..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 30 września 2008

Sięgnęłam wczoraj po Monologi Waginy, które już od kilku lat wędrują po moich półkach, ale jakoś nigdy wcześniej nie dość mnie przekonywały, aby ich wysłuchać. Tymczasem, kiedy je otworzyłam, pochłonęły moją uwagę, dopóki nie dotarłam do ostatniej strony. I do teraz czuję niedosyt.
Co prawda moja świadomość ciała jest na tyle wysoka, że ta książka nie przyczyniła się do wewnętrznej rewolucji, ale mimo wszystko dobrze, aby każda kobieta po nią sięgnęła. Ja powinnam ją przeczytać znacznie wcześniej.
W naszym pseudokatolickim kraju, kipiącym dewocją i hipokryzją, tabu pochwy i kobiecego ciała (szczególnie od pasa w dół) wciąż jest najsilniej otulone milczeniem i obojętnością.

Zachęcona tą kobiecą lekturą, wygrzebałam książkę Mai Storch Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyną. Czytałam ją jeszcze na studiach, ale dopiero teraz zaczęłam pojmować każdą zawartą tam tezę. Naprawdę świetna pozycja. Już teraz wiem, że to nie moja wina i że rządzą mną do spółki aniumus i cień:)))
Książka szczególnie ważna dla tych kobiet, którym bliski jest opisany poniżej dylemat:

"Madonna uosabia romantyczny dylemat silnej kobiety, która szuka mężczyzny, ale nie jest pewna, czy pragnie tyrana, czy niewolnika. Jest niebezpieczna jak tygrysica w rui - musi się poddać, ale gotowa jest zabić tego, kto ją zdobył."

M. Storch: Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną, Warszawa 2002, s. 7
****************************************************************************
WIEŚCI Z OSTATNIEJ CHWILI:
Wczoraj o 20.19 przyszła na świat Iga - córeczka Jozanki i Darka. Waży 3120, ma 55 cm i brązową czuprynkę. Jak jej Mama jest strasznym śpiochem, więc na razie swoje życia głównie przesypia:)

poniedziałek, 29 września 2008
Doszłam ostatnio do wniosku, że jestem cholernie uzależniona od adrenaliny. W moim życiu musi "dziać się". W przeciwnym razie albo mi opadają skrzydełka, albo dostaję małpiego rozumu, aby za wszelką cenę dostarczyć sobie wrażeń.

Jedno i drugie - zgubne.

Moja firma stoi, bo babrzę się w formalnościach, a ja... ja już nie mogę. Umieram z nudów. Nie chcę się brać za nic nowego, bo wiem, że zaraz trzeba będzie poświęcić się robocie, więc zastygłam w letargu i czekam, czekam, a we mnie się gotuje:

ja: Wiesz, co kochanie? Brakuje mi podniet w życiu. Potrzebuję adrenaliny, bo zdechnę zaraz.
Endrju: A nie możesz napawać się błogością niespiesznego istnienia?
ja: Nie mogę. Chcę na coś czekać, czymś się ekscytować!
Endrju: Jak będziesz tak dalej gadać, zrobię Ci dziecko i wtedy będziesz miała adrenaliny po dziurki w nosie.  Zaczną Cię ekscytować kupy, kolki i czkawki. 

****
Z tych nudów wrzucam zdjęcia na Naszą Klasę i..
założyłam olsztyńskiego bloga:
www.olsztyn.blox.pl
niedziela, 28 września 2008

Już po 13.00.
Endrju odsypia wczorajsze wesele, a do mnie właśnie dotarły wieści od Ramsika:
W Hiszpanii Duh oświadczył się Ani zwanej Ramzesem.
A że Pr0myczkowo kocha świeże niusy, od razu Wam od tym donoszę:)

Lecz skoro mowa o oświadczynach, to może kilka słów o wczorajszym weselu.

Abyście zrozumieli wagę tych zaślubin, powinnam Wam opisać historię pary młodej, która zna się od dobrych 15 lat i w tym czasie wydarzyło się wystarczająco dużo, aby popełnić poczytny romansik albo nakręcić melodramat z hepi endem.
A żeby dodać tej słodyczy pikanterii i wsadzić łyżkę dziegciu, muszę również wspomnieć o tym, że pewne koincydencje wczorajszego dnia nadają się wprost do telenoweli.
Taki smaczek dla Łepkowskiej:)

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale bardzo, bardzo cieszę się z właśnie takiego końca tej burzliwej historii. I co do mnie zupełnie niepodobne - cieszę się, że nie miałam racji.
A jaka miłość, takie wesele.
Wybawiliśmy się na całego, towarzystwo dopisało, a rodzina zachwyciła mnie swoją otwartością i kulturą. Panie nie ustroiły się w balowe tafty, lecz ubrane były ze smakiem. Nie doszło do żadnych typowo weselnych pijackich bełkotów, a większość bawiła się na parkiecie do samego końca.
Gorzej zaprezentowaliśmy się my: kiedy okazało się, że na oczepinach złapałam bukiet,  Endrju, próbując przechwycić krawat pana młodego, mało nie zabił jednego z Bogu ducha winnych gości. Ale krawat złapał i tym samym nie pozwolił, abym utonęła w ramionach innego. Zaś klątwa małżeństwa zawisła nad nami na dobre:)

Z innych wrażeń:
poznałam osóbkę jeszcze bardziej wredną ode mnie, czyli Gochę - ognistą charyzmatyczną babkę, a Endrju popłynął w rozmowach o komputerach, głośnikach i grach komputerowych z pewnym bardzo sympatycznym Markiem.

- Wszystkie Marki są złe - jęczał Endrju, kiedy kładliśmy się spać. - On mi kazał pić wódkę. Jestem nawalony jak meserszmit.  

Natomiast ja czuję się dziś wyśmienicie i nucę moją ulubioną PIOSENKĘ tego wesela.

Fotka pt. "niedzielny zgon"

sobota, 27 września 2008
nie mam najmniejszych złudzeń
co do przyszłych przebudzeń
choć bardzo bym chciała
jak inni by chcieli
po śmierci obudzić się
w nieba pościeli
ciało pielęgnuję
bo jest domem duszy
i gdy jest mi dobrze
moja dusza mruczy
więc zamiast tu stygnąć
w strachu przed wiecznością
ja wolę bezwstydnie
namakać czułością

Maria Peszek Hedonia

Fantastyczna płyta i świetne teksty.
Polecam bardzo, bardzo, bardzo i zmykam pod prysznic.
Dziś znowu wesele.
Znowu nie moje:D
piątek, 26 września 2008
Wczoraj miał być krótki wieczór panieński, a był długi wieczór panieński.
W Teatralnej.
7 kobiet.
Gadałyśmy jedna przez drugą mimo że nie widziałyśmy się kopę lat.
A może właśnie dlatego.
Fantastyczny babski czas. 

***
Zadzwoniła do mnie Marta. Z daleka. Mieszka ze swoim chłopakiem gdzieś na końcu  świata. To jedna z tych par, które są ze sobą zwyczajnie, prozaicznie szczęśliwe. Szczęśliwe prawdziwie i głęboko. Po prostu.
- Zafascynował mnie inny facet. Nie, nie to nie ma nic wspólnego z miłością. Nic z tych rzeczy. Po prostu kiedy go widzę, chcę, żeby mnie wziął w ramiona, żeby mnie pieścił, żeby mnie maltretował. Chcę mu się choć na chwilę oddać. Nic więcej.
- No i nad czym się zastanawiasz?
- Nad tym, że ta fantazja jest tak głęboka, a mój głód tak wielki, że jeśli zbliżę się do niego to: albo mit runie, albo popłynę całkowicie i wtedy już nic mnie nie uratuje. A ja kocham i jestem kochana. Nie chcę nowego związku, chcę jego. Ale tylko na chwilę.

- Więc?
- Więc muszę pójść do łóżka z kimś innym. Z kimś trzecim, w kim na pewno się nie zakocham, ale kto uspokoi moje zmysły. Bo lada chwila one mnie rozerwą. On stał się moją obsesją. Ale powiedz, że mnie rozumiesz ? Rozumiesz, dlaczego muszę przespać się z kimś trzecim, prawda?
- Rozumiem. To taki absurdalny sposób na ocalenie miłości.
czwartek, 25 września 2008

Słońce mnie pieści, kąsa, podszczypuje.
Dziś - podczas mycia zębów - złocisty prążek wyczarował tęczę w umywalce.
I jak go nie kochać.

środa, 24 września 2008

Z dzisiejszego spaceru nad jeziorem Długim



 

Pierwszy raz od dwóch tygodni obudziło mnie słońce - jaskrawa radość wlała się do mansardy przez okno.
Bliskość przyrody, jakiej doświadczam, mieszkając nad jeziorem, owocuje szeregiem pytań, które wcześniej nawet nie przyszłyby mi do głowy .

Na przykład jak to jest:
Po naszym jeziorze pływa łabędzia rodzina - para i 6 młodych. W którym momencie one się oddzielają od rodziców. Czy robią to razem na trzy cztery, czy po kolei. Gdzie szukają swojej drugiej połowy, skoro na jeziorze mieszkają tylko oni? Czy wchodzą w związki kazirodcze?

Podzieliłam się tymi pytaniami z Zaśką na poprawinach, kiedy siedziałyśmy, popijając piwko. - A wiesz? - rzekła wtedy Zaśka - Ja też mam sporo takich dylematów. Na przykład ostatnio dręczyło mnie pytanie, jak to jest, że mucha albo pająk chodzi po suficie i nie spada.

Dziś jest tak pięknie, że nie robię nic.
Biorę aparat i idę łapać jesień.

*********************************************************************************
EROS&PSYCHE
Zasypiamy wyczerpani pieprzotami.
ja: Nie powinnam Ci tego mówić, ale po seksie moja miłość do Ciebie mocno się potęguje.
Endrju: (z przekąsem) Taaa, tylko potem wystarczą trzy dni bez seksu, a Ty zaczynasz gadki o kryzysie w związku.
*********************************************************************************
Lekcja rumuńskiego
Wczoraj dostaję esemesa od Krzyśka, który teraz siedzi w Rumunii:
- Wiesz jak jest "zajebiście" po rumuńsku?
BETON!

wtorek, 23 września 2008

Na weselu byłam trzeźwa jak nigdy, na poprawinach również, więc można się było spodziewać, że prędzej czy później skończy się to jakimś pijaństwem.
Jak zawsze winne jest wino.
No i towarzystwo, które w składzie: Ewa, Zaśka, Ramsik, Duch przybyło do naszej Mansardy. Zaśka upichciła makaron z tuńczykiem i kaparami, ja polewałam wino, rozmowy toczyły się wartko - trochę poplotkowaliśmy, Ewcia wyrzuciła z siebie rodzinne żale, gadałyśmy coś filmie "Into the wild"i jeżdżeniu samochodem, bo wczoraj idąc ulicą spotkałam Zaśkę za kierownicą, która stała na światłach. Kiedy mnie zobaczyła, otworzyła okno i zaczęła krzyczeć:
- Kurczę, Agnieszka, płyn hamulcowy mi się kończy! Nie wiem, co robić?
- A masz w ogóle ten płyn?
- wydarłam się tak, aby przekrzyczeć warczące silniki.
- Kupiłam, ale nie mam zielonego pojęcia, gdzie się to wlewa!

Na tym urwała się nasza rozmowa, bo wskoczyło zielone światło i Zaśka pomknęła przed siebie.
A mnie się przypomniało, jak Walerka jechała przez pół Poznania z torebką na dachu i dziwiła się, że wszyscy kierowcy się do niej uśmiechają.
A jeszcze inna sprytna panna ruszyła kiedyś z blachą szarlotki. Również na dachu. To chyba znam z opowieści.  

Jeśli zaś chodzi o moje ponad trzytygodniowe użytkowanie samochodu, to mam już na koncie:
- spotkanie z płotem
- spotkanie z samochodem (lekkie obtarcie przy parkowaniu - delikatesik)
- mocne spotkanie czołowe z krawężnikiem
- próbę dezercji kołpaka, którego jednakowoż odnalazłam na drodze
(bo szukałam adresu i mi się skręciło na prawo za mocno, wtedy kołpak chciał zwiać, ale dałam szybko po hamulcach, wysiadłam i zaczęłam gonić zbója)

Chciałabym, aby na tym zakończyła się moja magiczna lista, ale mam przypuszczenia, że tak się nie stanie.
Have a nice day Misie Złote!

niedziela, 21 września 2008

Co to było za wesele!
I nie chodzi mi wcale o wczorajsze zaślubiny Kasi Cichopek i Marcina Hakiela. 
Aby szampańsko się zabawić, zamiast do Zakopanego, gdzie pobierali się celebryci, trzeba było pojechać w warmińskie strony. Tam bowiem Diana i Cinek wyprawili hulankę na cztery wiatry.


W kościele na końcu świata
Jednak aby hulać, najpierw trzeba przyrzec sobie dozgonną miłość. Słowa małżeńskiej przysięgi padły w Klebarku Wielkim  - pięknym kościele zagubionym w plątaninie polnych dróg i malowniczych pagórków. Tam odbył się ślub. Przyznaję bez bicia, uroczystości katolickie nie budzą we mnie szczególnych emocji, ale fakt, że przed ołtarzem siedziała Diana wraz ze świadkującą jej Janiś wystarczył mi, aby móc się cieszyć ceremonią. Poza tym zawsze można utonąć w obserwowaniu kościelnej architektury - a ten kościół  był wyjątkowo okazały.

Na rozgrzanie... wódka, taniec!
Po całuskach, prezentach i życzeniach, zapakowaliśmy się w samochody i ruszyliśmy w drogę do ośrodka nad jeziorem Dadaj. Zimno było jak psiakrew, ale miłe panie z recepcji raz dwa zakwaterowały nas w domkach rozrzuconych tuż nad urokliwą zatoczką. Ciemność co prawda nie pozwalała nam dostrzec uroków okolicy, ale za to dotkliwie przypominała nam o jesienno-zimowej temperaturze.  Dobitnie poczuliśmy to chwilę później, kiedy w naszych kwaterach siadł prąd. A wraz z prądem padło i ogrzewanie. Nie pozostawało nic innego jak grzać na imprezkę do weselnej chaty, gdzie co prawda nie było cieplej, ale za to grała świetna orkiestra i serwowano rozgrzewające płyny. Jak się finalnie okazało, niska temperatura powietrza doskonale podniosła temperaturę parkietu - tańczyli niemal wszyscy i niemal na okrągło. Każde wyjście na papierosa okupione było wychłodzeniem, które mijało dopiero po kwadransie intensywnych wygibasów. Ale, że zespół przygrywał wartko i z jajem, Goście  ochoczo ruszali w tany.
Były chwile wzruszające - przemowa taty panny młodej i były obrazki komiczne - taneczne trio Ewci, Zaśki i Bałdysia albo walka Ducha o krzesło w jednej z oczepinowych zabaw. Zadarzały się momenty gorące, choć głównie królował ziąb. Lecz jedno było niezmienne - na tym weselu wszyscy się dobrze bawili.

Zaśka z trąbkarzem w trąbę puściła Ewę
Sąsiedni domek zajmował duet singielek - Ewcia i Zaśka. Jakoś przed czwartą, kiedy wesele powoli wygasało, a my z Endriuszką zziębnięci rozgrzewaliśmy się pod prysznicem, wpadła do nas Ewa.

- Wiedziałam, że tak to się skończy i będę spać sama! - oznajmiła, szczękając zębami. - Z Zasinką jest tak zawsze. Upatrzyła sobie tego trąbkarza z zespołu i mnie zostawiła. Że też ja nie mam takiego tupetu, no!
Po czym zaczęła grzebać w walizce i dodała:
- Na jutro mam trzy zestawy ubrań, ale o piżamie oczywiście zapomniałam!
My tymczasem nałożyliśmy na siebie po kilka warstw ciuchów, przykryliśmy się dwiema kołdrami, dwoma kocami i zasnęliśmy.  

W ogniska oparach
Obudził mnie esemes Ramsika. Oddzwoniłam.
- Macie wodę? - spytała.
- Nie wiem.
- No to nie macie, w całym ośrodku nie ma wody. Pompa padła.
  

Dziękując zdrowemu rozsądkowi, który kazał nam wziąć nad ranem prysznic, ubraliśmy się i ruszyliśmy na śniadanie.  Po drodze zajrzałam do okienka singielek. Spały obie jak anielice  grzecznie w swoich łóżeczkach. Czyli Zaśka jednak wróciła. Jak się później okazało trębacz miał męża. Tfu! Był mężem!
Powoli schodziła się reszta towarzystwa, ktoś rozpalił ognisko, ktoś zaczął grillować. Nie wiadomo kiedy wrócił prąd, a potem woda, a w końcu nawet słońce wyszło zza chmur. A my siedzieliśmy, gadaliśmy, popijaliśmy winko i piwko - każdy wedle uznania. I wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że i ten ziąb, i brak prądu i wszystkie złośliwości rzeczy martwych nadały temu weselisku koloryt. I będzie to jedna z imprez, której nie zapomnimy.

Bo fantazja jest od tego
- Brakuje tylko jakiegoś skandalu - westchnęłam w pewnym momencie, zapominając, że wypowiadanie życzeń na głos miewa moc sprawczą. Chwilę później chłopcy pod przewodnictwem pana młodego urządzili na cudzych łódkach regaty, co zakończyło się karczemną awanturą, przepychankami i niewybrednym pojedynkiem na słowa. Na szczęście szwagier panny młodej załagodził sytuację, a mnie przypomniała się piosenka, którą na koniec wesela zaśpiewał ze sceny pan młody.
Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego
aby bawić się, aby bawić się,
aby bawić się na całego!

I tak właśnie bawiliśmy się my.
Ekipa pod wezwaniem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, patrona liceum numer dwa w Olsztynie, gdzie się poznaliśmy, zaprzyjaźniliśmy i do dziś, skazani na siebie wzajemnie, dajemy się ponosić FANTAZJI!


Płatki róż jak fajerwerki


Moje ulubione zdjęcie: hiszpański kok Diany


Janiś - świadkująca


ja, Janiś, Zaśka, Diana, Ewa, Ramzes na zewnątrz dopala papierosa


Z Janiś z rodu Janickich


Z Ramsikem vel Ramzesem

PORANNIE

poprawinowe pogawędki


i spacery
od lewej: Janiś, Adam - jej mąż i Bałdyś - król parkietu

i... jedzenie!

sobota, 20 września 2008


W soboty z reguły nie piszę.
Ale dziś napiszę o Basi, bo ten wpis dojrzewa już we mnie od jakiegoś czasu. Dojrzewa, gdy jest mi strasznie źle na świecie. Ale dziś jest mi strasznie dobrze i to dobry czas, aby napisać o Basi. Bo pisząc o Basi, trzeba się uśmiechać.

Jak to nie chciałam się przyjaźnić
Basię poznałam w listopadzie zeszłego roku, kiedy przeprowadziłam się do Warszawy i zawitałam w nowej firmie. Obwąchiwałyśmy się dobre dwa miesiące, ze trzy razy szłyśmy razem do metra na stacji Wilsona i jakoś w styczniu Baśka do spółki z Haneczką zaczęła wyciągać mnie na piwo. A ja miałam wtedy założenie, że z ludźmi z pracy kumplować się nie będę i od 17.00 w górę zapominam o ich istnieniu.
Ale Baśka w swoich entuzjastycznych namowach była nieugięta, więc wkońcu ugięłam się ja.

Pół roku jak dekada
Zaczęłyśmy w Akwarium, skończyłyśmy w Kulturalnej  i spiłyśmy się wtedy konkretnie.
I tak się zaczęło.
Potem wyciągałam Bachę za uszy z toksycznego związku, którego siłę rażenia znam z własnego doświadczenia. 
A  później wpadłyśmy na pomysł tajnego prodżektu, pojechałyśmy na Camp, uprawiałyśmy day & night wędrówki po Warszawie i w tym duecie prowokowałyśmy przygody, które dziś wspominam niemal z rozrzewnieniem.
Mówiąc krótko - spędziłyśmy ze sobą raptem sześć miesięcy, podczas których wydarzyło się tyle, że spokojnie starczyłoby i na dekadę.

Z Basią się fruwa
Dziś, kiedy z Basią spotykam się sporadycznie, a przede wszystkim gadamy przez telefon, fenomen tej przyjaźni zadziwia mnie coraz bardziej.
Mam wrażenie, że Basię znam od zawsze, jest mi tak bliska jak przyjaciółki,  z którymi codziennie przez wiele lat maszerowałam do szkoły, wyjeżdżałam na obozy, przeżyłam londyński znój i poznańskie studia.
Bo Basia należy do garstki osób na tym świecie, które inspirują i budzą do życia. Ona dotlenia, doładowuje i doprawia skrzydeł. Z Baśką nie można sparcerować, z nią się fruwa.
I marzy. 
I zrywa gwiazdy z nieba albo rzuca się z motyką na księżyc, ale przede wszystkim  - z Bachą jak z nikim innym  - łapie się ulotne chwile.
Tak jak motyle:)

 Basia jest motylem. Rzadkim. Bo piegowatym.

czwartek, 18 września 2008

Za oknem ponuro, ja od kilku dni oglądam ponure fimy - "Pachnidło" i "Dom z piasku i mgły"; czytam ponurawe, choć piękne książki -  "Moja mama czarownica" o Dorocie Terakowskiej
i jedyne, co wprawia mnie w wyśmienity nastrój, to ścieżka dźwiękowa z "Mamma Mia", a szczególnie piosenka Honey, Honey.
Wyciskam z niej jak sok: młodość, beztroskę i świeżość.
To moja piosenka na tegoroczną jesień.

***
Dziś Endrju dzwonił do Ministerstwa Rozwoju Regionalnego z prośbą o jakieś zestawienie do artykułu.
- Och to Pan Redaktor! - ucieszył się Pan z ministerstwa, słysząc Endriuszkę.
- No, tak, zmieniłem pracę. Piszę teraz dla gazety.
- Ojej!
- przejął się Pan z ministerstwa - A ja dziś dzwoniłem do Pana do radia i koledzy powiedzieli, że rzucił Pan wszystko i wyjechał na wieś. 

Od kiedy przyjechałam do Olsztyna, gram w grę, która polega na tym, aby wyjść z domu i choć raz nie spotkać nikogo znajomego. Proste? Niemożliwe!

Spotykam starych kumpli z liceum, z harcerstwa, ze wspólnej podłogi na biwaku, albo namiotu na obozie. Spotykam ich wszędzie - na ulicy, w sklepie, w urzędach, w firmach, gdzie chcę coś załatwić. Na każdym kroku.
Większość wygląda tak samo jak dawniej. Mam wrażenie, że się nic sie nie zmieniło. Jedynym znakiem upływu czasu są dzieci. Wczorajsze noworodki, dziś chodzą do szkół i przedszkoli.
Więc może jednak i my się starzejemy?

Jutro będę miała decyzję, czy dostanę dotację. Cholernie by mi się przydała.
W urzędzie, z którym od miesiąca toczę walkę, pracuje Mako. Mój kochany stary przyjaciel z londyńskiego bruku. W jego ramionach śmiałam się i płakałam, a on zjawiał się zawsze, kiedy trzeba było mnie ratować.
Dziś odgrzebałam wiersz, jaki napisałam dla niego w czasach szalejącej grafomanii. Mako nigdy go nie widział, a ja na wiele lat też o nim zapomniałam:


mięsiste warkocze twojego swetra
mój policzek na nim
ciasny splot nagich dłoni

A my?
zawsze rozdzieleni
przestrzenią
tkaniną
czyimś trzecim sercem
niedoścignieni w ucieczce przed sobą
niedokochani w wyobrażonym muśnięciu warg

może żyje w nas pełnią
tylko niespełnione?

środa, 17 września 2008

Co wywołuje u Was błysk szczęścia?
Chodzi, o te kilka minut, najwyżej kwadrans, podczas którego odczuwacie błogą pełnię?

Ja uwielbiam w połowie dnia wejść pod kołdrę, włożyć sobie do ust pasek czekolady i kołysać się z zamkniętymi oczami, powolutku roztapiając mleczną słodycz na podniebieniu.

Teraz, kiedy jesień wkroczyła pod rękę z siostrą zimą, mam ochotę zbudować sobie szałas z kołdry, zrobić tam zapas łakoci i w półśnie przetrwać do wiosny.

wtorek, 16 września 2008

W Poznaniu nie miałam czasu, w Warszawie nie było mi po drodze, więc wreszcie wybrałam się w Olsztynie. Wybrałam się na poetycki slam.
Imprezkę organizowaną przez pismo "Kulturka" - tym razem w pubie Szantaż.  

Nie sądziłam, że spędzę tak wyśmienity wieczór. Grafomania przyprawiona szczyptą prawdziwych talentów i garścią improwizacji w oparach papierosowego dymu to naprawdę nielada atrakcja. Mam już swoich faworytów i będę im kibicować następnym razem.
Po slamie, kiedy licealiści rozeszli się już do domów, aby spakować tornistry na wtorek, przy barze został tylko niewielki krąg, dzięki czemu poznaliśmy kilka interesujących osób, m.in. twórcę wspomnianej już "Kulturki", który ma ambicje, aby tworzyć pismo całkowicie niezależne - bez złotówki od państwa, miasta i innych możnowładców tego świata.

Zasiedzieliśmy się do późnej nocy, a kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, właściciel knajpy zawołał:
- No to jeszcze na odchodne po kielonku od baru!
- Widzę, że nie mamy wyjścia - odpowiedział Endrju, widząc, że barman już chwyta za wódkę.
- Wyjście jest tam! - zaśmiał się tubalnie szef-barman, wskazując drzwi - a wy, po prostu nie macie wyboru!

I polał nam po kieliszku krupnika, który stał się kropką nad i poniedziałkowego wieczoru.

***
- Widziałem ten Wasz komiks w Lampie. Bez sensu - powiedział Fruwak.
- Ale co bez sensu?
- No nie wiem, bez sensu jest.
- Okej, a wiesz, kto to jest Dunin?
- Kinga Dunin?
- No nie. A wiesz, kto to jest Endo?
- Endo? Wiem! Takie maskotki.
- To rzeczywiście, z Twojej perspektywy, ten komiks jest kompletnie bez sensu.

niedziela, 14 września 2008

- Wymień jego pięć zalet i pięć wad - powiedziała Wiedźma Rozkoszy. Było przed północą, a nasza panna młoda, Diana, musiała wykonać rozkazy wszystkich czarownic, aby poznać drogę do skarbu ukrytego pod kościołem w chochole.
- Eee - rzekła Diana -
Zalety to: wysoki, opiekuńczy, inteligentny, umie liczyć...
- A wady?
- zapytała wiedźma.
- Chudy, długi nos, no i... umie liczyć!

Narowista Almerka na drodze na Kawkowo
A wszystko zaczęło się po południu 13 września roku pańskiego 2008.
Trzy autka, a w trzech autkach siedem czarownic, ruszyło z mostu Jana w kierunku Nowego Kawkowa do starego pięknego domu rodu Janickich. Wiedźmy jak to wiedźmy, zawsze wiedzą, jak zrobić, żeby było wesoło, dlatego wesoło zrobiło się już na samym początku, bo moja almerka zgubiła się na drodze. Wdzięcznie minęła właściwy zjazd i poniosła nas dalej i dalej. Kiedy wreszcie dotarłyśmy do celu, czekał już na nas tata Magdy, który rozpalił w piecach, zamówił wóz z koniem, a sam odział się w barani kożuch i wielką czapę.
Wiedźmy również przywdziały swoje czarowne szaty, wskoczyły na wóz i popędziły na wieską drogę, którą miała nadjechać Panna Młoda. Tam bowiem planowały ją przechwycić , aby poddać rytuałom oczyszczenia.

Ech ten Hołowczyc!
Czekając na pustej drodze, wiedźmy zatrzymywały wszystkie samochody, bo zimno było jak cholera i przychodziły im coraz to głupsze pomysły do głowy. Do momentu, kiedy z jednego z zatrzymanych samochodów wyłonił się... Hołowczyc! Wiedźmy jak jeden mąż zapiszczały podniecone, a Wiedźma Agnieszka, czyli ja we własnej osobie, była na tyle rezolutna, że zrobiła mu zdjęcie.
- Ależ on przystojny - szeptały wiedźmy podekscytowane, kiedy Hołek ruszył przed siebie, ciągnąc za sobą chmurę spalin.
- Przystojny, choć nie w moim typie - rzekła Ewa, Wiedźma Rozkoszy.
- A ja bym z nim poszła do łóżka - powiedziała kilka godzin później Bogini Płodności, Zaśka.

Wszystkie wróżby dobre są
Na szczęście wkrótce nadjechała Panna Młoda i wiedźmy zapomniały o pięknym rajdowcu. Trzeba było odprawić sabat. Dlatego wciągnęłyśmy Dianę na wóz i śpiewając całą drogę: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie, zajechałyśmy na polanę. Tam napoiłyśmy Dianę magicznymi napojami, nasmarowałyśmy magicznym olejkiem, odziałyśmy w białą szatę i ukoronowałyśmy wiankiem. Wówczas rozpoczęła się druga nieoficjalna część sabatu - stół uginał się od smakołyków, wśród których moim faworytem stały się placki Wiedźmy Sandry (przepis później); taneczna muzyczka sączyła się z głośników, a rozmowy mieszały się z przytupańcami. Panna młoda roznosiła ciasteczka z wróżbami, namawiając wiedźmy, aby się częstowały. Każda wróżba dobra, bierzcie kochane - przekonywała. I nawet taka przenikliwa wiedźma jak ja, dała się wpuścić w kanał i wyciągnęła wróżbę:
"W upalny dzień, on zdradzi Cię". Chwała Bogu, że upały za nami - mam jeszcze chwilę, aby rozejrzeć się za godnym następcą:)

Spalony włosów kosmyk
Trzecią częścią sabatu było poszukiwanie skarbu. Aby skarb odnaleźć, Diana musiała zebrać wszystkie światła rozrzucone przy drodze, w pobliżu kościoła i w ogrodzie. Przy każdym świetle stała czarownica, która miała przygotowane zadanie dla Panny Młodej. Obciąć i spalić kosmyk włosów, złapać dzikiego kota na znak, że jest godna miana wiedźmy, przynieść znad rzeki magiczne zioło, zawyć do księżyca jak wilkołak.
Diana - jak na prawdziwą czarownicę przystało - poradziła sobie bez trudu z rozkazami i z łatwością znalazła skarb.

Tylko się do mnie nie przytulaj
Dalsza część wieczoru upłynęła już spokojnie, choć śmiechom i gadaniu nie było końca.
Ja z Ramsikiem padłyśmy pierwsze w pół do czwartej i zaległyśmy w pięknym dużym sypialnianym łożu.
- Tylko się do mnie nie przytulaj! - zastrzegła Ramsik, pamiętając nasze akademickie czasy, kiedy sypiałyśmy na jednej kanapie, a ja na nią co noc bezwiednie zarzucałam nogę.
- Nawet gdybym chciała, nie mogę - rzekłam z udawanym żalem - obie jesteśmy uwięzione w kokonach śpiworów.
Nawet nie wiem kiedy, wyrównały nam się oddechy i zasnęłyśmy mocnym, snem sprawiedliwego. A raczej snem sprawiedliwej... wiedźmy.

Szata jesieni tkana z lawendowych pół
Obudził nas piękny poranek.
Zjadłyśmy śniadanie w ogrodzie, powędrowałyśmy na Lawendowe Pola, nasyciłyśmy się urokliwą szatą jesieni, która rozłożyła się już na warmińskich wzgórzach, aż wreszcie wezwały nas codzienne obowiązki.
Zapakowałam wiedźmę Ewę i Ramsika i pognałyśmy w drogę powrotną.

A mnie, choć już późny wieczór i od sabatu minęło wiele godzin, wciąż nie schodzi z licka szeroki szczery uśmiech. Bo wiedźmę może zrozumieć tylko druga wiedźma, ale o tym wiedzą tylko te, które wiedzą.
Czyli Wiedźmy:)


Wiedźma Urody we własnej osobie


Na Wiedźmę Ogniska Domowego została wybrana Ramsik, czyli ta, która na słowo "dziecko" reaguje alergiczną drgawką:D


Wiedźma Rozkoszy, która najrozkoszniej trzyma w zębach... papierosa:)


Wiedźma Płodności w narcystycznym ujęciu

Wiedźmy oczekujące na drodze


Tego Pana przedstawiać nie będę


Panna Młoda odziana w wianek i tzw. przytulaki.


Śniadanie na trawie




W drodze na Lawendowe Pola

piątek, 12 września 2008

Czy u Was też jest tak zimno?
Najchętniej rozpaliłabym ognisko w mieszkaniu, otuliła się kocem i grzała dłonie nad buchającymi płomieniami. 

Wyszłam w mroku.
Pomogła mi w tym Mama, Basieńka i pewien mejl, który wprawił mnie w bardzo dobry nastrój.

Zaraz biorę się za sprzątanie Mansardy i gotowanie. Wieczorem przyjeżdża na kolację Fruwak, a jeszcze muszę upichcić jakąś sałatkę na jutro.
Bo jutro wyjeżdżam do Kawkowa na sabat Czarownic.
Osiemnaście kobiet będzie żegnało panieński stan Dianki.
Zapowiada się czarowna noc!

czwartek, 11 września 2008

Wchodzę do liceum plastycznego, aby wywiesić ogłoszenie, że szukam zdolnych dzieciaków do współpracy. Ja dam im szansę na zarobek, a oni wykonają mi kilka rzeczy, których potrzebuję do firmy.

Wchodzę do sekretariatu:
- Dzień dobry, chciałabym wywiesić ogłoszenie.
- Do Pani Sabiny z tym! - wykrzykuje sekretarka i daje mi czytelny znak, że skończyła ze mną rozmowę.  
Wychodzę na korytarz i pytam się uczennic, gdzie urzęduje Pani Sabina.
Wskazują mi drzwi.
Pukam, wchodzę do maleńkiego pomieszczenia. 
Pani Sabina zajęta rozmową z koleżanką przez kilka minut traktuje mnie jak powietrze.
A ja jak powietrze w dusznym pokoiku - stoję.
I czekam.
- Słucham? - odzywa się wreszcie Pani Sabina.
- Chciałam wywiesić ogłoszenie.
- Ogłoszenie za ryzę papieru!
- Proszę?

- To ja proszę! Proszę kupić ryzę papieru. To raptem 15 złotych.
- To może ja pani po prostu zapłacę
- proponuję zaszokowana.
- I co pani sobie wyobraża? Że potem ja będę latać i szukać tej ryzy po mieście?!

I niech mi nikt nie mówi, że publiczna oświata nie potrafi na siebie zarobić:D

***
Scena sprzed chwili:
Kurier dzwoni do drzwi. Przywiózł mi dwa wielkie kartony szklanych butelek, które potrzebuję nieważne, ale potrzebuję.
- Ciężkie te kartony? - pytam.
- Nie, nie ciężkie. Podpisać tu, tu, i tu.
Podpisuje, a on chwyta kartkę i zbiega ze schodów, zostawiając mnie z tymi kartonami. Podnoszę jeden, ciężki jak cholera. Wciągam go resztkami sił do środka.
- I co? - woła z dołu. - Ciężkie?
- Nie. Lekkie! - odkrzykuję wściekła.
- Drugi będzie ciężejszy! - pociesza mnie złośliwie, zbiegając dalej ze schodów.
- Nie mówi się ciężejszy, tylko cięższy!
- O! Znalazła się poliglotka!

środa, 10 września 2008

Spadają w najmniej oczekiwanym momencie - bez oczywistego powodu wwiercają się do wewnątrz, rozszarpują na strzępy poczucie bezpieczeństwa, tłuką się po sercu, żołądku i wątrobie, aż wreszcie uderzają do głowy i boleśnie spadają w dół. 
Złość, strach, zniechęcenie.
I pytanie: po co to wszystko?
A może ja chcę się położyć? Odmówić współpracy ze światem.

Brakuje mi radości, weny, inspiracji. Niby na wierzchu jest wszystko świetnie, ale wystarczy postukać brzegiem łyżeczki w lukrową polewę szczęśliwego życia, aby od spodu wyłoniło się kłębowisko demonów. Przychodzą nagle i pewnie nagle odejdą, ale zanim odejdą, fundują mi prawdziwy koszmar.

Mam dosyć siebie. Tego, że krzywdzę ludzi, których kocham. Że mówię za dużo, że wypowiadam słowa, których żałuję, zanim ze mnie wypłyną. A jednak je wypowiadam. Męczy mnie brak kontroli nad własnymi emocjami. Są chwile, kiedy tak bardzo siebie nienawidzę, że największy ból mam ochotę zadać właśnie sobie.
- Co się z Tobą dzieje? - pytają, czasem krzyczą.
Nie wiem, naprawdę nie wiem.

Jestem rozedrganą magmą popieprzonych drobin, które mnie żrą od środka i które wypluwam, aby siebie ocalić i w ten sposób ranię ludzi wokół mnie.  

Tak bardzo chciałabym wejść w bezpieczny kokon i zasnąć na zawsze.
Jutro 11 września, Basia mówi, że AlKaida szykuje światu zbawienie.

wtorek, 09 września 2008

Wczoraj padał deszcz, na zewnątrz panował wilgotny chłodnawy zaduch, a mnie dotknął opuszek zniechęcenia pomieszanego ze smutkiem. Drąży mnie żal, że nie potrafię smakować tego, co mam, że ciągle towarzyszy mi obawa o jutro. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?
A co k... ma być?!
Lepiej lub gorzej, ale jakoś to będzie.
Niestety nic nie pomaga. Musi się we mnie pokołatać taka sierotka Marysia i jak już wszystkim zatruje życie swoimi wątpliwościami, to wówczas zasypia.
Dziś obudziło mnie słońce, ostatni oddech letniego poranka. Marysia drzemie snem lekkim i czujnym. Muszę chodzić na palcach, żeby się nie ocknęła.
***
Przeczytałam piękną książkę, która na mojej półce stała od miesięcy. Ewa Schilling "Głupiec". Fantastyczna opowieść o romansie dwóch kobiet - nauczycielki i uczennicy. Akcja powieści rozgrywa się w Olsztynie, ale to akurat jest bez znaczenia. Mnie przede wszystkim zauroczył plastyczny język Schilling, który kipi wyobraźnią i poetyckością. Seks opisany takim językiem nabiera niemalże mistycznego charakteru, choć wciąż pozostaje zmysłowym krzykiem cielesności. Wzruszająca opowieść o rozkwitającej miłości pomiędzy dwiema kobietami jest tak sugestywna, że męskie ramię nagle wydaje się takie marne i niepełne, a miłość między kobietą a mężczyzną jest niczym innym jak skazaną na porażkę próbą sklejenia dwóch brzegów oceanu.  

***
Obejrzałam też piękny film, który okazał się gwoździem do trumny wczorajszego nastroju.  "Moje życie beze mnie" to hiszpańsko-kanadyjska produkcja Pedro Almadovara, kino z gatunku takich, które się ogląda z rozprutą klatką piersiową i od początku do samego końca, czujesz jak ktoś zgniata ci serce i wyżyma z niego łzy. A one płyną po policzkach - najpierw cicho, a potem już nic nie jest ważne. Ryczysz jak bóbr, tym bardziej, im bardziej sobie uświadamiasz, ile masz w życiu szczęścia i jak cholernie nie umiesz tego docenić. 
To film, po którym trzeba zawinąć się kołdrą, ukołysać i zasnąć.
Zasnąć z postanowiem, że jutro obudzisz się z uśmiechem.
I bez roszczeń.   

poniedziałek, 08 września 2008

W ten weekend nastąpiło uroczyste otwarcie naszego chillout roomu. Rozkładam się na żółtym wielkim bean-bagu, czyli boskiej pufie, zarzucam nogi na indyjski kufer pełniący funkcję stolika, przed oczami mam ciche piano pod zamkniętym wiekiem i całą ścianę książek, które wreszcie się mieszczą. A wnętrze spowite grapefruitową czerwienią tworzy klubowy klimat sprzyjający leżeniu, piciu, gadaniu i słuchaniu muzyki. Za dnia można też czytać. 
W sobotę zjawili się pierwsi goście - Emila i Łukasz i w tymże kwartecie spędziliśmy wesoły wieczór.
Między nami snuł się mój kot, który powrócił wreszcie z ponadrocznych wakacji u rodziców. Na nisko ugietych nogach zwiedzał wszystkie kąty i przepędzał z zakamarków złe bestie i duchy - oswajał przestrzeń. Dziś już biega po domu z wesoło zadartym ogonem, a ja mam wrażenie jakbym się nigdy z nim nie rozstała.

Wczoraj natomiast po rodzinnym obiedzie u babci - corocznych wrześniowych knedlach ze śliwkami - poszłam z mamcią do kina na Mamma Mia. Uroczy, ciepły, ogromnie przyjemny film, którego największą ozdobą jest oczywiście wspaniała Meryl Streep.
Uwielbiam tę aktorkę - jej mimikę, jej wszystko mówiące spojrzenie, jej bystrość, ciepło i surowość. 
Kiedy wyszłam z tego filmu, zdałam sobie sprawę, że bliskie obcowanie z wielkim talentem napawa mnie nieuzasadnonym poczuciem szczęścia. To samo dotyczy literackich i muzycznych zachwytów, ale o tym innym razem.



I ta cudna Grecja na filmowych zdjęciach!

piątek, 05 września 2008

A było tak:
wyszłam z domu, otworzyłam auto, usiadłam na fotelu pasażera i czekam.
Po dobrej minucie zrozumiałam, że bez kierowcy samochód nie pojedzie.

Potem były ronda, wielopasmówki, skrzyżowania, nawrotki, mijanki,  wielkie tiry, powolne autobusy, szaleni kierowcy i dziadkowie w kapeluszach. Mówiąc krótko - pokonałam wszystkie straszliwości i uliczne nawałnice, i na sam koniec postanowiłam zajechać na przystań na małe bezalkoholowe z Alicją i Amelką.
Żeby się zrelaksować, posłuchać łopotu żagli..   

I kiedy już parkowałam, szczęśliwa z udanej misji i dumna jak koń śmieciarza... zupełnie niespodziewanie drewniany płot zaatakował mój zderzak.
Wgnieciona tablica rejestracyjna.
Na szczęście i tak do wymiany.

Kto nie trzymał kciuków?!

Znalazłam haczyk, który kryje się w haśle "własna firma".
Pracujesz, ile chcesz - myślisz nieustannie. 

O tego myślenia mam dwa razy cięższą głowę. Nie chce mi się nic i nawet pisanie bloga przestało mi sprawiać przyjemność.
Marzę o tym, aby rzucić się na moją wielgachną pufę i czytać, czytać, czytać. Dziś nawet śniłam o książkach. Mój wygłodzony mózg wygenerował nowych pisarzy i nikomu nieznane jeszcze tytuły.

Tymczasem wracam do pracy - dziś pierwszy raz wyjeżdżam w miasto sama i na dodatek w godzinach szczytu.

Trzymajcie za mnie kciuki, bom wciąż bez AC.

czwartek, 04 września 2008

Lampion przywieziony przez Basię z Ibizy - wyspy seksu - zawisł już w Mansardowej sypialni. Wieczorami daje czerwoną ciepłą poświatę, która działa na mnie niczym afrodyzjak.

Tutaj pośród niskiej zabudowy, wąskich uliczek, bliskości przyrody i totalnego luzu moje ciało rozkwita namiętnością. Neurotyczne fantazje ustępują na rzecz błogiego spokoju - jestem cicha i  bardzo głęboko zrelaksowana.
Czuję, jak schodzi ze mnie wielkomiejskie napięcie.
Nic mnie nie irytuje - korki, tłumy, pośpiech, hałas.
Wreszcie nie jestem rozedrgana, w środku nic się nie telepie. 
Znów poznaję smak kochania się o poranku.
Tutaj na wszystko jest czas.
- Jak to się dzieje? - pyta Endrju - że chodzę na 9.00 do pracy, tak samo jak w radio, a wstaję godzinę później, mam czas na śniadanie, czytanie i jeszcze seks?

Nie wiem, jak to się dzieje, ale na pewno jest to baardzo, baardzo przyjemne.
***
A wczoraj był piękny, ciepły wieczór. Siedziałyśmy z Ewcią i Zaśką pod czystym rozgwieżdżonym niebem i wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że praca od-do, etat i standardowa ścieżka kariery to nie nasza bajka.
- Nigdy tak nie pracowałam, ale już wiem, że jestem stworzona do życia, a nie do pracy - powiedziała Ewa.
Tego lata pracowałam może trzy tygodnie. Jak można pracować w wakacje? - rzekła Zaśka.
- Ale zauważyliście, jak ludzie się dziwią, kiedy mówisz im, że nie chcesz tak pracować.
- Większość pyta wtedy: ale jak inaczej?
- Bo chodzenie do pracy jest tak oczywiste jak poranne mycie zębów.
 
- Czyli większość słyszy nas tak: "nie chce nam się myć zębów!"

No nie chce nam się i cóż?:)

środa, 03 września 2008
Słońce tak pięknie zachodziło, że postanowiłam zabrać Herkulesa na przejażdżkę wzdłuż jeziora. Trasa niedługa, ale pagórkowata -  jak to w warmińskich stronach. Pierwsze wzniesienie zaliczyliśmy z wielkim trudem - ja wypluwając płuca, a Herkules charcząc i rzężąc. Kiedy wreszcie wyrównałam oddech i poczułam prawdziwą przyjemność, Herkules odmówił współpracy, skapitulował totalnie.
Guma w tylnym kole.


Biedaczek, warszawiak z pochodzenia, zupełnie nie poradził sobie z tutejszym krajobrazem. On kocha szerokie i płaskie ulice, a tu nierówne chodniki, strome podjazdy, co krok niespodzianki. Wróciliśmy do domu piechotą - ja rozczarowana, a on szczęśliwy, że nie unosi mnie już na swoim wydelikaconym grzbiecie.

Nie wie jeszcze, że zostanie wkrótce zawieziony do serwisu i z nowymi podkowami ponownie ruszy na podbój pagórków.

Bo ani mi się śni zamieniać Herkulesa na jakiegoś bezdusznego treka.
Nic z tego kochany.




kfiatki w drodze nad jezioro Podkówka

 
1 , 2