..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013

wstałam dziś rano, ogarnęłam się, wyszłam na chwilę na dwór, żeby zaczerpnąć powietrza i kupić świeżutką chałkę.

I wtedy pomyślałam sobie, że dla mnie chyba największym nieszczęściem jest brak powodu, aby rano poderwać się z łóżka.

środa, 28 sierpnia 2013

Ostatnio coraz ciężej mi wygrzebać się z łóżka. Niby budzę się około szóstej rano, ale potem do południa snuję się w piżamie, przekonując Polę, że pierwsza drzemka w łóżeczku, a nie na spacerze jest o wiele lepsza. Dzięki temu drzemiemy obie.

Mniej czytam, niewiele oglądam, nie spinam się jakoś szczególnie, ale wiem, że ten luz może być oznaką znużenia. Niby mi w tym rozmemłaniu jest całkiem wygodnie, ale pod skórką czuję tęsknotę za bodźcami, za inspiracją, za fascynacją, dzięki którym znów będę żyć pełną gębą.

Dziś spacer z Anią, nieco smutny i trudny, bo i życie nie zawsze bywa aż takie różowe.
Ale Ania przywiozła mi znad morza trochę frajdy - siatkę papierówek, które - według przepisu Cioci Danusi - przerobiłam na zdrowy ekologiczny mus dla Poli. No i pierwszy raz, według instrukcji rodziców, zrobiłam coś, co nosi nazwę weki.
A do jabłkowych odpadów po musie dodałam cukru i cynamonu, zawinęłam je w ciasto francuskie i wpakowałam do pieca. Na rano, do kawy, będzie jak znalazł.
I tak małymi krokami staję się gospodynią pełną gębą. A co:)

- Mamo, ja Ciebie tak kocham, że najchętniej to bym Cię pokroił i upiekł z Ciebie pyszne ciasteczka. Mniam!

wtorek, 27 sierpnia 2013
Dziś dobra kawa z Monią. A dobra dlatego, że z Monią mamy solidny fundament. I nieważne, że w naszej znajomości są wieloletnie dziury, że nasze światy niewiele mają punktów stycznych, że każda z nas płynie sobie po innej orbicie.
Z Monią, moją podstawówkową przyjaciółką od serca, moją harcerską drugą połową, mamy tak solidny fundament, że od razu jest fajnie. W naszym worku wspomnień mieszają się: wielka przyjaźń, kłótnie na śmierć i życie, rozstania i powroty. Zaś siłą tej znajomości jest wspólne przekraczanie progów dojrzewania. To łączy na całe życie.

Nieprzypadkiem największe przyjaźnie pochodzą ze szkolnej ławy, potem trudniej trafić na człowieka z podobną chemią. Chociaż mnie się to ciągle zdarza. Mam jednak wrażenie, że te późniejsze postudenckie znajomości znacznie łatwiej ulatują, trochę jak zamki z piasku i mgły. 
Zaś do domu, który stoi na solidnym fundamencie, zawsze można powrócić.
Nawet z najdłuższej podróży.

ps. Wczoraj w osiedlowym sklepie spotkałam mojego dobrego kumpla z zamierzchłych czasów. Okazało się, że kupił dom na sąsiedniej ulicy. Nie wiem, czy nasze drogi zejdą się powtórnie, ale cieszę się jak dziecko:)


Z córeczką Moni - Martynką
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

- Namalowałem Mamę!
- O! To naprawdę ja?
- Tak! Leżysz na łóżku w pomarańczowej piżamie!




a dziś na spacerze spotkałam Świętego Mikołaja. Wyglądał na prawdziwego.
W ten sposób wyjaśniła się zagadka, co Święty Mikołaj robi latem ?
Ano szwęda się nad Długim:)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kolejny intensywny* weekend za nami.
* od kiedy Pola jest na świecie, niewiele trzeba, aby weekend był intensywny. Połączona energia czterech osobowości w zupełności wystarczy:)

W piątek przewłóczyłam się na mój ukochany ryneczek i wróciłam z wózkiem załadowanym owocami matki ziemi:)
Były więc i kurki w śmietanie, i kolorowe leczo paprykowe, i jagody ze śmietaną, i placek ze śliwkami, i babeczki z białą czekoladą oraz malinami, a w poczekalni sos malinowy do pana cotty i jeszcze szczaw na zupę szczawiową - mniam!

A w sobotę i niedzielę snuliśmy się - to nad Długim, to po Starówce, trafiliśmy nawet na jakiś kiczowaty festyn "Pszczoły i miód", z którego poza miodem, przywiozłam kilka sekund zaskoczenia.

DZIECIAKI W HOUSE CAFE



Natomiast dziś dwa słowa dla tych, którzy mają w sobie pragnienie baśni (niekoniecznie z Andersenowskiego repertuaru). Zakwitające dziewczęta to zbiór opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie - opowieści te pochodzą z różnych zakątków świata, chwilami przypominają biblijne przypowieści, mity greckie czy słowiańskie legendy. Doskonała lektura, i jak przekonuje Autorka, świetna lektura dla zakwitających dziewcząt. Polecam matkom i córkom. Książka dla 12+.


***
Antek ubiera adidasy. Z trudem wciska stopę. 
- Oho, chyba stopy Ci urosły.
- Noo, już mam za małe buty.

i po chwili namysłu, wzdycha:
- Nie wiem, dlaczego moje ciałko tak się spieszy do dorośnięcia.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Jesień już hula mi we włosach i w głowie też. Przed nami jeszcze wrześniowo-październikowy wypad nad morze, a potem powrót do pracy. Zbieram się w sobie, w myślach pakuję już macierzyński rozgardiasz, składam w kosteczkę lęki i obawy, a w uszach czuję powiew zmian.

Ewie urodził się wnuk - Kubuś, Bognie córeczka - Marcelina, a moja Polcia już jest całkiem dorodnym bobasem - ma pięć miesięcy.
Ona  jeszcze może posiedzieć sobie w pieluchach, ja - już coraz mniej:)

A tu, ostatnie echo lata na fotografiach Arka Stankiewicza
(z sesji KGM-u)








środa, 21 sierpnia 2013
idę spać w połowie filmu "Dzień Kobiet" Marysi Sadowskiej.
Jest tak dołujący, mocny i prawdziwy, że wszystko mnie boli.
Jutro ciąg dalszy.

Dobrej nocy!
wtorek, 20 sierpnia 2013
Kiedy Antek był mały, wydawało mi się, że mam dziecko-włóczęgę, ale Pola bije go na głowę. To dziecko-anioł w towarzystwie, w sklepie, w samochodzie, w domu nie daje mi żyć. Jej się zwyczajnie nudzi i żadne kreatywne rozwiązania nie zastąpią jej zgiełku ulicy, obcych twarzy, kolorów natury i kultury też.
Kawka z dziewczynami - chętnie, zakupy w markecie - o tak!, wizyta na wsi - bardzo przyjemnie, sesje zdjęciowe, projekty nietypowe, wszystko. Byle nie w domu.
Ojcowski gen domatora najwyraźniej ominął moje dzieci.




Opowiadam Antkowi bajkę o Kopciuszku i o tym, że Kopciuszkowi umarła mama, a ojciec wziął za żonę złą macochę.
Antek drżącym głosem pyta:
- A tata też weźmie sobie złą kobietę, jak ty umarniesz?!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Pewnie widzieliście film w społecznej kampanii One Decision przeciwko zostawianiu dzieci w samochodzie. Mnie ten film pokazał Kris. Że niby taki mocny i przejmujący. 
http://www.youtube.com/watch?v=XNDWN8KDVSM

Tak, jest przejmujący.
Ale ja przejęłam się czymś innym.
Kampanie społeczne to dobra, potrzebna robota. O ile przy okazji nie niszczą cudzej roboty. Tak jak w tym przypadku.

Kto zostawia dziecko w aucie? Oczywiście - matka, czyli kobieta, do tego blondynka. 
Ktoś musiał, padło na blondynkę - niech będzie. Jedna jaskółka nie czyni wiosny, nie ma co się awanturować.
Następne ujęcia - na parkingu. 
Kolejna blondynka: przegląda się w szybach, macha dziecku. I... odchodzi. Baba nie pomyślała. Nie ona jedna.
Chwilę później - oho, trzecia blondynka wkracza do akcji. Nieco roztropniejsza, bo zauważa, że dziecko się męczy. Jest więc nadzieja. Kobieta chwyta za klamki. Ups, zamknięte. Skoro zamknięte, to otworzyć się nie da, prawda? Blondynka MacGyverem nie jest, więc znika.
I wreszcie, niemalże w ostatniej chwili, niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce, na arenie pojawiają się mężczyźni! 
A dalej już tylko happy end.
Zresztą kto nie widział, niech obejrzy. 

***
Ktoś prychnie, że się czepiam? Że teorie spiskowe snuję? Jakoś musieli role obsadzić. 
A ja Wam powiem, że może jedna głupia blondynka to byłby przypadek. Ale trzy kretynki kontra dwóch maczo to jest nic innego jak utrwalanie szkodliwych stereotypów. To tylko pozornie są drobiazgi, ale suma tych drobiazgów składa się na uprzedzenia, które w sprzyjających warunkach objawiają się szowinizmem, seksizmem, faszyzmem, i całą resztą niebezpiecznych i przykrych -izmów.



 
niedziela, 18 sierpnia 2013
Bilet na koncert kupiłam już kilka tygodni wcześniej. Tydzień przed zwątpiłam - czy ja po całym dniu mam siłę na nocną włóczęgę? A jeśli Pola nie zaśnie? A co jeśli się obudzi?

Ale Endrju nie dał mi szansy: masz iść na ten koncert i basta!

Więc poszłam - pomiędzy jednym a drugim karmieniem, pomiędzy prawym a lewym cyckiem.
Poszłam, a że czasu niewiele, od razu ruszyłam pod scenę.
Bo ja nie mam słuchu, ja słucham brzuchem.
Najpierw zgarnęła mnie ochrona:
- Proszę spokojnie usiąść na ławce!
- Ale ja idę tańczyć pod scenę! Nie można???
- Nooo
- ochroniarz się zawahał - w sumie można.
- To ja w sumie idę.

Już byłam pod sceną, (już był w ogródku, już witał się z gąską:), gdy ktoś nagle mnie złapał za rękę:
- Zasłania nam pani. Fotografowie mają czas tylko przez pięć piosenek.

Ooookej.
Odsunęłam się. Grzecznie podrygując w miejscu, przeczekałam. Fotografowie opuścili przyczółki, teren wolny. Zaczęłam powoli dryfować w stronę sceny. Samotnie. Na szczęście koncert to nie tango - do tańca nie trzeba dwojga. Przetańczyłam solo jedną, drugą i trzecią piosenkę. Na przedostatniej  znów ktoś mnie chwycił za ramię.
- Dasz nam wreszcie spokojnie pooglądać koncert! - wypaliła jakaś obrażona pańcia.
Oho, najwyraźniej za mną sami posągowi melomani. Przeszłam na środek. Tańczę dalej. Przedostatnia piosenka. Koło mnie pierwszych dwóch odważnych. Stanęli przed sceną i nieśmiało podrygują. Początek ostatniej - dołączyły do nas dwie dziewczyny. Ja, ich dwóch, one dwie - przebojowy kwintet. I wreszcie na sam koniec koncertu ludzie ruszyli pod scenę.

Nosowska bisowała, spóźniony tłum pod sceną tańczył, a ja - jak na Kopciuszka przystało - podbiegałam do domu oddzielać ziarno od piasku. Gdy wychodziłam pożegnałam się tylko z Tymisiową, która wraz z rodziną siedziała w loży dla babek w zaawansowanej ciąży.
- Tymek powiedział, że ciocia Aga tak się rozkręca pod sceną, że zaraz wyrwie Nosowskiej mikrofon.

Nie wyrwałam. A mogłam. Tylko, co bym powiedziała?
Otwórzcie brzuchy na muzykę i uwolnijcie energię!

Endrju wysłuchał mojej koncertowej relacji i podsumował:
- Sama pod sceną? Pewnie wszyscy wzięli się za wariatkę.

A mnie przypomniała się śpiewana przez Nosowską Osiecka i jej inna piosenka:

Taką to by na stos!
Na co jej durny los?!
Dajcie chłopcy ten kagańczyk!
Warkocz jej płonie już,
Dookoła złoty kurz,
A wariatka jeszcze tańczy

***

A to zdjęcia znalezione u Horacego67

Tu - przeczekuję 5 piosenek dla fotografów:)



czwartek, 15 sierpnia 2013

Nie trzeba być katolikiem, żeby świętować.
My dziś pojechaliśmy do Skansenu w Olsztynku na Święto Ziół (to prawie jak święto zioła, pewnie dlatego takie tłumy były:)

Przewłóczyliśmy po się starych chatach,  zwiedziliśmy wiatraki, kupiliśmy smakołyki (ja wędzonego lina i sery, które po drodze zgubiłam:/, a Endrju miód pitny i piwo "Podróże Kormorana" - właśnie się nim raczymy, pyszne!), w karczmie zjedliśmy babkę ziemniaczaną, pierogi  i kopytka z sosem kurkowym, a wszystko grzecznie popiliśmy lemoniadą. Przed wieczorem wylądowaliśmy jeszcze na kawie i ciachu w House Cafe na Starówce.

Do domu zjechaliśmy zmęczeni i udręczeni grzechem bezwstydnego obżarstwa. 
Ale że ostatnimi czasy to chyba mój jedyny grzech  - udzielam sobie rozgrzeszenia.
I grzecznie idę spać.
Siusiu, paciorek i lulu.


Endrju - Don Kichot


mała kózka, ale wzbudza respekt


tło niczym fototapeta:)

środa, 14 sierpnia 2013
Czytam tę książkę z wypiekami na twarzy. Z niecierpliwością przewracam strony. A nie jest to ani trzymający w napięciu kryminał, ani gorący romans. Zwykła, choć niezwykła (!) książka o książkach.

Dla dziewczyn to lektura obowiązkowa.
Im wcześniej tym lepiej.

Chodzi o "Córki Rozbójniczki" Grażyny Plebanek, oczywiście.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013

















Obsada: KGM oraz mąż.
Fotografował: Arek Stankiewicz

niedziela, 11 sierpnia 2013

Sobotnie deszcze spędziliśmy na wsi u rodziców. Antek bawił się na podwórku i śpiewał pieśń, że jest podróżnikiem deszczu, potem zaangażował dziadka w swoje zabawy, które zaczęły się niewinną wieżą z klocków, a skończyły strzelaniem z wiatrówki.






Natomiast w niedzielę szlajaliśmy się od rana do wieczora po mieście.

Wystartowałyśmy babskim śniadaniem KGM-u w Chilli, potem kawa z chłopakami i Tymisiową, następnie przeszlajaliśmy się do BWA na wystawę "Szelest myśli" mojej ulubionej streetartowej artystki NeSpoon.
Jej poczynania śledzę od wielu wielu lat, jeszcze gdy działała anonimowo. To ona zainspirowała mnie kilku podziemnych akcji, które wspominam z rozrzewnieniem:)

Pauzę popołudniową zrobiliśmy u dziadków, gdzie Antek trochę ochłonął i  znów ruszyliśmy w miasto. Tym razem na warsztaty cyrkowe.
Do domu zjechaliśmy na wieczór. 

Przyjemnie intensywny weekend za mną, równie intensywny tydzień przede mną. Codziennie coś.
A w piątek czeka mnie pierwsze wieczorne wychodne - Kasia Nosowska Live!
Już przebieram nóżkami:)

***
A tu, proszę Państwa, ja w chałacie albo grzeczniej: w kardiganie
autorstwa mojej Ewy.
To jej pierwszy samodzielnie uszyty ciuch.
Nosi się bosko!

piątek, 09 sierpnia 2013

Jak przyjemnie było dziś założyć zegarek, który nie parzył w rękę, a potem rozpuścić włosy (uff, nie grzeją w kark)  i wreszcie otworzyć szafę, aby   wybrać te ubrania, na które ma się ochotę, zapominając o kryterium "takie, jakby ich nie było".

Temperatura spadła, a ja odżyłam.
Końcówka tego tygodnia okazała się nadspodziewanie udana.
A teraz z przyjemnością rozpoczynam weekend!

Miłego!

A to moja słodka istotka - Polka-fasolka:)

czwartek, 08 sierpnia 2013

W kobietach jest moc. Ta prosta prawda za każdym razem olśniewa mnie na nowo, kiedy wracam z dobrego owocnego spotkania z kobietami. Moje ciało aż kipi energią, moja dusza jest syta, a mimo to apetyt na życie zamiast maleć, przyjemnie się zaostrza.

Dziś wylądowałam w Dywitach u Ewy i Zuzi, które w tym tygodniu rezydują w domu swojej Mamy, opiekując się tabunem kotów i dwoma przetrąconymi przez los psami.

Już w progu poczułam, że będzie wyśmienicie.
Wewnątrz panował nieziemski chłód i babski rozgardiasz.
- Jesteś głodna? - zapytała mnie Zuzia.
- Jeśli i wy jecie, to chętnie zjem z Wami.

I zanim wypowiedziałam "stoliczku nakryj się", już śniadanie pyszniło się na stole, a my przy nim - przede wszystkim głodne gadania.

Z Ewą, jak jeszcze z zaledwie kilkoma osobami na ziemi, w rozmowie po prostu płynę. Znamy się do 9. roku życia i gdzieś na najgłębszym poziomie nasze światy to ten sam świat. Dlatego wystarczy kilka słów kluczy, którymi otwieramy drzwi do gadania o rzeczach ważnych, najważniejszych.
Dziś było m.in. o naszej kobiecej mocy - to my kobiety kreujemy rzeczywistość: relację z mężczyzną, relacje z dziećmi, atmosferę w domu. W nas jest wszystko, co niedosłowne, co z pogranicza fizyki i metafizyki:) Bo w kobietach jest moc niedostępna tej drugiej połowie ludzkości.

Zresztą gdyby ktokolwiek wszedł dziś do domu w Dywitach, nie miałby wątpliwości:
dwie maszyny do szycia rozłożone w kuchni, świeże konfitury z zebranej wczoraj porzeczki, zapach kawy, miętowy smak zimnej lemoniady i porozrzucane myśli oraz sukienki. 

Dziś z Dywit zabrałam kilka ważnych i nowych.
Myśli, nie sukienek.
Choć podobno Ewa coś dla mnie szyje.

reszta wkrótce:)


środa, 07 sierpnia 2013

Zachorować przy 30-stopniowym upale to nie lada wyczyn. Mnie się udało.
Znam dobrze ciało swe i wiem, że ta choroba to echo poprzedniego piątku i  ostrzeżenie: dbaj o mnie.

Z lepszych wieści: w piątek ma się ochłodzić:)

A z jeszcze lepszych: Pola śpi, a ja idę sobie poczytać. Pierwszy od dawna wieczór, kiedy nic nie muszę.

Natomiast najlepszą wieść na razie utrzymam w sekrecie.

Dobrej nocy!

***
Przed snem:
Antek: Mamo, a Ty śpisz w soczewkach?
Ja: Nie, w moich soczewkach nie można spać.
Antek: A śpisz w okularach?
Ja: No coś Ty! Nie śpi się w okularach.
Antek: To jak??? Śpisz w samych oczach???



wtorek, 06 sierpnia 2013

Dziś będzie o tym, jak czasem nie słyszę siebie.
Słyszeć siebie to pewna umiejętność, która jest dowodem na to, że o siebie dbamy jak o każdego innego, kogo darzymy miłością.

W czym objawia się moje własne zaniedbanie?
Ano w tym, że zawsze daję radę. Uniosę i siebie, i dzieci, i dom, i zlecenie dla firmy. Wytrzymam, zepnę się, zęby zacisnę, ostrogi założę, ale dam radę. Bo kto, jeśli nie ja?
Dokręcam sobie tę śrubę i wydaje mi się, że wszystko jest super. Przecież się udało: znów byłam na czas, znów dałam radę. Nie słyszę cichych skomleń ciała i głowy. Aż do momentu, gdy stres i zmęczenie mnie paraliżują.
Wówczas wybucham i mam pretensje do całego świata, że mi tyle rzeczy pakuje na barki: do najbliższych, do szefa, rodziców, znajomych. Wściekam się, że nikt się nie domyślił, jak bardzo mi ciężko. Ale to już za późno na szczyptę empatii. Bo ja wtedy oczekuję oceanu współczucia i mam ochotę rozpieprzyć wszystko, siebie też, zniknąć, rozpłynąć się. A wystarczyło odpuścić, powiedzieć komuś "nie".

Endrju już to wie i dlatego regularnie toczymy boje - on mi każe odpoczywać, a ja podrywam się do działania.

W zeszły piątek stres mnie znokautował - wyszłam z domu jak stałam, położyłam się na trawie nad jeziorem. I wtedy obiecałam sobie bardzo bardzo mocno:
od dziś jestem swoim trzecim dzieckiem


powrót z przedszkola - w chłodnym przejściu podziemnym przerwa na sok

poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Bawimy się, że Antek kończy wierszyk:

- Biega krzyczy, pan..?
- Hilary!
- Gdzie są moje?
- Okulary!
- Szuka w spodniach i w surducie, w prawym?
- bucie!
- W lewym?
- bucie!
- Wszystko w szafach poprzewracał. Maca szla-
- Szla? -
tu chwila zastanowienia i eureka: - Maca szlaban!
niedziela, 04 sierpnia 2013

Jak niewiele trzeba, żeby poczuć zapach wakacji i letniej wolności!
Wystarczy wsiąść do pociągu. Usłyszeć w brzuchu stukot kół,  i pozwolić, aby wiatr wpadający przez otwarte okna pogłaskał nas po twarzy. Pociągi to moje lata uniwersyteckie oraz wyjazdy z przyjaciółmi - ciągnące się w nieskończoność podróże w góry, krótkie wypady nad morze, na żagle do Giżycka, poza tym wizyty w bliskich mi miastach: Łowicz, Poznań, Toruń...

Wczoraj zrealizowaliśmy jedno z powracających Antkowych marzeń. Pojechaliśmy pociągiem... aż do Ostródy.

Już od środy głównym tematem rozmów było "co zapakujemy do plecaka" -
jaabłka, banaany, cukieeerki, ciaaastka. A może jeszcze wafelki? A gumisie też, mamo?

W sobotę wstałam o świcie, zrobiłam naleśniki - na śniadanie słodkie, a na wyprawę słone i w południe zapakowaliśmy się do pociągu. Ledwo ruszył, a my - jak na pociągową podróż przystało - zaczęliśmy jeść. Ale jajek na twardo nie było:)

Nie wiem, kto powiedział, że dzieci umieją się cieszyć chwilą, bo Antek mimo ogromnej ekscytacji, zamęczał nas pytaniami.

W domu pytał:
Kiedy już będziemy na peronie???
Na peronie pytał:
Kiedy już przyjedzie pociąg?
W pociągu pytał:
Kiedy wysiądziemy w innym mieście
W innym mieście pytał:
Kiedy zjemy lody?
Gdy już zjedliśmy lody, pytał:
Dlaczego tu jeszcze jesteśmy? Kiedy będziemy znów na peronie?

I tak dalej, i tak dalej...
Jedyny moment, kiedy nie pytał, to gdy skakał w fontannie.

A jednak wycieczka była nadzwyczaj udana - ja nawdychałam się zakazanych mi w tym roku wakacji, Endrju wyglądał na spełnionego, Antek, choć dopytywał: kiedy będziemy już w domu? nie tracił humoru. 

Dziś natomiast był fajny czas z Duchem i Anią. Gadaliśmy w słońcu, i w cieniu, jedząc babeczki popijane mrożoną kawą z termosu, pływając w jeziorze też gadaliśmy. Antek po raz pierwszy pływał sam z dmuchanym kołem - radość bezgraniczna.
A kiedy Ania zapytała Antka:
- I jak podobała Ci się wycieczka do Ostródy?
On odpowiedział:
- Bardzo! W pociągu jedliśmy wafelki, i jabłuszko, i takie naleśniki, i piłem sok w kartoniku!

Ot, największa frajda i kwintesencja wrażeń:)








to zdjęcie dedykuję Ewie z Mlecznej Drogi, bo chcąc nie chcąc podążaliśmy jej ostatnim szlakiem:)







dzwonienie want na wietrze i odgłosy wody obijającej się o burty to jeden z moich ulubionych dźwięków - tak przyjemnych, że w największy upał mam na ciele gęsią skórkę. Za rok muszę wejść na pokład.


Mamoooo, a czemu nasz pociąg jeszcze nie przyjechał????
czwartek, 01 sierpnia 2013

Blogosfera - jak każda rzeczywistość - zmienia się.

Będąc młodą lekarką, tfu!, blogerką, pisałam internetowy dziennik, a w nim możliwie szczere, autentyczne migawki z codzienności. Takich dzienników było wtedy mnóstwo.

Ale tak jak komar przeciska się przez najmniejszą dziurę w firance, tak i lans za rączkę z marketingiem przedarli się do blogosfery. W ten sposób rok w rok dzienniki umierają, a na ich miejsce pojawiają się blogi lajfstajlowe (zobaczcie, gdzie ostatnio piłam kawę) oraz blogi tematyczne - raj dla sponsorów.
Ci od lajfstajla tworzą przepiękne dizajnerskie blogi pełne ślicznych zdjęć, ale gdy zedrzeć z nich szykowną sukienkę - nie ma nic pod spodem. Dla mnie to są blogi o niby-życiu, choć przyznaję - lubię sobie czasem popatrzeć. To jak szybkie wertowanie kolorowego magazynu.  
Natomiast grupa pasjonatów, czyli zapaleńcy, którzy bezinteresownie dzielą się swoimi zajawkami dramatycznie topnieje. Wypiera ich bloger łasy na gifty i gadżety od sponsorów, albo i  taki, który na pisaniu próbuje zarabiać. I wtedy diabli biorą szczerość, autentyczność i bezkompromisowość.

Nie do końca też pojmuję trend reklamowania bloga w przypadku, kiedy jest to blog o własnym życiu (nie dotyczy to fotoblogów lub blogów tematycznych)
 Pewnie dlatego, że w dawnych blogowych czasach niepisaną zasadą była skromność. Cieszyliśmy się, gdy ktoś do nas zaglądał, ale tak wprost namawiać, prosić, kusić? W życiu!
Do dziś nie wyobrażam sobie, że mogłabym założyć funpage'a bloga na FB. 
Bo co miałabym napisać w nagłówku?
PRZECZYTAJ O MOIM ŻYCIU?
WEJDŹ i ZOBACZ, JAKA JESTEM FAJNA?


Dla mnie, blogowego weterana, kończy się pewna epoka.
Ale ja nie idę dalej. Ja tu zostaję i jeśli macie, ochotę zostańcie ze mną:)

A do starej blogowej gwardii apeluję - piszcie!
Stwórzmy ostatni bastion blogów pisanych dla idei!