..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 29 września 2006

Dziś po raz kolejny usłyszałam od Kogoś, że w tym blogu kreuję się na osobę niezależną i wyzwoloną, a w rzeczywistości wcale taka nie jestem.
Nie jestem ponieważ?
Ponieważ nie mam ochoty na seksualne przygody?
Ponieważ nie uznaję seksu grupowego?
Ponieważ nie uprawiam żadnych perwersji?
No właśnie... 

Pamiętam, że kiedyś Jozi w podobny sposób tłumaczyła gościa, który odwiedzał tę stronę i
 złożył mi bardzo jednoznaczna propozycję:
 - no bo wiesz, Ty w tym Twoim blogu wydajesz się taka niezależna i wyzwolona, więc każdy jest przekonany, że chętnie pójdziesz z nim do łóżka - powiedziała wtedy.

A zatem uściślijmy.
I chwilowo pomińmy, że sam akt pisania już jest kreacją, co wcale nie musi znaczyć,  że stwarza się fałszywy wizerunek własnej osoby.

Wróćmy do niezależności.
Czym jest niezależność, jeśli nie wolnością wyboru?
W tym znaczeniu jestem całkowicie niezależna - ponieważ zarówno w pisaniu, jak i w życiu staram się być wierna sobie.

A wyzwolona?
Czym jest wyzwolenie?
Otwarciem na nowe i świadomym wyborem czy bezmyślnym i bezrefleksyjnym przekraczaniem wszelkich granic?
Jeśli to drugie to na pewno wyzwolona nie jestem. 

Ci, którzy czytając ten dziennik, nie wyłączą przy tym swojej wrażliwości, dostrzegą znacznie więcej niż tylko głód dotyku, fantazje seksualne czy imiona mężczyzn przewijających się przez moje życie. 
Dostrzegą również to, że jestem kobietą taką jak tysiące innych chodzących po tej planecie i jedyne co mnie czasem od nich różni, to zdania, które ja wypowiadam głośno, a one zachowują dla siebie.
Nie każdy musi być w końcu ekshibicjonistą.

 

czwartek, 28 września 2006


Dziś od rana znów dostałam zjebkę od mojej pani szefowej, że się nie ubieram biznesowo, ale skoro się tak bardzo wstydzę chodzić po mieście w eleganckich ciuchach, to mogę przynieść garnitur i pantofle do pracy i tu się przebierać.
Ja w garniturze? I pantoflach???Błagam!

A potem weszła do pokoju inna pani szef i rzekła:
"oo jak wy dziś ładnie wyglądacie, nawet Agnieszka ładnie się dziś ubrała"


Nawet Agnieszka!
Jak ja mam w takich warunkach pracować?!

***
Mam bilety na dzisiejszy Piosennik Poniedzielskiego,
ale odwołali:( chlip, chlip!

No właśnie, a teraz jeszcze słów kilka o szpiegowskich zapędach mężczyzn.

Po ostatniej sprzeczce dotyczącej pisania sms-ów postanowiłam, że nie będziemy w naszych kontaktach w ogóle używać telefonów komórkowych . Są e-maile, tradycyjna poczta, gołębie, telepatia, jakoś można sobie poradzić.


No i wczoraj, jakoś przed 20.00, biorę sobie prysznic, bo zaraz ma przyjść do mnie Mareczek, a tu nagle -  dzwonek domofonu. Raz, drugi, trzeci.
Wyglądam przez okno.
Wilk. Z niezapowiedzianą wizytą.

Wpadł jak po ogień, powiedział, że mam to traktować jak esemesowy buziak, bo on zaraz znika.
Odpowiedziałam, że dobrze, bo zaraz przychodzi do mnie M. z winem i filmem.
Troszkę mu się minka skwasiła, ale jakoś udało mi się go udobruchać.

Wreszcie przyszedł M., obejrzeliśmy sobie Historie kuchenne, obaliliśmy prawie dwie butelki, zaczęliśmy gadać o rozwodach, związkach i innych bzdurkach, dochodziła już 23, a tu nagle: dzwonek domofonu.
A tam?

Wilk.

Że niby chciał mi esemesa na dobranoc wysłać, ale skoro nie może, to przyjechał.
I znów wleciał na 30 sekund jak huragan, zbadał sytuacje, spojrzał, że światło przyciemnione, a my na jednej kanapie!

Kontrola jak ta lala!
I ja mam uwierzyć, że chodziło o buziaka na dobranoc?

Słodkie to było i jeszcze się uśmiecham jak przypomnę sobię tę sytuację, ale następnym razem zatakie szpiegowanie oberwie w łeb, słowo honoru!

Jakiś czas temu okazało się, że dostałam ładną kaskę z książeczki mieszkaniowej. Postanowiłam jednak, że ukryję to przed moją rodzinką, bo u nas w domu ten, kto ma kasę, zaraz jest wykorzystywany. Poza tym nie chciałam tracić wizerunku zabiedzonej dzieczynki w wielkim Poznaniu, gdyż dzięki niemu zawsze można było na coś staruszków naciągnąć.
 
Z tej okazji wczoraj po pracy stwierdziłam, że  rzucę się w szpony konsumpcji i zakupię sobie kowbojki, na które od dłuższego czasu miałam ochotę.
Łaziłam więc sobie radośnie po mieście, dopóki nie zadzwoniła moja Mamulka ze wspaniałą nowiną.
"Kochanie, przyszedł do Ciebie wyciąg z banku, wiesz ile dostałaś z tej książeczki?"
"Ile?"
- zgrywam głupa
"Nie zgadniesz" - jak dziecko cieszy się moja Mama,

która już dziś zdążyła zadzwonić  z niewinnym pytaniem,
czy nie mam ochoty kupić jej jakiejś bluzeczki albo sweterka!

I w ten sposób kowbojki poszły sobie w las.
Jestem na cenzurowanym, a mogło być tak pięknie!

środa, 27 września 2006

Ech jak ja lubię spotykać się z ludźmi, którzy mają dar inspirowania!
Okazało się, że wczoraj przyjechała do Poznania Julia - świetna scenografka z Litwy, która zaprojektowała rewelacyjne kostiumy do "Króla Mięsopusta" w naszym teatrze, a teraz pracuje nad spektaklem pt. "Pozytywka".

Poszłam do niej na próbę, a potem udałyśmy się na Stary Rynek na kolacyjkę. Nie widziałyśmy się prawie dwa lata, a tak jakby to było wczoraj. Gadałyśmy o sztuce, o teatrze, o muzyce, trochę o facetach i właściwie pozornie nie było w tej rozmowie nic szczególnego, a jednak mogłybyśmy tak gadać i gadać do późnej nocy.

Było to spotkanie z gatunku tych, po których się wraca ze skrzydłami u ramion, uśmiechem na ustach i nieziemską energią  w stopach. I choć była już ciemna uśpiona noc, miałam ochotę czytać, popracowałam chwilę na komputerze i czułam, że mogę przenosić góry.

Kolejny raz położyłam się z wiarą, że powoli dojrzewam do tego, aby znów zacząć pisać.
Kiciula wtuliła się w moje ramiona i tak zasnęłam, ciesząc się na myśl, że wraca głód, który tak bardzo lubię.

wtorek, 26 września 2006

Oj działo się wczoraj!
Oczywiście gdyby nie mój ośli upór, który ja pieszczotliwie nazywam po prostu konsekwencją, pewnie nic by się nie wydarzyło i spędzilibyśmy przyjemne poniedziałkowe popołudnie i wieczór.
Ale tak się nie stało, ponieważ ja obiecałam sobie, że nie napiszę więcej, a on był przekonany, że moje milczenie stanowi odmowę.

A potem były łzy i złość i nieporozumienie,
lecz jeszcze później śmiech i pocałunki i przytulanie i kochanie.

I tak to czasem jest, że zupełnie proste rzeczy można niebywale zagmatwać.
A ja osiągam w tym mistrzostwo!
I jak już się tak po oślemu uprę, to choćby mi serce krwawiło z bólu, zaciskam zęby i nie odpuszczę. 

Lecz kiedy go wczoraj zobaczyłam w drzwiach, od razu wiedziałam, że nie potrafię się na niego gniewać. I kipiąca przez cały dzień złość, zupełnie niepostrzeżenie zamieniła się w  czułość.  I poczułam ogromną potrzebę dotyku - żeby się wtulić, żeby zapomnieć, żeby być tak bardzo, bardzo blisko.

Bo ja nie chcę nic więcej. Oprócz miłości mój Wilku.

poniedziałek, 25 września 2006

Był sobie piątek, godzina 21.00 wyszłam z mojej bramy, żeby iść na dworzec po familję i już za zakrętem wcisnęło mnie w chodnik. Na wystawie księgarni, jak gdyby nic, pyszniła się nowa książka Małgorzaty Musierowicz "Czarna polewka"!

Jak to się stało, że nic nie słyszałam o pojawieniu się kolejnego tomu?!!

Zdruzgotana takim przeoczeniem, ale szczęśliwa na samą myśl, że przede mną znów nowe perypetie ukochanych bohaterów,  szłam na dworzec z solenną obietnicą poprawy.
To pieprzone przyziemne życie - praca, mieszkanie, beznadziejne perypetie uczuciowe tak zaprzątnęły mi głowę, że nic nie czytam,  nie piszę, nie mam pojęcia o świecie i jak po równi pochyłej uwsteczniam się w kosmicznym tempie.

A przecież właśnie z powodu Jeżycjady znalazłam się w Poznaniu.
I mimo, że nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, już w liceum wiedziałam, że zamieszkam w Poznaniu i będę chodzić ulicami Kreski, Baltony, małej Genowefy i profesora Dmuchawca.
Pamiętam, że potem na studiach obcy ludzie zaczepiali mnie z pytaniem:
"EEE to Ty jesteś ta, która przyjechała tu studiować z powodu Musierowicz?"


Książkę nabyłam w sobotkę z rańca i kiedy moja rodzinka pojechała, a ja zregenrowałam siły, usiadłam do niej i z namaszczeniem otworzyłam na pierwszej stronie. Potem przeczytałam pierwszy rozdział i choć miałam ochotę na więcej, odłożyłam, żeby łakomie nie pochłonąć całości. Muszę się mocno pilnować, aby delektować się nią jak najdłużej.

Więc po pierwszym rozdziale "Polewki" jednym okiem zerkałam na okładkę książki, a drugim ogladałam pierwszy odcinek "Oficerów", który mnie bardzo mocno wciągnął.

A kiedy już noc całkiem gęsto osiadła za moim oknem, puściłam sobie piosenki Kaliny Jędrusik i było mi trochę błogo, a trochę samotnie.

Wczoraj o 16.17 wpakowałam rodzinkę do pociągu i powędrowałam prosto do łóżka, żeby się zregenerować po spustoszeniu, jakie zasiali przez krótkie dwa dni pobytu. 

Po pierwsze nic a nic się nie wyspałam, bo w moim jednym łóżku spaliśmy w trójkę plus kot, który w przypływie nagłej miłości uwalił się na mnie i leżał w ten sposób obie noce.

Za dnia przegoniłam ich trochę po Poznaniu i  całe szczęście, że moja "Marcinka" w samym centrum, bo zawsze można było wskoczyć, coś ubrać, przekąsić czy odsapnąć.
Byliśmy na Zakochanym Paryżu - niekoniecznie polecam, a potem na trójwymiarowej podróży na Galapagos. Odwiedziliśmy też mój Teatrzyk, gdzie obejrzeliśmy Rycerza Pryszczycerza.

Mój braciszek pierwszy raz w życiu zobaczył koziołki na poznańskim ratuszu i rozczarował się wielce, bo od rana wkręcałyśmy mu z mamą, że to żywe kozły będą ze sobą walczyć.
Gdzieś coś przekąsiliśmy, zaszliśmy na kawę, lody i tak nam upłynął niezwykle kosumpcyjny, ale rodzinny i wesoły weekend.

Krzysiek zabrał się jeszcze za drobne naprawy w moim mieszkaniu, czego efektem jest rozmontowana półka, ale już nie zamontowana na nowo, bo kot porwał śrubki oraz zepsuty kontakt, który wcześniej działał, a jedynie nie miał uziemienia.

Generalnie, posumowując - przyjechali, narobili bigosu i pojechali:))

A tak serio - strasznie mi dobrze z nimi i nie mogę się pogodzić z tym, że Olsztyn jest tak daleko od Poznania.
piątek, 22 września 2006

Od rana mam świetny humor, bo dziś zjeżdża do mnie mój braciszek (dwumetrowy chłop jak dąb) i Mama. To dopiero ich trzecie odwiedziny w Poznaniu, a przecież jestem tu ponad 7 lat!

Straszliwie się cieszę, choć czuję, że moja ascetyczna Mamuśka będzie mocno kręcić nosem na moją kolorową, juz lekko zagraconą "Marcinkę". Ale co tam!

Jutro zaprowadzę ich do Imaxu, bo po ostatniej wizycie, kiedy poszliśmy na "Rekiny 3D", moja Mamasza załapała bakcyla trójwymiaru:)))

Fajnie, że już weekend, że w Marcince, że nie muszę nigdzie jeździć, nigdzie się spieszyć, że nie mam umówionych tysiąca trzydziestu sześciu spotkań i że ten weekend spędzę właśnie z Nimi. 
 ***
Wilk znowu daleko. Karmimy się wzajemnie upojnymi strzępami czasu, lecz niestety strzępami.
Zaczynam się przywyczajać do nieustannej tęsknoty, ale wiem, że to nie jest dobre. 
Bo cóż znaczy nawyknąć do tęsknoty?
Ją trzeba karmić i poić, bo niedokarmiona umiera, przestaje boleć, przestaje doskwierać, usuwa się w cień zastąpiona codzienną tkanką życia.
Chciałabym się w Tobie zanurzyć Wilku, zatopić w Twoje ramiona, spojrzeć Ci w oczy i pieścić i śmiać się z Tobą.
I nawet mogłabym Ci zrobić śniadanie o świcie. A niech tam!

14:53, leelooo
Link Komentarze (4) »

Ania: Aga widziałaś kiedyś jakieś akty Radka?

Ja: Nie, nie widziałam, zresztą jakoś mi się do tego nie pali. Męskie ciało w 99% wydaje mi się bardziej zabawne aniżeli piękne.

Ania: Koniecznie zapisz to na blogu. Każdy facet, który to przeczyta, natychmiast stanie się impotentem.

I jak Drodzy Panowie? Działa?
Bo nie jestem pewna, czy posiadam podobną moc sprawczą, która zadziałałaby w drugą stronę:)

Właśnie stwierdziliśmy w pokoju, że nasza korporacja niewiele sie różni od szkoły.

Mamy dyżury (w kuchni), dojazdową stołówkę, co tydzień w piątek jest przepytywanie z całego tygodnia i prace na zaliczenie. Niektórzy podczas załatwiania spraw służbowych chodzą na wagary, potajemnie palimy papierosy nerwowo spoglądając, czy nie idzie dyrektor lub dyrektorka.
Są również flirty na korytarzu, a erotyczne e-maile zastępują wrzucane niegdyś do tornistrów liściki miłosne.

Rzucamy się długopisami i spisujemy od siebie prace domowe, licytując się, co kto dostał.
Wszyscy czekamy na piątek.
Czyli, nic się nie zmieniło.
Duże dzieci bawią się w pracę.

czwartek, 21 września 2006

Uwaga!
Ruszył projekt pt" Żyć na maksa"
Autorką tego projektu jest Too Sexy.

Adres:
www.namaksa.blox.pl

Czekamy na Wasze pomysły w tej sprawie!

Pula w kuchni

Gospodyni wieczoru, czyli ja:)

Jozi i mój kot w posągowej postaci

Ja i Jozi i mój stary kaloryfer

Palę sobie w oknie, a za oknem noc


A to mój Diabełek z teatru, fajny, no nie?

A w ogóle poza mną, Jozi i Pulką, była jeszcze Lupka, Kasia i Gruszka.
Było wesolutko, dziewczęta zostały dokarmione naleśnikami i sałatkami, piłyśmy winko, piwo i wodę (wersja dla błogosławionych i karmiących).
Drzwi za ostatnim gościem zamknęły się o 1 w nocy i oczywiście była to Jozi, która nie pracuje i wyleguje się potem do południa.

środa, 20 września 2006

W piątek jakaś boska ekipa gazownicza odkryła, że ulatnia mi się gaz przy piecyku kąpielowym. Zapaliły się wszystkie diody, gościu zdziwił się, że nie chodziłam ospała po chacie, po czym stwierdził, że przyjdą to zrobić w poniedziałek . Nie przyszli w poniedziałek, nie przyszli we wtorek, a kiedy zadzwoniłam do nich, powiedzieli, że przepraszają, ale na razie nie mają tego w planach!
Bosko!
Dopiero,  kiedy moja Mamulka zrobiła im aferę i zagroziła Gazetą Wyborczą, obiecali, że dziś przyjadą. O 15-tej.

***
A wczoraj...

A wczoraj osiągnęłam szczyt konsumpcjonizmu.
Pojechałam do Tesco kupić żwir dla kota, puszki z żarciem, jakieś drobiazgi do jedzenia dla mnie i naprawdę tego nie było dużo. Zapakowałam jedną torbę, drugą torbę, trzecią torbę i nagle okazało się, że ja tego nie jestem w stanie unieść!!!
To już naprawdę obciach na całej linii zrobić zakupy, których nie można udźwignąć!
Wróciłam taksówką.
Nie ma jak oszczędne zakupy w markecie.

Wieczorem przyjechał W. do mnie na kolacyjkę i dostałam od niego fajnego diabełka, który grywał w spektaklach z lat '70 i ma już trzydzieści lat. Czyli akurat dla mnie:)
Zawisł u mnie na ścianie i raczy mnie swoim szelmowskim przebiegłym uśmiechem.
Ale się cieszę, ale się cieszę!!!
***
A dzisiaj, a dzisiaj...
dziś przychodzą do mnie dzieweczki z pracy:)

wtorek, 19 września 2006

Taki dziś jakiś leniwy smętny dzień, że nawet mi się pisać nie chce. Za oknem nie ma słońca, a ja marzę tylko o tym, aby zanurzyć się w łóżeczku, odizolować od świata i śnić sobie, rozkoszując się miękką ciepłą kołdrą i mruczeniem mojego kota.
Nic mi się dziś nie chce. Totalnie.

Wczoraj przyjechał do mnie Wilk, który miał urodziny.
Nie pytajcie które - hi, hi;)))
I trochę podładował moją bateryjkę tęsknoty - wyprzytulał mnie i wypieścił i może dlatego taka leniwa dziś się obudziłam.

Więc siedzę w tej pracy, która już zupełnie mnie wypaliła, ale z drugiej strony moje "niechcenie" jest na tyle duże, że nawet nie mam ochoty myśleć o żadnej innej.


Siedzę sobie - trochę pracuję, trochę się obijam, bo dziś naprawdę nie jest dzień do pracy - włóczę się trochę po stronach www i właśnie zaszłam sobie na witrynę mojego starego Hufca i przejrzałam zdjęcia z obozu aż mnie nostalgia chwyciła.

Tak sobie pojechać pod namiot, posłuchac gitary, wstać o świcie na poranny apel, wziąć udział w jakiejś grze nocnej, poflirtować przy ognisku, albo na stołówce.
Ech...ale mi tego czasami brakuje!

Czujecie tę beztroskę?

poniedziałek, 18 września 2006

Oj działo się!
Najpierw okazało się, że nie tylko ja i Ramzes będziemy same na weselu, ale również Ewa, ponieważ jej Łukasz nie dojechał oraz poniekąd Zasinka, bo przyszła na ślub z facetem, z którym lada dzień się pewnie rozstaną.
  
Więc już od początku wyglądałyśmy dość ekstrawagancko i pewnie dziwnie. Podstarzałe, rozchichane panienki.

ŚLUB
Zaczęła się msza.

Popłynęła muzyka i zobaczyłam Janiś idącą z Adamem w stronę ołtarza. Była olśniewająca. W niezwykle prostej, ale tak eleganckiej sukni wyglądała jak królowa. Nie bombonierka, nie tort śmietankowy upstrzony lukrowymi różyczakami, ale piękna, ascetyczna, skromna panna młoda. Bez biżuterii, bez loków, kwiatów we włosach, welonów i wianków, które zamiast eksponować piękno, bardzo skutecznie je maskują.
Patrzyłam na Janiś zbliżającą się i w jednej chwili błysnęły mi chwile, kiedy zaczynaliśmy liceum, wygłupialiśmy się na lekcjach, kiedy rozmawiałyśmy poważnie o naszych problemach lub zaśmiewałyśmy się do łez. Przypomniał mi się trudny poznański okres, kiedy nagle posypała się między nami relacja i nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka.

A teraz ta moja mała, roztrzepana, rozmarzona Janiś szła do ołtarza. Piękna, dostojna, elegancka.

Ramsikowi już od początku kręciły się łzy, a ja poryczałam się zupełnie, na co Ewka z Zasinką zupełnie zbaraniały i Ewa rzekła:
"A Tobie co? Zdurniałaś? Akurat Ty jesteś ostatnią osobą, która mogłaby się rozpłakać w takiej chwili"

RYŻ
Pod koniec mszy zorientowałyśmy się, że nie mamy ryżu. Zrobiłyśmy więc wielki rumor opuszczając w pośpiechu kościół, aby pobiec do sklepu po ryż. Poleciała Zasinka z Ewką, a my stałyśmy przed kościołem na czatach. Wszystko odbywało się w tempie. Magda już zbliżała się do wyjścia, a dziewczyny dopiero biegły z torbą ryżu. Ewce spadła pończocha i musiała gdzieś za samochodami zdjąć obie, a Zasinka dotarła na ostatnią chwilę  i mogłyśmy szczodrze obsypać młodą parę.

WESELE
Wesele zorganizowano na przystani, w najprzyjemniejszym lokalu w Olsztynie, gdzie nie ma stołów w podkówkę, ani balonów pod sufitem i wszystko jest ze smakiem, bez charakterystycznych polskich akcentów weselnych.

Było pyszne jedzonko i całkiem fajowska muzyczka i  my - samotne niespełna 30-letnie nimfy na parkiecie.
Na szczęście podstarzałymi gwiazdeczkami zaopiekował się nasz Tomek oraz 19-letni kuzyn Magdy, który tak wywijał w tańcu, że każda z nas po takiej dawce obrotów i podskoków słaniała się na nogach, z trudem łapiąc oddech.
Już nie te lata.

OCZEPINY
Od początku imprezy zastrzegłam, że bukiet łapię ja. Kiedyś się uchylałam, ale teraz to już nie przelewki i trzeba się brać w garść, bo lata lecą. Na to włączyła się Zasinka, że ona też ma zamiar złapać bukiet oraz Natala. Tę ostatnią chciałyśmy z miejsca wyrugować, bo zaręczona jest, więc ma łatwiej niż my. 

O 23.45 Natala powiedziała:
"Agnieszka, jeszcze 15 minut jesteśmy przyjaciółkami, o dwunastej zaczyna się zimna i bezwzględna wojna"

No i zaczęło się!
Bukiet poleciał tak, że Natala zdążyła go dotknąć, jakaś inna panna w porywie chęci złapania, kopnęła go i wreszcie my z Zaśką rzuciłyśmy się jak lwice i podniosłyśmy go wspólnie. Po takim ataku bukiet pozostał tu i ówdzie nadszarpnięty, ale nasz, a w ostateczności mój, bo Zasinka zrzekła się go na moją rzecz.
Nie wiem, czy pod wpływem mojego uporu, czy po prostu ze zwykłej ochoty, aby zabawić się na jakimś kolejnym weselu.

Wróciłam przed piątą do domu, wybawiona, wyśmiana i szczęśliwa. Szczęśliwa, bo dobrze spotkać się ze starymi przyjaciółmi, wspaniale patrzeć na ich szczęście i w tym szczęściu brać udział.

Ech...zdjęcia niebawem:)

piątek, 15 września 2006

W nawiązywaniu relacji między ludźmi można wyodrębnić trzy zasadnicze etapy:

pozornej akceptacji
(zwanej też fascynacją)

konfrontacji wyobrażenia z rzeczywistością
, kiedy albo dochodzi do konfliktu, albo kończy się rzoczarowaniem i odejściem
oraz
akceptacji właściwej, gdy już nie idealizm, ale właśnie akceptacja zarówno zalet, jak i wad sprawia, że chcemy być właśnie z tą osobą.

Pierwszy etap zwykle bywa magiczny, adrenalina skacze w żyłach, serce szybciej bije, a my sobie płyniemy poprzez świat - trochę nieobecni, dziwnie podkręceni, niesieni na skrzydlach własnej wyobraźni.

Ale to wciąż jedynie sfera naszej własnej kreacji - projekcji marzeń, pragnień i oczekiwań.

Potem - czasem stopniowo, czasem jak kubeł zimnej wody, zostajemy wrzuceni w brutalną rzeczywistość. I wtedy już nie zawsze jest tak słodko i przytulnie.

Dlaczego?
Bo siebie poznajemy, bo się ścieramy, bo próbujemy się dopasować. Bo nagle nasz obraz w oczach drugiej osoby zdaje nam się jakimś krzywym zwierciadłem.
I wtedy boli, bo upada jakiś słodki wizerunek, bo ta próba wzajemnego dopasowania dwojga kanciastych ludzi nie może się obyć bez ran.

Ja właśnie sobie wkraczam wielkimi skokami w drugi etap pewnej znajomości i widzę wielkie zadziwione a czasem smutne oczyska.  Bo nagle kocurek, czyli ja, okazuje się dość trudnym osobnikiem - jak nie złośliwym, to oziębłym, jak nie oziębłym, to niecierpliwym i jeszcze mogłabym tak wymieniać i wymieniać. 

Bo właśnie upłynął termin promocji na bezproblemowego kocurka i oto Wilk otrzymał produkt właściwy, a nie jego iluzję, czyli...

kocurka-awanturka,
kocurka-humorka-chmurka,
kocurka-gburka,
kocurka-lodowa skórka:)

Jak to zniesie?

Wilku?

Magda zawiedziona swoją tygodniową miłością zapoczątkowaną na przystanku tramwajowym zwierza nam się z rozczarowania:

Magda: No i stwierdziłam, że ostatni raz się spotykamy, bo z niego jest kompletna guła.
Ja: No ale mówiłaś, że zakochany w Tobie na maksa
Magda: No zakochany, ale taki ciapek, że daj spokój
Ja: (podpuszczam) no ale wiesz, może byłby dobrym ojcem twoich dzieci
Magda: (cała się trzęsie) Ale ja nie mogę spotykać się z facetem, którego już teraz mam ochotę zdradzić z każdym innym !!!

czwartek, 14 września 2006

Dlaczego "Samotni" Ondricka są moim ulubionym filmem, który widziałam chyba 149 razy i pewnie obejrzę trzy razy tyle?

Dlatego, że Samotni to film o mnie i o Tobie i o naszym świecie, tęsknotach, wariactwach i totalnym zagubieniu.


To film, który nieco w krzywym zwierciadle, a jednocześnie z ogromną dawką  ciepła i absurdalnym humorem obnaża naszą największą słabość - samotność.
Samotność w mieście pełnym życia, samotność wśród ludzi, wśród kolorów, dźwięków i świateł.


Jesteśmy jak te filmowe kulki w kolorowym roztworze, które do siebie lgną, ocierają się blisko, ale nie potarfią się ze sobą połączyć.  

Jeśli zatem mówić o jakimkolwiek przeżyciu pokoleniowym i ponadczasowym, to jest nim właśnie samotność.
Współczesna samotność w globalnym parku rozrywki, podniety i rozmaitych atrakcji.
Głęboka, niekiedy przyczajona samotność Twoja, moja, każda.

A jednak, kiedy pojawiają się napisy końcowe filmu, zamiast uczucia smutku, towarzyszy mi ukojenie.

Dlaczego?

Bo wiem, że nie jestem sama.
Że tuż obok mnie jesteś Ty i Ty i Ty.
I wszyscy pragniemy tego samego.



środa, 13 września 2006

Gdzie jestem?
Nie wiem.
Bowiem jestem w stanie oczekiwania, co z moim  temperamentem i chęcią kreowania własnego życia jest niebywale trudne.

Czekam aż wyprostują mi się sprawy zawodowe.
Czekam na Wilka albo raczej na jakąś spójną wizję bycia lub niebycia.

O ile na sprawy zawodowe mogę jakoś wpływać, walczyć, próbować,
o tyle na Wilka wpływać nie mogę, a przede wszystkim nie chcę.
Więc jestem grzeczna dziewczynka i grzecznie sobie czekam, cichutko przytupując nóżką - raz prawą, a raz lewą:)

I tak sobie żyję i na razie mam w sobie spokój i radość, bo Wilk jest przy mnie, spędzamy razem czas i mogę się nim sycić do woli.

Ale wiem, że przyjdzie moment, kiedy on  zniknie, a ja zostanę z moim oczekiwaniem.
Co będzie wówczas?
Nie wiem.
Na razie sobie wiszę: między piekłem a niebem, między marzeniem a rzeczywistością, między bytem a niebytem.
Dyndam tak sobie bezwładnie i jeszcze sobie podyndam.
A potem ... zobaczymy.

Autor:Fikander

Dzisiejszy poranek mnie rozwalił i nie mam cierpliwości pisać dlaczego, więc poniżej załączam odpowiednie fragmenty maili.
Wbrew pozorom nie jest to moja urażona ambicja, ani na pewno nie zawiedziona miłość, tylko zwyczajny kanał. Bo jak to się może stać, że jeszcze kilka dni temu mam wrażenie, że jestem dla niego całym światem, od miesięcy nie mam odwagi zakończyć związku, bo wiem, że on mnie tak kocha, dręczą mnie wyrzuty sumienia, a potem okazuje się, że to wszystko było jedną wielką ściemą!
Dowód poniżej.


ON:

Co ja wczoraj porabiałem? Na randeczce byłem...
I tak bym Ci powiedział, więc napiszę teraz! W piątek poznałem jak byłem z Cinkiem megaciekawą Osóbkę. Spotkaliśmy się w sobotę, na chwilę w niedzielę i wczoraj. Niesamowicie ciekawa Osoba, ale wiem, że nic z tego nie będzie. Primo to to, że nie chcę  na razie niczego zaczynać - w ogóle nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby nawet jakby to była Miss Świata - na razie chcę się "odbudować" i nikogo w tym czasie nie krzywdzić! A sekundo to to, że Ona bodajże w ten piątek opuszcza Poznań i pod koniec września jedzie na rok na Sokratesa do Austrii, więc...

JA:
cieszę się że jesteś szczery i jeszcze bardziej cieszę się, że nie jesteśmy już razem...
i nie jestem pewna, czy to wesele razem to dobry pomysł.
Bo mimo, że to ja zakończyłam ten związek to jakoś czuję się trochę oszukana, pewnie mi przejdzie, ale chyba potrzebuje czasu.

Pzdr.


ON:

W ogóle nie rozumiem Twojej odpowiedzi... Aga o co Tobie chodzi? Dlaczego stawiasz mnie teraz pod ścianą i bombardujesz jakimiś złymi myślami, pretensjami? Żaba tak być nie może! Pisząc mi tak wprost, że cieszysz się, że nie jesteśmy już razem - wiesz przykro mi się zrobiło. Zupełnie nie pojmuję dlaczego chcesz teraz wszystko popsuć?


JA:
P
otrzebuję czasu, żeby się otrząsnąć. Naście razy dziennie zapewniałeś mnie, że wszystko dobrze, że jestem twoim sensem, a po tygodniu poznajesz „mega ciekawą kobietę”. Gratuluje.

 Naprawdę jest to żałosne.
wiesz dlaczego?
dlatego, że gdybym ja tego nie skończyła, nadal żyłabym w iluzji, że jestem dla ciebie wszystkim. Tak bardzo się cieszę, że nie mam już klapek na oczach. Chce żebyś był moim przyjacielem, ale muszę się trochę uzdrowić. Bo tak jak pisałam - czuję się oszukana i jedyne co mnie cieszy, to fakt, ze trwało to rok, a nie 10.

ON:
Proszkam nie złościulkaj się na mnie. Aga chcę być z Tobą szczery i mówić Ci o tym co się dzieje w moim życiu. Nie chcę niczego ukrywać rozumiesz? Powiedziałem Ci szczerze, a Ty się na mnie denerwujesz i złościsz. Kochanie to, że spotkałem się kilka razy z jakąś Laską to przecież nic złego - tym bardziej, że szczerze wiem i Ci to mówię, że były to spotkania na zasadzie rozmowy, niż jakieś podrywy itd. Nie mam ochoty na razie na jakikolwiek związek, ale Żabko nie mam też ochoty siedzieć na opustoszałym Dębcu i dostawać na łeb - zrozum to proszę, ale tak szczerze, a nie na zasadzie "rozumiem".
***

Sorry, ale nie potrafię zrozumieć.

wtorek, 12 września 2006
Obejrzałam wczoraj w teatrze TV "Małe zbrodnie małżeńskie".
Profesjonalnie zepsuty świetny tekst. Pamiętam, że dramat przeczytałam jednym tchem, a te same dialogi w wykonaniu Jandy i Frycza zamieniły się w nudne ciasto.

Niemniej jedno zdanie zainspirowało mnie do pewnej konstrukcji myślowej.

Mężczyzna bierze kochankę, aby zostać z żoną,
kobieta bierze kochanka, aby od męża odejść


A zatem można by wysnuć teorię pt.
"kochanka jako uzdrowicielka rozpadających się małżeństw",
bowiem rzeczywiście kochanka jest taką instytucją, która daje facetowi wszystko to, co zagubił gdzieś po drodze w swoim małżeństwie. Kochanka nie bywa zmęczona, kochanka zwykle sie uśmiecha, kochanka jest w niego zapatrzona i dzięki niej on znowu jest mężczyzną. Kochanka ma zawsze ochotę na seks, kochanka dotuli, dopieści i wysłucha.
Po takim seansie terapeutycznym mężczyzna wraca do żony znów pełen siły i energii, aby stawiać czoła domowym obowiązkom i trudom rodzinnym.

Kto wie, czy gdyby nie kochanka, równie długo wytrwałby w małżeńskim kieracie?

Wczoraj Wilk wykreował świetne hasło, które mogłoby stać się reklamówką środków antykoncepcyjnych:

"Człowiek bzyka, a Bóg plemniki nosi"

 Śliczne, prawda?

To się nazywa XXI-wieczna metoda antykoncepcyjna:)

poniedziałek, 11 września 2006
A było tak...

Umówiłyśmy się z Janiś w mieście, aby była przekonana, że idziemy na jakąś imprezkę do klubu. 
Pomysł był taki, aby przebrać się za facetów, porwać ją i wywieźć na działkę do Mojd.

Ja, Ramsik, Gosia i Ania zaczaiłyśmy się za rogiem, a samo porwanie było w rękach Zaśki, Ewy i Natalii.
 

Punkt 19.00 podjechał mały samochodzik, a w nim trzech "chłopa" w kapeluszach, ciemnych okularach z wąsami i brodami - widok bombowy! Jak z jakiegoś czarno-białego Chaplinowskiego filmu!

Samochód zatrzymał się z piskiem opon, ale Natala i Ewcia wyskoczyły w biegu i z kocem w rękach przyczaiły się tuż za węgłem.  Wreszcie wybiegły, zarzuciły koc Janiś na głowę i zaczęły ją związywać. Na to wyskoczył ochroniarz z jakiegoś budynku i z otwartymi ustami oraz szczerym przerażeniem w oczach obserwował całe zajście. Wreszcie ulokowano Janiś w aucie i rozpoczęła się podróż na działkę. Mając zmowę milczenia, porywaczki albo nie odzywały się wcale, albo pohukiwały zmienionym grubym głosem, charkając przy tym, plując i zachowując skrajny brak dobrych manier. Mówiąc krótko - były facetami.
Janiś choć na początku dość rozbawiona, wreszcie wpadła w lekką panikę i z ulgą przyjeła uroczyste zdjęcie koca już na działce.

Potem była nocna wyżerka, popijawka i tańce na werandzie oświetloną jasnym pełnym księżycem.
Spotkałyśmy się po latach rozjazdów w tym samym, zgranym, licealnym składzie:

Natala
, która właśnie wróciła z Australii
Dianka z Glasgow,
Janiś z Dublina,
Zaśka, która po "francuskim" okresie wreszcie wróciła do Olsztyna,
Ewcia z Krakowa
i Ramsik z Warszawki

Po takiej rozłące - nie było nam wiele potrzeba do szczęścia. A na pewno nie potrzebowałyśmy faceta.

W naszym babeczkowym oswojonym gronie znów wyśmiałyśmy się za wszystkie czasy, powspominałyśmy różne stare historyjki ze szkoły, z rejsu i innych wypadów, pogadałyśmy o tym, co nas boli, co podnieca i było tak dobrze, że chyba żadna z nas nie chciała, aby ten wieczór kiedykolwiek się skończył.  
A jednak się skończył i jeszcze dziś czuję efekty naszego spotkania.

W sobotę wesele. Janiś jest pierwszą pośród nas. Dziwne uczucie, ale pozytywne i ekscytujące - nie powiem.
My kobiety jednak jesteśmy dość proste w naszych życiowych fantazjach.
Czy drogą prostą, czy wyboistą i krętą ostatecznie zawsze docieramy do małżeństwa:)) 
Jeszcze rok temu instytucja małżeństwa budziła we mnie odrazę, dziś potrafi mnie już  urzec, a jeszcze trochę i postawię to sobie za statutowy cel życia. 
Wówczas wszystkie moje zamężne koleżanki skwitują to zwyczajnym: "a nie mówiłam?"

Ale póki co na ślubach i weselach chcę być tylko gościem.
I już się nie mogę doczekać! 

No i po weekendzie i po wieczorze panieńskim. Jak było?
Suuper, ale o tym później.
Póki co coś z gatunku dialogów domowych:)

***

Ojciec ma mnie odwieźć na dworzec. Wpada do domu jak zawsze na niedoczasie:

- Ile mamy czasu?
- Maksymalnie 15 minut, więc się pospiesz.
- To włącz czasowstrzymacz.


***

Jedziemy samochodem, ojeciec z mamuśką kłócą się o ekipę, która buduje dom.

Mama: Może popełniają błędy, ale kiedy powiedziałam Tomczykowi, ile biorą za robotę, to był zaszokowany!
Tata: Nie był zaszokowany.
Mama: Mocno zdziwiony był!
Tata: Nie był zdziwiony
Mama: Ale zaskoczony, już nie mów!
Tata: (milczy i przewraca oczami)
Mama: No co? Powiedział przecież, że to dobra cena.

 
1 , 2