..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 września 2012

Jaki pyszny weekend!
W sobotę kąpałam się w słońcu, bawiłam się z Antkiem, ugotowałam zupę meksykańską po polsku, trochę czytałam (bardzo zgrabną książkę Piotra Adamczyka - nie tego, nie tego), potem pojechaliśmy na zakupy i kupiłam sobie pierwszą w życiu formę do tarty. A wieczorem obejrzeliśmy z Endriuszą horror. (Ostatnio najbardziej kręcą mnie filmy, na których się boję:)

Dziś wstałam o świcie i zaczęłam robić kruche ciasto na tartę. Koło ósmej rano zamiast dźwięku dzwonów kościelnych nad naszymi głowami przelatywały przekleństwa najgorszego kalibru, a kuchnia wyglądała jak po przejściu tornado. Ciasto się rozpadało, nie kleiło i wszystko do bani. Mimo to dokończyłam dzieła, a efekt okazał się znacznie lepszy niż można było przypuszczać.
Endrju chodził po chacie zadziwiony i zły:
- Ale, żeby kurwami rzucać z powodu tarty?!?
- Bo mi nic nie wychodzi!
- Pieczesz pyszne dwa czy trzy ciasta. Po co uczyć się kolejnego, gdy tamte są dobre?
- zapytał jak  przystało
na rasowego minimalistę.
- Bo chcę się rozwijać! - wykrzyknęłam i w ramach rozwoju pojechałam dziś na wieś do mamy na niedzielny kurs kruchego ciasta.

Mama wyjęła tajne receptury Babci i pod czujnym okiem dwóch kobiet (obecnej i nieobecnej) upiekłam pierwszą w życiu szarlotkę.
Późna inicjacja ma swój urok.

Do domu wróciłam z blachą jabłecznika, słoikami pomidorowej, kaniami prosto z lasu i gruszko-jabłkami oraz pietruszką z ogródka. Powinnam wracać pekasem jak za dawnych czasów:)
A jutro?
Jutro zaczynam nowy tydzień i... cieszę się!


sobotnie wyścigi smoczych łodzi na Długim










Robimy jeża. Jeż - niemięsny:)

moja pierwsza krucha tarta - efekt zaskakująco dobry:)

czwartek, 27 września 2012
Najbardziej lubię w sobie to, że nie potrafię długo się smucić, chować urazy, chmurzyć się i złościć. Dość szybko dopada mnie poczucie, że szkoda mi na to życia.Wystarczy lekki podmuch dobrego wiatru i znów z przyjemnością moszczę się w objęciach świata. Wdycham jesień, wcinam jesienne owoce i warzywa, czytam, oglądam filmy, gadam z bliskimi mi ludźmi. Gdy wychodzę z domu, wracam do niego z wielką radością.
Moje życie jest takie zwykłe i tak niezwykle przyjemne.

Yelena Bryksenkova

***
Wychodzę spod prysznica i wycieram się ręcznikiem. Antek stoi w drzwiach do łazienki i wkłada baterie do latarki, którą dostał od dziadka.
ja: Na mój gust musisz włożyć to odwrotnie.
Antek: A co to jest na mój gust?
ja: Tak się mówi, jak się coś uważa.
Antek wskazuje palcem i mówi:
- Na mój gust to jest ręcznik.
***
Wieczorny rytuał jest taki, że Antek dostaje już w łóżku butlę mleka, a jak ją opróżni, wtedy woła, a ja robię mu na noc sok z wodą.
Położyłam go z mlekiem i poszłam do drugiego pokoju, gdzie włączyłam radio. Po chwili słyszę, że młody się drze, i drze, i drze. Ściszam wreszcie radio i słyszę:
- Pomocy! Wychlałem całe mleko, czy ktoś mnie uratuje??
wtorek, 25 września 2012
Po takim dniu jak dziś - pełnego napięcia, oczekiwania, jakiegoś niewyobrażalnego stresu, i wreszcie płaczu trochę z ulgi, a trochę z żalu do bliskich nieobecnych,

po takim dniu jak dziś potrzebowałam takiego kina.

Polecam:



poniedziałek, 24 września 2012
- Mamoooo! Choooodź do mnie natychmiast!
- Antek! Co to za rozkazy. Możesz mnie co najwyżej poprosić.
- Mamoooo! Proszę przyjść do mnie, no już!

Oto arkana trudnej sztuki wychowania. Na koniec mały grzdyl i tak cię w jajo zrobi:)

Dziś dzień trudny, ale dobry. Przed nami niełatwy tydzień. Jutro stresujące. Na szczęście potem jest jeszcze całe życie:)

**
Post scriptum do notki z dnia poprzedniego.
W moim tekście nie ma ani słowa o wyższości posiadania dzieci nad modelem bezdzietnym. Jeśli ktokolwiek tak to zrozumiał, to stanowczo dementuję.
niedziela, 23 września 2012
W piątkowej "Wyborczej" przeczytałam artykuł Joanny Łopat:
http://liberte.pl/kazda-kobieta-powinna-byc-feministka-ale-nie-kongresowa/ i  po raz kolejny pomyślałam sobie, że w tym feministycznym dążeniu do równouprawnienia kobiety zapędzają się w kozi róg i zamiast walczyć o prawa kobiet - walczą przeciwko sobie.


Wyzwolona Autorka, taka z tych hej ho do przodu, bez wahania wali komunały, że ciąża to nie choroba, że ona - jak już dochowa się własnych dzieci, bo na razie nie ma o tym bladego pojęcia - podzieli obowiązkami z mężem po połowie i ubolewa, że jej ambitne koleżanki ze studiów, po studiach zatrzymały się w miejscu, bo najważniejsza stała się rodzina.

A ja tę panią chciałabym zapytać, czy naprawdę jest coś ważniejszego niż rodzina, więzi, miłość, bliskość?

Chciałabym również popatrzeć, jak w pierwszych tygodniach i miesiącach życia dziecka dzieli pół na pół obowiązki z partnerem (buhahah! nie znam takiego przypadku:)), a także zobaczyć, że w ciąży jest nadal taką torpedą jak teraz.

To, co mnie chyba najbardziej irytuje w feministkach (za którą też siebie uważam) to próba zacierania różnic pomiędzy mężczyznami a kobietami. Kobiety w pracy powinny poskramiać swoją emocjonalną naturę, broń Boże nie ulegać hormonalnym huśtawkom (to takie nieprofesjonalne!), pracować w ciąży (w końcu to nie choroba!), wracać po porodzie najszybciej jak się da (aby nie wypaść z obiegu), nie zwalniać się wcześniej z roboty, bo dziecko ma przedstawienie w przedszkolu (to takie niepoważne!).

Tymczasem nawet twarde wskaźniki mówią o tym, że matki są w pracy dużo bardziej wydajne i zdeterminowane niż ich koledzy, którym do domu spieszy się znacznie mniej. Ale biznes to przecież nie tylko twarde dane, to cały wielki obszar trudno mierzalnych niuansów. I tutaj my - kobiety - ze swoją emocjonalnością, intuicją, empatią - mamy ogromne pole do popisu. Najwyższy czas zrobić z tego atut, czas o tym głośno mówić, zamiast na siłę wciskać się w męskie ramy.

A ciąża?
Ciąża to nie choroba, ale  stan wyjątkowy, podczas którego nasze ciało daje początek nowemu życiu. Czy naprawdę praca powinna być w tym czasie ważniejsza? Czy warto zagłuszać naturę, potrzeby ciała (sen, relaks, odpoczynek), aby pokazać, że wyrabiamy 100% normy jak nas koledzy?

Wierzę, że nie.
A Autorce chcę zadać tylko jedno pytanie:
Kto wyrośnie na szczęśliwszego człowieka? Ten, kto był dla matki ważniejszy niż jej praca, czy ten, kto od momentu poczęcia przegrywał z jej karierą?

Co więcej - jestem pewna, że kobiety, dla których dzieci są ważniejsze niż praca, też są znacznie szczęśliwsze. I w domu, i w pracy.

Ja czuję się żywym na to dowodem.
Amen.


A to ja - Matka Polka w baśniowym domu lalek

 
piątek, 21 września 2012
Piątek. Po tygodniu siedzenia w domu chorym Antkiem przeżywam poważny kryzys macierzyństwa. Jutro wyjdę z domu po zapałki i jest ryzyko, że już nie wrócę:)

A tak serio - Młody i tak był dzielny, bo ja spędzałam po 6 godzin dziennie przy komputerze, a on się zajmował sam sobą, czego skutki co jakiś czas objawiały się kolejnymi katastrofami:

  • Kilka paczek chusteczek wrzuconych do sedesu
  • Moje soczewki kontaktowe spuszczone w umywalce
  • Rozwalony telefon komórkowy, który nie przeżył lotu
  • Zniknięcie dwóch korków od zlewu kuchennego
  • Potłuczone naczynia

I ogólny bajzel jak po przejściu tornado.

Poza tym dostałam w głowę korkociągiem, kilka razy byłam o włos od morderstwa, ale jakimś cudem dotrwaliśmy do końca tygodnia.

Od poniedziałku jak na skrzydłach zaprowadzę Groszka do przedszkola.
A teraz zaczynam weekend. Młody już usypia, a ja mogę zacząć cudny bezdzietny wieczór:)

***
Siedzę w łóżku i pracuję, a Antek jeździ samochodami.
Bawimy się w mechanika.
- Mechaniku, mam zepsuty silnik!
- To wjedź samochodem do łóżka, żebym mogła naprawić - proponuję.
- Ale samochody nie umią do łóżka wjeżdżać!
- Ale to nie jest łóżko, to tak na niby jest warsztat - tłumaczę.
- O nie! - wykrzykuje Antek - Znów mi jakieś banialuki opowiadasz!

środa, 19 września 2012
od poniedziałku siedzę w domu - bo ja chora i Groszek chory. Myślałam, że umrę z nudów, tymczasem... nie mam chwili na trzy słowa na bloga - pracuję, gotuję, codziennie odkurzam moje ukochane dechy, leżę, czytam, oglądam filmy  i wcale nie chce mi się wychodzić z domu.

Wrażeń mam wystarczająco dużo w czterech ścianach mansardy.


Hormony?

Zawsze wiedziałam, że jestem tylko chemią:)

***
wczoraj oglądałam to:
"Dziewczyńskie porachunki"
http://www.youtube.com/watch?v=OKG8QLGtwVo

a przy okazji mam pytanie:
poszukuję jakiejś strony z filmami online, gdzie nie trzeba nic płacić, rejestrować się, wysyłać esemesów, i w ogóle nic a nic.
Jak znacie, podpowiedzcie.

poniedziałek, 17 września 2012
Każda z nas tego potrzebowała. Jedne z nas potrzebowały wina, inne fajnych fotografii, były też takie, które miały silną potrzebę rozebrać się do naga (bo kiedy jak nie teraz?!?), a ja miałam największą potrzebę pobycia wśród rozchichotanych bab. Kasia - nasza fotografka i stylistka - zrobiła nas na bóstwa, tfu!, chciałam powiedzieć, że wydobyła z nas wrodzone piękno, poświęcając każdej z nas swoją uwagę i czas. Plenery były różne - od porzuconych ruin, po krajobraz jeziorno-szuwarowy, były też mrowiska, bluszcze i trawy.
Dziewczęta biegały nagie lub półnagie po łąkach pośród opustoszałych domków letniskowych niczym posezonowe nimfy. Co ja plotę! Niczym modelki magazynu Vogue. I nie biegały, tylko przechadzały się. A pomiędzy pozowaniem, jak na prawdziwe modelki przystało, obżerałyśmy się delicjami, makaronem ze szpinakiem, wcinałyśmy tosty i to, co było pod ręką, popijając wszystko winem.
Do domu zjechałyśmy grubo po zmroku - naładowane dobrą babską energią.
Teraz czekamy na efekty, a to kilka fot z backstage'u.





ach, zapomniałabym dodać, cykl na krześle uwieczniła moim telefonem Ania:)
niedziela, 16 września 2012
Ludzie wykonują różne zawody, parają się rozmaitych zajęć, a ja czasem uwielbiam swoją robotę za absurd i niedorzeczność.

Bo w jakiej innej pracy mogłabym zadzwonić o 3 nad ranem do kumpli z firmy i powiedzieć do słuchawki:

- Pobudka! Zwijajcie palmy. I dopilnujcie, żeby bomba wróciła do Olsztyna.

Po czym przekręciłam się na drugi bok i zasnęłam, chichocząc do samej siebie.

 
piątek, 14 września 2012
To nie tak, że ja przez ciążę przeżywam 1000 emocji na minutę.
Tak było zawsze, a ja naiwnie liczyłam na pewien oddech w stanie błogosławionym, czarodziejską pauzę, ciszę rzeczywistości. A tu rzeczywistość hałasuje i to jak!
Więc i wizyta u psychoszamana nie jest spowodowana ciążą - bynajmniej! Brzuch może tylko mnie zmobilizował, aby poukładać to i owo.
Zobaczymy, co z tego wyjdzie.


No dobra, wstaję
, zaczynam dzień, bo lada moment świat zacznie walić do drzwi.

Na szczęście organizm oszczędza mi różnych wariacji pierwszego trymestru. Jedyna  - to nieustanny apetyt, ale to baaardzo przyjemne:)
środa, 12 września 2012
Słowo "błogostan" i fraza "stan błogosławiony" tylko pozornie mają się ku sobie. U mnie od poniedziałku to dwa odległe bieguny, a pomiędzy nimi młyn taki, że hej! Żyję jak na wariackich papierach, potykam się o patyki (jeszcze nie kłody), które co rusz lądują mi pod nogami, przeżywam tysiąc emocji na minutę, chichoczę we łzach, łkam i śmieję się jednocześnie. Generalnie - dzieje się!
Dziś kolejny przełomowy dzień - pierwsza w życiu wizyta u terapeuty. Zawsze wysyłałam tam bliskich, aż wreszcie sama dojrzałam.
Po co? W ramach porządków. Chatę już wyczyściłam, teraz czas na porządki w głowie i w sercu. Doktor - szaman, więc zapowiada się ciekawie.



wtorek, 11 września 2012
miałam pisać o mądrości Natury, która wyprawia ze mną takie hocki-klocki, że oczom nie wierzę

albo
o polskim filmie Huśtawka i fenomenie polskiego kina. Mamy dobre scenariusze, świetnych aktorów, piękne kadry, a te nasze filmy ciągle jakby niedorobione. Tak jak "Huśtawka" - niby interesująca, a zgrzyta. I ta bolesna przewidywalność..

ale dziś napiszę o Dołersach i Powersach, czyli o kolejnym podziale osobowościowym obok ekstra- i introwertyków, niebieskich i zielonych, miłośników kawy lub herbaty, psiarzy versus kociarzy.

Dołersi i Powersi mają okazję pokazać swoją prawdziwą twarz w obliczu problemu.
Powers skupia się na rozwiązaniu, podczas gdy Dołers woli szukać przyczyny i winnego. Bardzo przydatne są mu takie zwroty jak: A nie mówiłem? Ty zawsze w coś się wpakujesz, Od początku wiedziałem, że tak będzie, No i się doigrałaś i tak dalej, i tak dalej.
Powers pociesza, Dołers jaka sama nazwa wskazuje dołuje. Powers mówi: damy radę, Dołers roztacza czarne scenariusze. Powers poszuka w przeszłości podobnych wpadek i powie: wtedy z tego wyszliśmy, i teraz wyjdziemy, Dołers woli rzec: znowu Ci się nie udało, tak jak wtedy, i wtedy.

Cóż mogę powiedzieć?
Że na szczęście mam wokół siebie więcej Powersów niż Dołersów, a Wam mogę zlecić tylko jedno zadanie domowe: przyjrzyjcie się sobie i swojemu otoczeniu.
Ja Dołersom mówię dziś stanowcze NIE.

***
A tak z innej beczki to chciałam się pochwalić, że wskutek pewnej prowokacji rozpoczęłam dziś sezon morsingowy:)


niedziela, 09 września 2012
O ile tygodniu jakoś daję radę na wysokich obrotach, o tyle w weekend padam nieżywa. Posypiam do południa krótkimi urywanymi drzemkami, bo Antek skacze mi po głowie, a to bajkę mama puść, mleko zrób, głody jestem, gdzie jest mój kask Boba, mamo obudź się, dzień jest!
Wstaję późno wygłaskana słońcem, które wpada do mansardy i zdeprawowana lenistwem tak słodkim, tak nieprzystającym do mnie codziennej.

A potem się jakoś toczy. W ten weekend toczyło się spacerkiem wokół jeziora i kulało się w kuchni, gdzie wystartowałam w jakimś totalnym wieloboju. Były placuszki marchewkowo-brzoskwiniowe, krem z pomidorów, gulasz ze wszystkiego, zupa z cukinii, jesienna zapiekanka i góra kotletów na cały tydzień.

W międzyczasie połykałam "Disko" Anny Dziewit-Meller, witałam się z Endriuszą, lądowałam w szponach konsumpcji, a teraz powoli zakopuję się pod kołderką, aby dokończyć tę powieść i zacząć kolejną.
Już dawno czytanie tak mi nie smakowało jak teraz!




piątek, 07 września 2012
Pochmurny jesienny poranek.
Idziemy na piechotę do przedszkola.
W połowie drogi Antek staje i zaczyna się rozglądać:


- Zgubiliśmy!
- Co zgubiliśmy? Wszystko mamy.
- Nie! Zgubiliśmy!
- Królika masz w rączce. Nic nie zgubiliśmy.
Antek obraca się i krzyczy:
- Nie ma naszego cienia!

środa, 05 września 2012
U mnie dobrze! Tyle tylko, że od niedzieli jestem słomianą wdową i jakoś nie mam czasu wchodzić do sieci.

Endrju jeszcze do soboty w Wawie, w starej-nowej rzece, czyli w Radiu PIN. Od kilku dni możemy go posłuchać na antenie między 18.00 a 19.00. A ja - swoją drogą - Radio PIN darzę ogromnym sentymentem. W Olsztynie nadają na 92,4.
PIN to radio dla zmęczonych muzyką innych stacji i tanią sensacją. Polecam.


Ale zaraz, zaraz,  miało być o mnie!
Mam w sobie spokój i harmonię. Od trzech dni organizuję festiwal cukinii. Zajadam na przemian makaron z cukinią, zupę cukiniową i cukinię zapiekaną z mozzarellą, szynką i pomidorami.

Antek zachwycony przedszkolem, ja zachwycona tygodniem samotnej matki - w mansardzie zrobiło się jeszcze więcej miejsca. I jak się okazuje - jako rodzic solo - całkiem nieźle daję sobie radę. Jest czysto, lodówka pełna, dziecko szczęśliwe, a na piątek już zarezerwowana wieczorna niania, abym mogła się poszlajać po mieście.

I łóżko całe dla mnie!

Urlop od partnera to rzecz cudna, ale chyba tylko wtedy, gdy towarzyszy mu świadomość, że jest na kogo czekać:)




poniedziałek, 03 września 2012
Kilka miesięcy temu, przytłoczona zawartością własnej szafy (a i tak nie mam się w co ubrać), przygnieciona ilością rupieci w naszej maleńkiej mansardzie, wpadłam na pewien pomysł: pozbyć się przedmiotów. To takie proste! Jasne...
Wtedy wymyśliłam, że może jeszcze nie teraz, ale czterdzieste urodziny urządzę po hasłem "Bierz, co chcesz". Zostawiłabym sobie kilka sukienek, ze trzy książki - im mniej, tym lepiej.


Będąc w Beskidach, trafiłam na artykuł w WO.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,12207198,Zminimalizowani__Malo_przedmiotow__duzo_swobody_.html


Podczas remontu wyniosłam z domu kilkanaście worków. Do książek, które wywiozłam, jakoś wcale nie tęsknię. Może w końcu oddam je ulubionej bibliotece?

To dopiero maleńki kroczek w pozbywaniu się przedmiotów. Na pełen minimalizm nie jestem jeszcze gotowa. Ale w tym banale: "Im masz mniej, tym jest Ci lżej" - tkwi głęboka prawda.

Gdybym miała zaczynać nowy etap w życiu, nie poszłabym do fryzjera, ale wymiotła szuflady. Tak - przy okazji - czyści się głowę:)


Ostatnie zdjęcie przy regale - na tym kończę zachłanne książkowe kolekcjonerstwo.


***
Wychodzę spod prysznica. Antek włazi po mnie do łazienki:
- Boska Matko, kto tak tu nachlapał!

niedziela, 02 września 2012
Przeczytałam jednym tchem "Agenta" Gretkowskiej. Mam taką zasadę, że nie mówię źle o książkach, które połykam na raz. Byłoby to głęboko niesprawiedliwe. Ostatnia powieść Gretkowskiej nie odkrywa może nowych galaktyk, ale jest dobrze opowiedzianą historią, a tego w najnowszej prozie ciągle brakuje.

Ale nie, dziś nie o książkach chcę.

Dziś chcę tylko powiedzieć, że ten weekend był mój. 
Wyspałam się, wyleniłam, poczytałam, obejrzałam filmy. Pokręciłam się po kuchni, powitałam się z plażą po sezonie, pobyłam ze sobą, z Endriuszą, z Antkiem.
To takie zbieranie wewnętrznej energii, szukanie we własnych zasobach, segregowanie dobrego i złego minionych dni - bardzo cenię ten czas, potrzebuję go, choćby po to, aby jutro wstać o świcie i z przyjemnością zacząć nowy tydzień.

Dobrej nocy!