urlop (matka już nie śpi od trzech dni w obawie przed wypadkiem drogowym). Zaś my przeprowadzamy się na wieś, żeby pilnować ich inwenatrza.

Takie półwakacje, półkolonie, a wrześniowe słońce cudnie temu sprzyja. 

Na zdjęciu - moje futro na służbowej kanapie:)

czwartek, 04 września 2014
Piękna bajka dla dziewczyn - małych i dużych. 
Choć i Antek obejrzał ją cztery razy pod rząd - a oglądał jak zaklęty. 




ja: Ciekawe, dlaczego akurat ja dostałam taką nagrodę, że mam najfajniejsze dzieci na świecie!
Antek: Może dlatego, że urodziliśmy się zimą? A zimą dzieci dostaje się od Mikołaja!


wtorek, 02 września 2014
Zanim wybiła dziś ósma rano zdążyłam potruchtać nad jeziorem, wypić koktajl z malin zagryzając malinowym plackiem, wziąć prysznic, ubrać się, umalować usta na czerwono (ostatnio tak lubię), odwieźć Antka do przedszkola i popędzić na rynek.
A po co?
Po maliny oczywiście.
Zamiast malin kupiłam na straganie piękne baranie grafitowe futro z lisim kołnierzem.

Takie poranki mają moc. A futro? Bajka!
Brakuje mi jeszcze tylko diamentów.



poniedziałek, 01 września 2014
Znalazłam ją jesienią 2003 roku. Pamiętam jak dziś - wracałam Wildą z kursu na prawo jazdy, a ona maleńka, że cała mieściła się na dłoni, stała wtulona w szczelinę między chodnikiem a ogrodzeniem i syczała na ludzi. A ludzie z przerażeniem odskakiwali.
Zdjęłam czapkę i włożyłam ją do środka. W tramwaju spotkałam swojego byłego chłopca - ucieszyliśmy się na swój widok, a
kilka tygodni później dowiedziałam się, że popełnił samobójstwo.

Tymczasem kocicę przygarnęłam na dobre. Tego samego dnia pojechaliśmy po kuwetę, żwirek i miski, a także do weterynarza. Piła mleko z mojego palca, ale do kuwety chadzała sama od początku. Pierwszej nocy zrobiliśmy zasieki z krzeseł, aby nie właziła nam do łóżka, ale była uparta - walczyła, wspinała się, drapała i przed północą mogła odmiauczeć zwycięstwo. Spała z nami i tak miało zostać do końca.

Sporo przeszła - ciągałam ją ze sobą pod namiot i na rajdy piesze. Gdy była maleńka podróżowała w kieszeni bojówek, później na klapie plecaka. Regularnie jeździła pociągiem na trasie Poznań-Olsztyn, ale bywała i zagranicą, zawsze nielegalnie:)

- Pani z kotkiem? - zatroskała się kiedyś pasażerka PKP - To proszę koło okna, żeby kotek mógł sobie popatrzeć!

Poza podróżami, kocica przeżyła sporo przeprowadzek. Po ucieczce od toksycznego T. mieszkała kilka tygodni w teatrze, klucząc po korytarzach i podziemiach poznańskiego Zamku, potem rezydowała w moim rodzinnym domu, w małej kawalerce na olsztyńskiej starówce, wreszcie w nowym domu rodziców, aby na dobre osiąść nad Długim.
Nigdy nie była przywiązana do żadnego miejsca tak jak do mnie.

Jaka była?
Nieufna, dzika, ale bardzo lojalna. Z wiekiem złagodniała, przestała się nawet bać dzieci. O ile przed małym Antkiem uciekała gdzie pieprz rośnie, to już Poli pozwalała się czasem tarmosić.
Szczuplutka, leciutka jak piórko, o młodych pięknych oczach.

Miesiąc przed śmiercią przestała ze mną sypiać. Kładła się na chłodnych kafelkach łazienki.
Wydawało mi się, że to przez upały.
Ostatnimi dniami gasła w oczach.
Umarła pierwszego dnia naszego urlopu, choć jeszcze rano weterynarz powiedział, że
prawdopodobnie to tylko ząb.

Teraz, kiedy jej nie ma, jednego bardzo żałuję.
Gdy pojawiły się dzieci, ona zeszła na dalszy plan. Zabrakło mi energii, aby się nią zająć tak, jak tego potrzebowała. Rekompensowała to sobie, tuląc się w nocy, ale dziś wydaje mi się, że to było za mało.

Nie mam zwyczaju opowiadać o zwierzętach, ale Stitchowi jestem to winna.
Bądź co bądź spędziła ze mną najważniejsze lata mojego życia.
11 lat, podczas których świat nie raz wywracał się do góry nogami.