..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 30 września 2010

Dziś będzie o toksycznych związkach.
Sprowokował mnie do tego mejl od stałej bywalczyni tego bloga. Nie znam jej osobiście, ale z facebooka uśmiecha się piękna dziewczyna o wesołych oczach. Na twarzy ma wypisany apetyt na życie. Jakiś czas temu rozstała się z facetem. Związek był toksyczny, naznaczony rozstaniami i powrotami, ale problem w tym, że ona wciąż za nim tęskni. Napisała do mnie, ponieważ  wielokrotnie wspominałam o toksycznej relacji. Napisała w nadziei, że pomogę jej się uwolnić.

Dlatego dziś postaram się  wskazać kilka symptomów toksycznej relacji na podstawie mojego doświadczenia, z kimś, kto - może nieświadomie - próbował mnie złamać, a moje życie zamienić w piekło.  

TYTYŁEM WSTĘPU
Mam 22 lata, on jest dziesięć lat starszy. Zachwyca mnie jego wszechstronność: techniczne studia plus wrażliwość humanisty, pasje muzyczne, literackie, filmowe, miłość do gór.
Dopiero później znajduję w nim jeszcze zawodową frustrację, miłosne rozczarowania, kompleks prowincji, z której pochodzi i neurotyczne obsesje.
Na razie jest tylko zachwyt. Twierdzi, że jest za dojrzały na przelotny związek, co mi schlebia. Deklaruje, że jest nieufny, bo poorany przez poprzednie związki. Postanawiam go ocalić. Być jego radością. Dwa miesiące później mieszkamy już razem.

PRZYJACIELE
Moi przyjaciele go nie lubią, twierdzą, że jest zarozumiałym dupkiem. To tylko takie wrażenie - tłumaczę go. - Po prostu zna się na pewnych dziedzinach i drażnią go ignoranci.
On nie lubi moich przyjaciół. Nie są dla niego partnerami. Czasem tylko mówi o moich przyjaciółkach. Że mają fajne tylki, cycki i można by jakiś trójkąt. Staram się puszczać to mimo uszu, to przecież tylko prowokacja.

INNI
W jego oczach inni są głupi, brzydcy, beznadziejni. Obsługa w knajpie jest nieprofesjonalna, a sprzedawca w Podróżniku nie ma pojęcia o górach.
Traktuję to pobłażliwie, wiem, że przemawiają przez niego kompleksy. Biedny. 

JA
W wakacje pojechałam do Londynu. Co kilka dni uszczuplam moje zawiniątko z oszczędnościami i dzwonię do niego, aby opowiedzieć o swoich wrażeniach:
- Nia zapominaj tylko kim tam jesteś - przypomina mi. - Jesteś nikim, zwyczajnym robolem.
Kończę studia. Moja pierwsza praca w Teatrze - jestem w siódmym niebie.
- Nie wiem, z czego się cieszysz. - sprowadza mnie na ziemię. - Zarabiasz tam żałosne pieniądze.

Tłumaczę to jego frustracją. Nie mogę go winić na to, że sam ma beznadziejną pracę, którą boi się rzucić.

CIAŁO
Zawsze znajdą się piękniejsze i doskonalsze.
Choćby Cameron Diaz.
- Widziałem ją nago. Ona to ma ciało. Daleko Ci do niej.

Lekceważę. Ale nie lubię już chodzić z nim na filmy, w których grają piękne aktorki.

SEKS
Pod presją. Jego satysfakcja jest miarą mojej atrakcyjności. Skupiona na udowadnianiu własnej wartości, często zapominam o sobie.

KŁÓTNIE
W najmniej spodziewanym momencie. O błahostkę, której nikt by nawet nie zauważył. Podczas kłótni ta błahostka urasta do wielkiej rangi, jest pretekstem do dalekosiężnych wniosków.
Kłótni się boję, bo nigdy nie wiem, kiedy się ich spodziewać. Najgorsze są noce. Wtedy on nie pozwala mi zasnąć. Zdziera ze mnie kołdrę, szarpie mnie i każe ze sobą rozmawiać. Boli.

Rano oglądam siniaki. On przynosi kwiaty i przeprasza na klęczkach.
To moja wina, myślę. Pewnie go sprowokowałam, a on mnie tak kocha.

DOBRZE - ŹLE
Najbardziej lubi, gdy jestem od niego zależna. Wtedy mnie wspiera. Kiedy szukam pracy tuż po studiach, mówi, że mogę nie szukać, będzie nas utrzymywał. Gdy zaczynam pracować, coraz częściej bywa wściekły. Nie cierpi moich entuzjastycznych opowieści o ludziach z teatru.

PORNOGRAFIA
Gdy tylko przychodzi z pracy, odpala na komputerze strony pornograficzne. I przegląda, czasem godzinami, bo to go relaksuje. Kiedy się złoszczę, mówi, że wszyscy faceci to robią. Niektórzy tylko się z tym kryją.

To chyba lepiej - myślę potem - jest ze mną szczery i nie ukrywa się tak jak ci inni.


***
Przez trzy lata bycia razem uzbierało się mnóstwo historyjek, które dziś wprawiają mnie łopot serca. Do dziś miewam sny, że znów z nim jestem i kombinuję, jak uciec po kryjomu. Budzę się zlana potem.
Większość moich przyjaciół dziwi się, jak mogłam zaplątać się w takie bagno. A ja miałam misję: chciałam go uleczyć i ocalić. Potrzebowałam aż trzech lat, aby zrozumieć, że muszę czym prędzej ocalić nie jego, ale siebie. Uciekłam. I jeszcze tego dnia poczułam się najszczęśliwszą osobą na ziemi. Nie miałam dachu nad głową, ani wystarczającej pensji, lecz byli życzliwi ludzie i wolność.
Od tego czasu spotykałam na swojej drodze samych wspaniałych facetów. I już nigdy nikomu nie pozwoliłam sobie czegokolwiek narzucić.

Dziś na pytanie "jak się uwolnić z toksycznej relacji?"mogę tylko podpowiedzieć: Kochaj siebie.

Bardziej niż ja wtedy:)

Dobranoc Fistaszki!

środa, 29 września 2010

Nie jestem meteopatką. Mam w nosie skoki ciśnienia, ale kiedy nie widzę skrawka błękitnego nieba, gdy najmniejszy promyk słońca nie przebija się przez grube warstwy burej zawiesiny, wtedy mam ochotę położyć się i umrzeć.
Dopada mnie jakiś dojmujący bezsens istnienia - snuję się senna po mieszkaniu, coś poczytam, coś napiszę, ale zaraz rzucam to w kąt. Jest mi cholernie zimno. Dowodem zziębnięcia nie są lodowate dłonie ani stopy. Ani nawet nos. Nie. To permanentnie stojące sutki. Znak, że mnie telepie od środka. Co kilka godzin drepczę więc pod prysznic, który na chwilę  odpręża i przynosi ukojenie.
Nie mam siły na żadną aktywność. Myśl o odgrzaniu obiadu mnie przeraża, więc zamawiam żarcie na telefon i bez celu błądzę po sieci, słuchając Kaczkowskiego. Ten to dopiero ma smutek w głosie - choć jego smutek jest oswojony i ciepły. Resztkami energii robię dobrą minę do złej gry, jedynie wtedy, kiedy Antek domaga się uwagi. Powygłupiam się chwilę, a gdy tylko on powraca do własnych zabaw, ja popadam w letarg. I nawet czekolada nie pomaga.

Jeszcze kilka miesięcy temu, byłabym na siebie wściekła za to dzisiejsze rozmemłanie, ale dziś stać mnie na pobłażliwość, wiem, że dni takie jak ten są mi potrzebne - wypłukuję się z radości, kreatywności i siły, aby następnego dnia móc od nowa ładować akumulatory.

Dlatego z ulgą witam wieczór.

Na jutro meteorolodzy zapowiadają słońce.


jezioro Krzywe tydzień temu

wtorek, 28 września 2010

Zagadka na dzisiejszy wieczór brzmi:
Którą stroną rodzi się delfin - płetwą czy głową?

Znam prawidłową odpowiedź tylko dlatego, że zawędrowałam dziś do Antykwariatu, gdzie wieczór upłynął mi pod znakiem rozmów o książce Kasi Miller i Tiziano Terzaniego, aspiracjach zawodowych, tęsknotach za tym, co było i minęło oraz tym, czego chcemy. Od siebie, od życia, od przyszłości. Same ogromne tematy, których nie sposób ogarnąć w pospiesznym spotkaniu przy piwie.

Zostaje niedosyt.
Nie tylko piwa.
Bo ten, prosto zaspokoić resztą wina z wczoraj.
Co właśnie czynię.
I dlatego wpis ten popełniam w lekkiej mgiełce.
Aczkolwiek przyjemnej.
Jak przyjemne jest odkrywanie drugiego człowieka.

Można być szatynką i wesoło jeździć autem bez badań technicznych.
Od marca.

A mówiłam Endriuszy, żeby nie zaglądał do dowodu rejestracyjnego.

Szczęśliwi ci, którzy nieświadomi:)

poniedziałek, 27 września 2010

Chciałabym Was zaskoczyć czymś seksownym, ale pod ręką mam pewien gorący nius dla wszystkich wyzwolonych i wyemancypowanych kobiet, którym spędza sen z powiek jeden uciążliwy temat. Kamień!
I nie chodzi mi wcale o kamień filozoficzny, ani kamień milowy.
Mowa o zwykłym, prozaicznym kamieniu na umywalce, w kabinie prysznicowej i wszędzie tam, gdzie gromadzi się woda.
Zapomniałam bowiem nadmienić, że niezależne feministki, ba! nawet księżniczki z Księżyca i pisarki na wychowawczym czasem zmuszone są sprzątać. (Tak, też uważam, że to dziejowa niesprawiedliwość! Złośliwość kosmosu i podłej entropii.)
Każdy, kto sprząta, wie, że kamień to zjawisko upiorne. Do wczoraj! Dziś wypróbowałam Cilit Bang, który wprawdzie wyżera przełyk, ale działa rewelacyjnie. I nie piszę tego na zlecenie Cilitowej Korporacji. Piszę, bo po latach syzyfowej walki odnalazłam zbawienny specyfik.
To się nazywa proza życia:)

Po zwycięskiej walce z kamieniem, leżę w łóżku, leczę przełyk białym tanim winem i rozważam trzy opcje na ten wieczór:
a) Tiziano Terzani "Koniec jest moim początkiem"
b) Odmóżdżenie z Hankiem Moodym
c) Powrót do świata mojej rozgrzebanej powieści i zagrzebanie się w miłosnych toksynach moich bohaterek.

niedziela, 26 września 2010

Jak przystało na parę z kilkuletnim stażem, weekend rozpoczęliśmy od kłótni pod tytułem: "Co będziemy robić w dzień bez dziecka".
- Czy Ty zawsze musisz ciśnieniować? - zapytał Endrju.
- Nie ciśnieniuje, po prostu pytam, co będziemy robić.

Wypracowaliśmy zgniły kompromis, czyli, że nie będziemy robić NIC. Kłótnia na początku weekendu lub urlopu to dobra rzecz - jak letnia burza - oczysza atmosferę i gwarantuję dobrą pogodę potem.

Dlatego nasz weekend okazał się całkiem pogodny, mimo że nie robiliśmy nic ekscytującego.

U EWY i O EWIE

W sobotę pojechaliśmy na imprezę do Ewki, która przyjechała z Wawy i wykorzystała nieobecność swojego ojca na zorganizowanie małego przyjęcia. Ewa upiekła smakowitą karkówkę w sobie miodowo-musztardowym, ja zrobiłam sałatkę bratowej (surowy kalafior, szynka, rodzynki, kukurydza, duużo kopru i majonez), Magda z Maćkiem i małym Maksem przywieźli pieczone jabłka, a Zaśka i Szymon wpadli z ich czworonożnym dzieckiem imieniem Gri-Gri i składnikami na czekoladowe ciasto.
Piliśmy wino w popołudniowym słońcu i gadaliśmy o różnych bzdurach, czyli jak zwykle głównie o Ewie i jej niezliczonych problemach rozmaitego kalibru:)

PLAŻOWY CHILLOUT

Dziś natomiast z samego rana odstawiliśmy Groszka do rodziców i z powrotem zakopaliśmy się w łóżku, żeby wyjść z niego w południe i powędrować na Plażę Miejską razem z moją kuzynką Emilą i jej narzeczonym Łukaszem. Plaża Miejska poza sezonem jest boskim miejscem o każdej porze dnia.
Od Emili dowiedziałam się o krążących po rodzinie plotkach jakobym była wyrodną matką, która chce być tak nowoczesna, że swoje potrzeby przedkłada nad potrzeby dziecięcia i właściwie tylko bożej opatrzności zawdzięczamy fakt, że to dziecię w ogóle żyje i ma się całkiem dobrze. Powinnam się zbulwersować, ale wolałam to obśmiać.
Gdy wyczerpał się temat plotek rodzinnych, podzieliłam się moim zachwytem nad drzewnym projektem Cecylii Malik, na co całe towarzystwo zachęciło mnie, abym w ramach inpiracji  robiła sobie zdjęcie zanurzona codziennie w innym jeziorze. Czekam jednak na lepsze pomysły.

NA SZLAKU
Z plaży udaliśmy się do miasta, rozpoczynając naszą wędrówkę od BWA, gdzie obejrzeliśmy abstrakcyjną wystawę oraz kretyńską instalację poznańskiego artysty Kozłowskiego - nosi ona tytuł "Parawan. Wersja luksusowa". Oto w sali stoi parawan z dwoma monitorami. Ludzie stojący po obu stronach parawanu widzą siebie w monitorze. Koniec. Ale najważniejsze, że jest to tego dobudowana zawiła idea. (patrz zdjęcie poniżej)

Potem był Empik - obowiązkowy przystanek na miejskim szlaku - z którego wyniosłam książkę Magdaleny Środy "Kobiety i władza" oraz zbiór felietonów Katrzyny Miller publikowanych w "Zwierciadle". Jej książki są dla mnie jak Biblia - nie czytam ich wielokrotnie, ale czuję się bezpiecznie, gdy są w pobliżu. 

Na koniec powędrowaliśmy do Yoko, gdzie objedliśmy sie futomakami, a ja dobiłam się pyszną sałatą z melonem, tofu i łososiem.

Dzień bez dziecka ma to do siebie, że bardzo szybko mija. Ale to nic, bo nawet kilka godzin wystarczy, abym stęskniła się za małym terrorystą.
Zresztą gdyby nie on, ta niedziela byłaby tylko kolejną zwyczajną niedzielą.
A tak - okazała sie niezwykła, choć przecież nie robiliśmy NIC.








w drodze na wieś po Groszka, w moich ulubionych jesiennych zielskach



i wieczorny spacer nad jezioro, już z Antkiem

komentarz do "Parawanu"

Leżę w łóżku, a Endrju pichci śniadanie.
- Wreszcie można trzaskać patelniami i szeleścić kawą! - wykrzykuje, hałasując z prawdziwą rozkoszą czym popadnie.

A wszystko dlatego, że rano odwieźliśmy Groszka do dziadków i rozpoczynamy "Dzień bez dziecka":)

W "Wysokich Obsacach" świetny wywiad z Cecylią Malik - dziewczyną, która chodzi po drzewach. Dzięki takim wariatom jak ona, świat jest duuużo piękniejszy.
Przeczytajcie koniecznie!


fot.Grażynka Makara

piątek, 24 września 2010

Całe szczęście, że w naszym domu praniem zajmuje się facet. W przeciwnym razie byłabym już mokrą plamą.

W pralce pierze się białe kimono Endriuszy. Antek zachwycony wpatruje się w wirujący bębęn pralki. Ja też się wpatruję. Z niepokojem. Postanawiam jednak poczekać na rozwój zdarzeń.
Kilka minut później podchodzi do nas Endrju:
- Co Antolo? Fajny bębęn? Ale się kręci! - zagaja radośnie, lecz po chwili jego mina drastycznie się zmienia. - Czy mi sie wydaje? Czy moje kimono jest różowe????
- Nie wydaje ci się
- zaczynam chichotać. - Jest różowe. Coś ty tam wrzucił?
- Co wrzuciłem?
- Endriuszę zalewa krew. - Twoje szarawary!
- O cholera.
- Mówiłaś, że już nie farbują!
- Nie farbują tamte, a te tak.
- Jak ja będę wyglądał na treningu w różowym kimonie?!!!
- pieni się Endrju.
- Może to jakiś znak? - silę się na powagę, choć łzy mi ciekną ze śmiechu.
- Niby jaki znak?
- Że powinieneś się otworzyć na inne kolory niż ten twój czarny.
- Tak to znak! To kara za to, że zdradziłem czarny dla białego kimona!

***
Padły dziś słowa, które mnie wzruszyły i ucieszyły. Mimo że padły w dość przygnębiających okolicznościach. Zobaczymy, na ile pogodzą się one z bezwględną rzeczywistością.

Ostatnio zastanawiałam się, dlaczego umieszczam na blogu nieczytelne dla nikogo aluzje. I już wiem:)
Chcę utrudnić prace przyszłym biografom!
A tak serio - aluzje są przede wszystkim dla mnie samej. Aby ocalić od zapomnienia. Te kilka niezrozumiałych zdań to wrota do wspomnień, które niestety giną w czarnej dziurze niepamięci.

I tyle.
Zaczynamy trzydniowy weekend - co w naszym wspólnym kalendarzu jest rzadkością. Nie wiem, gdzie nas poniesie, ale czuję, że słońce będzie nam sprzyjać.

czwartek, 23 września 2010

W najnowszym "Dużym Formacie" tekst o Mrożku.
Zachwyciłam się nim już w liceum, co było o tyle niesamowite, że wtedy totalnie nie rozumiałam większości lektur: Gombrowicza, Manna, Schulza.
A Mrożek mnie ujął.
Na studiach przeczytałam wszystko, co napisał. To jeden z niewielu autorów, który doprowadzał mnie do płaczu. Ze śmiechu. Siedziałam w czytelni Biblioteki Raczyńskich - smutnym i depresyjnym miejscu, którego nienawidziłam z całego serca - i śmiałam się jak najęta.
W ciągu 5 lat napisałam o nim kilka prac. Dziś niewiele z tego pamiętam, ale wiem, że szczególną sympatią darzyłam dramaty: "Męczeństwo Piotra Oheya", "Karol" i "Emigranci" - tę ostatnią sztukę czytałam po powrocie z Londynu, była niesamowicie aktualna, choć z 74. roku!

Ostatni raz widziałam Mrożka na Targach Książki dwa lata temu. Ciągnęła się do niego gigantyczna kolejka, a on zgarbiony, jakby na siłę przykuty do krzesła, podpisywał podtykane mu egzemplarze.

Właściwie nie wiem, dlaczego o tym piszę. Może po to, aby oddać mu hołd za życia?
- Bo ja, panie Mrożek, ja pana lowe! - jakby powiedziała sekretarka Pusia z mojej dawnej pracy.

Wczorajszy film tak mnie nastroił, że chichotałam jeszcze w aucie, w drodze powrotnej.
Komedia romantyczna rządzi się oczywistym schematem, ale zręczna komedia romantyczna to kawał dobrego kina po prostu. Świat bez komedii byłby strasznie smutny.
Dzięki "Stosunkom międzymiastowym" (oryginalny tytuł "Going the distance") jeszcze dziś śmieją się moje trzewia. 

Ładne słońce za oknem
- może jakiś spacer z aparatem w poszukiwaniu jesieni?
 

Wieczór. Nie marzę o niczym innym niż odpłynąć w słodki niebyt.
ja: Podrap mnie jeszcze tylko po pleckach.
Endrju wzdycha i od niechcenia drapie, po czym zaczyna się znacząco przytulać.
ja: Nagroda za drapanie do odebrania w weekend. No już, już, nie dąsaj się. Wiesz, że Cię kocham.
Endrju: Taa, kochasz. A gdzie dowód miłości?
ja: Położyłeś go spać kilka godzin temu.

A to dostałam od jednej z bywalczyń bloga - Olgi. Fantastyczna piosenka dla Antoszka:)

środa, 22 września 2010

Ala jest boska. Najpierw kilkakrotnie proponowała mi, że zajmie się Antkiem.
- Masz dwójkę małych dzieci, daj spokój - zbywałam ją.
Kilka tygodni temu zaczęła mnie szantażować:
- Jeśli do końca roku nie zostawisz mi Antka, to się obrażę - oświadczyła. -
Musisz mieć trochę oddechu.
Potwierdziłam, ale puściłam to mimo uszu.
Wczoraj natomiast zadzwoniła i rzekła tylko:
-
Jutro przedpołudniem biorę Antka na spacer.

I wzięła.
A ja wzięłam się za sprzątanie, bo poziom chaosu przekraczał już nawet moje niskie dość kryteria.
Zdążyłam ogarnąć sajgon w mansardzie, wziąć prysznic, poczytać książkę i pośmigać po necie - cudownie!

Na fali odpoczywania od dziecka, ide zaraz do kina. Solo.
Wybór filmów żaden, więc padło na komedię romantyczną z Drew Barrymore - jak relaks, to relaks:)

Fajnie mieć fajnych przyjaciół.  

wtorek, 21 września 2010

- A ty co się tak do siebie uśmiechasz?
- Uśmiecham się? -
pytam zdziwiona
. - Może trochę.
- Masz powody?
- Powody zawsze się znajdą. Czasem wystarczy jeden.


Drobny i ulotny jak pyłek -  nawet nie chwytam go w palce, aby się bliżej przyjrzeć, bo jeszcze się rozsypie. Nie wiem, ile w nim impresji, ale ile obiektywnej rzeczywistości. Zresztą to nieistotne - przecież nie ma czegoś takiego jak obiektywna rzeczywistość. Istnieją tylko wytwory naszych umysłów - skomplikowane patchworki szyte ze zdarzeń, gestów, słów, wyobrażeń, fantazji, obaw i pragnień. Świadomych i podświadomych. Zawiłe, prawda? Ale pouśmiechać się mogę.


Kończę oglądać pierwszy sezon "Californication". Podoba mi się w tej opowieści lekkość i humor, z jakim traktowany jest seks, skoki w bok, trójkąty i drobne perwersje bohaterów. To tematy, o których w eleganckim gronie mówić nie wypada (chyba że spotkają się same babki i jest dużo alkoholu), a gdy się pojawiają to albo w pornografii, albo w socjologicznych badaniach analizujących przemiany społeczne, albo w kontekście nadużyć, krzywd i ludzkich tragedii. 
Okazuje się, że jednak można ze smakiem i humorem.

Został mi ostatni odcinek. Ale zanim go obejrzę, doszlifuję felieton, napiszę tekst sprzedażowy, popijając przy tym chłodnego Pilsnera i słuchając w "Trójce" mojego ulubionego duetu panów Waglewskich.

A u Was co gra wieczorową porą?

poniedziałek, 20 września 2010

- Marzę, żeby Antek już poszedł do żłobka - wzdycham po kolejnym dniu spędzonym na czołganiu się po podłodze z synalkiem. - Nie wiem, jak wytrzymam jeszcze te trzy miesiące.
- Trzeba było założyć sobie, że zostaniesz z nim w domu półtora roku -
odpowiada Endrju.
- A jakie ma to znaczenie?
- Bo zawsze, gdy  zakładasz sobie jakiś termin, to w 2/3 się wkurzasz, że to nie już. Tak samo było z ciążą.

Fakt - w siódmym miesiącu chciałam rodzić:)
Nie należę do cierpliwych, choć od kiedy Groszek przybył na Ziemię, jest znacznie lepiej. Ostatnio jednak Młody wszedł w okres, kiedy dużo chce, a niewiele jeszcze może. Łatwo się nudzi, żądny jest nowych wrażeń, a jego intelekt, zmysły i zdolności ruchowe nie nadążają za aspiracjami. Więc stęka się, złości, frustruje, a ja po całym dniu wymyślania mu atrakcji, padam na twarz i marzę, aby noc nigdy się nie skończyła.
Teraz rozumiem kobiety, które twierdzą, że powrót do pracy uczynił ich macierzyństwo lepszym. Codzienne rozstawanie się z dzieckiem, choćby na kilka godzin, to w moim przypadku jedyna droga, abym zachowała świeżość i kreatywość, również w roli matki.

Wczoraj kładziemy się spać, Endrju jak zawykle nastawia swoje cholerne budziki na 5.50, choć z łóżka zwleka się przed siódmą.
- Mam dosyć tych twoich budzików, nastaw je na 6.30.
- Nie ma mowy.
- Jasne! Ty sobie smacznie śpisz, a te pieprzone budziki budzą Antka i mnie.
- Nic na to nie poradzę. Nie mogę zaspać do pracy.
- To je przycisz chociaż.
- Nie mogę, muszę je słyszeć!


Wściekła biorę obie komórki, owijam je szczelnie tetrową pieluchą i wkładam za książki.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty teraz robisz?!
- Próbuję wytłumić przeklęty dźwięk twoich dzwonków.
- Pieluchą?! Jutro będę miał między klawiszami kawałki marchewki
- denerwuje się Endrju. - Aaa rozumiem. Jak zgłodnieję, to sobie coś wygrzebię, tak? Można powiedzieć, że twoje myślenie jest takie... holistyczne.
Dumna, uśmiecham się triumfalnie. 
A Endrju dorzuca:
- Czyli dziurawe. Z angielskiego. Od "hole", dziura.

niedziela, 19 września 2010

- To, co? W następny piątek też imprezujemy? - pyta Tymisiowa.
- Ojej nie wiem, co na to mój mąż - frasuje się Iwo. - Ostatnio wychodzę częściej od niego.
- A co?!
- oburza się Aga. - Masz wychodzić rzadziej?!

Głód imprezy wygnał nas wczoraj na miejską włóczęgę, której metę znalazłyśmy w najbardziej oczywistym miejscu, czyli w Okopie.
Ale kilka godzin wcześniej zjawiłyśmy się w zaułku nieformalnego Koła Gospodyń Miejskich z naręczem ciuchów, butów i... jedzenia! Zaskoczką kulinarną wieczoru były jabłka w cieście francuskim z miodem, majerankiem i camembertem - autorstwa Ani.

Przyszła Aga, Iwo, Ania, nowe członkinie w osobach Beaty i Iwony oraz rzecz jasna gospodyni wieczoru Tymisiowa. Obżerając się smakołykami, popijając wino i piwko, wymieniałyśmy się ciuchami i tonęłyśmy w typowym chaosie kobiecych pogawędek.

W pierwszej godzinie królowały aktualności i niusy, w drugiej - dzieci.
- Co mam zrobić, jak on nie chce myć zębów? - martwiła się jedna. - Już nawet strażaka poprosiłam, żeby go jakoś zachęcił.
- A moja ssie palce -
podzieliła się problemem druga - będzie miała krzywy zgryz. 
- A mój synek sika już na stojąco.

- A mój nie.
- A mój sam otwiera lodówkę.

W trzeciej godzinie pada sugestia:
- A może pogadamy o facetach?
-Ooo - ożywia się towarzystwo, a że akurat na tapecie są dziecięce poranki w Awangardzie, naturalną koleją rzeczy temat schodzi na właściciela przybytku.
- Jaki on jest pociągający! - wzdycham, a wszystkie mi wtórują.
- Oglądałam ostatnio Absolwenta - zapala się Aga - Wcześniej w ogóle nie czułam tej fascynacji, jaką ta stara baba darzy Hoffmana, ale teraz.. Czy wam też się podobają tacy młodzi?
- Ja mam straszną ochotę na jakiegoś maturzystę
- zwierza się któraś.
- A ja ostatnio miałam matury z moimi uczniami - odzywa się oburzona Ania. - Jeden maturzysta mijał się ze mną i specjalnie sie o mnie otarł! Bezczelny!
- Od razu bezczelny! A nie było to przyjemne?
- Noo -
Ania się waha - Nie bolało.

Godzina młoda - a nas nosi. Wyruszamy w miasto nieświadome, że w każdej knajpie leci walka Pudziana.
Wchodzimy do Szafy - już w progu powala nas stężenie testosteronu. Niestety nic tu po nas - kilkadziesiąt par zahipnozowanych męskich oczu wgapia się w duży ekran. W Okopie to samo. Odkąd zlikwidowali Cafe Molotov i Teatralną więcej klimatycznych miejsc do tańca w mieście nie ma.
- To co robimy? - pyta Tymisiowa, gdy stoimy niezdecydowane pod gołym niebem.
- Mogłyśmy zostać w Szafie - odzywa się Iwo. - Walka się zaraz skończy i wtedy ci wszyscy faceci będą patrzeć na nas.

Ostatecznie wybieramy Okop, w którym  Pudzian przegrywa z żywiołem zabawy i wkrótce na parkiecie wiruje tłum. Muza ta sama od stu lat: tańczymy do Michaela Jacksona, Daabu, Grabaża i hitów lat 80.

Wokół nas kręcą się jacyś młodzi chłopcy. Aga, poproszona do tańca, odmawia.
- No przecież miałaś ochotę na kogoś młodszego.
- Wiem, wiem - wzdycha, uśmiecha się, po czym znika i wraca z lampką wina.

Wino, kobiety i taniec. I nic więcej nam nie potrzeba.

- Moja siostra czyta bloga jakiejś dziewczyny z Olsztyna - mówi Beta, kiedy wychodzimy na papierosa. - To takie dziwne, że mija ją w mieście i wszystko o niej wie.
- Tak, to dziwne
- przyznaję. - Pisanie bloga to pewnien rodzaj ekshibicjonizmu, którego sama nie pojmuję. 

Ale jako weteranka blogowania wiem również, że "wszystko" jest tylko złudzeniem.Nie sposób słowami ogarnąć całości - ważne bywa czasem i to, o czym się nie pisze.
Na szczęście wczorajszy wieczór nie potrzebuje żadnego przemilczenia - pierwsza rocznica założenia  Klubu Gospodyń Miejskich  udała się pysznie!
 


sobota, 18 września 2010

W drodze na zakupy.
ja: Muszę kupić sery i winogrona na dzisiejsze spotkanie z dziewczętami.
Endrju: Dziewczętami to wy byłyście pół życia temu.

***
Endrju: Z Twojej licealnej bandy tylko Ty nie jesteś mężatką, ani nawet zaręczoną. Ty i Ewka. Ale ona chociaż była zaręczona.
Ja: I wyszła na tym najlepiej. Ma pierścionek, a nie ma balastu. Natomiast ja zostałam bez pierścionka, ale za to z balastem. 
Endrju: Twój balast śpi za ścianą.

czwartek, 16 września 2010

- Gdyby nie moja wielka miłość do Ciebie, już dawno byśmy się pożarli - wzdycham przy obiedzie.
- Gdyby nie moja wielka miłość do Ciebie, Antek byłby już półsierotą - odbija piłeczkę Endrju.

Kilka dni temu doszłyśmy z Janiś do wniosku, że związki to w gruncie rzeczy przereklamowana sprawa - ile się człowiek naharuje, wykłóci i zmęczy, aby się wszystko jakoś kleiło. 

Można by to rzucić w cholerę, podryfować w nowym kierunku, ale wtedy trzeba by wybrać samotność, bo przed schematem związku uciec nie sposób. A samotność nie jest dla każdego - należymy do gatunku istot stadnych, grzejemy się wtuleni w cudzy oddech.

Jedyne sensowne rozwiązanie to uśmiechnąć się do romantycznych namiętnych wizji i znaleźć zadowolenie w tym, co mamy. A powodów jest wiele. 

Dziś na przykład przyszła do mnie paczka ze spodniami.

- Zarąbiste są! - wykrzyknęłam, gdy tylko włożyłam je na siebie.
- Beznadziejne! - zaskowyczał Endrju. - Chyba nie wyjdziesz w tym z domu?!
- Pewnie, że wyjdę, są świetne - odparłam. - Grunt, że mnie się podobają.

No właśnie.
Pamiętacie początki swoich związków?
Człowiek wychodzi z siebie, aby się podobać, aby udowodnić, że jest inteligetny, błyskotliwy, pociągający. I te nurtujące pytania przed otwartą szafą: W czym mu się spodobam, jak się dla niego uczesać, w co się ubrać?
Ale początek związku to nie tylko takie dylematy. To również takt i dyplomacja. Nie krytykujemy się wzajemnie, nie walimy prosto z mostu, zawsze mamy dobry humor i ochotę na seks.
Chodzimy na filmy, które nas nudzą, udajemy zainteresowanie jego pasjami. Co za męka!

Tymczasem w związku - pełen luz. 

Namiętnie kolekcjonuję i noszę szarawary, na które mój konkubent nie może patrzeć, ścinam włosy bez uprzednich konsultacji, na moje kino chodzę w pojedynkę i nie udaję, że kręcą mnie gry komputerowe, powieści science fiction i muzyka metalowa. Nie wstydzę się braków wiedzy i językowych gaf.

Jestem wesoła, kiedy mi wesoło i seksowna, gdy mam na to ochotę. 
Jestem sobą.

A motylki?
Motylki sobie fruwają - czasem w ogródku własnym, a czasem tuż za płotem. Motyli nie wolno zamykać w klatce :) 

środa, 15 września 2010

Oddałam dziś moje autko do warsztatu, bo rdza mi dziurę wygryzła w progu, sprzęgło pada (tutaj kłania się nawyk jeżdżenia na półsprzęgle), a olej już chyba zjełczał, bo nie wymieniałam go sto lat. I pomyśleć, że dwa lata temu ten samochód był w idealnym stanie.

Ale dziś nie o samochodzie.

Dziś o różnych drobiazgach - na przykład wczorajszym fajnym spotkaniu u Janiś. W dziecięcym zgiełku udało nam się przez chwilę pogadać o pracy, o teściach i facetach. Magda jest już kolejną osobą, która ostatnio zwróciła uwagę, że się rumienię. Nie pamiętam, żebym miała tę dolegliwość od kiedy skończyłam 18 lat, a tu proszę - złapało mnie na starość:)

Również wczoraj zadzwoniła do mnie mama i radośnie oświadczyła:
- Znalazłam Ci pracę!
Wysłuchałam jej entuzjastycznej relacji i bez cienia wątpliwości podsumowałam, że ściema i nie chcę tego w ogóle dotykać. Niestety moja mama jak się już uprze, to koniec. Musiałam się więc dziś spotkać z jakąś nawiedzoną kobitą, która zaczeła mi kalkulować niebotyczne, ba! gargantuiczne wręcz, zyski, jakie mogę zarobić w ich korporacji.
- Pani Agnieszko, jedyną przeszkodą przed zarobieniem takich pieniędzy jest... pani sama - wygłosiła amwayowski komunał.
Nie miałam odwagi śmiać się jej w twarz, więc udawałam, że śmieję się do Antka, który wesoło czołgał się po podłodze. Dopiero, gdy zamknęłam za sobą drzwi, złapała mnie straszna głupawka. Korporacyjny bełkot doprowadza mnie do łez - czasem rozpaczy, a czasem śmiechu. Nie mogę uwierzyć, że ktoś się jeszcze na to nabiera.

Do końca tygodnia nie mam samochodu i nie wiem, co ze sobą pocznę, jeśli za oknem będzie taka plucha jak dziś.
Składam zamówienie na słońce i czekam na szerokie poparcie.


Autoportret po 20.15 - moja ulubiona godzina, gdy dziecko śpi, a Endrju jest na treningu.
W Trójce audycja "Pod dachami Paryża".
***
Ps. Już wiem! Wbrew aurze przespaceruję się po okulary przeciwsłoneczne:)

wtorek, 14 września 2010

Już dobry tydzień nie oglądałam "Californication", bo zamiast śledzić seksualne podboje i egzystencjalne dylematy Hanka Moody'ego, pracuję.

Tym razem robotę zawdzięczam Baśce:
- Czytałam na blogu, że już mnie lubisz? - zaśpiewała dziś do słuchawki, przekrzykując zgiełk warszawskiej ulicy.
- No lubię, lubię.
- To mam dla ciebie zlecenie. Na czwartek. Artykuł o pewnej projektantce mody.

Więc zamiast leżeć z Davidem Duchovnym, leżę z... laptopem. Zakopana w pościeli, przegryzam się przez jakieś anglojęzyczne artykuły, zagryzając je moim ulubionym przysmakiem - oliwkami z anchois, które popijam niepasteryzowanym chłodnym piwem z Mazur. Pyszny, dietetyczny zestaw;)

Wygląda na to, że warto czasem upubliczniać swoje personalne sympatie.

Niech się więc  zastanowię, kogo jeszcze lubię i co mogę z tego mieć?

poniedziałek, 13 września 2010

Lubię babki o niewyparzonych językach, kobiety charyzmatyczne, błyskotliwe, a kiedy trzeba ostre jak brzytwa - profesor Środa właśnie do takich należy. 
Kongres otworzyło trio: Bochniarz, Fedak i Środa. Trójka mądrych kobiet o dużym poczuciu humoru.
Na widowni średnia wieku pięćdziesiąt plus. Z jednej strony optymistycznie, że w tym wieku kobiety są wciąż aktywne, z drugiej to dowód na to, że młodsze są zbyt przygniecione ilością obowiązków, aby się szlajać po feministycznych panelach.

Wyjątkiem potwierdzającym regułę była Tymisiowa, która stworzyła biznesowe perpetuum mobile i ma dużo wolnego czasu oraz ja - matka, bankrutka, pisarka, bezrobotna, chałturzystka, frilanserka; niepasujące skreślić wedle uznania.

Z zaskoczeniem przyjęłam wieść o tym, że Polska jest trzecim od końca państwem o najniższym wskaźniku dzietności. Za nami są tylko Włochy i Irlandia. Ta informacja była punktem wyjścia do rozważań na temat konieczności polityki prorodzinnej, która powinna zmierzyć się z  bolączką współczesnej kobiety próbującej łączyć rolę matki z karierą zawodową.

Dopiero teraz, kiedy ten problem dotyka również mnie, rozumiem wagę tej kwestii. I frustrację z powodu politycznej obojętności. Od kilku miesięcy stresuje mnie niepewność, czy od stycznia znajdę miejsce dla Antka w prywatnym (sic!) żłobku.
- Politycy wychodzą z ideologicznego założenia, że kobieta  zawsze sobie poradzi - podsumowała stan rzeczy Środa. - Dlatego nie ma sensu inwestować środki na infrastrukturę żłobkową, składki emerytalne na urlopie wychowawczym czy lepszą egzekucję należności alimentacyjnych.
Kobieta i bez tego jakoś da sobie radę.

Co racja to racja.
Ja na przykład nieźle radzę sobie w niechlubnej roli utrzymanki:)

- A co zrobić, gdy na rozmowie kwalifikacyjnej pada pytanie, czy planuje pani dzieci? - zapytał ktoś z sali.
- Takich pytań nikt zadawać nie powinien - rzekła profesor Środa - ale zawsze można odpowiedzieć: "w naszej rodzinie dzieci będzie miał mąż".

Znów padłam ofiarą łańcuszka. Do zabawy zaprosiła mnie m.dawid (www.manufakturaradosci.blox.pl), do której lubię zaglądać, bo ma dar wyszukiwania ładnych cytatów. 
A że asertywność nie jest moją mocną stroną, poddaję się i dołączam.

10 rzeczy, które lubię i 10 osób, które też lubię i zapraszam do zabawy:

LUBIĘ:

(tu chwila zastanowienia i olśnienie: nie zmieszczę się w tej dziesiątce!)

Więc wymieniam jak leci, przypadkowo i spontanicznie:
LUBIĘ:
- być dotykana po wewnętrznej stronie nadgarstka
- gdy księżyc nocą zagląda przez okna
- warmińskie pagórkowe pejzaże
- zapach jeziora, dźwięk want na wietrze i fal uderzających o burtę łódki
- pić wino w kobiecym gronie
- piękne zdjęcia nagich kobiet i portrety dzieci
- tulić się do śpiącego dziecka
- dostawać listy
- ciekawy rodzaj podniecenia, jaki wywołuje we mnie czasem literatura i kino
- pakowanie się przed długo wyczekiwaną podróżą
- słuchać gdy ktoś obok mówi po rosyjsku

To dopiero początek mojego lubienia, dopiero zaczynam się rozkręcać.

Do zabawy zapraszam, ale zrozumiem, gdy odmówicie:
- Ulubionego blogera płci przeciwnej
www.zdrugiejstrony.blox.pl
- Dianę, która od stu lat nie popełniła żadnego wpisu i nikt nie wie, co u niej słychać
www.amarantowomiwzielonymkraju.blox.pl
- Bachę, z którą najpierw miałam metafizyczne łącze, potem się na nią wkurwiłam, a teraz ją lubię, więc niech ma za karę:)
www.basiasuperstar.blox.pl
- Australijskiego blogera
www.polakdogorynogami.blox.pl
- Walerkę, choć jak ją znam, to i tak nie napisze
www.szlifierniamysli.blox.pl
- Lucy - mamę Kosmity
www.smoltok.blox.pl
- Tymisiową i Natalię (blogi z dostępem zastrzeżonym)
- Romansera, którego opowieść kiedyś mnie wciągnęła, choć niektórzy mówią, że cała ta historia to fikcja literacka:) 
www.narodzinyromansu.blox.pl

- i Paulę - bardzo jej kibicuję w poznańskich przedsięwzięciach
www.paulaso.blogspot.com


Uff!

Koniec głupot - idę pod prysznic i jadę na Kongres Kobiet. Mam nadzieję, że tym razem Magdalena Środa dojedzie.

niedziela, 12 września 2010

Siedzimy w knajpie w oczekiwaniu na obiad.
Endrju: Masz cudowne dziurki w nosie.
ja: Słucham?
Endrju: Masz cudowne dziurki w nosie.
ja: A co jest z nimi nie tak???
Endrju: Nic. Po prostu przypomniałem sobie tę przyjemną perspektywę, z której czasem na nie patrzę. 

Ps. Nie ogłaszam konkursu "jaka to perspektywa?", więc proszę nie zgadywać:)

sobota, 11 września 2010

Wczorajszy szybki wypad do Sopotu dobrze mi zrobił. Lubię ludzi, z którymi zdarza mi się pracować i dobrze się wśród nich czuję. W drodze powrotnej fajne gawędzenie, odkrywanie.

Dziś pierwsza od dawna przespana noc.  
Za oknem szaroburo, nic tylko zakopać się w puchu pościeli i oddać się leniwym zaspanym pieszczotom.

A potem zacząć dzień od mojego niecierpliwego pytania:
"Co dziś porobimy?"

Ale najpierw zjem śniadanie, wezmę prysznic i zanucę melodię, która w głowie gra mi już od kilku dni:

czwartek, 09 września 2010

Dziś zarwana nocka, bo Antka bolał brzuch - nażarł się wczoraj trawy. Trawka jednak szkodzi:)

Na szczęście teraz fika wesoło, a mnie się tylko trochę kleją oczy.
Poza tym same dobre wieści:

Polowanie skończone!
Skończyłam przeróbki; "Polowanie na niebieskie migdały" powieść dla młodzieży poszybowała już do wydawnictwa. Ogromnie się cieszę, bo pracowałam nad nią, nieregularnie, z doskoku, a jednak się udało. Drobnymi kroczkami można dojść tak samo daleko jak wielkimi susami. Potrzeba tylko więcej determinacji i czasu.

Dziecko w życiorysie
Kilka dni temu pojechałam złożyć CV w jedno miejsce. Stwierdziłam, że nie będę brać ze sobą Antka, aby nie osłabiać swojej pozycji. Dopiero gdy wysiadałam z auta, zreflektowałam się, że dopóki na tylnym siedzeniu będzie wózek, na przednim fotelik, wszędzie walać się będą zabawki, a z torby wystawać pielucha tetrowa, nie mam szans zerwać z mamowym wizerunkiem.
Potem uświadomiłam sobie, że choć "teoretycznie" na rozmowie kwalifikacyjnej nie powinno się pytać o dzieci, nie ma sensu zatajać tej informacji. Lepiej od razu poznać stosunek pracodawcy do macierzyństwa, niż potem zalewać się zimnym potem, gdy dziecko zachoruje, a szef nie pozwoli wziąć zwolnienia.  

Mniej i lżej
Po dwóch tygodniach świadomego jedzenia lżej mi o 3 kilo. Ważę już mniej niż przed ciążą i czuję się z tym świetnie.
W moim przypadku sprawdza się kilka prostych zasad:
- nie jeść od samego rana (koło 8.00 słodka kawa, a śniadanie o 10.00)
- nie przegryzać między posiłkami
- nie jeść przesadanie obfitych porcji (mogą być dwie garście, byle z min. 3-godzinną przerwą)
- można jeść wieczorem, ale najlepiej ok. 2 godzin przed spaniem.
- można pić alkohol
- można jeść słodycze, ale... albo symbolicznie, albo zamiast jednego posiłku.
- można jeść tłusto

Album Szymborska
Dla wielbicieli poezji Szymborskiej fantastyczna wiadomość.
Ukazał się album - 3 płyty CD i jedna DVD. Są tam wiersze czytane przez poetkę, śpiewane przez wykonawców i film Kolendy-Zalewskiej "Czasami życie bywa znośne".
Już dawno żadna wydawnicza nowość tak mnie ne ucieszyła.

***
Jutro jadę na event do Sopotu, Antek spędzi cały dzień, a może i noc z moją mamą. Mam nadzieję, że sobie poradzą:)

A poniżej obiecane foto ganku:

wtorek, 07 września 2010

Przyszła nowa Mysz od Norte.
Mysz jest kobietką ubraną w fiolety i czerwone pantofelki, a w chuście ma... małego Mysza:)

Post scriptum do wczoraj: nie obejrzałam Californication, zwyciężyło poczucie obowiązku. Ech ten wewnętrzny pejczyk powinności:)

poniedziałek, 06 września 2010

Mam dwie opcje:
Californication lub redagowanie powieści.

Nie będę rzucać monetą - za duże ryzyko, że padnie na to drugie;)

 
1 , 2