..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 30 września 2013
Jutro ostatni spacer nad morze, ostatnia kołobrzeska knajpka i pakowanie.
Gdzieś w szczupłym międzyczasie, w ulotnych chwilach dla siebie udało mi się zrealizować garstkę maleńkich postanowień, z których kilka jest obietnicą spraw większych:


Na początek.
Dla czystego relaksu i oczyszczenia głowy ułożyłam puzzle
(tak koszmarne, że aż zabawne:)



nadrobiłam zaległości, czyli poszatkowałam skończony podręcznik do portugalskiego i zrobiłam sobie zeszyt z "the best of". Jestem gotowa, aby zacząć kolejny semestr.



w poszukiwaniu zawodowej inspiracji (za tydzień wracam za biurko)przeczytałam prasę: branżową, lifstylową, wszelaką - i mam kilka pomysłów.



przeczytałam tylko jedną powieść, ale za to kultową. Pożyczyłam ją od Ewci jeszcze gdy byłyśmy w liceum. Teraz książka trafiła w idealny dla mnie czas, otworzyła skarbiec wspomnień i zainspirowała do nowego.
Kto nie czytał, polecam gorąco!



I wreszcie - usiadłam w wiklinowym koszu.
Tyle, że nie na plaży, lecz w knajpie. I nie z książką, ale z dwójką dzieci.
Zgniły kompromis, ale satysfakcja i tak jest:)



A poza tym:
Przez dwa tygodnie nie przeglądałam FB, ani żadnych innych stron www, zaś Antek w ogóle nie oglądał bajek. Ograniczyłam do minimum rozmowy przez telefon, nic a nic nie pracowałam.
Dzięki temu choć czuję się zmęczona, w głowie mam miejsce na nowe projekty, a w nogach energię do działania.
Misja kompletna Proszę Państwa!
niedziela, 29 września 2013

Przed nami ostatnia prosta. W środę powrót do domu.
Nasze sesje inhalacyjne ograniczyliśmy do przedpołudni, a potem przełamujemy schemat różnorakimi atrakcjami. Dzięki temu w sobotę odwiedziliśmy wujka Radka i ciotkę Dankę, których widziałam po raz czwarty w życiu, a czułam się tak swojsko jakbyśmy się znali kupę lat. Antek bawił się ze swoim siedmioletnim daleki kuzynem, a reszta towarzystwa (my, wujki i ich syn Michał z żoną) próbowaliśmy w kilka godzin przegadać cały kłębek wątków różnorakich. Co chwila pociągaliśmy za inną nitkę, która się rwała na rzecz kolejnej. Gdyby nie dzieci, chętnie zostałabym dłużej. Gdyby nie karmienie, wypiłabym więcej wina. Było wyśmienicie.

Cóż poza tym?
Weekend cudnie słoneczny. Wczoraj wysmagani słońcem i wiatrem zafundowaliśmy sobie daleki marsz wybrzeżem, a dziś w słoneczny, ale bezwietrzny poranek byczyliśmy się na piasku.
Poza tym: skosztowaliśmy rewelacyjnej ryby u Rewińskiego. Polecam gorąco!; popływaliśmy w basenie (tzn. chłopcy pływali, a my z Polą grzałyśmy się w jacuzzi); poszlajaliśmy się po porcie i centrum miasta; odwiedziliśmy Muzeum Wojska Polskiego. Niestety wielkie czołgi, samoloty, amfibie i helikoptery przegrały z zakupioną chwilę wcześniej (tak, tak, moja bezmyślność) gazetką o Tomku-pociągu, w której były jakieś badziewne zabawki. (Mamooo, kiedy wreszcie będę mógł ją rozpakować?)

No i najważniejsze: dzieci zdrowe. Odstawiliśmy im wszelkie leki i mam nadzieję, że w drodze powrotnej chociaż do Morąga dociągną:))


***
pobudka
Pola  o 6.20
ja (drzemiąc jednym okiem)- 7.15
Antek - 7.30
Endrju (ponaglany) - 7.50


Byczymy się

dorsz ze szpinakiem w zestawie - bajka


Endrju fotografuje lokalne panienki


Kołobrzeg-dizajn. Bez tych kolorowych kwadracików dopiero byłoby smutno


Endrju zagląda mi przez ramię:
- Muszę wreszcie zajrzeć na Twojego bloga, bo zupełnie nie wiem, co się u nas dzieje.

czwartek, 26 września 2013

To, że na blogu cisza, wcale nie oznacza, że się pozabijaliśmy. Jeszcze nie.
Ani nie umarliśmy z nudów - wręcz przeciwnie.
Nieoczekiwanie spadło na nas kilka atrakcji.

Wczoraj pojechaliśmy do Rewala poproszeni przez Krisa, aby mu obfotografować jakąś nieruchomość. Rewal po sezonie to miasto, z którego szybko trzeba brać nogi za pas, inaczej depresja murowana. Więc pojechaliśmy do Niechorzu, gdzie niedawno otwarto park miniatur latarń morskich. Bardzo urocze miejsce, a dla dzieci całkiem niezła frajda pooglądać latarnie dla krasnoludków.

Natomiast dziś wybraliśmy się wreszcie na cmentarz do babci Basi (kiedyś o niej opowiem) i spotkaliśmy się z wujostwem, których widziałam na oczy nie więcej niż trzy razy, ale lubię ich przeogromnie. Był więc i plac zabaw, i spacer do portu, i lody z malinami.

Ale pomimo mojego wrodzonego entuzjazmu, coraz częściej dopada mnie już zmęczenie, a sesje jodowania skracamy pod byle pretekstem.
- Pada?
- Nie pada.
- Ale pewnie zaraz będzie padało!


Antek coraz częściej tęskni za "starym domem", a ja niby za domem nie tęsknię, ale tęsknie za kilkoma godzinami absolutnej samotności. Niekoniecznie w Kołobrzegu.
Zostało nam 6 dni.
Zanim się obejrzymy misja będzie kompletna.
A po niej kolejne misje.
I tak aż do śmierci:)

***
DZIECI NA KARKU. Nie tylko metaforycznie.

wtorek, 24 września 2013
Środek nocy. Maleńka dłoń ląduje na mojej twarzy. Otwieram oczy i widzę okrągłe radosne ślepia wpatrzone we mnie ufnie i zaczepnie. Maleńka dłoń sunie po moim czole, potem policzkach, brodzie, a jej wnętrze jest tak aksamitne, tak niewyobrażalnie gładkie, że z rozkoszy przymykam powieki.
Za chwilę zaśniemy.
Takie ulotne momenty, jak błysk ryby nad taflą jeziora, są niczym maryjne cuda.
Niezbite dowody na cud macierzyństwa. 

A rano:
- Anteeeek, ubierz się wreszcie!
- Nie mogę. - odpowiada Antek, leżąc na wznak na łóżku i patrząc w sufit.
- Dlaczego?
- Boooo
- tu wzdycha i po chwili namysłu uzasadnia. - Bo mi się nudzi.

I popołudniu.
Jemy gofry z bitą śmietaną.
Antek patrzy krytycznie na Endriuszę:
- Ej tato, masz w śmietanie nos (tu z pewną trudnością sylabizuje) u-pier-dol-ony!

My na stronie:
ja: To nie ode mnie. Ja mówię "ufasolony".
Endrju:(rechocząc) ode mnie też nie, bo ja mówię "ujebany".  
poniedziałek, 23 września 2013

Kiedy odkładaliśmy kasę na tegoroczny urlop, to kopertę, do której się dorzucaliśmy, zatytułowaliśmy  ironicznie "Wakacje życia". Bo cóż to za wakacje: u progu jesieni, 3 tygodnie w jednym miejscu, poddani terrorowi wdychania jodu. Byłam pewna, że postawię kreski i będę je skreślać po każdym odpękanym dniu.
Tymczasem...codzienne spacery nad morzem są dla mnie cudnym kojącym masażem umysłu. Oczyszczam głowę z wszelkich trosk, żyję tylko dzisiejszymi problemami. Olsztyńska rzeczywistość wydaje mi się odległym wspomnieniem: zapominam o telefonie, nie śledzę fejsbuka, nie włączam telewizji. 
Jestem tu. I zakochuję się w morzu, tak jak zakochiwałam się w górach.

To nie egzotyczna wyprawa, ani nie zwiedzanie, ani nawet nie adrenalina i przygoda są dla mnie najlepszym wakacyjnym wypoczynkiem.
Nic nie daje mi tyle wewnętrznej energii, nic mnie tak nie odpręża jak bliski kontakt z naturą oraz... - ha! - rutyna. Powtarzający się rytm chodzenia po górach czy żeglowania po jeziorach wycisza i nadaje sens każdej kolejnej godzinie.
I pewnie dlatego również tutejszy rytm zamiast znudzić, pozytywnie mnie ładuje. Czuję jak kumuluję w sobie dobrą energię, która będzie mi potrzebna po powrocie. 
To wcale nie znaczy, że nie jesteśmy zmęczeni.
Co wieczór padamy na twarz.
Ale to dobre zmęczenie.
Wakacyjne. 
I jak się okazuje - wakacje życia mogą się zdarzyć zupełnie nieoczekiwanie:) 

***
dziś wreszcie powiało:)





a potem wyszło słońce i wybudowaliśmy kanał




a Pola siedzi jak stara pewniara;)


Endrju: A tego Pulmicortu to ile mieliśmy jej dać?
ja: Lekarka mówiła, że chyba jeden mililitr.
Endrju: A moim zdaniem dwa.
ja: Chyba nie.
Endrju: To pójdźmy na kompromis. Rano damy jej dwa, a wieczorem jeden.

Nie ma jak ugoda nawet w kwestiach medycznych:))

niedziela, 22 września 2013
W weekend nasza codzienna rutyna pękła i w sobotę wymieniliśmy popołudniowy spacer nad morze na wyprawę do portu, a potem kawiarnię. Polecana przez Livię "W Filiżance Cafe"  - przeurocza. I jak tam smacznie!
- Ten "Malinowy Anioł" smakuje obłędnie! - wzdycham, jedząc deser z lodów waniliowych, bitej śmietany i gorących malin.
- Ale nie gadaj przy tym jak przeegzaltowana panienka - dogryza mi Endrju zajadając w pełnym rozkoszy  milczeniu szarlotkę.
- Tak rzadko pozwalam sobie na egzaltację, że kiedy już używam słowa "obłędnie", to ono ma moc - bronię się, choć przecież nie muszę, bo Endrju, przy tej szarlotce, też ma obłęd w oczach:)

Dziś natomiast łamiąc rutynę po raz kolejny, wymieniliśmy oba spacery (i przedpołudniowy, i popołudniowy) na:
- REJS STATKIEM, po którym zeszliśmy na ląd zieloni i tylko Antka nie dopadła choroba morska i był zachwycony. Od rana marzył, aby założyć na głowę swoją nową kapitańską czapkę i wejść na pokład.
- WIZYTĘ U PEDIATRY, która potwierdziła moja obawy. Pola ma zapalenie oskrzeli. Tym sposobem wielka apteczka z nebulizatorem i lekami wziewnymi Antka została przekazana juniorce i teraz to jej kolej na wieczorne bale maskowe.

Tyle naszego, że Groszek zdrowy, a ten urlop planowany był z myślą o jego zdrowiu, więc cel - uff! - póki co osiągnięty.


sobota, 21 września 2013

wracamy z dziesiątego spaceru nad morze, do końca wakacji zostały nam tylko 24 wyjścia:)

ja: Wiesz, jak sobie pomyślę, że Ty, taki indywidualista, muzyk, fan hard metalu, miłośnik świętego spokoju, długiego spania, literatury i gier komputerowych tak ugrzązł w tym tacierzyństwie, to aż mam wyrzuty sumienia.

Endrju: A jak ja pomyślę, że Ty - kobieta niezależna, pisarka, dusza towarzystwa kochająca imprezy i nocne życie kładziesz się spać po 22.00.

ja: To co sobie myślisz?

Endrju: Że masz, co chciałaś!

czwartek, 19 września 2013

Już wiem, o co chodzi z tym dobroczynnym działaniem morskiego klimatu. Jak Cię przez trzy tygodnie przemoczy i przewieje, jak Cię ten wiatr, woda i sól gruntownie sponiewierają, a mimo tego nie zejdziesz na zapalenie płuc albo inną gruźlicę, to znaczy, że... działa! Będziesz żyć!

My dotarliśmy do fazy: albo morze, albo może... my.
Antek chory, Pola chora, ale jeszcze walczymy!:)

I aby dodać więcej soli do naszego sielskiego wakacyjnego obrazka, zapewniam Was, że nie, nie, nie, nasze dni w niczym nie przypominają familijnych reklam płatków śniadaniowych czy margaryny. Są histerie i awanturki, czasem tak dramatyczne, że aż mam wyrzuty sumienia w stosunku do Endrju. Bo to ja go na potomstwo namówiłam. Ale za nim go przeproszę, znów robi się zabawnie, a Endrju wtedy mówi:
- Spokojnie. Najgorsze dopiero przed nami. Czekam na dzień aż wrócą nawaleni z imprezy i zahaftują nam łazienkę.

A kiedy nasze kochane maleństwa zasypiają i mamy dwie godziny dla siebie, wtedy ogarnia nas bezbrzeżne szczęście i nie wiemy, za co się łapać.
Może właśnie po to trzeba mieć dzieci, aby docenić i maksymalnie wykorzystać strzępy wolnego czasu wedle powiedzenia: masz mało miejsca, kup sobie kozę, czy jakoś tak.



środa, 18 września 2013

Akcja jodowanie to główny priorytet naszego wyjazdu, więc obowiązkowo cztery godziny dziennie, czy deszcz, czy gradobicie, Antek ma spędzać nad morzem.
Jak się okazuje, poszukiwaczy jodu jest więcej:
spacerujemy promenadą wzdłuż plaży, zahacza nas emerytka z kijkami:
- Na plaży strasznie wieje, ale może tu też jest ten cały jod. Jak pani myśli?

Żebyśmy to wiedzieli!
Ani go nie widać, ani nie czuć. Jedni w niego wierzą, inni obśmiewają.
Z tym jodem zupełnie jak z Panem Bogiem.

Akcja wychowanie to priorytet numer dwa. Naprawiamy lub korygujemy dotychczasowe błędy wychowawcze, a Endrju co jakiś czas wzdycha zrezygnowany:
- A może jednak zaczniemy stosować przemoc?

Co by o przemocy nie gadać, jest ona prawdopodobnie najskuteczniejszą metodą osiągania rodzicielskiego świętego sposobu.
Ale i bez świętego spokoju wakacje mają swój urok i gdybym w to zwątpiła za jakiś tydzień czy dwa, przypomnijcie mi to proszę koniecznie:)

Foto-zagadka: O czym myśli Endrju?
a) Jak słowo daję, jutro rano wyjdę po zapałki.
b) Niemcy i wrzesień - to się źle kojarzy.
c) Też bym tak szybko biegał, gdybym mniej czytał.

d) Inne


A Polcia dziś kończy pół roku!:)

wtorek, 17 września 2013

Dzień zaczął się aferą. Ale to jaką!
Antonio jak zwykle pajacował przy śniadaniu, ociągając się z jedzeniem kanapek. My zdążyliśmy zjeść, ja zdążyłam nakarmić Polę i położyć ją na pierwszą drzemkę, zdążyłam zrobić sobie kawę i już z wielką przyjemnością zasiadłam do puzzli, kiedy Antonio, podczas kolejnej serii śniadaniowych wygłupów machnął ręką i wylał sok wprost na moją układankę.

Zaczęłam ją ratować, ale na próżno, puzzle zamokły, rozwarstwiły się i nic się nie dało zrobić. Wpadłam w taką furię, że miałam ochotę go zatłuc, udusić, wyrzucić przez balkon. 

Najpierw krzyczałam, a potem płakałam. Antek zaś płakał ze mną:
- Maamoo! Ale nie wolno mówić słowa kurwa i pierdolę - łkał.
- Kiedy jest się tak wściekłym jak ja, to można!

Na szczęście mój szał wreszcie minął, a potem nastała zgoda i wszystko wróciło do normy. Antek znów się wygłupiał, ja znów miałam cierpliwość, były zabawy nad morzem i wyprawa po nowe puzzle. W największej kołobrzeskiej hurtowni zabawek wybór był dramatyczny. Moje nowe puzzle przedstawiają - uwaga:) - załogę Monster High:))
***
Endrju, czytając opakowanie:
- Tu jest napisane, że puzzle towarzyszą dziecku na każdym etapie jego rozwoju. Rozwijasz więc swoje wewnętrzne dziecko.
- A jak myślisz, kto dzisiaj wpadł w furię? Wewnętrzne dziecko właśnie. 

poniedziałek, 16 września 2013

Wpadam na chwilę, bo moja wakacyjna obietnica to sieć ograniczona do minimum. Zero fejsa, jedynie chwila na bloga i pocztę.

Jesteśmy na miejscu, a ja po raz kolejny przekonuje się, że uwielbiam Bałtyk poza sezonem. Opustoszałe plaże, cichych spacerowiczów, których jest mniej niż mew, wiatr i pastelowe niebo.

Nocujemy tuż nad morzem, więc możemy się inhalować jodem nawet przez okno. A dla niedowiarków, którzy wątpią w moc jodu, mam 4 niezbite dowody:
Nie dusi ani mnie (1), ani Endriuszy (2), ani Antka (3), ani Poli (4), czyli działa:))))

Biorę głębokie wdechy i nacieszam się naszym czasem, trochę też moim czasem, bo na te wakacje zaplanowałam kilka drobnych rzeczy dla siebie.

Pierwszą zaczęłam już dziś: układam puzzle. Miałam na to ogromną ochotę do lat:)

***
Przez trzy tygodnie będziemy się pławić w luksusie przestrzeni, bo mieszkamy w apartamencie większym od naszej mansardy.

Endrju siedzi w fotelu z książką, ja kilka metrów od niego, przy stole piszę bloga:

Endrju: wydajesz się taka mała!
ja: Tak? Dlaczego?
Endrju: Nigdy wcześniej nie patrzyłem na Ciebie z takiej odległości.

:)))

czwartek, 12 września 2013

W czasie deszczu dzieci się nudzą, a ja nie nudziłam się wcale.
Wypiłam leniwą kawę u Tymisiowej, która jest już na ostatniej prostej ciąży, a wieczór spędziłam z nożyczkami.
Powycinałam z mojego podręcznika do portugalskiego "the best of", robię sobie małe repetytorium i od nowego semestru zaczynam wyścig zbrojeń.

Co poza tym?
Lekka przedwyjazdowa gorączka. W niedziele jedziemy nad morze na - uwaga! - prawie trzy tygodnie. Na ten krok zdecydowaliśmy się po kilku opowieściach o zbawiennym wpływie jodu na drogi oddechowe u dzieci. Że niby przestają chorować - ale ważne! - musi to być wiosenny lub jesienny wyjazd, bo im bardziej duje, tym więcej jodu.
Pytam się doktorka:
- Ale rzeczywiście taki wypad nad morze pomaga?
Doktor z zapałem:
- Jasne, że pomaga! Wielu moich pacjentów jeździ z dziećmi alergikami i zmiana jest ogromna!
- Czyli działa?! - cieszę się.
- Pewnie, że działa. Zresztą to od razu widać. Nad morzem mają spokój, są zdrowi, a gdy wracają, to już w Morągu zaczyna ich dusić!

Yyyy?:)))

środa, 11 września 2013

Najwyższa pora na fotorelację.
O tym, jak było pisałam jakiś czas temu, zaś teraz kilka zdjęć i trójka wybranych sponsorów, którzy najbardziej przypadli mi do serca. 

I miejsce to oczywiście
TULANKI!
Szyte w Olsztynie przez
Migdałową Mamę, której bloga bardzo lubię za jego szczerość i autentyczność.
A tulankę od Migdałowej Pola uwielbia!

Zaszczytne II miejsce to firma INSTANT i
farby w sztyfcie. Cudne kolory i faktura.  Ilekroć je biorę do ręki, to mam ochotę zacząć malować nimi po ścianach!

I wreszcie III miejsce.
Dużo darów od WOMARU:)
Kolorowa materiałowa torba okazała się tak fajna, że już następnego dnia, jakaś zachwycona mama podpieprzyła mi ją w przedszkolnej szatni. Łaskawie zostawiając na ławce jej zawartość w postaci butelki z wodą.

A oto foty:
tuż przed spotkaniem


organizatorki: Emilka, Ola, Agata




słodkie przed słonym

Marta, Zak i Lidka


Prezentacja bloga - na tle młodziutkich kilkuletnich blogów, ja znów jestem weteranką


robimy zamieszanie przed Chilli, które nas ugościło


I wreszcie liczni sponsorzy

na koniec cała prawda o "parentingowym" obliczu bloga:)


zdjęcia robił Michał Wit Kowalski z Caribu

wtorek, 10 września 2013

Czy ja Wam kiedyś mówiłam, że fajnie jest mieć brata?
Szczególnie fajnie jest mieć mojego brata. Bo mój brat to moja krew, ktoś, kto zna mnie od podszewki i ma jednocześnie męski dystans do wielu spraw. Gdy jest mi źle, wtedy prawie zawsze do niego dzwonię. I co słyszę?
- O nieeeee! Znowu będziemy o jakich dołujących sprawach gadać?

Ale, że to mój MŁODSZY  brat, to musi mnie słuchać. Więc słucha. A potem zrozumie, poklepie po duszy, a kiedy trzeba, sprowadzi na ziemię.
Mój duży mały braciszek, mój personal coach:)

A o bracie piszę z jeszcze jednego powodu. Gorący temat w kręgu przyszłych mam: wymarzona płeć dziecka.
Bo od kiedy urodziła się Pola, zewsząd słyszę: "jak super, macie parkę!", "To wam się poszczęściło, jest komplet".

Jakiś czas temu rozmawiałam z przyjaciółką:
- Nie spodziewałam się, że będzie syn. Chciałam mieć dwie córki, dwie siostry. Bo przecież super jest mieć siostrę!
- Pewnie tak, ale zapewniam Cię, że super jest też mieć brata. Pomyśl, to jedyny bliski Tobie mężczyzna-rówieśnik, który Cię kocha, ale nie pożąda.
- Tak, ale z siostrą...

I mogłybyśmy tak  dyskutować do upadłego.
Kiedy zaszłam po raz drugi w ciążę, każda opcja wydawała mi się szalenie atrakcyjna.

*Być matką dwóch synów, jedyną kobietą w domu, wspierać ich w braterskiej miłości?
 - kuszące, prawda?
*Wychowywać chłopca i dziewczynkę, poznawać oba światy, obserwować jak wzajemnie uczą się siebie
 - tak!
*Wizja dwóch córek, kobiecy krąg
- cudownie!

Nie ma lepszej czy gorszej konfiguracji - każda jest zupełnie inna, nieporównywalna. A w gruncie rzeczy zawsze chodzi o to samo - o miłość. 
Jedyny powód stawania się rodzicem.
Powód, przy którym płeć dziecka zupełnie traci znaczenie.  

poniedziałek, 09 września 2013

W niedzielę straciłam głos, dopadła mnie gorączka, zapchały mi się zatoki,  a zamiast przełyku  miałam papier ścierny.
Co robić, co robić? (gdy się karmi piersią i medykamentów zażywać nie można)
Sięgnęłam po stary wypróbowany sposób:
obłożyłam szyję słoniną, owinęłam ją folią spożywczą, a potem szalikiem. Na całą noc.

- Gardło czyściutkie - zawyrokował nazajutrz mój doktor rodzinny. - Z tą słoniną to serio?

Ano serio. Sposób obrzydliwy, ale skuteczny.
Teraz jeszcze muszę coś wymyślić na odblokowanie zatok i znów będę zdrowa.
Może macie jakieś domowe patenty?

Bo jak człowiek chory, to i tolerancja na świat nieco spada. A nasz synek wszedł w okres jakiegoś totalnego wygłupiania. Czy Wasze dzieci też się tak zachowują?
1. Głupawka.
Wtedy kiedy trzeba się szybko zebrać, np. do wyjścia, jego ogarnia głupawka, wymyśla jakieś bzdury, kładzie się na podłodze, wszystko z wielkim śmiechem, entuzjazmem i radością. To radość, która mnie doprowadza do rozpaczy.

2. Rymy.
W naszym domu rymy są ciągle. Im bardziej bezsensowne tym lepiej.
- Antek, umyj zęby.
- Zęby bęby!


- Antek, jedz kanapkę.
- Kanapkę babkę.


i tak ciągle!

3. Przedrzeźnanie.
Kiedy się złościmy, Antoni zaczyna nas naśladować. Robi to tak dobrze, że potajemnie chichoczemy, starając się nie wypaść z surowej roli.

4. Uciekanie i psikusy.
Ulubiony psikus, uciekanie w miejscach publicznych, a także zabieranie kapci, zabawek Poli, i robienie wszystkiego na przekór. A wszystko z szatańskim śmiechem.

Moje pytanie brzmi: czy Wasze dzieci też uwielbiają tak pajacować?
Bo mnie chyba nic nie wkurza tak bardzo, jak pajacowanie bez opamiętania:)
***

A to - jak widać:)) -  portret mój i Andrzeja.
- Ej, a dlaczego ja nie mam oczu? - pytam.
- Masz! Ale zamknięte!
 

niedziela, 08 września 2013
Zrobić Baby Shower szefowej KGM-u to nie lada wyzwanie. Baba ma motor w tyłku, więc i na tyłku długo nie usiedzi. Jak zatem zorganizować przyjęcie niespodziankę, kiedy Tymisiowa niemal każdą sobotę jakieś dwa lata w przód ma zaplanowaną?
Ale udało się. Byłyśmy jak czołg, który usuwał każdą przeszkodę.
A na koniec zwabiłyśmy ją do Iki pod pretekstem, że Ice sypie się małżeństwo. Tymisiowa - znana ze swojej niezawodności - chciała jechać na ratunek już, zaraz, czym prędzej, ale Ika ugasiła jej zapał i powiedziała, że najlepiej chciałaby być pocieszana tak od 16-tej:)) Więc trzy minuty po szesnastej Tymisiowa zadzwoniła do drzwi, a my - ukryte w sypialni - rozchichotane przebierałyśmy nóżkami. 

- Dobrze wyglądasz - zdziwiła się Tymisiowa, widząc Ikę promienną i w pełnym mejkapie.
A potem zdziwiła się jeszcze bardziej. Były łzy - jednak chyba wzruszenia, choć Tymi była też trochę zła, że ją na nerwy naraziłyśmy naszym sprytnym kłamstwem. Cel jednak uświęca środki, więc łzy szybko wyschły, był śmiech, rozpakowywanie prezentów i biesiadowanie. 

Młode matki (tak, tak, ja też do nich wciąż należę) zwinęły się grzecznie przed zmrokiem, zaś stare matki (heheh) wraz z bohaterką wieczoru gaworzyły aż do północy.
A o czym?
O tym nie śniło się nawet filozofom.

***
CZEKAMY NA MARTĘ


prezenty na szybkie wysuszenie łez

rozpakowywanie prezentów c.d

jemy pyszności: zupa dyniowa, sałata z kozim serem, sałata niemiecka, roladki z łosiem, a za chwilę wjadą jeszcze gofry i szarlotka z lodami


- Nie rób nam zdjęcia z papierosami!
- Ale że co? Mężów się boicie?
- Nie! Teraz palenie to obciach!
- Ustalmy. Wy tylko z nimi pozujecie.


JULCIA - najmłodsza z przybyłych pań obserwowała zamieszanie ze stoickim spokojem
środa, 04 września 2013

Wystarczyło oddać Polę na dwie godziny do niani, żeby w mojej głowie zrobiła się przestrzeń, którą muszę zapełnić czymś twórczym. Na razie rzuca mnie z kąta w kąt fantastyczna energia, głód działania, apetyt na nowe.
Zastanawiam się nad swoim rozwojem, a myśli tłoczą się jak dzieci w autobusie, każda chce być ważniejsza, głośniejsza, ciekawsza. 
To dobry czas. Czas na jakieś zmiany. 

A kiedy wracam po dwóch godzinach odebrać Polę, jestem za nią tak ekstremalnie stęskniona, że nie mogę się nią nacieszyć aż do wieczora.

***
Antek z Andrzejem bawią się w zgadywanki:
Endrju: Zielona, na literkę B.
Antek: Bazylia! A teraz ja. Ma klamkę i jest na literkę Te.
Endrju: (błyskotliwie) Te drzwi?
Antek:(błyskawicznie) Nie! Tamte od łazienki!
 

wtorek, 03 września 2013

Wiecie, co bym chciała?
Chciałabym, aby moje życie było jasne i dobre.
I wydaje mi się, że po wielu zakrętach, podziemiach i kanałach wyszłam na powierzchnię. Jestem na właściwej drodze.

A cel tej drogi to:
1. Być uczciwym wobec siebie oraz innych.
2. Nie krzywdzić siebie, ani innych.
3. Cenić siebie i doceniać innych.
4. Szanować siebie, drugiego, odmienność.
5. Kochać i troszczyć się o siebie i bliskich.
6. Mówić otwarcie o uczuciach, oczekiwaniach wobec bliskich.
7. Prosić. Przepraszać. Dziękować.
8. Celebrować codzienność.
9. Dbać o jakość tego, co wokół mnie (materialnego i nie).
10. Rozwijać świadomość wszelaką.

Tak bym chciała.
A z rzeczy bardziej konkretnych i namacalnych - popracować nad delikatnością słów. Bo język mam niewyparzony, humor dotkliwy i sieję  spustoszenie, nawet wtedy, gdy wcale tego nie chcę.  

Jedni mają swoje dziesięć przykazań, inni muszą je sobie sami napisać:)

poniedziałek, 02 września 2013

Dziś Pola debiutowała u niani, całe dwie godziny, a mi się flaki wywracały do góry nogami, poszłam na szybki spacer i nawet się uśmiechałam. Te pierwsze rozstania są jak operacje na otwartym sercu - niby żyjesz, ale jakby na sztucznym podtrzymaniu. 

Popołudniu Pola już w domu z Endriuszą, a ja biegnę odebrać Antka z przedszkola.
- I wiesz, dziś Pola była pierwszy dzień u Pani Danki. Pani Danka wzięła Polę na spacer.
- Pola uwielbia spacery! - wykrzykuje Antek i z ulgą w głosie dodaje - Dobrze, że ta Pani Danka wpadła na taki świetny pomysł, co?

Z przedszkola jedziemy taksą do  blacharza odebrać moją almerę, bo się nastolatce progi posypały. W ramach oszczędności powiedziałam, że nie trzeba ich malować pod kolor, mogą być czarne.

Antek ogląda auto ze wszystkich stron, patrzy na czarne pasy po bokach i cmoka z uznaniem:
- Ale nam pan ładnie almerę pokolorował!

***


A to kilka zdjęć z sobotniej wycieczki do Fajnego Miejsca w Jezioranach. W taki dzień jak dziś (13 stopni!)można tymi zdjęciami ogrzewać zmarznięte oczy. Może dzięki temu przynajmniej na oczach nie będę miała gęsiej skórki.







niedziela, 01 września 2013

Nie jestem fanką słowa parenting, bawią mnie te wszystkie modne -ingi (glamping, ojcing i inne) i pewnie częściowo dlatego do najbliższego spotkania "blogerek parentingowych" podchodziłam jak pies do jeża.  Poza tym mam gęsią skórkę, kiedy słowo "matka" staje się łatką, zawężeniem tożsamości, a przy okazji i horyzontów. Spotkanie matek jawiło mi się więc jak sabat kwok zakochanych bez reszty w swoich pisklętach, które o niczym innym nie chcą gęgać.


TYMCZASEM...okazało się, że niechętna zaszufladkowaniu, zaszufladkowałam innych. Biję się w pierś!

Macierzyństwo to przecież jeden z wielu kosmosów kobiecości, zaś "matka" to  dodatkowa funkcja kobiety, ale nie jej synonim. Bo kobiety - wiadomo - są różnorodne, barwne, interesujące, a dla mnie zawsze stają się natchnieniem. Więc siłą rzeczy spotkanie ponad dwudziestu niepowtarzalnych, unikatowych babek, musiało być żywe, ciekawe i przede wszystkim energetyczne. Pewnie dlatego, że kobieca energia jest trochę jak magia. Wystarczy przebywać wśród kobiet, a doświadcza się nieuchwytnej mocy, która napędza, inspiruje.

I właśnie za to najbardziej dziękuję Organizatorkom, które po raz kolejny mogą otrąbić swój spektakularny sukces, bo było nie tylko miło, ale i ładnie, i smacznie, i bogato. Pełna eventowa profeska. A ja wiem, co mówię:)

Zaś hasło "MUM BLOGA" - copywriterski diamencik!


Antek z gadżetami od sponsorów - prawie jak Święta Bożego Narodzenia:)

Kredko-farby w sztyfcie od razu poszły w ruch:
- O! A co to?
- Grzmoty!
- Mogę zrobić zdjęcie?
- Tak, ale jeszcze nie skończyłem!




po chwili:
- Już skończyłem!


***
Szczególnie dziękuję mojej sąsiadce przy stole - Idze, za jej intymną opowieść, która pokazała mi skrawek świata, o jakim do tej pory nie miałam pojęcia.