..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 30 września 2009



Jak zima zawsze zaskakuje drogowców, tak mnie zaskakuje jesień. Marznę okrutnie i potrzebuję czasu na aklimatyzację.
Dlatego dziś  zamiast wynurzeń zmarźlaka, krótki film o tym jak przez ostatni rok rosła mała Jozanka, czyli Iguana.

Ja tymczasem wypiję zieloną herbatę i zjem pyszne śliwkowe ciasto, które dostalam od Asi.
Ech, lubię być tak rozpieszczana przez moje kochane kobiety:)

13:39, leelooo
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 września 2009

Poszłam wczoraj na "Galerianki" do multipleksu w galerii oczywiście. Sala pełna, co w Olsztynie jest rzadkością. Do tego w poniedziałek! Godzinę przed filmem wykupiłam ostatnie miejsce. Sala pełna, a na sali same galerianowe dziewczęta. Średnia wieku 16. Tylko coś sponsorów brak. Ale nie zapominajmy, że jesteśmy w mieście o niskiej średniej zarobków, więc co się dziwić.

Lubię filmy o dorastającej młodzieży, więc i ten mi się podobał, choć temat prostytucji dziecięcej wcale już nienowy i wielokrotnie w kinie poruszany. Jedyne, co się zmienia, to scenografia.
Mnie najbardziej urzekł język. Ten, kto pisał dialogi postaci miał dobry słuch. Teksty Mileny - liderki galerianek - są zabawne, zabawnie niechlujne i naprawdę komiczne. Choć całość tragiczna i smutna przecież.

Przypominam sobie swoje własne dojrzewanie, które też  było dość pokrętne i zastanawiam się, czy można ustrzec dziecko przed mrocznymi zaułkami dorastania, z których tak naprawdę wychodzi się potem całe życie.


"Galerianki", reż. Katarzyna Rosłaniec

15:42, leelooo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2009

KOŁO GOSPODYŃ

- Musimy założyć feministyczne koło!
- Koło Gospodyń Miejskich, żeby brzmiało swojsko jak na nasze prowincjonale miasto przystało.

Z tym postanowieniem opuściłyśmy boski zakątek Tymisiowej, w którym Tymisiowa zainicjowała jesienne wietrzenie szafy. Nie było nas wiele, bo raptem sztuk 4, ale niedzielny poranek przy kawie, cieście i babskich pogaduchach to jest to. Szczególnie, gdy babki mądre, nietuzinkowe i z lekkością motyli szybują zarówno po tematach błahych, jak i tych poważniejszych. Za tydzień powtórka z rozrywki, a dla Tymisiowej niski ukłon na chwalebną inicjatywę. W biernej, ospałej masie ludzkiej, kreatywność i chęć, aby zrobić coś więcej, jest cenniejsza niż perły. 
A propos pereł i innych kobiecych słabości:
na owym wietrzeniu szafy drogą kupna-sprzedaży nabyłam bardzo fajną dzianinową sukienkę za jedyne 20 zeta.
Tymisiowa połakomiła się na kwiat i korale od M., a M. z kolei przypadła do gustu dżinsowa spódnica. Jednym słowem - pełna satysfakcja:)

CZARNA KOMODA
Dzień wcześniej p
ojechaliśmy do IKEI po meble do dziecięcego pokoju. To określenie w kontekście 30-metrowej mansardy brzmi dość zabawnie, niech będzie zatem: dziecięcy zakątek.
Głównym celem wyprawy było znalezienie komody, w której uda się schować większość dziecięcych rzeczy. Endriusza oczywiście optował za komodą w kolorze czarnym.
- Endrju, zrozum, że mamy za małe pokoiki na czarne meble! - gorączkowałam się.
- Ważne jest, aby posiadać dar dobierania kolorów. Ja to potrafię! - upierał się Endrju.
- A niby skąd to wiesz?
- Doskonale umiem dobrać czarny do czarnego!

Poszliśmy na kompromis. Wybraliśmy jasną komodę i czarny dywanik do łazienki.

Pojechaliśmy do Wooku na seczuana, przewłóczyliśmy się Złotymi Tarasami, gdzie spotkałam Pilcha przechadzającego się z 30 lat młodszą dupeczką o olśniewającej urodzie i zmęczeni korkami, objazdami, stołeczną nerwowością wróciliśmy do cichego Olsztyna, gdzie gwiazdy są na wyciągnięcie ręki, a Endriusza głową dotyka nieba.
***
Wczoraj zaś poszliśmy na film "Pierwszy krzyk" i jeden z ostatnich tak ciepłych spacerów w tym roku










13:32, leelooo
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 września 2009

Po ogromnym smutku, najdłużej dochodzi do siebie moja twarz. Smutek zmienia mi rysy. Mam bardziej czerwone usta i błyszczące oczy. Smutek uszlachetnia moją urodę, ale równocześnie odbiera mojemu ciału radosną lekkość. 

Już mi lepiej. Powoli odżywam.
Na smutki nie ma natychmiastowego lekarstwa. Najpierw trzeba je przespać, potem przetrawić lub przegadać, a później na rekonwalescencję już tylko miłość, natura lub sztuka.

Dziś była miłość.
A potem poszłam na "Przerwane objęcia" Almadovara. On nigdy nie zawodzi. Przewłóczyłam się centrum handlowym, gdzie uległam pokusie i kupiłam dziedźwiadkowy pajacyk dla Istotki. Najwyraźniej kupowanie sobie ciuchów już nie poprawia mi humoru:)

A teraz jestem w mansardzie. Sama. Cicho radosna.
W tle śpiewa moja ulubiona Maria Peszek, kot drzemie tuż obok, w piekarniku piecze się placek ze śliwkami podarowanymi przez rodziców Endrjuszy, a ja zaraz skończę pisać i sięgnę po niezwykle apetyczną lekturę tekstów Aglaji Veteranyi "Kto znajduje, źle szukał".
Swoją drogą, przepiękny tytuł, czyż nie?

22:54, leelooo
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 września 2009

W takie wieczory jak ten czuję, że samotność wżera się we mnie i wymazuje z pamięci wszystko, co wspaniałe i radosne.
Jestem sama bez względu na to, z kim jestem - ta refleksja przychodzi raz na jakiś czas, aby mi przypomnieć o tym, że wszystko inne jest iluzją.

Było przed 22.00, co można robić o tej porze, aby zagłuszyć ten szloch w środku, ukoić wewnętrzne dziecko, które domaga się czułości i uwagi.

Wyszłam z domu tak jak stałam. Wsiadłam do samochodu. Pojechałam przed siebie. W radiowej Trójce toczył się spór o literaturę niską i wysoką.Uświadomiłam sobie, że nawet gdybym chciała, nie mam nawet do kogo pojechać, aby się wypłakać. Ci, do których mogłabym wpaść bez zapowiedzi, są zbyt daleko, rycerzy przepędziłam albo sami odeszli, bo ile można czekać. Nie ma nikogo.  

Pojechałam do Tesco - jedyna czynna o tej porze przestrzeń publiczna, gdzie nikt nie będzie na mnie dziwnie patrzył i zastanawiał się, co kobieta z brzuchem robi sama o tej porze. Snułam się jak idiotka między półkami z warzywami a chemią gospodarczą. Wypatrzyłam ładne śpioszki. W końcu moją samotność dzielę teraz na dwoje. Wzięłam je i stanęłam w kolejce. Przede mną stał mężczyzna. Miał może pod czterdzestkę, a w koszyku trzy chińskie zupki, herbatę i piwo. Kawaler albo rozwodnik.
- Niech pani idzie pierwsza - powiedział, patrząc na mnie wielkimi smutnymi oczami koloru rozcieńczonego błękitu - skoro pani tylko z tą bluzeczką.
Podziękowałam i stanęłam przed nim.
Rozejrzałam się po innych twarzach.
Odbijała się w nich moja dzisiejsza samotność.

23:29, leelooo
Link Komentarze (5) »

Moje szacowne koleżanki, które pracowały na ciepłych etatach, kiedy zaszły w ciążę, szły zwykle na zwolnienie lekarskie i fundowały sobie domowe wakacje. Odpoczywały, koncentrowały się na sobie, oddawały się błogiemu lenistwu i robiły wszystko to, na co nie starczało czasu przed i nie starczy po.

Alicja, będąc w ciąży, podarowała mi 3 słoiczki weków, Asia chodzi na grzyby i robi marynaty, ktoś smaży konfitury, ktoś inny nadrabia zaległości lekturowe i filmowe.
A ja?
U mnie oczywiście nic się nie zmieniło.
Żadnej taryfy ulgowej. 
Pracuję w "Diable", piszę scenariusze, odwalam jakieś koszmarne chałtury, borykam się z drugą powieścią. W najbliższym czasie czeka mnie wymiana witryny w sklepie i związana z tym zadyma i kurzawa.
I nawet nie mogę mieć do nikogo pretensji, bo sama jestem sobie winna.

Przeczytałam wznowiony ostatnio zbiór rozmów Eichelbergera z Dziurdzikowską pod tytułem "Zatrzymaj się!". Mimo wdzięcznego języka i gładkości, nie znalazłam tam już nic nowego dla siebie. Po wieloletniej lekturze "Zwierciadła" i kilku sztandarowych nazwisk typu Osho czy Wilber już wiadomo, że tak naprawdę wszystko rozbija się o kilka podstawowych prawd na temat miłości, przyjaźni i harmonii życia. Sęk w tym, aby pewnego dnia odstawić takie lektury na półkę i zacząć żyć. I one - moim zdaniem - wcale tego nie ułatwiają. Kiedy je czytamy, to tak jak podczas modlitwy doświadczamy wielkiej chęci przemiany, a potem wychodzimy z kościoła, zamykamy książkę i wracamy do własnego życia, gdzie powtarzamy te same błędy. Cudze słowo może zainspirować, ale do zmiany  trzeba dojrzeć samemu.
Jak?
Na to pytanie nie ma chyba uniwersalnej odpowiedzi.

11:51, leelooo
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 września 2009

Pokrętna logika w temacie seksu

Od tygodnia nasze intymne życie leży, bo najpierw Endriusza wybrał się na pierwszy w życiu trening aikido i wrócił z takimi zakwasami, że nie mógł siadać, leżeć, chodzić - nic. Teraz zakwasy przeszły, to się zaziębił, a że ja nie chcę się zarazić, wprowadziliśmy zakaz wszelkich bliskości.

ja:
Pięknie żeś mnie urządził. Nie wiesz, że kobiety w ciąży mają zwiększone libido?
Endrju: Ale czemu się tak gorączkujesz, przed nami jeszcze całe lata wspaniałego seksu.
ja: Mamy 30 lat, to najlepszy czas, powinniśmy z tego korzystać!
Endrju: No właśnie, mamy 30 lat. Kiedy mieliśmy po 15  łapaliśmy każdą okazję, gdy była wolna chata, a na starość zaczniemy wykorzystywać każdy wzwód w lęku, że to ostatni. Natomiast na razie mamy 30 lat wolną chatę i wzwody na życzenie, a to oznacza, że już nic nie musimy:)

12:28, leelooo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 września 2009

Łapię się na tym, że profilaktycznie wolę nie pisać, o tym jak mi dobrze i spokojnie, bo zaraz coś pieprznie. Zawsze tak jest.
Jeśli chcesz, aby wszystko runęło, napisz na blogu o swoim szczęściu.

Więc nie piszę.
Nie pisnę ani słówkiem.

Zamiast tego podzielę się kilkoma nowinkami.
Wokół mnie coraz więcej pomysłowych i przedsiębiorczych ludzi:
Mój 4-letni bratanek marzy o tym, aby w przyszłości założyć sklep z bateriami, natomiast Kasia zwana Depreską otworzyła fantastyczny portal i teraz, aby go ożywić, potrzebuje naszego wsparcia i dobrego kibicowania.
W jej imieniu zapraszam wszystkich ze stolicy i nie tylko:
www.warszawskarecenzjada.pl

Ja natomiast pracuję.
Druga powieść idzie opornie i w bólach, a przeszkadzają jej liczne chałtury, których się podejmuję.
Ostatnio przeglądając wyciągi z  konta, doszłam do wniosku, że gdyby nie kramik, moje przychody byłby całkiem sensowne. Ale niestety Diabeł wszystko przykrywa ogonem i jest studnią bez dna, która ciągle wsysa i wsysa, a niewiele daje w zamian. Poza satysfakcją oczywiście.
A wiadomo, że satysfakcja cenniejsza niż pieniądze:)

Za oknem boskie słońce, z wieży katedralnej rozbrzmiewa dźwięk dzwonów kościelnych, a ja otworzyłam już Diabła, zaraz zaparzę sobie kawę i siądę do pisania.


z niedzielnego spaceru nad Krzywym

11:34, leelooo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 września 2009

Nowy layout bloxa sprawia, że nie chce mi się w ogóle tutaj zaglądać. Wszystko na siebie nachodzi, nie można nic znaleźć i w ogóle idea zmiany dla samej zmiany nie przemawia do mnie.
Ja jednak chyba w głębi duszy beton i konserwa jestem.

Ale dzisiaj nie o tym.
Dziś będzie o wczoraj.

Bo wczoraj było piękne i słoneczne.
Przed południem wybraliśmy się z Endriuszą do kamienicy Naujaka na warsztaty, uwaga: chustowania! Jeszcze kilka dni temu, w rozmowie z Jozi, drwiłam z pomysłu pójścia na warsztat wiązania chusty (od czego jest instrukcja), ale wczoraj postanowiłam spróbować. Na miejscu miła pani wręczyła nam po misiu i krok po kroku pokazała jak nosi się dziecko w chuście. Rzecz okazała się prostsza niż przypuszczaliśmy, a my mieliśmy niezłą frajdę.

Potem zajechaliśmy na chwilę do Parku Kusocińskiego, zwanego Parkiem Czynu Partyjnego, gdzie odbywały się zawody deskorolkarskie, w których startował Roberto. Rozczulił mnie widok placu zabaw dla dużych chłopców. Zamieniłam kilka słów z Monią, Aśką i Kickiem, którzy dzielnie kibicowali Robertowi, i... pojechałam po Ewę.

Z Ewą od kilku dni wypracowujemy rozmaite teorie dotyczące życia. Wczoraj w pięknych okolicznościach przyrody, na słonecznej przystani, zastanawiałyśmy się nad tym, dlaczego już tak jakoś jest, że młodzi mężczyźni zwykle mają jakieś pasje, a pasją młodych kobiet są głównie mężczyźni. Czy winna temu natura czy kultura?
Drogą sporów i poszukiwań, doszłyśmy do wniosku, że wszystkiemu winna jest biologia. Bo im się nie spieszy, a nam owszem. Nas - kobiety, determinuje wiek, do którego zdolne jesteśmy wydać na świat potomstwo, a oni mogą niemal dożywotnio.
- I dlatego, cholera, my baby - tłumaczyła Ewa. - Wcześniej dojrzewamy, a potem ciągle wywieramy na facetów presję. Zaciągamy pod ołtarz, szatnażujemy, naciskamy na dzieci. Bo nie mamy czasu, aby czekać aż oni dojrzeją. I kiedy my chcemy domu i stabilizacji, oni chcą się bawić.
- Ale potem to się przecież odwraca! - wykrzykuję zadowolona jakbym odkryła Amerykę. - Potem, kiedy już pojawią się dzieci, mężczyźni zwykle dziadzieją, a kobiety dopiero zaczyną prawdziwe życie. Awansują, znajdują sobie pasję, udzielają się towarzystko, a facet - gazetka, fotel, mecz w TV i tak do śmierci.

Nieco pocieszone zeszłyśmy głębiej, bo na temat seksu.
Jak pokazały nasze doświadczenia i rozmowy z różnymi osobami, bardzo wielu facetów zupełnie nie zna kobiecej budowy. Na przykład wśród mężczyzn króluje przekonanie, że kobieta ma cewkę moczową w pochwie.
Szok?
Nie, rzeczywistość.

Równie duży odsetek kobiet, tych wykształconych i światłych, zupełnie nie zna swojego ciała. Nie odkrywały go same, bo wpajano im, że to złe i grzeszne i nie spotkały odkrywcy, który pokazałby im ścieżki kobiecych rozkoszy. Tak naprawdę niewiele kobiet wie, jak wygląda ich wagina. Doszłyśmy do wniosku, że warsztaty "w poszukiwaniu własnej łechtaczki" powinny być obowiązkowe i pod patronatem MEN-u.

A skoro mowa o łechtaczkach, oto kolejny przykład czarnego poczucia humoru:
ja: Wiesz, że wiele kobiet ma pojęcia, gdzie mają łechtaczki?
Endrju: Tak?
ja: To przerażające. Tyle się o tym pisze i mówi, a my  wciąż jesteśmy sto lat za Murzynami.
Endrju: I tutaj się mylisz. Oni doskonale wiedzieli, gdzie są łechtaczki. Wycinali je przecież.


10:45, leelooo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 września 2009

Nie posiadam narzędzia, aby dowiedzieć się, kto trafia na mojego bloga, zresztą to niepotrzebne, bo Ci, którzy chcą być rozpoznani, sami zdradzają się komentarzem, to w sieci, to w realu, jakimś fochem albo obrazą po wsze czasy.

Mam natomiast wgląd w hasła wpisywane w wyszukiwarkę, dzięki którym ktoś trafił na mojego bloga. Czasem mam wrażenie, że tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak najdziwniejsze hasła prowadzą do promyczkowa.

Oto niektóre z nich:
 - "co zrobisz, gdy kilku chłopaków postanowi zdjąć ci majtki"
 pr0myczek odpowiada:
 - zależy od chłopaków i okoliczności:)

 - "utrzymanka inaczej"
pr0myczek odpowiada:
- ja?:)

- "całowanie się z języczkiem film"
pr0myczek odpowiada:
- za naszych czasów trenowało się na obranej pomarańczy

- "Co zrobić, gdy spaliły się dokumenty księgowe"
pr0myczek odpowiada:
- Z samobójstwem poczekać do kontroli, może się upiecze?

- "Defloracja błony dziewiczej darmowe filmy"
pr0myczek odpowiada:
- Nie posiadam. Ani jednego, ani drugiego:)

- "czy mozna zajść w ciążę całując się na języczki"
pr0myczek odpowiada:
- Z tego co pamiętam, jak zachodziłam to się całowałam.

- "Do żołądka przykleiła mi się skórka"
pr0myczek odpowiada:
- Mnie też, nie raz, strasznie rzygałam potem.

- "Inaczej siusiak"
pr0myczek odpowiada:
- Ptaszek, dzwonek i inne takie, albo po prostu kutas.

- "Jaki traktorek do odśnieżania"
pr0myczek odpowiada:
- U nas robią to specjalne służby.

- "jakie potrzeby zaspokaja sztuka"
pr0myczek odpowiada:
- Głodu na pewno nie.

- "kocham żulczyka"
pr0myczek odpowiada:
- Ja nie, ale olsztyńska kopia jest niczego sobie:)

-"marek bawolski złapany"
-"naga agnieszka klocek"
pr0myczek odpowiada:
- Powinnam ich znać???

- "napalone pięćdziesiątki"
pr0myczek odpowiada:
- opowiem za 20 lat


-"po co jest siusiak"
pr0myczek odpowiada:
- Są chwile, gdy też się nad tym zastanawiam.

-"prostowanie penisa warszawa"
pr0myczek odpowiada:
- Znam różne adresy w Wawie, ale tego nie:)

-"schemat kuchni węglowej"
pr0myczek odpowiada:
- w Olsztynku jest skansen

"w jakiej fazie księżyca brać ślub"
pr0myczek odpowiada:
- Z kogo jak kogo, ale ze mnie speca od ślubów nie zrobicie.

Ach te google:)

środa, 16 września 2009



Ładne, prawda?:)))
wtorek, 15 września 2009

W sobotnich "Wysokich Obcasach" jest wywiad z Kayah. Nie piszę o nim, dlatego że jestem jej szczególną fanką, nic z tych rzeczy. Zadziwił mnie gorzki smak tej rozmowy - sama nie wiem, kto był w nim bardziej agresywny: dziennikarka czy wokalistka. Między wierszami sączyła się gorycz, kompleksy i rozczarowanie show biznesem. Momentami tak żenujące, że aż zabawne. Bo przecież sztuka i show biznes mogą iść w parze, ale nie muszą. Popatrzmy chociaż na Kazika, Pidżamę, nawet Kasię Nosowską. Nikt Kayah nie zmuszał do działalności stricte komercyjnej: uczestnictwa w reklamach, wywiadów w kolorowych gazetach. A potem się dziwi bidula, że Pudelek o niej napisał:)

Spodobało mi się natomiast zdanie o wolności. 
Wolni to ci, którzy są niezależni od cudzych opinii o nich samych.
Często wydawało mi się, że powinnam się bardziej przejmować zdaniem innych ludzi i winiłam się za "mam-to-w-nos-izm" lub "mam-to-w-dup-izm". Tymczasem rzeczywiście  właśnie na tym zasadza się prawdziwa wolność.

Bo można mieć worek pieniędzy, niezależność zawodową, ale dopóki będziemy na postronku cudzego postrzegania, nigdy się naprawdę nie uwolnimy.

Dlatego dziś, z okazji 15 września postuluje powszechny "Mam-to-w -nos-izm".
Bo przecież nikt nie wie lepiej od nas samych, jacy powinniśmy być.
I tego się trzymajmy.
***
A na zdjęciach wolność w innym konktekście.
Oto "Ręka Gorbaczowa" - rekwizyt teatralny zakupiony na pchlim targu z okazji inauguracji Festiwalu "Demoludy".


ps. Oczywiście, że podpis jest błędny - zdjęcie robił mi Endrju.

poniedziałek, 14 września 2009

Po sobotnich zaślubinach Marty i Maksa spotkaliśmy się na piwie w KŚT.
Paweł już na wstępie oskarżył Endriuszę, że paląc papierosy w mojej obecności funduje mi Auschwitz Birkenau, a Endriusza jak zwykle westchnął głęboko i palił dalej. W końcu dziecko musi przywykać do wszystkich smrodów tego świata:)
Była też Diana, Zaśka z Szymonem, wkrótce nadciągnął też Szłyku i Ewcia prosto z autobusu z Krakowa.

Zaczęliśmy wspominać nietuzinkowe kazanie księdza:
ja: Ty Szłyku jesteś żonaty, więc masz lepiej. Ksiądz dzisiaj mówił przecież, że jak się sypie w małżeństwie, to trzeba zwrócić się do Bozi, a ona pójdzie do swojego Syna i on tak jak przemienił wodę w wino, przemieni wasz związek.
Szłyku: Czyli jak to nazwać?Kumoterstwo?
Endrju: Nepotyzm!


A potem dyskusja rozproszyła się na podgrupy i bardzo dobrze, bo dzięki temu miałam okazję pogadać z Dianą i pośmiać się z Ewą. I był to wyjątkowo długi, ale fajny wieczór. A ja znów utwierdziłam się w przekonaniu, że wartość przyjaźni tkwi w różnicy, wzajemnej tolerancji i otwieraniu się na to, co inne.
Przyglądając się moim kobietom, widzę, że im jesteśmy starsze, tym mniej obstajemy przy swoim, nie bronimy już tak zaciekle jedynego słusznego modelu życia i coraz częściej zdajemy sobie sprawę z braku niezawodnej recepty na szczęście.
I o to chodzi, bo dopóty się rozwijamy, dopóki zadajemy pytania.
Dlatego mam nadzieję, że jedno życie to za mało, aby znaleźć wszystkie odpowiedzi.

A to.. nowożeńcy:)

sobota, 12 września 2009

Piątek popołudnie, leżymy po obiedzie i zastanawiamy się, co robić dalej?
- Może spotkamy się z Markiem i Sylwią? - proponuję.
- To jest jakiś pomysł - odpowiada Endrju. - Tylko nie chce mi się wychylać nosa z domu.
- Więc zaprośmy ich do nas.
- O nie! Tym bardziej nie chcę, aby wchylały się tu inne nosy!

Leżymy dalej:
- Może byś się ostrzygł, bo jesteś strasznie zarośnięty.
- Nie mogę, mam rozładowaną maszynkę i już dzisiaj nie zdążę jej naładować.
- A nie mogłeś pomyśleć o tym rano?

- Pomyślałem - Endrju zaciera ręce - i postanowiłem nie ładować!

piątek, 11 września 2009


Robię zlecenie dla jednej z agencji eventowych i piszę scenariusz wręczenia nagród w jakiejś tam korporacji. Na wzór dostałam inny, pisany przez osobę, która od lat tworzy takie scenariusze.  W jej pomyśle jest typowy standard, czyli czerwony dywan, fajne satutetki i wszystko to, co na gali wręczenia nagród powinno się pojawić. Tekst napisany jest fatalnie i topornie, ale to zdanie rozwala mnie na łopatki.
"Kiedy goście zasiądą do stołów, otoczy ich atmosfera splendoru i dekadencji".

Ładne, prawda?
A wiecie co jest najgorsze?
Że 90% klientów łyka ten niedorzeczny bełkot, bo to ładnie brzmi:)

***

Mój kot posiada wszystkie cechy kota indywidualisty: pieszczoty tylko, gdy ona chce, fochy i obrażanki na porządku dziennym, zero dyscypilny.

Próbuję się z nią bawić, a ona tradycyjnie rzuca się na mnie z pazurami i ucieka:
- Wyluzuj głupia - mówię do niej, a potem zwracam się do Endriuszy - ten mój kot nie ma za grosz dystansu do siebie. Wkurza mnie, bo wszystko bierze serio i zaraz gotowa jest do walki!
Endrju odrywa się od gazety i rzuca z przekąsem:
- Jaki pan, taki kram!

***
Oglądamy "Przystanek Alaska", a tam coś wspominają o wyjątkowej więzi syna z ojcem, no i w ogóle o tym, że Syn to Syn.
ja: Nie wiem, o co chodzi z tym kultem syna. Zobacz, ile facetów koniecznie chce mieć synów i stawiają sobie to za punkt honoru. 
Endrju: Też tego nie rozumiem. Kiedyś córka była problemem, bo trzeba było uzbierać dla niej posag. Zresztą mam taką teorię...
ja: Jaką teorię?
Endrju: Że marzysz, o tym, aby wyjść za mnie za mąż, ale Twój Ojciec zabronił Ci się do tego przyznawać, bo nie ma dla Ciebie posagu.
:)))

czwartek, 10 września 2009

Od początku byłam pewna, że mi zasmakuje. Lubię wino. A truskawkowe brzmi cudnie, prawda?

Polsko-czeska współpraca zaowocowała pięknym malarskim obrazem, w którym jest miejsce na namiętność, zdradę, zemstę, lokalną politykę, zabawę i żarliwą modlitwę. Wstyd przyznać - poza nużącym (niestety!) Jadąc do Babadag  - nigdy nie czytałam Stasiuka, ale oglądając "Wino" nakręcone na podstawie jego prozy, nie miałam wątpliwości. Tak właśnie wyobrażałam sobie Stasiukową pisaninę. Słodko i gorzko, wzniośle i przyziemnie, ale zawsze blisko życia. Wino truskawkowe jest do bólu zmysłowe: niemal czuć zapach lasu i gór, chłód malowniczego wodospadu i smak taniego wina. I ta muzyka!
 Subtelne poczucie humoru łagodzi gorycz nędzy i tragedii.

Mnie najbardziej uwiodło wrażenie jakby wszystko rozgrywało się gdzieś na końcu świata, w jednym z najpiękiejszych zakątków ziemi, gdzie człowiek wobec otaczającej go przyrody tak niewiele znaczy. Ale przyroda, której jest przecież częścią, przynosi mu siłę i zgodę na wszystko, co dostaje od losu.
- Trzeba żyć - mówi jeden z bohaterów.
I gdyby szukac przesłania tego filmu, to pewnie zawiera się ono właśnie w tych dwóch słowach: Trzeba żyć.


A tego aktora uwielbiam od chwili, kiedy po raz pierwszy obejrzałam "Samotnych". Tam był rozkosznie zabawny, a tu? Tu jest magiczny.

środa, 09 września 2009

Ostatnimi czasy - pewnie wskutek kryzysu - zaktywizowali się wszelcy współcześni naciągacze: doradcy finansowi, przedstawiciele banków i ubezpieczeń. Kilka razy w tygodniu ktoś chce mi wcisnąć kartę kredytową. Dzwoniący  są już tak wytenowani, że nie sposób się od nich opędzić. I nie skutkują żadne argumenty. Odmawiam, mówię wyraźnie, wielkimi literami, że nie, nie chcę, nie potrzebuję, żegnam. Jak grochem o ścianę. Dziś wypróbowałam nowego patentu:
- Proszę pana, konsultowałam z mężem kwestię karty i on mi kategorycznie zabronił.
Podziałało natychmiast. 
Jaki z tego wniosek?
"Nie" mężczyzny niezmiennie od wieków budzi respekt i szacunek.
Zaś przekonanie, że gdy kobieta mówi "NIE", to myśli "TAK" funcjonuje już nie tylko w damsko-męskich igraszkach, ale również w biznesie.
Ciekawe, prawda?:)

poniedziałek, 07 września 2009

Bosko!
Skończyłam powieść dla młodzieży.
Lubię to uczucie, kiedy wystukuję na klawiaturze: KONIEC.
Teraz jeszcze myślę nad tytułem, dzień korekty i ślę w świat opowieść o Irence, Myszatej, psu Leonie, perypetiach rodzinnych, szkolnych i miłosnych. Nawet nie wiecie, jakie nastolatkowe życie potrafi być ciężkie;))

Tymczasem w moim dorosłym życiu jeszcze masa roboty - do końca grudnia muszę przedstawić ministerstwu połowę kolejnej powieści, przede mną mała przebudowa "Diabła" i takie tam różne.
Dziś odwiedził mnie w kramiku mój doktorek, pełen troski rozejrzał się po wnętrzu i rzekł:
- I jak Pani chce tu zarobić na wizyty w moim gabinecie i poród?
Żartowniś jeden!

Na szczęście mam wyż i mało co jest w stanie popsuć mi humor.
Postanowienie ZEN działa i choć martwię się perturbacjami moich rodziców, to czuję w sobie siłę i spokój.
Poza tym, od kiedy z Endriuszą wstawiliśmy do "salonu" kanapę , zrobiło się tu tak miękko i miło, że mało co jest w stanie nas stąd wygonić. Czasem siedzimy wtuleni i oglądamy "Przystanek Alaska" albo "Rzym" bądź tak jak teraz: Endrju czyta "Mitologię Germanów", a ja piszę bloga, robię korektę, a za chwilę otworzę piękną opowieść dla dzieci "Biała żyrafa".  

Za oknem granatowy wieczór, księżyc dzielnie przedziera się przez chmury, aby powiedzieć mi dobranoc, a ja przeglądam zdjęcia z dzisiejszego spaceru, podczas którego tropiłam ostatni oddech lata.








niedziela, 06 września 2009

- Co z Ciebie za feministka skoro zaszłaś w ciążę? - słyszę to na każdym kroku. Od kobiet. Wykształconych, aktywnych zawodowo, na pierwszy rzut oka kobiet z szerokimi horyzontami. 

Przed chwilą   skończyła się w "Trójce" świetna audycja o feminizmie. Pretekstem do dyskusji był list otwarty profesora Osiatyńskiego "Jestem feministą".
Pośród kilkudziesięciu mężczyzn, którzy złożyli swój podpis pod manifestem, znalazł się mój poznański profesor Przemysław Czapliński, a także dwóch olsztyńskich pisarzy: Mariusz Sieniewicz i Tomasz Białkowski. Takie gesty cieszą i dodają otuchy.

A list znajdziecie TU.

piątek, 04 września 2009

Wszystko zaczęło się od dyskusji z Ewą, że kobiety przy mężczyznach mizernieją. Tracą swoją siłę, charyzmę i swadę. Najlepiej już tylko z nim, wszędzie z nim, zawsze z nim. Ślepe i głuche na rozkosze świata, uczepiają się jego ramienia, bo on jest ich jedyną rozkoszą.
A potem, pierwsza miłość jak każda bajka się kończy. Mizerne królewny przecierają oczy i ze zdziwieniem zauważają, że wokół nie ma nikogo i nieczego.
Ewa postanowiła zadbać o profilaktykę i nie dopuścić do sytuacji, w której nasza Zaśka kompletnie utonie w ramionach swojego nowego ukochanego.
Zadzwoniła.
- Cześć Monika - zapytała - Tak się zastanawiam, kiedy zaprosisz nas na spaghetti, bo ja w piątek wyjeżdżam, więc zostały Ci trzy dni.

Zaśka na szczęście nie takie wyzwania już podejmowała i wczoraj spotkaliśmy się w jej uroczym  mieszkanku przerobionym ze składziku na miotły. (Jako ex-właścicielka 18-metrowej Marcinki mam wielki sentyment do takich miejscówek)
Była Diana z Marcinem, którzy znów przyfrunęli z Dubaju, Ewa-inicjatorka, ja z Endriuszą i gospodarze, czyli Monika & Szymon. 
Pijąc sangrię, piwko i wino, zajadając warzywka maczane w czosnkowym sosie, dyskutowaliśmy o tym, gdzie lepiej żyć, obgadywaliśmy znajome, którym po porodzie się w głowach pomieszało, Diana opowiedziała nam, jak to w Dubaju z dnia na dzień wyrasta palma pod oknem (tam wszystko stawia się niczym z wielkich klocków lego). Potem wjechało pyszne spahghetti autorstwa Szymona, a Marcin przybliżył nam kwestię alkoholu i trawy w arabskich krajach. Dowiedzieliśmy się na przykład, że aby  kupić  alkohol, trzeba mieć szereg dokumentów, w tym pozwolenie od szejka, a Diana jako kobieta Marcina, czyli tak niejako jego własność, musi mieć również jego pisemne zezwolenie. Bosko, prawda?

Tam nie można wyrwać się z męskich ramion.

Dlatego drogie Panie, zanim całkowicie damy się zniewolić miłości  i spętać słodkimi kajdankami życia we dwoje, pomyślmy o wolności.
Nikt nie dał jej z góry. Walczyły o nią pokolenia.
Po to, aby nam było łatwiej, lepiej i przyjemniej.
A porzucani raz na jakiś czas mężczyźni, zwykle kochają mocniej.

W myśl zasady, że mężczyzna potrzebuje ruchu:
dlatego trzeba go kopnąć i przytulić, a potem kopnąć i....


:))

środa, 02 września 2009

Za co kocham to miasto?
Choćby za to, że na film Madonny, stawiłam się w kinie jako jedyna.
Oddali kasę za bilet i wyprosili.

(
Uparte, kiedyś wspominała, że nie można na blogu zdradzać swoich planów, bo potem się sypią i się posypały)

Pojechałam więc do wypożyczalni, wzięłam trzy babskie filmy, wróciłam, a w masardzie czekała już na mnie kanapa.

Zainstalowaliśmy ją w "salonie", czyli ciut większym pokoiku od drugiego mniejszego i teraz z wielką lubością i jeszcze większą pizzą zalegnę w miękkiej pozycji i tak pozostanę do późnego wieczora.
A powieść przeczytam jutro. 
Pisanie nie zając:)

jeszcze jestem spuchnięta na twarzy, a zamiast powiek mam poduszki.
Tak być nie może. Nie będę ani sobie, ani brzuchowi fundować takich histerycznych dyskotek z łzawymi fajerwerkami. 
Postanowiłam, że od tej pory jestem zen, i huk. 
Niech się wali i pali, a ja na przekór wszystkiemu będę się uśmiechać.
Nie ma przecież nigdy tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej - jak mówi filozofia Pollyanny.
A ja wszystko mam: zajebistą rodzinę, odlotowego brata, wspaniałego Endriuszę, przyjaciół, kota, pasje, chęć życia i dach nad głową. Jedyne, czego mi brakuje, to święty spokój.
Ale i to dostanę. Tylko muszę się nauczyć.
Od dziś jestem zen i proszę mi tego nie zabierać:) 

Skończyłam wreszcie powieść.
Zero wątków autobiograficznych, totalna fikcja. Teraz mam obawy, na ile opowieść o Irence jest wiarygodna i czy wstrzeliłam się w klimat współczesnej młodzieży.
Dziś siądę i spojrzę na całość krytycznym okiem, ale najpierw pójdę do kina na film Madonny: "Mądrość i seks".
tak właśnie zrobię.
- Kochanie - dręczę Endrjuszę - boję się czytać tę powieść. Co będzie jeśli to niewypał? 
- Dobrze ci radzę: wykasuj tę "słodkopierdzącą" z pierwszej strony.
 

wtorek, 01 września 2009

dziś rano było mi dobrze,
patrzyłam na licealistów, którzy przemierzali chodniki w galowych strojach. A te stroje, pełne młodzieńczej fantazji, pomimo frikowego stylu i luzu, były jednak odświętne. I miny tych młodych ludzi, którzy nie lubią szkoły, bo szkoła jest przecież ble, wskazywały na coś zupełnie innego.
Niby dół, a jednak ekscytacja. 
Fajne dzieciaki. I fajnie na nich popatrzeć. Tak jakby czas stał w miejscu, tylko ja już gdzieś poza tym czasem.

A potem przyszły problemy, odwieczne, dorosłe, nie moje, lecz zawsze obecne w moim życiu, do kiedy pamiętam. Tak bym chciała delektować się życiem, oddychać głęboko i w spokoju czekać na wizytę małego Gościa.
I nawet gdy już w sobie wszystko poukładam, gdy już zaczerpnę powietrza i poczuję falę błogości, zawsze zjawi się ktoś, kto przerzuci mi część swojego bagażu.
Pół biedy, gdybym mogła pomóc, ale nie mogę.
I jest mi źle i smutno.
Z jednej strony czuję złość, że znów mnie ktoś obarcza swoim problemem, a z drugiej jest mi przykro, że bliscy znów w tarapatach.
Miałam kiedyś przyjaciółkę, która umiała odcinać kłopoty innych.
Czasem jej tego zazdrościłam.
Ja tak nie potrafię.

Mam za cienką skórę na zabawy nożyczkami.