..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 września 2007

Warsow by night
Jestem w Warszawie. Wczoraj byliśmy u mojej kuzynki-Emilki na parapetówie. Ma cudne mieszkanko na ulicy Kinowej na Pradze. Nie widziałam jeszcze lepiej rozłożonych 40 metrów. Potem z Pragi przetoczyliśmy się na Bielany do znajomych Andrzeja  i tam dobiliśmy się  kolejnymi piwkami. Ja jak to ja, załapalam oczywiście smutka, o który nie ciężko po pijaku i choć było sympatycznie, to strasznie zatęskniłam  za Jozi, Walerką i innymi poznańskimi mordkami, do których wkrótce będzie mi daleko.

Konwencja programowa LID
A dziś..
Dziś dla odmiany Andrzej zabrał mnie na konwencję programową LID. Masakra - to mało powiedziane. Po pierwsze na widowni tłoczyły się: albo opasłe perwersyjne mordy podstarzałych kolesi, albo cwaniaczkie ryjki młodych wylansowanych działaczy. A pomiędzy tym wszystkim garstka dziennikarzy, ekscentrycznych babeczek - jednym slowem piorunująca mieszanka. Po drugie uśmiechnięci od ucha do ucha Olejniczak, Borowski i Jaruga-Nowacka twierdzili, że przedstawiają konkrety, obiecując nam bogate szpitale, wysokie podwyżki dla nauczycieli, dobrą edukację i świetną gospodarkę. Na tarasie natomiast lansował się Rysiu Kalisz, który pozował do zdjęć: do jego szerokiej klaty tuliły się do niego zarówno młode dziewczynki, jak i zasuszeni staruszkowie.  
Istne ZOO.

"Gdzie Pani kupiła te buty??"
A ja się trochę snułam, trochę słuchałam tych bredni, patrzyłam na tych dziwnych ludzi i nie mogłam się nadziwić. Jakbym była na innej planecie.
A potem podeszła do mnie jakaś śliczna elegancka pani z telewizji i zapytała gdzie kupiłam swoje buty, bo są rewelacyjne (mowa oczywiście o moich kowbojkach:) A jeszcze potem inny pan zaczepił mnie, mówiąc, że mam świetną czapkę (beret H&M 24 zł).
I pomysleć, że oni wszyscy tam przyszli, żeby się polityką zajmować.
Ech, mówię Wam, to miasto dostarcza mi wiele powodów do zdziwienia i wiecie co?
Fajne to jest!

Wracam we wtorek!

piątek, 28 września 2007
Za trzy godziny uciekam do Warszawy. Będę tam do wtorku,
a w środę, jeśli ktoś ma ochotę napić się ze mną pożegnalnego browarka, zapraszam:

ŚRODA, 3 października, g.19.00, Dubliner w ZAMKU

Miłego weekendu Fistaszki!
czwartek, 27 września 2007

Od czasu do czasu lubię malować usta na czerwono.
Świetny makijaż do mojej ukochanej czerni.
Pierwszą czerwoną szminkę kupiłam po filmie "Nigdy w życiu". Uwiodła mnie wtedy Danuta Stenka, której czerwone usta były znakiem wewnętrznej przemiany z żony w Kobietę. Pamiętacie jak przemierzała redakcyjny korytarz?
I teraz - od czasu do czasu - z wielkiej miłości do Stenki - maluję usta na czerwono. 
Lubię to...

Jutro mój ostatni dzień pracy. Odchodzę w momencie, kiedy już czuję się tam dobrze, swojsko i u siebie; kiedy znalazło się kilka osób, które darzę szczególną sympatią.
Ale nie ma we mnie żalu.
Czuję ekscytację i lęk, ulgę i zwątpienie, ale gdzieś w środku wiem, że potrzebuję tej zmiany i potrzebuję solidnego odpoczynku. 

Dlatego, wybaczcie, dziś położę się wcześniej. Mam wielką ochotę zanurzyć się w moim wielkim, wygodnym łóżeczku i chłodnej, miękkiej pościeli. Najlepiej nago.
Bo wtedy noc może ciaśniej otulić moje zmysły , a ulotne sny przychodzą słodkie i soczyste.
 

To moja dzisiejsza kołysanka.
Kasia Groniec

Tamta kobieta maluje usta
Tamta kobieta nosi sukienki
Tamta kobieta za którą tęsknisz

A ja lubię spacerować oddzielnie
Lubię cię spotykać niechcący
I wracać i nie chcieć od ciebie nic
Lubię robić zdjęcia twoim śladom
i zawracać przed tym nim mógłbyś zobaczyć
zobaczyć w moich oczach coś więcej

Tamta kobieta maluje usta
Tamta kobieta nosi sukienki
Tamta kobieta za którą tęsknisz

Tamta kobieta maluje usta
Tamta kobieta ma smukłą szyję
Tamta kobieta dla której żyjesz

A ja lubię trzymać ręce w kieszeniach
Lubię patrzeć z boku nie płosząc cię
I wracać i nie chcieć od ciebie nic
Lubię robić zdjęcia twoim śladom
i zawracać przed tym nim mógłbyś zobaczyć
zobaczyć w moich oczach coś więcej


środa, 26 września 2007

Zawsze po spotkaniu z Jozi padam z nóg. W końcu butelka wina na głowę po całym dniu pracy to nie takie nic.

A dziś było dość spokojnie. Trochę rozmawiałyśmy o pracy i szarej codzienności accounta w agencji reklamowej, dochodząc do wniosku, że ogłoszenie o pracę mogłoby brzmieć tak:
"nie wiesz co robić w życiu?
Nie masz dyplomu?
Szukamy właśnie Ciebie!
Zostań ekantem!"

A potem to już nie pamiętam, o czym gadałyśmy, ale na koniec siadłyśmy do komputera i zaczęłyśmy przeglądać teledyski Kasi Nosowskiej i dopiero teraz zobaczyłam, jakie ta babka robiła świetne rzeczy.

A  teledysk "Mimo wszystko" wzruszył mnie szczególnie. Może dlatego, że idealnie odzwierciedla moje pragnienia i lęki. Wielką tęsknotę za rodziną i dziećmi, i jednoczesną ogromną niepewność, czy ten mężczyzna na pewno powinien być ojcem moich dzieci. Czy nie zabije nas szara rzeczywistość?

W Andrzeju nie widzę tej gotowości i chęci, a nie należę do kobiet, które za wszelką cenę chcą pakować faceta w rodzinę. I dlatego cichutko czekam i obserwuję, cichutko czekam i marzę: o prawdziwym domu, dzieciakach, radościach, troskach i małych dramatach.

Bo życie bez rodziny nie ma dla mnie żadnej wartości.
A miłość bez próby, jaką jest ojcostwo i macierzyństwo, zwykle jest tak krucha, że może ją zniszczyć byle podmuch wiatru.

Dobranoc kochani!

wtorek, 25 września 2007

Od tego nie ucieknę, bo to jest we mnie.
Łaskotanie. Umiłowanie motyli, które drażnią od środka trzepotem swoich skrzydełek.
Bo jak inaczej nazwać to uczucie kobiecej ekscytacji, kiedy interesujący mężczyzna okazuje nam swoje zainteresowanie?

On okazał.
Już od pewnego czasu okazywał, ale było to na tyle delikatne, że właściwie mogło mi się zdawać. Od kiedy dowiedział się, że wyjeżdżam, stał się znacznie odważniejszy, aż niepodobny do siebie, jakby przez te kilka dni chciał nadrobić zaległości, jakby pragnął do czegoś doprowadzić.
A ja choć wciąż zakochana w Andrzeju i tylko w nim, delektuję się tym przyjemnym łaskotaniem.

Sama nie wiem, czy to wina próżności, czy jednak wrodzonej tęsknoty za wrażeniami?

Ale spokojnie. Jestem mądrą dziewczynką. I wybrałam.
A że mnie połaskocze?
Poznałam smak zdrady; wiem, jak łatwo stracić kontrolę nad niewinnym flirtem; umiem już zrobić krok wstecz, gdy robi się niebezpiecznie, a poza tym...

poza tym te pieprzone motylki są cholernie podniecające
i nic na to nie poradzę:)


poniedziałek, 24 września 2007

Uroczy weekend za mną. A przede mną jeszcze tylko 4 dni pracy!
Ech, czy życie nie bywa czasem rozkoszne?

Tak jak rozkoszny był wczorajszy wieczór. A wszystko dzięki tańcowi. Bo taniec to jeden z najsilniejszych bodźców, które rozgrzewają mężczyzn do czerwoności. Szczególnie, gdy tańczy się dla nich, a oni pozostają łakomymi widzami. Polecam wszystkim paniom!

Dziś natomiast wróciłam do Poznania. Zatopiona to we śnie, to w "Szkarłatnym płatku i białym" Fabera, nawet nie zauważyłam, kiedy minęła podróż. 

Zanim nadszedł wieczór zdążyłam jeszcze pobiegać w parku, wdychając tę ciepłą kolorową i ulotną jesień, potem zrobiłam sobie obiad - makaron, pomidor, camembert i bazylia oraz zmontowałam swoje portfolio, bo znalazłam dziś odlotowe ogłoszenie o pracę.

A teraz piję sobie piweczko, przechadzam się po sieci i niespiesznie szykuję się do snu.  Dobrze mi dziś - tak spokojnie, błogo i optymistycznie.
W końcu jutro jest zawsze świeże i wolne od błędów jak mawiała Ania Shirley.

niedziela, 23 września 2007
Dziś przyjechałam do Warszawy, bo jutro mam rozmowę o pracę, na ulicy Wiejskiej, ale nie.
Nie w sejmie:)

Wczoraj spotkaliśmy się w domu Walerków - zjedliśmy pyszną kolację doprawioną wódeczką i wesoło spędziliśmy sobotni wieczór. No i zachwyciło mnie ich mieszkanko - trzeba przyznać, że Walerce udało się stworzyć naprawdę nastrojowe i nietuzinkowe wnętrze. Trochę jej to zajęło, ale efekt jest rewelacyjny!
Co prawda okazało się, że znów jednym ze swoich wpisów na blogu sprawiłam komuś przykrość, chociaż miałam zupełnie odwrotne intencje. 
Lecz prawda jest taka, że blog - aby pozostał autentyczny - nie może być politycznie poprawny.
A już nieporozumiem jest, kiedy wyciągamy zdania wyrwane z kontekstu i zaczynamy poddawać je wiwisekscji, bo wtedy naprawdę wszyscy się na siebie poobrażamy. A przecież to tylko moja niewinna i nic nieznacząca  pisanina, więc w gruncie rzeczy nie ma się czym przejmować. 

Do jutra!
Zaraz wracamy z A. do domu, gdzie czekają na nas kurki w śmietanie od Mamy Andrzeja, butelka wina i gra Carcassonne.
Czy może być lepsza wizja niedzielnego wieczoru?
piątek, 21 września 2007
Ścierają się we mnie dwa bieguny pojmowania miłości.
Pierwszy jest głosem rozsądku, obserwacji oraz doświadczeń i zakłada, że miłość - choć jest czymś wspaniałym i porywającym - nie powinna być podstawowym składnikiem życia. Takie myślenie nakazuje mi żyć przede wszystkim sobą, samodzielnie konstruować własną tożsamość i iść przed siebie, nie oglądając się na nikogo. W tym modelu mężczyzna to miły dodatek, ale na pewno nie warunek i sens istnienia.

Drugie myślenie to zakorzeniona głęboko tęsknota, aby się komuś w pełni oddać, aby stworzyć z drugą osobą całkowitą jedność, w której jego ból jest moim bólem, a moje szczęście jest też szczęściem jego. To chęć, aby wyrzec się niezależności i przylgnąć do niego, odrzuciwszy własną zbroję, bo przecież teraz on będzie o nas walczył.

Pierwszy model jest myśleniem silnej kobiety, która nie mami się mrzonkami, ale twardo stąpa po ziemi i wie, że miłość to nie constans, ale dość zmienna materia i nie ma lokować w niej wszystkich oszczędności.
Drugi model to nasze babskie cipowate fantazje, bośmy się naczytały w dzieciństwie o tych królewnach, które czekają na księcia i zamiast to wyprzeć, to dopieszczamy w sobie tę tęsknotę i każdego faceta obarczamy idealistycznymi oczekiwaniami.

A dlaczego o tym piszę?
Bo toczy się we mnie walka. Z jednej strony tak bardzo chciałabym popłynąć w tej miłości, z drugiej zaś boję się bardzo, że pewnego dnia się obudzę i zrozumiem, że Andrzej to nie książe, ale zwykły facet. Wspaniały, kochany, uroczy, ale jednak facet, który zawsze będzie istotą z innej galaktyki i którego miłość nie jest czymś oczywistym, stałym i pewnym.

Niestety drogie Panie, czas zamknąć buzie naszym wewnętrznym małym księżniczkom i stać się kobietami - które żyją dla siebie, wiedzą czego chcą i nie gonią za miłością, bo bez niej są nikim.

tak wyglada mój dzisiejszy racjonalizm,
miłego piatku!

czwartek, 20 września 2007

Powiedziałam dziś szefowi, że odchodzę. Bałam się tej rozmowy, jakbym miała coś na sumieniu. A na sumieniu mam tylko miłość. Więc to chyba nie powód do poczucia winy?

Na szczęście zareagował pozytywnie i ze zrozumieniem. I nadal będę pisać do magazynu, więc finał okazał się szczęśliwy.

Jakie są moje plany?
Najpierw zrobię sobie urlop - mam wielką ochotę pojechać na dłużej do domu, nacieszyć się psami, kotami, przestrzenią. Móc poodychać lasem, posiedzieć nad jeziorem. Mam ogromne pragnienie wolności, wylegiwania się w łóżku, czytania, pisania, przyrządzania posiłków i dłuugich spacerów. Chcę spać, gdy chce mi się spać i żyć, kiedy mam ochotę żyć.

A potem?
A potem - gdzieś w okolicy listopada - przeprowadzam się do Warszawy. Może do tego czasu znajdę pracę, która mnie uwiedzie, a może... wpadnę na jakiś odlotowy pomysł, jak zarabiać bez wysiłku? Na szczęście Andrzej gotów jest wziąć mnie pod swoje skrzydła, więc paniki nie ma.

To tyle planów. Rzeczywistość je pewnie zweryfikuje. Jak zawsze:)
Ale słowo się rzekło!
***
A teraz coś z innej beczki:

BABSKIE GADU-GADU, czyli kobieca logika
Kilka dni temu w "Trójce" o poranku mówili coś o średniej wieku mieszkańców Polski. I padło tam zdanie, że średnia wieku w Olsztynie jest o 8 miesięcy niższa niż w jakimś innym mieście.
Tego samego dnia gadam z Walerką na GG:
Walerka: A Ty, wiesz, dziś w Trójce mówili...
Ja: Że?
Walerka: że w Olsztynie średnia wieku mieszkańców wynosi 8 miesięcy. Ale wiesz... jakoś nie chce mi się w to wierzyć...

Umarłam ze śmiechu, ale sama nie jestem lepsza. Ostatnio szukałam artysty, który udzieliłby mi wywiadu na temat swojego ulubionego filmu. Zobaczyłam kalendarium wystaw w Zamku i chwyciłam za słuchawkę, aby zapytać o namiary na... Alfonsa Muchę:))))


znalezione na www.fizgal.blox.pl

wtorek, 18 września 2007

Dziś byliśmy na sympatycznym wieczorze u Frr. Popijaliśmy wino i gadaliśmy o głupotach. Była też Jozi i Kris z Aśką. Razem z Jozi rzuciłyśmy się na pyszny smalec Ciotki Stelli i zajdałyśmy aż nam się uszy trzęsły.  A potem Frr opowiadał o swojej rozmowie o pracę, po której Pani rekrutująca, zanim jeszcze on wyszedł, podarła jego CV. Nie ma jak trzymać fason:)

To natomiast skłoniło mnie do tego, aby opowiedzieć o jednej ze swoich niedawnych rozmów w Warszawie, podczas której, oprócz standardowych pytań pt. Twoja wada, Twoja zaleta, Twój życiowy autorytet itp., padło również:

- Wyobraźmy sobie, że mamy złotą rybkę, która spełnia życzenia. Jaki byłby Pani wymarzony dzień w pracy?
- Ale wymarzony w tej firmie?
- pytam z powątpiewaniem, bo od dobrej godziny czuję, że to firma nie dla mnie.
- Niekoniecznie - odpowiada pani z grzecznym uśmiechem.
- Acha. No to wstaję o 9 rano, piję kawę na tarasie z widokiem na ocean, dzwoni mój wydawca z wiadomością, że właśnie zdobyłam prestiżową nagrodę literacką. Po południu mam kilka spotkań autorskich, a wieczorem idę na branżową imprezkę.
- Acha - powiedziała pani  i chyba obie pomyślałyśmy to samo: "raczej już się nie spotkamy":)

Idę lulu.
Dobranoc Fistaszki!

Wróciłam dziś do Poznania. Miałam wyczerpujący weekend, a przede mną kolejne trudne dni.
Po pierwsze dlatego, że po godzinach piszę scenariusz wielkiego eventu i czacha mi dymi, bo rzecz okazuje się wcale nie łatwa. A oprócz tego próbuję jeszcze skończyć reportaż o pewnej niesamowitej kobiecie. O zakurzonej "Matyldzie", którą już tworzę blisko rok - chwilowo zapomnijmy. 

Po drugie zaś - przede mną zmiany, zmiany, zmiany.
Dziś podjęłam kobiecą decyzję - decyzję intuicyjną.
Od października wyprowadzam się z Poznania.
Czas na mnie.
Muszę skoncentrować s
ię na tym, czego naprawdę chcę i do czego zmierzam.
Nie rozłupię się na Poznań, Warszawę i Olsztyn.

Może tak miało być. Ponoć 7 lat w związku oznacza kryzys.
Ja przeżyłam w Poznaniu ponad siedem lat i czas się rozstać.
Będzie bolało? Będzie. Ale gna mnie nowe i wiem, że tego chcę.

piątek, 14 września 2007
Kochani, zmykam do Warszawy - przyjemności weekendowej życzę!

czwartek, 13 września 2007

Chorowania ciąg dalszy. Czyli mówiąc krótko - pozycja horyzontalna i nic się nie dzieje, panie tego!
Ale jestem z siebie dziś zadowolona, bo wreszcie znalazłam chwilę i energię, aby pisać. Powinnam sobie codziennie powtarzać to jak modlitwę:
"tylko pisanie może dać mi wolność"
bo drugim rozwiązaniem jest bogate zamążpójście, ale na to się nie zanosi. Więc lepiej pisać.

Wieczorem wpadł jeszcze na chwilę Kris. Oczywiście jak na brata przystało, nie bezinteresownie, ale z dwoma torbami prania.
Praniem zajęła się pralka, a my popijaliśmy herbatę i gadaliśmy o tym, że trzeba coś zrobić, aby móc się realizować w pracy, zarabiać pieniądze i być wolnym.
 W końcu Krzysiek mówi:

KRIS: dziś w południe byłem na chwilę w Praktikerze i wiesz co? Dwunasta godzina, wpadam spocony jak świnia, bo w tej mojej firmie to ciągle jest tempo, a tam co? Pełno ludzi!
JA: no i?
KRIS: Powiedz mi Aga, co oni w południe robią w sklepie? Wiesz, jak się wkurzyłem?! Oni o tej godzinie to wszyscy powinni za biurkiem siedzieć! A nie sobie po sklepach łażą.
JA: Może mają własne firmy albo coś.
KRIS: Własne firmy? Jak się ma firmę, to się biega. A oni s p a c e r o w a l i !!! Wolnym kroczkiem. Lewary jedne. Nie masz pojęcia, jak można się sfrustować takim widokiem!  Ale się wkurzułem, mówię ci!!

20 minut później. Kris pali w oknie fajkę, a ja oglądam telewizję.
JA: O czym tak myślisz?
KRIS: Jak to kurna o czym? O tych ludziach w Praktikerze!

Ledwo dycham. Tym razem przeziębienie. Nie ze smutku, ani przygnębienia, ale po prostu - zarażona od I., z którym siedzę ramię w ramię w pracy. Teraz ja , chodząc do roboty, zarażam innych.

Ale przeziębinie ma też swoje dobre strony. Bo po pracy biorę gorący prysznic, ciepło się ubieram i wskakuję do łóżeczka bez krzty wyrzutów sumienia. I oglądam sobie filmy, patrzę w sufit, rozmawiam przez telefon i jest mi tak błogo i leniwie!

Wczoraj obejrzałam film pt."Trzynastka" - obowiązkowa pozycja dla każdego rodzica dorastających dzieci.
Lubię filmy o nastolatkach - przypomina mi się wtedy moje własne dojrzewanie pełne wybryków, o których dziś nawet wolę nie myśleć.
Bo rzeczywiście nie było ze mną łatwo - biłam się z dziewczynami, cudowałam z fryzurami i strojem (mniej więcej raz w tygodniu wyrzucano mnie z lekcji, żebym poszła do domu się przebrać). Kiedyś urządziłam w szkole strajk i siedzieliśmy wszyscy na boisku, skandując "nie chcemy geografii". Będąc liderem obozu klasowego, podżegałam innych do kłótni, planowałam intrygi i manipulowałam ludźmi. Naprawdę byłam straszna - wyrachowana i nieczuła.
A co ciekawe, jednocześnie pożerałam książki - czasem nawet jedną dziennie, dużo pisałam i miałam naprawdę bogaty swój intymny nastolatkowy świat.

Dziwny jest świat nastolatków - pociągający i przerażający jednocześnie. No ale cóż się dziwić? W końcu to czas między dzieciństwem, a dorosłością, gdzie wszystko się jeszcze kłębi i miesza.
Młodzi rodzice, obecni i przyszli - obejrzyjcie "Trzynastkę" - odrobina świadomości Wam nie zaszkodzi:))




wtorek, 11 września 2007

Ładnie napisał Frr, kiedy powiedziałam mu o swojej beznadziei i smutku:
"
życie zawsze bardziej boli tych, którzy - tak jak ty - mocno kochają świat"

A jednak postanowiłam wziąć się w garść i mi pomogło.
Najpierw posprzątałam chatę, potem dałam sobie gimnastyczny wycisk i tak jakby mi się rozjaśniło w głowie.
Po pierwsze muszę wreszcie nauczyć się sama żyć - niezależnie czy z kimś jestem czy nie, muszę nauczyć się stać na własnych nogach, o własnych siłach i cieszyć się własnym towarzystwem. I to jest priorytet.
Po drugie - muszę mieć jasny cel - do czego zmierzam i co chcę osiągnąć.
Po trzecie muszę nauczyć się dawać wolność w miłości, a nie uczepiać się męskiego ramienia i z nieufnością dzikiego zwierzątka obserwować każdy jego ruch - bo mnie okłamie, zawiedzie, przekręci.
To moje trzy osobiste warunki spokoju i spełnienia.

Obejrzałam dziś "Jedwabną Opowieść" - ładny film.
Nie tryskam przesadną energią ani entuzjazmem, ale mam dziś w sobie dobry spokój.
Po prostu wciąż muszę uczyć się życia i nie dawać za wygraną.
Co to, to nie.

W końcu kto to słyszał, żeby przez jesienną chadrę chodzić z opuchniętymi oczami?!

poniedziałek, 10 września 2007

A dziś było mi tak strasznie smutno. Czasem zdarzają się takie dni, że ma się ochotę wyć z bólu i rozszarpać własne ciało na strzępy. Z jednej strony dławi mnie tęsknota za Andrzejem, z drugiej rozpiera mnie pragnienie wolności, w której będę miała czas na sen, książki, góry, spacer. Szkoda mi czasu na pracę, z której nic nie wynika. Szkoda mi czasu na robienie bezsensownych rzeczy w agencji, gdzie i tak połowa idzie do kosza.
Chcę pisać, chcę smakować życie, chcę poznawać ludzi. I chcę po prostu delektować się własnym istnieniem na tej planecie - porannym kakao, smacznym obiadem, muzyką, spotkaniem.
Mam dość wyścigu z bezlitosnymi wskazówkami zegara.
I chcę do Andrzeja. Nie za miesiąc czy dwa, ale teraz już natychmiast.
Nie jestem stworzona do czekania i nie znam słowa cierpliwość.
Dlatego wyję, płaczę, wściekam się, a potem boli mnie głowa i mam napuchnięte oczy.

Jesień rozłożyła już swój płaszcz, spod którego wysuwa się niechęć, frustracja, nostalgia i wielkie pragnienie, aby wszystko pieprznąć i zacząć wreszcie ŻYĆ.


A to fotka sprzed lat... taka właśnie tęskna

niedziela, 09 września 2007
Powinnam się już przywyczaić, że każda wizyta u moich rodziców wiąże się z jakąś aferą. Bo jak nie padnie pompa, to kominek się zapcha, a jak nie kominek, to psy zginą, a jak nie psy to coś tam jeszcze.

Tym razem ledwo zdążyłam wysiąść z pociągu, zadzwonił tata, że nie dojechał po mnie, bo złapała go policja, a on nie ma dokumentów, no i samochód niesprawny. Znalazłam go wreszcie na stacji benzynowej w oczekiwaniu na lawetę - dwa radiowozy i mój biedny Tatulek, bo dla niego brak samochodu, to cholerna komplikacja - nie dość, że rodzice mieszkają za miastem, to jeszcze Tata nie może prowadzić firmy bez samochodu .

Odegrałam łzawą scenę przed Panem Władzą, że wróciłam z daleka i tatuś po mnie na dworzec jechał. No bez świateł, co prawda, ale przecież każdemu się może zdarzyć. Przemilczałam, że bez tych świateł to jeździ już pół roku i że samochód jest tak zdezelowany, że drzwi odpadają, wszystko klekocze, a w podłodze są takie dziury,  że można patrzeć na jezdnię.  Niestety policjanci się nie ugieli i samochód zabrano. Na szczęście dali najniższy mandat. 
Tata wyjął z auta wszystkie potrzebne rzeczy - m.in. grabie, nóż myśliwski bez pochwy i tysiące jakichś metalowych części, więc wyglądaliśmy naprawdę pociesznie, stojąc z tym wszystkim i czekając aż po nas przyjadą znajomi.

Najlepszy był jednak mój kuzyn, który odwiedził nas następnego dnia i tak mówi do Taty:

- Wujek, co ty się tak martwisz? Wyobraź sobie, że nie masz ważnego OC, jedziesz nawalony jak meserszmit i potrącasz na pasach ciężarną zakonnicę. Wtedy dopiero miałbyś zmartwienie.

***

A w ogóle w domu było błogo. Ta cisza, las, jezioro i piękne wzgórza wokół potrafią tak koić jak nic innego. I po raz kolejny wyjeżdżałam z poczuciem niedosytu, że bez sensu, że za krótko. Będę to powtarzać chyba jak mantrę: nie jestem stworzona do pracy na etacie. Muszę być wolna. I będę. Wiem to.
piątek, 07 września 2007
No i nic nie napisałam..
a teraz spadam na dworzec.
Przyjemności na weekend Robaczki:)
czwartek, 06 września 2007

Znów padam na ryjek. Tym razem to nie film, ale Jozi. Spiła mnie całkowicie. Szuja jedna. Ale fajnie było. Najpierw poszłyśmy na kolacyjkę do włoskiej kanjpki, a potem na piwko do Brovarii.
A teraz to ja umieram i idę lulu. Więc do jutra. Skrobnę coś może. A potem jadę do Olsztyna. Tym razem bez Andrzeja, bo się kurczę pieprzony sejm rozwiązuje.

Acha - mam cholerne zakwasy. Zaczęłam wczoraj ćwiczyć, bo nie mieszczę się w żadne jesienne spodnie. Jozi twierdzi, że zamiast chudnąć, łatwiej nauczyć się szyć:)

Jak Wam się podoba ta dziewczyna?
Dla mnie - zjawiskowa!



fot. Roman Tyka

"Ciebie kobiety albo kochają, albo nienawidzą" - powiedziała mi kiedyś Walerka. I rzeczywiście coś w tym jest. Bo zawsze było tak, że albo ulegałam wielkiej fascynacji jakąś babeczką, a między nami rodziła się nić fajnego porozumienia, albo od początku była ściana, totalny mur i nie chciało mi się nawet ruszyć palcem w bucie, żeby nawiązać bliższą relację. Powód? Nie moje RH, totalny brak duchowego pokrewieństwa, po prostu nie ta cup of tea.

A dlaczego o tym piszę? Bo ostatnio ktoś, czyjego imienia na wszelki wypadek nie wymówię, przybył do mnie z wieścią. Ów kurier podsłuchał rozmowę dwóch panienek z towarzysko-zawodowego otoczenia, takie tam w sumie znajome znajomych.

- Ta Agnieszka to taka beznadziejna.
- Nie dość, że głupia to jeszcze brzydka.
- No i w ogóle taka marna.
- No więc co Ci faceci widzą w tej Agnieszce?
- No właśnie, taka beznadziejna, a ma tyle szczęścia. Choć jej nowy koleś to kiepski jest. Widziałam ich na ulicy - nie umywa się do jej poprzedniego.

Uśmiechnęłam się. Może dlatego, że z zawiścią kobiet spotykam się właściwie od kiedy żyję. Wszystkie je łączy jedna cecha, a właściwie jej brak - brak osobowości. I agresja w stosunku do każdego, kto ma odwagę
być sobą i iść pod prąd.

Uśmiechnęłam się, choć to w sumie smutne.
Ale paradoksalnie, takie wieści dają mi jeszcze więcej siły. Mam ochotę być jeszcze lepsza w tym, co robię i jeszcze bardziej niezależna. Niech im ze złości
poskręca kiszki.
No cóż, przyznaję, aniołem nie jestem:)

Już dawno Brassens pisał:

Ja nie krzywdzę wszak spośród nich nikogo
Gdy nie klaszczę w takt fałszującym trąbom
Ale bliźni nie lubią, gdy
Ktoś inną drogą pragnie iść
Palcem wskazują wszyscy mnie
Oprócz bezrękich - normalna rzecz

Nie mam siły. Właśnie skończyłam oglądać Amores Perros, czyli po polsku psy miłości. Brakuje mi słów, aby opisać to, co ten film robi z naszym umysłem i żołądkiem. Jestem tak pozamiatana, że odebrało mi mowę.
Dlatego idę spać.
Jutro opowiem o babskiej zawiści, czyli małą historyjkę o tym, jak kobietki miałyby ochotę się nawzajem pozagryzać. Zupełnie jak psy miłości. Ten kto widział, wie:)

środa, 05 września 2007

Kurczę, już późno i powinnam iść spać. Ale przecież nie zostawię Was bez nowego odcinka serialu-tasiemca.
Dziś właściwie nie wydarzyło się nic przełomowego w moim życiu, ale byłam na bardzo energetycznym spotkanku z Karolą, która emanowała niesamowicie pozytywną aurą. A wszystko dzięki dokumentowi "The secret", który przekazywany jest w drugim obiegu i nie tak łatwo go dostać. A film jest o magii pozytywnego myślenia. Niby banał, prawda?

A jednak, gdy patrzę na dotychczasowe swoje życie, to jeśli czegoś bardzo chciałam, zwykle się spełniało. Choć czasem wydawało się to nieprawdopodobne. 

Bywało, że marzyłam o pozornie nieosiągalnym mężczyźnie, albo o przytulnym mieszkaniu w samym centrum Poznania, albo pracy w Zamku, bo Zamek jak nic innego wydawał mi się sercem miasta. Marzyłam o napisaniu książki, a potem o tym, żeby móc pracować w agencji, w której teraz jestem. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi.
Ale zdobyte szczyty zwykle już tak nie smakują. I wtedy kiełkują w nas nowe, bardziej ekscytujące marzenia.
Dziś moim największym jest codzienność z Andrzejem.
Kto by się tego spodziewał, prawda?

ps. właśnie dostałam od Walerki esemsa, że mam obejrzeć "Mężczyznę Idealnego", bo to film o mnie:) Wiem, widziałam. Trochę o mnie. Ale film świetny - polecam!

wtorek, 04 września 2007

Ale mi się dziś ciśnienie podniosło!
Dostałam tekst mojej powieści po poprawkach od innej Pani korektor. Widać, że babka zna się na rzeczy i ma dużą wiedzę, ale co to za korekta, jeśli ktoś mi podkreśla trzy linijki i pisze znak zapytania. I co? Ja teraz mam myśleć, co Pani miała na myśli. Albo mi bazgrze: "styl", "zob. sł. popr. polszyzny". A co ja w szkole jestem?
Ale to jeszcze nic.
Na przykład owa Pani poprawia mi literówkę w dialogu, gdzie zamiast "kurczę", jest "kurcze", a ona mi na to: "kurcze to są w nodze, a to pisze się kurczę."
I tak co chwila, zamiast zająć się swoją robotą i poprawiać, to ocenia, a przy tym na każdym kroku złośliwość.

Nie mam wyjścia. Nie pozostanę jej dłużna - ode mnie również otrzyma milutką korespondencję.
Na przykład przy jej uwadze: "nie ma takiego związku frazeologicznego".
Dopisałam: "No to już jest:)"
Jak grać w ping-ponga, to grać.

A ja już bardzo tęsknię za Magdą, która jako pierwsza robiła mi korektę i była delikatna, wykazywała inicjatywę i potrafiła mnie rozbawić do łez.
Ech, mówię Wam, szkoda gadać - trudny jest żywot wielkich pisarek!

ps. Andrzej twierdzi, że ta Pani jest pewnie córką niespełnionej fortepianistki.
I tu rodzi się zasadnicze pytanie: czy istnieje słowo "fortepianistka"?

poniedziałek, 03 września 2007
Leżymy ciasno przytuleni i obiecujemy sobie, że będziemy już zawsze razem. Bo przecież nasza miłość jest wyjątkowa.

- Ale obiecaj, że mnie nie okłamiesz..
- Nigdy. A ty obiecaj, że mnie nie porzucisz.
- Obiecuję. Będę Cię zawsze kochać.
- Ja Ciebie też.
- I będziemy zawsze szczęśliwi, prawda?
- Pewnie, będziemy wiecznie szczęśliwi i zawsze w sobie zakochani.

Znacie takie dialogi? Ile razy to powtarzaliście, a potem przychodziła nuda, pierwsze kłamstwo, zdrada, obojętność, a czasem i nienawiść.
Wiem, bo przeżyłam. A jednak wierzę, że tym razem będzie inaczej.
Dlatego leżymy ciasno przytuleni, trzymamy się za ręcę, chowam policzek w jego ramionach i podnoszę oczy. On gładzi moje włosy, ja wodzę palcem po linii jego brwi. Zapatrzeni w siebie, siebie niewiadomi... wyznajemy miłość - naszą, jedyną i wyjątkową.

Prawda, że kiczowate?
Ale tak piekne, że aż chce się wyć z bólu.
Bo szczęście potrafi boleć.


A to jeszcze fotka z Gór.
sobota, 01 września 2007

Odłączyli mi Internet! I to w Międzynarodowy Dzień Blogowicza!
Szczyt bezczelności, doprawdy. I tylko dlatego, że nie zapłaciłam kilku rachunków. Też mi powód.
No, ale nic. Teraz jestem w Warszawie i stąd przesyłam Wam gorące życzenia Drodzy Blogowicze. Zgodnie z założeniem święta, wpisuję i polecam blogi, o których wcześniej nie wspominałam:

1. http://chlip-hop.bloog.pl/, czyli świetna korespondencja pomiędzy Magdą Umer i Andrzejem Poniedzielskim
2. http://gbm.blog.onet.pl/  specjalnie dla Jozi - dzięki temu blogowi bedzie mogła jeszcze bardziej poczuć się jak Miss Universum. Zakładka "gwiazdy bez makijażu" jest dla wszystkich pań, które jeszcze żyją w przeświadczeniu, że to co widzimy na szklanym ekranie lub w kolorowej prasie ma jakikolwiek związek z rzeczywistością.
3. www.kuczynski.blox.pl tego nikt normalny czytać nie będzie, gdyż pan pisze o rynkach finansowych, ale zrobię mu tę przyjemność, bo po pierwsze - pochodzi z Olsztyna, a po drugie - był pierwszym pracodawcą Ramsika, dzięki któremu mogła ona wyjechać z Poznania i zaczepić się w Warszawie.
***
No, a ja jestem sobie w Warszawie. Siedzimy z A. w radiu, bo przez te pieprzone zatrzymania w rządzie, mój ukochany musi pracować. Jak tylko spotkam któregoś z Wielkich Braci to się z nim rozmówię - jak słowo daję.
***
A teraz z innej beczki, czyli coś z przypadków mojego Tatulka.
Tym razem czarny humor.

Kilka lat temu, gdy pośmierci dziadka Tata załatwiał formalności pogrzebowe, m.in. udał się do jakiejś Pani, żeby ustalić, jak ma wygladać wystawienie Dziadka w kaplicy.
Moja rodzina jest na wskroś ateistyczna i średnio obeznana z terminologią i kwestiami kościelnymi. 

No więc pani pyta Tatę:
- Czy życzy pan sobie krzyż?
- Tak, niech będzie krzyż - odpowiada Tata.
- A pasyjkę? (dla nieobeznanych: figurka Chrystusa na krzyżu)
- Słucham? Nie, pacynki, chyba nie.