..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 31 sierpnia 2011

Jestem jak Kopciuszek, któremu macocha kazała oddzielić mak od piasku.
Jestem jak ten mak i piasek.
Jeśli dobra wróżka się nie zjawi, nie dam rady sama przesiać ziarenek tak sprzecznych emocji.
Będą się we mnie mieszać aż do śmierci pewnie. Bo przecież wróżka się nie zjawi, ani kareta z dyni, ani królewicz. Nie będzie balu i pantofelka.
Bo Bajka o Kopciuszku to bajka, a życie jest życiem.
Więc będę sobie michą piasku i maku w bardzo prawdziwej i wcale nie bajkowej rzeczywistości.
Ciekawszej niż niejedna fikcja:)

Ale do brzegu, bo pora już późna:

Liczba morsów na plaży topnieje z dnia na dzień. Zostało nas dwoje:)

ja: Wiesz, a dziś rano, jak poszłam pływać to była na plaży telewizja.
Endrju: O, i co? Nagrali cię?
ja: No właśnie nie. A wydawałoby się, że jestem takim atrakcyjnym tematem.
Endrju: Eee, pewnie na kolegium kazano im nagrać pustą plażę w ostatni dzień wakacji i musieli poczekać aż sobie pójdziesz.

15 minut później oglądam lokalny serwis informacyjny, jest materiał z dzisiejszego poranka na plaży.

ja: Już wiem, dlaczego mnie zignorowali!
Endrju: Dlaczego?
ja: To był raport o topielcach!

wtorek, 30 sierpnia 2011

O północy w Paryżu Allena jest jak maleńka beza - słodka, lekka, przyjemnie rozpływa się po podniebieniu i natychmiastowo znika w ustach.  
Doskonały drobiazg na pochmurny wieczór albo niedzielny kapryśny poranek.



Czekając na seans, kupiłam sobie książkę, na którą mam wielki apetyt.



Zapiski pensjonarki rozbudzają wyobraźnię, prawda? :)

***
A teraz garść dzisiejszych refleksji:

moje wczoraj i dziś bardzo się od siebie różniły.

WCZORAJ było łagodne, a DZIŚ było w podskokach.
Może dlatego, że dziś na jeziornym placu boju zostało tylko trio - dwóch morsów i ja morsica?
A może dlatego, że zapisałam się na... ZUMBĘ! (inspiracja Betki)
A może dlatego, że wczoraj najpierw przyszedł esemes od Alutki, że moje Migdały wzruszające są, a potem dostałam garść prawdziwych nie-niebieskich migdałów?
A może dlatego, że mi po prostu dobrze - w pracy, w domu, na świecie. Z Endriuszą czas sielankowy, a Antol - mimo hulającego buntu dwulatka - jest najcudniejszym dzieckiem na świecie. Bo moim.
Każdego dnia przynosi mi nowe wzruszenia. Jedno z ostatnich ulubionych, gdy w mieście oddala się ode mnie, zaczepia obcych ludzi, żeby wskazać mnie palcem i bardzo głośno powtarzać: mama, mama, mama. Jakby chciał całemu światu ogłosić, że to właśnie Ja jestem jego mamą:)

Ale choćbym nie wiem ile garści przed Wami dziś wysypała - nie ma tu nic nowego, ani nic odkrywczego. Jest zaś apetyt, aby czerpać garściami. 
I oby tak było jak najdłużej.
Dobrej nocy!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Sara Kane była w Polsce objawieniem. Jej spektakle zmieniły oblicze poznańskiego Teatru Polskiego - przyciągały na widownię nawet najbardziej nieteatralnych.
Pamiętam, że 4:48 Psychosis z Magdą Cielecką mnie powaliło. Do dziś słyszę dźwięk ciszy na sam koniec, kiedy trwało odliczanie, a widownia zamarła. Nikt nie odważył się zaklaskać. Po takim spektaklu owacja jest jak wata cukrowa na pogrzebie.
Potem Oczyszczeni i Zmobardowani. Jej sztuki oglądało się na deskach teatru, czytało na zajęciach, gadało się o nich w knajpach.

Dziś przypomniałam sobie "Łaknąć".
To nie są utwory do lektury, ale kryją w sobie perły.
Jak choćby ten monolog:

"chcę zasypiać przy tobie i robić ci zakupy i nosić za tobą torby i mówić jak bardzo lubię być z tobą (…) I chcę się z tobą bawić w chowanego i dawać ci swoje ubrania i mówić ci że podobają mi się twoje buty i siedzieć na schodach kiedy bierzesz prysznic i masować ci szyję i całować ci stopy i trzymać cię za rękę i wychodzić razem żeby coś zjeść i nie obrażać się kiedy mi wyjadasz z talerza i spotykać się w barze i rozmawiać o tym jak minął dzień i przepisywać na maszynie twoje listy i przenosić twoje pudła i śmiać się z twoich wariactw i dawać ci taśmy których nie słuchasz i oglądać wspaniałe filmy i oglądać głupie filmy i narzekać na programy radiowe i robić ci zdjęcia kiedy śpisz i wstawać żeby przynieść ci kawę i bułeczki i drożdżówki i chodzić do Florenta na kawę o północy i nic sobie nie robić kiedy podkradasz mi papierosy i nigdy nie masz zapałek i opowiadać ci program telewizyjny który widziałem poprzedniego wieczora i zabierać cię do okulisty i nie śmiać się z twoich dowcipów i pragnąć cię wczesnym rankiem ale nie budzić cię żebyś mogła sobie jeszcze pospać i całować twoje plecy i głaskać twoją skórę i mówić jak bardzo kocham twoje włosy twoje oczy twoje usta twoją szyję twoje piersi twoje pośladki twoją

i siedzieć na schodkach, paląc papierosa dopóki twój sąsiad nie wróci do domu i siedzieć na schodkach paląc papierosa dopóki ty nie wrócisz do domu i martwić się kiedy się spóźniasz i dziwić się kiedy jesteś wcześniej i dawać ci słoneczniki i chodzić na twoje przyjęcia i tańczyć do upadłego i przepraszać kiedy nie mam racji i cieszyć się kiedy mi przebaczasz i oglądać twoje fotografie i żałować że nie znam cię od zawsze i mieć w uszach twój głos i czuć dotyk twojej skóry i wpadać w panikę kiedy jesteś zła i jedno twoje oko staje się czerwone a drugie niebieskie włosy opadają ci na lewą stronę a twarz ma orientalne rysy i mówić ci że jesteś wspaniała i tulić cię kiedy się boisz i obejmować cię kiedy ktoś cię zrani i chcieć cię kiedy poczuję twój zapach i obrażać cię dotykiem i kwilić jak dziecko kiedy jestem obok i kiedy jestem daleko i ślinić twoje piersi i pieścić cię w nocy i marznąć kiedy zabierasz cały koc i dusić się z gorąca kiedy go nie zabierasz i wpadać w zachwyt kiedy się uśmiechasz i rozpływać się ze szczęścia kiedy się śmiejesz i za nic nie rozumieć dlaczego myślisz, że cię odrzucam i dziwić się jak coś takiego mogło przyjść ci do głowy i zastanawiać się kim jesteś naprawdę ale i tak cię akceptować i opowiadać historię o zaczarowanym w anioła leśnym chłopcu, który z miłości do ciebie przeleciał ocean i pisać dla ciebie wiersze i zastanawiać się dlaczego mi nie wierzysz i odczuwać uczucia tak głębokie że brak słów żeby je wyrazić i chcieć kupić ci małego kotka, o którego będę zazdrosny bo będziesz poświęcać mu więcej uwagi niż mnie i zatrzymywać cię w łóżku kiedy musisz wyjść i płakać jak dziecko kiedy pójdziesz w końcu sobie pójdziesz i tępić karaluchy i kupować ci prezenty których nie chcesz i odnosić je do sklepu i wciąż na nowo prosić cię o rękę, mimo że odmawiasz mi już któryś raz ponieważ ci się wydaje że mi na tym nie zależy chociaż zależy mi bardzo od kiedy zrobiłem to pierwszy raz i potem włóczyłem się po mieście które wydawało się puste bez ciebie i chcieć tego czego ty chcesz i wiedzieć że zatraciłem się cały i mimo to wiedzieć że przy tobie jestem bezpieczny i opowiadać ci o sobie najgorsze rzeczy i dawać ci to co we mnie najlepsze bo jesteś tego warta i odpowiadać na twoje pytania chociaż wolałbym tego nie robić i mówić ci prawdę kiedy wcale tego nie chcę i zachowywać się uczciwie dlatego że wiem że sobie tego życzysz i gdy myślę że wszystko skończone czepiać się ciebie przez króciutkie dziesięć minut zanim na dobre wyrzucisz mnie ze swojego życia i zapomnieć kim jestem i próbować być bliżej bo pięknie jest uczyć się ciebie i warto zrobić ten wysiłek i mówić do ciebie źle po niemiecku i jeszcze gorzej po hebrajsku i kochać się z tobą o trzeciej nad ranem i jakimś cudem jakimś cudem jakimś cudem opowiedzieć ci chociaż trochę o nieprzepartej dozgonnej przemożnej bezwarunkowej wszechogarniającej rozpierającej serce wzbogacającej umysł ciągłej wiecznotrwałej miłości jaką do ciebie czuję"

Kobiety mogą westchnąć, mężczyźni przepisać.
Oto darmowy szablon miłosnego listu, po którym już nic nie będzie tak jak dawniej.

niedziela, 28 sierpnia 2011
Smaczny koniec dobrego weekendu.


każda kurka to jedna spacja, słowo, myśl, dedykacja
grzybobranie jak... medytacja:)
sobota, 27 sierpnia 2011

Kolacja, picie, gadanie.



Na dobranoc przeczytam pierwsze strony Eileen Chang "Czerwona róża, biała róża".

Ciekawe, co mi się przyśni?
Wczoraj obudziłam się w środku nocy ze śmiechem. Mięśnie brzucha miałam twarde i obolałe od sennego chichotania. A śniło mi się, że pół osiedla ganiało z odkurzaczem za...osą.  Jak się okazało, wszyscy zamontowali rurę odwrotnie i odpychali owada, zamiast go wessać. Tak mnie to ubawiło, że o 3.30 obudził mnie mój własny śmiech.

Ale są też noce,  kiedy budzę się zapłakana. Mam nadzieję, że to nie będzie ta noc.
Dobranoc! 

piątek, 26 sierpnia 2011

Aż sama nie mogę się nadziwić, o co chodzi. Nic się nie wydarzyło, nie spadła manna z nieba, nie złapałam Pana Boga za nogi, w totka też nie wygrałam.
A mimo wszystko jakiś nieziemski błogi spokój przelewa się przez moje trzewia - ciepły, kojący, łaskocze mnie delikatnie, pobudza, inspiruje.
Mięśnie mojej duszy są rozluźnione, choć w żyłach krew płynie wartkim strumieniem.  

W moim życiu nic się nie dzieje, a to NIC jest takie przyjemne! W tej wewnętrznej ciszy grzechoczą tylko drobinki szczęścia. Nie żeby jakaś fala eudajmonii - bez przesady. Ot, słodkie dropsy zadowolenia, które można przykleić do podniebienia i wolno ssać. Więc ssę sobie moje małe szczęście.

Dziś: słuchając listy przebojów w Trójce, pisząc, zajadając łakocie popijane winem.

Endrju pod Krakowem, więc nie jestem skazana na komputerową strzelankę. Może zdążę poczytać (Smak języka), obejrzeć film?

Na półce czekają:
- musical Nine
- 5x2
Ozona - raz już widziałam, ale mam ochotę na więcej
- Slumdog
- Masz na imię Justine
- Jedyna prawdziwa rzecz
z Meryl Streep
- Rysa
- Julia
z Tildą Swinton
- Quid pro Quo

Co polecacie?

A tu BABY PRUSKIE

rano




i popołudniu



Antek z gofrem


odnalezione w Olsztynie.
Nespoon czy jej naśladowca?

czwartek, 25 sierpnia 2011
Najlepszą porą na pływanie w jeziorze jest wieczór i poranek.

Plaża jest wtedy opustoszała i znów cała moja.

Kiedy pływam wieczorem, zmywam z siebie cały dzień, zrzucam z ramion emocje, z głowy wypłukuję rozmowy i obrazy. Z wody wynurzam się lekka i lekkim krokiem spaceruję do domu, zasypiam miękko, a sny mam delikatne, pastelowe, tak przyjemne, że aż nie chce się wstawać.

Co innego pływanie poranne - takie jak dziś.

Pływanie o poranku jest jak stwarzanie siebie od nowa. Kiedy pływam, nie myślę o niczym, mam w głowie ciszę i pustkę - czuję jak moje ciało obmywa woda, jak woda mnie wciąga i wypycha, kołysze, jak mnie lula. Jestem w brzuchu ziemi - w przytulnym worku macicy. To ziemia mnie nosi i na świat wydaje.

Wychodząc z porannej kąpieli, mam wrażenie jakbym była czysta w środku, tak głęboko, że nie dociera tam nawet moja myśl. Idę pustą plażą z umysłem jasnym i wolnością pod stopami - mam przed sobą całe moje życie.
Mogę wszystko zacząć od nowa. Mogę wszystko.

A potem zaczyna się dzień:)


***
Endrju wyjeżdża na imprezę integracyjną pod Kraków. Spędzamy razem wieczór, pijemy piwo, żegnamy się. Czytam horoskop w mojej ulubionej gazecie "Party. Z życia gwiazd".
- Tu jest napisane, że czeka Cię szalona przygoda miłosna. W takim razie nie jedziesz na żadną integrację!
- Szaloną przygodę miłosną już mam za sobą. Zostawiłem dla ciebie apartament w pięknej dzielnicy Warszawy, prestiżowe grono znajomych i zrezygnowałem z kariery zawodowej. Co może być bardziej szalonego?
wtorek, 23 sierpnia 2011

Ale mi dziś dobrze było!
Dzień rozpoczęłam od spotkań, dzięki czemu mogłam przewłóczyć się starówką o poranku. A starówka o wschodzie słońca jest cudowna - gdy dopiero przeciera oczy, otrzepuje się z nocnej wilgoci, powoli zagęszcza się spacerującymi ludźmi. 
Pierwszy raz polubiłam poranną starówkę, gdy urywałam się z lekcji w liceum, potem podczas wakacji na studiach, serwując gościom pierwszą kawę i śniadanie w staromiejskim ogródku, ostatnio - kiedy  każdego poranka wędrowałam do mojego kramu.

Dziś szłam nieśpiesznie i delektowałam się ciszą miasta.
Jak dobrze! Za kilka godzin sprażone słońcem ramiona starówki uginać się będą od mieszkańców, turystów, samochodów i rowerów.

Ale jeszcze nie teraz, nie teraz..








Poranna kawa w House Cafe





"Smak języka"


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

ZACZAROWANE GUZIKI
Będąc małą dziewczynką, uwielbiałam się bawić guzikami. Babcia trzymała je w kilkupoziomowej drewnianej skrzyni. Otwieranie wieczka i maleńkich szufladek z mnóstwem kolorowych guzików, było jak podróż do zaczarowanej krainy. Z kolei Antek uwielbia bawić się monetami. Jego zaczarowaną skrzynią jest mój portfel. Ot przepaść pokoleniowa:)

ODGRUZOWYWANIE SIEBIE
Pogubiła się moja koleżanka, zachłystując się nową sobą.
Przyszedł czas na autorefleksję. Napisała tak, ładnie:

...idę dalej odgruzowywać mieszkanie, bo zapuścilam je strasznie [jedyną rzeczą, o którą ostatnio dbałam bylo moje cialo:( ]

Ja mieszkania odgruzowywać nie będę, bo nie mam takich ambicji, ale siebie od kilku dni odgruzowywuję z dużą satysfakcją - powoli, po trochu sycę głód umysłu i duszy.

JESIEŃ?

Robiąc dziś korektę warmińskich legend, znalazłam ładne zdanie: 
Ale gdy szczęście się śmieje - niedola za drzwiami już płacze.

A potem wzruszyłam się podczas sprawdzania błędów i poryczałam się jak dziecko nad legendą Ireny Kwintowej "Ofiara Smętka". 

Jesień czy hormony?

MORSICA
Kiedy  ma się jezioro pod nosem, ba!, nawet dwa, wypadałoby z niego korzystać przez cały rok. Wpadłam więc na pomysł, że zostanę morsem i żyłam tym przekonaniem dobry tydzień.
Dziś po raz pierwszy, zanurzając się z trudem w chłodnej wodzie, zwątpiłam w siłę własnego charakteru.
Może w duecie byłoby raźniej?
Uwaga: Morsica aspirantka szuka partnera lub partnerki:)

RAJ-STOPY
Zrobiłam dziś przegląd pończoch i rajstop, wyrzucając do kosza dziurawe, przechodzone i wytarte. Zostały 23 pary, a i tak mam poczucie, że to za mało. Ta rajstopowa obsesja ma korzenie w czasach liceum, kiedy moi rodzice byli tak zwanymi prywaciarzami, a kasa pojawiała się w domu rzadko i nieregularnie. Z trudem wyciągaliśmy na bilety autobusowe, a rajstopy to był szczyt luksusu (można przecież założyć spodnie, prawda?). Więc od marca do października chodziłam z gołymi nogami.
Od kiedy mam swoje pieniądze, moja pończoszana spiżarnia zawsze jest pełna.
To trochę jak z kotem znalezionym na podwórku, który  wcina żarcie tak długo aż zwymiotuje:)

OPOWIEŚCI MIMA
Na wczorajszych urodzinach Tomka, najlepiej bawiłam się, słuchając... mima:)

***
To tyle mojej dzisiejszej mozaiki.
Antek już pysznie śpi, w kuchni pachnie bazylią, bo utarłam dziś świeżutkie pesto, zjedliśmy z Endriuszą po wielkim talerzu zapiekanki z brokułami, boczkiem i pieczarkami, a teraz wskakuję do łóżka, aby puścić wodze fantazji. Literackiej oczywiście.

Do jutra, dobranoc kochani!

niedziela, 21 sierpnia 2011
sobota, 20 sierpnia 2011

To był dobry dzień.
Mam jeszcze na ustach smak porannej kojącej kawy - a może to nie smak kawy wcale? Ale coś innego, co zostaje długo na języku - aromatyczne, miękkie i pikantne zarazem, słodkie aż chce się przełykać bez końca, aby ta słodycz rozlewała się po podniebieniu, gardle, sercu i żołądku.

Już wczoraj obudziłam się lekka. Po każdej zapaści, gdy już wyjdę z mroku, oddycham głęboko i swobodnie. Wypełnia mnie spokojna euforia. Żadnych porywów, zwyczajna przyjemność istnienia, cieszenia się drobiazgami.

Dziś pojechałam z Antkiem na wieś na obiad, potem przewłóczyłam się z Krisem i Asią starówką, a wieczorem wylądowałam na plaży. Dziś jezioro grało morski spektakl - prężyło się do słońca, marszczyło z wiatrem, pieniło jak ocean. Siedziałam na piasku, napawając się widokiem warmińskiego Bałtyku, podczas gdy Antek sypał mi piasek na głowę.

A teraz rozpoczynam moją sobotę. Endrju wróci do domu po północy, a ja mam wieczór tylko dla siebie - żadnych gości, miejskich szlajanek, domowych libacji. Są smakołyki, jest kieliszek wina (pierwszy od tygodnia). Na ekranie koncert Amy Winehouse. Na kolanach laptop. Pod ręką nowe "Wysokie Obcasy extra" i "Wdowa Couderc" Georgesa Simenona.
Mam ochotę pisać, czytać, słuchać, oglądać.
Pić i jeść. 
Znów mi wszystko smakuje i nie wiem, od czego zacząć. 






zamieszki prawie jak w Londynie:)













A to mój ukochany ZAJĄC, odnaleziony po wielu, wielu miesiącach gdzieś za komodą. Poszedł w odstawkę, gdy urodził się Antek. Dziś po kąpieli w umywalce wraca. Endrju nie będzie zachwycony:)

czwartek, 18 sierpnia 2011
Są takie chwile, kiedy pod żebrami opada jakaś pancerna śluza i żadna dobra energia do mnie nie dociera. Ani ludzie, ani muzyka, światło, słońce. Nic. Kompletna ciemność. A ja w tej ciemności sama. Mogłabym się skulić, wtulić w chłodne ściany mroku, przeczekać, ale nie umiem tak. Ciskam się, walę, szamoczę, żeby mnie ktoś usłyszał, otworzył, uratował.

Nie potrafię zaprzyjaźnić się ze swoją słabością. Nie potrafię oswoić smutku.  Zatańczyć, zatupać - owszem. Ale oswoić, zaakceptować? Nie potrafię.
Zachowuję się jak poranione dzikie zwierze, do którego nie można podejść.

Ale nawet najgęstszy mrok nie trwa wiecznie.

Przez szczelinę wpadł pierwszy prążek światła.
Poczekam jeszcze. Zaczerpnę powietrza. Za chwilę znów zaświeci słońce.
Zjem smaczny obiad, pójdę popływać, położę się w łóżku, przytulę Groszka.
Ostatnie dni lata muszę wdychać głęboko.


A pływać uwielbiam - to chyba jedyny moment, kiedy czuję się lekko,
niezależnie od wszystkiego.

środa, 17 sierpnia 2011
  - No nie mów, że sypiasz w piżamie?! - oburzyła się Beta. - Kochana!  zwiewna koszulka na ramiączkach to podstawa! Za chwilę będziesz czuła oddech konkurencji na karku, więc nie możesz odpuścić. - pouczyła mnie tonem wszechwiedzącej Wiedźmy.

Popijając bezalkoholowe mojito (ja) i czekoladę z winkiem (Beta) gadałyśmy o.. facetach oczywiście.

To nasze drugie spotkanie w tym tygodniu, więc mogłyśmy pozwolić sobie na tematy błahe, frywolne, nie to, że nieistotne. Wręcz przeciwnie!

- Moja droga - ciąg dalszy lekcji trwał, bo Betka jest teraz ekspertem od tego "czego pragną faceci" -  zestaw spódniczka plus bluzeczka na guziczki to podstawa seksownego stroju. Guziczki albo tasiemki, żeby łatwo było Cię rozebrać. Wiesz, oni mają skojarzenia jeszcze z okresu, gdy ich matki piersią karmiły.


Żebyście jednak nie myśleli, że my tylko o facetach i ciuchach, to jeszcze dodam, że obrobiłyśmy tyłki znajomym (delikatnie), pogadałyśmy o seksie (też delikatnie)
, a także stanęłyśmy wobec hipotetycznego dylematu:
Co byś wybrała - jedzenie czy seks.

Beta  seks, ja żarcie. A wy?

***
WIECZÓR
Wracam do domu. Gdy wychodzę spod prysznica,  Endrju już zasypia.
ja: Słuchaj Beta kazała mi założyć koszulkę, więc tandam: zakładam!
Endrju: Już mi się podoba, a co dalej?
ja: Dalej? O niczym więcej nie wspominała.
Endrju: Na pewno???
ja: Mówiła, że po prostu masz się podniecać na mój widok.
Endrju: (zrezygnowany) To już mi dolega od dawna.

RANO
Endrju: Wiesz, jednak fajnie, że założyłaś tę koszulkę.
Możesz Becie podziękować.

Więc na łamach bloga dziękuję.
Jesienią i tak wrócę do flaneli. A konkurencja niech marznie:)



Władczyni Różowego Pierścienia - prezent od Bety

A to kilka fot z niedzielnych urodzin:



Betka, Madzia i Kasia, na środku tort i opowieści o leżeniu w trawie pod zeribą. Kto leżał, ten wie:)

Betka dostała  książkę ode mnie, ale prawdziwą pisarką  jest ona. Kilka godzin później została zidentyfikowana w jednym z klubów jako... Kalicińska. Znalazła swoją wielbicielkę i nawet rozdawała autografy, ku uciesze reszty towarzystwa.


Kasia


Dzień przed abstynencją




foto by Beta:)

a! i jeszcze fota rozwodowa


poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Bóg mi świadkiem, że to jest czysty przypadek. Jakoś tak mam - w kościelne święta zwykle koszę trawę:)
Nie muszę iść do świątyni, aby się pomodlić, pomedytować - mi wystarcza samotność w ogródku, przy ścinaniu trawy.  

Dziś tak spróbowałam - bez zagłuszania, towarzyskich spotkań, bez wina, choć nie bez winy. Było mi źle i to "źle" nosiłam w sercu, choć zwykle je porzucam gdzieś po drodze, upuszczam w karnawale jaskrawej codzienności.
A dziś kolorowania nie było. Czarno-biało i zielono. Zielona trawa oczywiście.

Tak też czasem musi być.
Dni, kiedy się tęskni za wszystkim, wiedząc (przeczuwając bardziej!), że wszystko wcale nie uszczęśliwia.

A może to po prostu naturalna kolej rzeczy po tak intensywnym czasie? 
Kiedy się za dużo śmiejemy, smutek w środku bardziej pęcznieje.

Jak znam siebie - jutro będę śmiać się od nowa, dopóki znów nie zapłaczę.

Na fali poimprezowego zmęczenia i żalu za grzechy -
Z wiatrem wakacyjnej energii i świadomości końca urlopu:

  • redukuję alkohol do niezbędnego minimum
  • fajki rzucam
  • biorę się w garść i w karby
  • otwieram umysł i ciało.

    O!



* A wczorajsze urodziny Betki były bardzo fajne.
Znów mnie bolał brzuch od śmiechu:)

niedziela, 14 sierpnia 2011

Całe szczęście, że Tortuga była zamknięta. I że przypadkiem natknęliśmy się na Jacka - naszego kultowego lokalnego pisarza - który lubi przesiadywać w Barze Staromiejskim. Co za miejscówka! - tuż przy grającym samochodziku, w sercu ruchu ulicznego starówki, z widokiem na odresuarowaną kamienicę, w jednym z ostatnich peerelowkich miejsc, gdzie o 22.00 wszystko zamykają na cztery spusty. I całe szczęście, że udało nam się spotkać znowu w tym gronie, bo zdążyłam zapomnieć jak surrealistyczne są to spotkania i jak bardzo brzuch mnie boli od śmiechu. A na drugi dzień głowa. I to jak!

To był za piękny wieczór, aby siedzieć w Tortudze, w jakiejś szantowej piwnicy.
Więc najpierw był Bar, potem Antyk, na koniec tańce Okopie. 

Gadanie jak zawsze żywe, pełne skojarzeń, absurdu i abstrakcji. O tym nie da się opowiedzieć. Paweł - świeżo upieczony mąż stawia nam kolejkę jedna za drugą. Endrju chce mi badać źrenice wyświetlaczem telefonu komórkowego. Ktoś znika. Ktoś spada z krzesła. Artur salutuje jakiemuś majorowi, Tomek opowiada o wyższości żony nad smartfonem.  Mieli się wszystko wesoło, tragikomicznie. Na koniec mocna opowieść Izy, która wciska mnie w ziemię.

Okazuje się, że Teatralna może być wszędzie.



czwartek, 11 sierpnia 2011

Powoli wchodzę w rytm pourlopowy... za chwilę dopadnie mnie codzienność i jeśli zachowam choć szczyptę tego, co ze sobą przywiozłam - będzie dobrze.

Dzieję się i mało, i dużo naraz.
Są wzloty ciała tak przyjemne, że aż wzdycha dusza, są wzloty duszy, że ciału słodko.
Są kreatywne pomysły, kilka postanowień i nowe apetyty. 
Jest o czym myśleć i czym żyć.

Powęgierskie esemesowanie:
ja:
Fajny ten Twój kraj tak w ogóle. I zajebiście jeżdżą po drogach - żadnych palantów piratów.
K.: Bo tam są bardzo wysokie mandaty, jak złapią to można stracić kupę forsy.
ja: Myślisz, że to tylko mandaty? W Polsce to by nie zadziałało. Każdy kupiłby sibiradio i z głowy.
K.: Może chodzi o to, że Węgry to mały kraj i jak się jedzie wolniej, to im się wydaje, że jest większy, bo dłużej jadą.

:))

środa, 10 sierpnia 2011

Na czym to ja skończyłam?

Acha, Budapeszt, którego właściwie nie zwiedziliśmy i jak zwykle kręciliśmy się przede wszystkim po okolicznych miasteczkach - Wyszehradzie, gdzie spaliśmy i piliśmy oraz urokliwym Szentendre, gdzie jedliśmy i się włóczyliśmy:


jeśli jechać gdzieś z małym dzieckiem to tylko na Węgry.
Tam dzieci są rzadkością i ósmym cudem świata. Ludzie rozpływają się na ich widok, nie mówiąc o facetach w każdym wieku, dla których kobieta z dzieckiem to widok tak apetyczny, że zaraz pojawia im się błysk w oku. Korzystałam więc z uwagi, jaką przyciągał Antek i chętnie kąpałam się w jego blasku:))




Antek przegląda kartę win. Jest smakoszem dań śródziemorskich - owoce morza, makarony, pizza, tortellini - zawsze. Toteż w madziarskim kraju prawie nie je. Za to dużo pije:)






Zbliżenie z węgierską kuchnią było jak seks małżeński - satysfakcjonujące, ale bez ognia. Kilka drobnych orgazmów, żadna tam aria rozkoszy, ot trzy wyższe nuty składające się na kulinarne "och!" Niestety nigdy nie jednocześnie. Albo ja, albo Endrju. Ja w Wyszeheradzie przy grillowanym serze i przy serze na wzgórzach Pecs, Endrju przy paprykowej wieprzowinie w Villanyi. 








Wieczory, już bez Antka. Błogie, leniwe, ciche. Jak dobrze, gdy on już śpi!






Endrju: Zauważyłem, że dużo kolesi nosi tu łańcuchy.
ja: I ma tatuaże.
Endrju: To akurat mnie nie dziwi. W końcu to Ma-dziary.



Z okolic Budapesztu znów wygonił nas deszcz. W poszukiwaniu słońca ruszyliśmy na południe. A może dlatego, że K. namówił mnie na Pecs i Villanayi?

Trafiamy akurat na jakiś festiwal, więc z noclegami niezły kanał. Ostatecznie lądujemy w Harkanach w luksusowym i bardzo tanim hotelu. Ciekawe, gdzie czai się podstęp? (O tym dowiemy się wkrótce...)

Tymczasem relaksujemy się na kąpieliskach, gdzie Antek jest w siódmym niebie, a i mnie - nieoczekiwanie - moczenie tyłka w tłumie również sprawia frajdę.




Antek uwielbia stragany i pogawędki ze sprzedawcami.
Z naszej trójki on najbardziej wymiata po węgiersku:))


Chłopaki w drodze na basen

I wieczór...

Endrju w lokalnych przysmakach najbardziej kocha ich...globalność.
W kraju papryki spożywa czipsy paprykowe rzecz jasna:)

W Hotelu Schafer pierwsza karta odsłonięta... - okazuje się, że hotel jest niemiecki. Prowadzą go Niemcy i gośćmi są jedynie niemieccy emeryci. Nie dość, że zaniżamy średnią, to jeszcze jesteśmy polsko-semicką łyżką dziegciu w miodzie. Ale nie myślcie sobie! Wszyscy się nami zachwycają, uwielbiają naszego klajne i co ranek pytają czy klajne gut szlafen. Ja gut, danke szun, odpowiadamy, bo więcej nie umiemy. Gospodarze podsuwają nam wszystko pod nos - pełna kultura i 100% atencji. Gdzie zatem czai się podstęp? (O tym przekonamy się wkrótce...)

Tymczasem wypad do Pecs i Villanayi. Piękna pogoda, fontanny, radość spacerowania bez celu i bez sensu.






Kto widział tyle kłódek?
I o co kaman??



W knajpie na wzgórzach Tettye poleconej przez Krzyśka.




w Villanyi trafiamy w serce festiwalu. I znów nie wiemy, o co chodzi:)
Już nawet Antek nie kuma:)

I przyszedł czas na powrót.
Żegnając się z właścicielami hotelu, zastanawiamy się cicho przy śniadaniu, ilu ich rodziców było nazistami i jednocześnie wstyd nam, że nie możemy się temu oprzeć, że tacyśmy niewdzięczni. Gdy wyjeżdżamy, właściciel biegnie za nami i zatrzymuje nas jeszcze. Z ciepłym życzliwym uśmiechem wręcza Antkowi czekoladki. A my jeszcze bardziej zawstydzeni machamy dziękczynnie. Zerkam na opakowanie.
- I co głupio Ci? - zagajam do Endriuszy. - Myślisz sobie teraz, że ten pan taki miły, a my go od nazistów, co?
- No bardzo miły! -
emocjonuje się Endrju.
- To wyobraź sobie, że termin przydatności tych czekoladek upłynął 1 lipca 2011!
- Czyli jednak?
- Otóż to! Czyli jednak chcieli nas zładzić.
-
Podstępem! Czekoladkami!

Przemierzamy Wegry i docieramy pod polską granicę.
Po drodze słowacki obiad w tatrzańskiej kolibie.
Wreszcie duże, zgodne och!








I noc pod chmurką przy słowackim piwie w Tatrzańskiej Łomnicy.

A rano?
Rano Endrju budzi się chory, więc planowany chillout w Beskidach odkładamy na niewiadome jutro. Pierwszy raz podczas tego urlopu mam ochotę rozszarpać Endriuszę na kawałki, bo Endrju chory to znaczy, że za chwilę będę chora ja, a potem Antek, antybiotyki, groźba szpitala itede. Ostatnio przerabialismy to 3 tygodnie temu.
Wracamy więc - gapię się tęsknie na górskie pejzaże i marzę o tym, aby położyć głowę na brzuchu ziemi. Tam. Nigdzie indziej. Bo nigdzie nie jest tak jak w górach. Frustracja przechodzi mi dopiero koło Warszawy. Miły wieczór u Duchów i myśl, że do domu jest po co wracać.
BO JEST!

Tarta made by Duch:)

Z Warszawy żabim skokiem jesteśmy w Olsztynie.
I Odkrycie podróży - pierwsza powieść szpiegowska w moim życiu. Ludlum "Iluzja skorpiona"

Dopiero teraz gdy już wróciłam, czuję, jak wspaniale wypoczęłam, ile mam energii, co się zmieniło, a co pozostało tak jak było.
Również dopiero teraz czuję, jak przyjemnie jest wracać.
I jak przyjemnie jest się witać.

A więc witam się z Wami - jestem i będę.
Dzień dobry! Dobranoc!

ps. ROZWIĄZANIE ZAGADKI

Zwycięzcy konkursu to złota czwórka: Kruszek, Myviridis, Marta & Tymisiowa. Niestety okazałam się totalnie typową banalną babą. Żadną czarownicą na miotle, ani miłośniczką kawy z przenośnym ekspresem, od wibratorów wolę żywe penisy. Nie wzięłam nawet kwiatka doniczkowego jak Leon Zawodowiec. Jak tpusta głupia baba zabrałam ze sobą... wagę. Co okazało się zupełnie niepotrzebne, bo nic tak nie działa na przemianę materii jak butelka czerwonego wina co wieczór:)

Dzięki za udział i Waszą kreatywność!

wtorek, 09 sierpnia 2011

Wychodzę z czarodziejskiej szafy i wracam do życia!



Nasza węgierska podróż okazała się wędrówką w poszukiwaniu słońca.
Warszawa przywitała nas deszczem, Lublin to samo, Słowacja opuchnięta od ulewnych płaczy - wilgotna i paskudna. Dopiero w kraju słoneczników wyjrzało słońce. Na północy Węgier
słonecznikowe pola aż raziły jaskrawością. Ich soczyste, żółto-zielone kwiaty rosły wyprostowane, dumne, pełne młodzieńczego wigoru jak młodzi na spotkaniu wiernych w Lednogórze albo dawni pionierzy na pochodzie pierwszomajowym. Im dalej na południe, tym kwiaty bardziej  traciły swą świeżość. Pod granicą chorwacką kołysały się już chwijnie - wyschnięte, zgarbione, ze zwiędłymi twarzami skierowanymi ku ziemi.

Gapiąc się godzinami w mijane pejzaże, doznałam olśnienia. Zrozumiałam, dlaczego zawsze w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno, dokąd jadę. Nie mam wymarzonych miejsc na świecie, nie odkładam na wyprawę do Indii czy Nepalu, podróż dookoła świata kręci mnie z zupełnie innych powodów niż wielkich globtroterów. Aż głupio się przyznać, ale nie robi mi wielkiej różnicy, czy pojadę w polskie Beskidy czy Himalaje. I już wiem, dlaczego!
Otóż podróż jest dla mnie jedyną okazją, aby wyrwać się z kontekstu. Porzucić codzienność, a w niej dom, pracę, niusy w mediach, obowiązki i rutynowe sprawy i sprawki, zawroty głowy i serca. Jadąc GDZIEKOLWIEK, odrywam się od hałaśliwej codzienności i odbywam równoległą podróż wgłąb siebie. Może to pachnie banałem, ale jakie to przyjemne, inspirujące, po prostu zajebiste móc oderwać się od wszystkiego, co zagłusza nasze myśli, wyobraźnię, co odciąga nas od samych siebie.  

I oto największa wartość mojej węgierskiej podróży.
Poza oczywistymi innymi smakołykami, czyli:
włóczęgą tu i tam, gapieniem się na ludzi, poznawaniem innego, tropieniem różnic, jedzeniem, winem, gadaniem, chichotaniem i wkurzaniem się (a jakże!) też:)

Ale zacznijmy od początku:

Wyjechaliśmy zapakowani jak cygański tabor, niczym w podróż, z której już nigdy nie mielibyśmy wracać.

Najpierw  Warszawa - wesele Pawła i Agi, na które przyjeżdżamy spóźnieni. Wiadomo - korki.



Antek po raz pierwszy w świątyni Pana:


Podczas gdy Antek zgłębia atmosferę katolickiej świątyni, jego wujkowie odpalają na swoich iphonach miecze świetlne (kto ma, ten zna:)i zamiast oddać się refleksji, toczą gwiezdną wojnę.

Na noc przygarnia nas Ramsik z Duchem, dzięki czemu wkręcamy się na fajną imprezkę. Tak fajną, że kompletnie wypada mi z głowy robienie jakichkolwiek zdjęć:)

A potem jest Lublin - deszczowy i parny. Fantastyczna, pełna kontrastów starówka, niezła włoska knajpa i kawa z Natalijką i jej rodziną. Natalijka i jej mąż są znajomymi Endriuszy ze studiów muzycznych, a ona jest moją koleżanką z...bloga:) Świat jest mały, prawda?
Natalia okazuje się jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach, a spotkanie, choć dość nietypowe, bo znamy się jedynie wirtualne, toczy się gładko, ciepło i  swobodnie.








W poszukiwaniu słońca i zagubionego lata, chcąc uciec od polskiej pory monsunowej, jedziemy dalej na południe.

5 minut w słowackiej Dolinie Śmierci i na Węgry.




Metę znajdujemy w Etcs.
Antek w podróży spisuje się na medal. Poza spektakularnym haftem na samym finiszu, humor mu dopisuje - sam znajduje sobie zajęcia - na przykład otwiernie drzwi, śpiewanie czołówki Boba budowniczego lub próba zmiany dźwigni biegów nogą. Czasem ja robię za animatora - podsuwam książeczki, łaskocze, śpiewam, odstawiam spektakle. Jest dużo lepiej niż się spodziewaliśmy.

Lądujemy zmaltretowani w pensjonacie Kurek prowadzonym przez uroczą starszą panią, miłośniczkę żółwi, kotów, papug i psów. Po kilku próbach rozmów z lokalsami już wiemy, że będzie ciężko. Gadam na migi, nic nie rozumiem i na dodatek nie potrafię się do tego przyznać: przytakuję i palę głupa. Ale uczę się pierwszego zwrotu: szimi, szimi:)

Powłócząc nogami, idziemy jeszcze do marketu, aby urządzić sobie pierwszą węgierską ucztę, gdy Antek zaśnie:



Endrju - miłośnik regionalnych smakołyków - kupuje węgierskie delicje "Pilota" - tradycyjne receptury, czyli regulatory kwasowości, barwniki i E 250 i inne, ja wcinam kozi ser, zagryzam oliwkami i popijam piwem. Wino będzie później.

Następnego dnia jedziemy do Eger. Jedziemy tam mimo mejla od Krzyśka, który wali bez ogródek. Cytuję fragment:

"Nie bądźcie turystycznymi ciotami, ktore jadą do Egeru i Tokaju, żeby słyszeć na każdym kroku polski jezyk i widzieć polskie wycieczki".

Jadę - po drodze i na przekór.



Stoję pod dwoma wzgórzami, które od razu skojarzyły mi się z leżącą na plecach boginią. Na zdjęciu widać tylko jej lewą pierś:)


widok na Eger - urocze miasteczko, z jeszcze bardziej uroczymi piwniczkami winnymi na obrzeżach, gdzie można wpaść na degustację. My piliśmy - ja wino, Endrju wodę, Antek sok - w piwniczce nr 18:)


A to fajny gorący smakołyk - kurtos kalacs

Śpimy i pijemy na podegerskim uroczym zadupiu - w Noszwaj.


Po sześciu wieczorach gadania, nie jestem w stanie przypomnieć sobie, o czym gadaliśmy. Na pewno o Antku, może o nas, była też pewnie szczypta plotek, rozważań filozoficznych i wieści, których nie zdążyliśmy sobie przekazać, mijając się na co dzień. Mijając  się.

Następnego dnia ruszamy do Budapesztu, gdzie spędzimy kolejne dwa dni. 
Zanim zdążymy się zapakować, Antek siedzi już  w aucie podjarany podróżą, a z głośników dudni Wagner. Wegierska rozgłośnia klasyczna Bartok. Jedziemy.

Pierwsza sprzeczka. Banalna i zabawna. Skończył się gaz. Ja wyślepiam oczy, aby odnaleźć stację z gazem, wreszcie jest!  Łukoil. A Endrju na to, że nie będzie wspierał rosyjskiego imperializmu i woli jechać na benzynie. Nie wiem, czy bardziej mnie wkurzył, rozśmieszył czy mi zaimponował. Na tej cholernej ideologicznej benzynie zrobiliśmy jeszcze kilkaset kilometrów.

A w Budpaeszcie... mogłabym sporządzić listę miejsc, które ominęliśmy, bo.. pogoda, bo Antek, bo po co, bo kiedyś:)

Ograniczyliśmy się do Parku Pomników Niemodnych











basenu w klimatycznym Hotelu Gellert




Antek na maksa podjarał się pływaniem, dopóki nie wlazł do ciepłej wanny.
Wtedy każda próba przejścia do chłodniejszego miejsca kończyła się awanturą:)




deszczowych spacerów



i nasiadówki w starej cukierni Auguszt Cukraszda


a potem był Wyszehrad, Pecs, Villanayi, Harkany, podnóże Tatr i znów Warszawa, ale o tym jutro, bo popełniając ten wpis, wypiłam już butelkę wina i przekroczyłam dozwolony limit zdjęć.
Oto znak, że najwyższa pora pójść spać.
Do miłego!

ps. Rozwiązanie zagadki już jutro:)