..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Dziś od rana furia i bezsilność.
W południe furia przeobraziła się w moc i pęd do działania.
Doszliśmy z Endriuszą do zawodowej ściany.
Trzeba coś zmienić.

Pierwszy raz od 3 lat piszę civi.
A myślałam, że jeśli kiedykolwiek będę pisać swój życiorys, to tylko na łożu śmierci:)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

MOJA FAMILIA, A UMIŁOWANIE  TRADYCJI

Jedziemy autem i gadamy o czymś tam, nagle Mama wypala:

- Niedawno jedna znajoma wyprawiała córce wesele. Koszmarny wydatek! Chwała Bogu, że nas to ominęło!

niedziela, 29 sierpnia 2010
w Kątach Rybackich:)

ja, Antoszek i moi Rodzice.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Jutro Endrju jedzie na radiowy szczyt pod Wawę, a ja ewakuuję się na wieś.
Wypaliliśmy kilka pożegnalnych szlugów, wypiliśmy wino - to znaczy ja piłam (dokończyłam butelkę z wczoraj:), a Endrju jadł czekoladę.

Na szczęście jest iPlus, więc będę na łączach.
Do miłego! 


środa, 25 sierpnia 2010

Po sytych wakacjach przyszedł czas na opamiętanie. Co prawda moje krągłe kształty na razie wydają mi się apetyczne, ale rozsądek podpowiada, że te pozornie niegroźne drobne warstwy tłuszczyku mogą sie w okamgnieniu przerodzić w trudne do zlikwidowania wały obronne.

Dlatego od wczoraj jem z głową, czyli wróciłam do mojej jedynej, wypróbowanej diety garściowej, która de facto dietą nie jest, ale po prostu zdrowym nawykiem żywieniowym.
Dla niewtajemniczonych: posiłki co 3-4 godziny, tyle, ile zmieści się na dłoni.

Moim magicznym kluczem dietetycznym jest jedzenie tego, co smaczne. Zamiast więc wpieprzać wszystko jak leci, do każdego posiłku przygotowuję się jak do małego święta. Mam do wykorzystania powierzchnię tylko jednej dłoni, więc nie mogę jej zmarnować na byle co;)
Oczywiście dieta ta przewiduje weekendowe oraz wakacyjne dyspensy, bo każdy potrzebuje odrobiny szaleństwa - nawet żołądek.

Właśnie kończę moją kolację, na którą składały się: szparagi z wędliną, makrela w galarecie, pikantny ser litewski i jajko na miękko. A wszystko zakropione lampką czerwonego wina. Mniam, mniam.

Ciekawe co u Was dziś na kolację?

Dobrej nocy i udanego trawienia!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Warmińsko-mazurskie pejzaże nie zachwycają tylko dwa razy do roku. W listopadzie i marcu. Wtedy aż  nie chce się żyć.
Pozostałe dziesięć miesięcy to malarska gratka dla wszystkich, którzy podróżują leśnymi serpentynami, przecinają pola, mijają wsie i iskrzące w słońcu rozlewiska.
Koniec sierpnia na Warmii pachnie nostalgią. Bociany odlatują, pola już wykoszone, zieleń jakby przygasła. To stan przejściowy. Pauza przed nadejściem barwnej jesieni.

Przemierzamy krajobraz w drodze do nadleśnictwa Kulka, gdzie spędzamy uroczy dzień wśród znajomych i ich dzieci oraz wesoły wieczór, podczas którego opowiadamy sobie o rodzicielskich konfliktach, czyli urokach posiadania potomstwa.
- Miał wstawać do małej w nocy, żeby ją odzwyczajać od piersi - opowiada Alutka - ale piątego dnia nie wytrzymał.
- Kiedy tak stałem od pierwszej do piątej nad łóżeczkiem małej - podaje swoją wersję jej mąż - miałem dużo czasu, aby sobie wszystko przemyśleć. Chciałem nawet obudzić moją żonę i jej na gorąco wszystko wygarnąć, ale nie jestem świnia. Poczekałem z tym do rana. To ja haruje od świtu do nocy i jeszcze wyspać się nie mogę?! A gdy dzwonię do niej w południe, ona mnie ochrzania, że jej przeszkadzam, bo właśnie sobie drzemie...

Potem była jeszcze opowieść o tym, jak mąż Ali spędza pół wieczoru w wannie, na której ubawiłam się po pachy. A śmiałam się między innymi dlatego, że konflikty, scysje i awanturki z powodu dziecka to nasz chleb powszedni. Poza typowymi przepychankami, kto ma gorzej, jest jeszcze druga kategoria kłótni pt. "ciszej, bo Antek śpi". Każde stuknięcie, szelest albo inny odgłos po godzinie 20.00, który może obudzić Antka, doprowadza mnie do pasji. A wtedy - jak na złość - Endrju rusza się jak słoń w składzie porcelany.

Sobotniej nocy zgodnie przyznaliśmy, że nie ma szans, aby wychować dzieci bez konfliktów i wzajemnych oskarżeń, ale tak naprawdę najważniejsze chyba to umieć się z tego śmiać. My śmialiśmy się do łez.




niedziela, 22 sierpnia 2010

Przez ostatnie tygodnie z uwagą śledziłam wątek Teatru Ósmego Dnia, który poparł Janusza Palikota, za co władze Poznania wezwały ich na dywanik. Tam dyrektorka teatru - Ewa Wójciak - usłyszała, że artyści nie powinni zabierać głosu w sprawach politycznych, ponieważ teatr finansowany jest z budżetu państwa.

Skwitowałam to śmiechem, bo uznałam słowa wiceprezydenta za urzędniczą gafę - po 20 latach wolności taka reprymenda brzmi jak żart.
Okazało się jednak, że nikt nie żartował. Cenzura jednak istnieje! Za chwilę władze zaczną się dopatrywać wątków politycznych w bajkach Andersena i Czerwony Kapturek będzie musiał zmienić nakrycie głowy. Bo przecież granica polityczności sztuki jest cholernie cienka. Kto to będzie oceniał?

Teatr Ósmego Dnia zawsze był polityczny - takie są korzenie. Teatr Barańczaka to synonim wolności i bezkompromisowości, to skojarzenie z Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem.

I dziś, w czasach wolności, o którą Teatr Ósmego Dnia zawsze walczył, władza próbuje kneblować im usta.

Ale nie to jest najbardziej oburzające.

Prawdziwy skandal to list lojalnościowy wobec władz Poznania, który podpisali:
Teatr Animacji, Teatr Muzyczny, Teatr Nowy, CK Zamek, Estrada Poznańska, Galeria Miejska Arsenał, Wielkopolskie Muzeum Walk Niepodległościowych (a wydawałoby się, że nazwa zobowiązuje:) oraz Biblioteka Raczyńskich i Muzeum Archeologiczne.

Rozumiem, że  z założeniawiele instytucji wystawia apolityczną sztukę, ale zabieranie głosu przeciwko rodzimemu Teatrowi, w takim momencie historycznym, kiedy oszołomstwo osiąga wyżyny, a jedyny Palikot mówi to, co wielu z nas myśli, jest dowodem potwornego konformizmu. 

Aśka miała rację, mówiąc, że Poznań bywa zbyt układny i oportunistyczny - ludzie nie lubią się wychylać, aby nie stracić miejsca w swoich wygodnych grajdołkach.

Jak pokazały ostatnie wydarzenia, niestety dotyczy to również ludzi sztuki, wielu osób, z którymi pracowałam i do dziś jestem blisko.

Wygoda ponad wszystko.

piątek, 20 sierpnia 2010

Pomysł zaaranżowania ganku przed wiejskim domem rodziców nieoczekiwanie wyzwolił we wszystkich pokłady energii i kreatywności. Okazuje się, że czasem potrzeba nam tylko inspiracji, jednego słowa, zielonego światła.

Wczoraj przyjechał stół i ławy, więc mimo deszczu usiadłyśmy z mamą na szybką herbatę i jednego zamokłego papierosa, aby zainaugurować nowopowstały zakątek.
Mama poprzesadzała kwiaty, a ojciec dziś wrócił wcześniej z pracy, bo wymyślił, że chce mieć płotek z glinianymi garnkami (jak u Kargula i Pawlaka). 

To ekspresowe tempo wynika z dwóch faktów: wrodzonej niecierpliwości naszego rodu oraz jutrzejszego przyjazdu Krisa z Poznania, który dzięki temu, że jest daleko, zyskał nienaruszalny status pupilka całej familii. Muszę to jakoś przełknąć:)

Natomiast wczoraj wieczorem przemiły czas z Betą i Rudą. Teraz, kiedy Antolo chadza spać przed 20.00, mogę znów rozkoszować się wypadami na miasto, piwkiem i oparami dymu, choć po rocznej abstynencji moja tolerancja na obie te używki bardzo się obniżyła. Mogę też wreszcie wkładać szpilki i kiecki, bez obawy, że za chwilę wyląduje na nich marchewkowy paw.

Dziś skończyłam felieton, chwilowo nie mam żadnych zleceń, za kilka godzin zaczniemy trzydniowy wolny weekend kolejnym odcinkiem 2.sezonu BattleStar Galactica. Jest fajnie-zwyczajnie. Po prostu.  

wtorek, 17 sierpnia 2010

Ciągle mnie ktoś męczy pytaniem, czy piszę coś nowego, czy kończę rozgrzebane powieści. Dręczyło mnie to okrutnie, że czas leci, a mi to wszystko się tak ślimaczy jak budowa autostrad w Polsce. Bo Antek, bo korporacyjne chałtury, bo comiesięczny felieton, bo blogowe zapiski, bo życie po prostu.

I nagle kilka dni temu, kiedy po raz kolejny pojechałam na wieś z komputerem i znów otrzymałam telefon, że trzeba napisać scenariusz - najlepiej na wczoraj - nieoczekiwanie przyszło olśnienie.

Dokąd się tak spieszę? Pisanie to nie autostrady. Nie musimy zdążyć do Euro 2012!
Jakie to ma znaczenie, czy skończę powieść jesienią, zimą, a może za 2 lata?
Nigdy nie lubiłam pisania, ale piszę, bo urodziłam się z taką potrzebą: przetwarzania rzeczywistości w zdania. Ta potrzeba ciągle we mnie jest - to nawet nie potrzeba, to mania: myślę pisaniem. Kotłują się we mnie pomysły na sceny, postacie, nowe wątki, rozwiązania fabularne, impresje. Wycinam z codzienności barwne kawałki i kombinuję, gdzie by je doszyć,  gdzie dołatać.

Od kilku dni przestało mi się spieszyć. Mam całe życie. Może kilkadzisiąt długich lat, może tylko do jutra. A jeśli tylko do jutra, tym bardziej nie warto ostatnich chwil wykorzystywać na pisanie. Lepiej żyć.

Więc żyję. Pracuję, pływam, gadam, a chwilowo mam nową zajawkę.
Zainspirowana wakacyjnymi pobytami w pięknych miejscach, zaproponowałam Mamie, aby zaaranżować ganek przed ich domem. Stół i ławy już zamówione, jutro pracujemy nad warstwą dekoracyjną projektu.

Marzą mi się śniadania w ogrodzie i kolacje pod gwiazdami.
 

niedziela, 15 sierpnia 2010

Fajny wieczór wczoraj.
W Olsztynie trzydniówka teatralna, stare miasto tętni życiem, ciepła noc i tłumy ludzi.

Położyłam Antka spać, wbiłam się w obcasy, a wieką torbę z dziecięcymi akcesoriami wymieniłam na taką, w której mieści się mała cyfrówka, telefon, klucze i papierosy. Odświętnie. Bosko!

Najpierw powędrowaliśmy do Okopu: ja, Ramsik, Monia z Szymem i ich dzieciątko: słodki szczeniak Gri-Gri.

Potem zajrzeliśmy na chwilę do amfiteatru, gdzie swój recital miała siostra Bożenka, czyli Edyta Jungowska, a chwilę później udaliśmy się Targ Rybny i spektakl Usta Usta. Po drodze spotkaliśmy Tymisiów, czyli Martę, Tomka i Tymka oraz Anais.
Ale że wieczór krótki, porzuciłyśmy z Ramsikiem sztukę i zaszyłyśmy się w knajpie, aby pogadać o sprawach ważnych i doniosłych. Dawno nie miałyśmy okazji do rozmowy bez świadków; intymnej i głębokiej. I myślę, że obie takiej potrzebowałyśmy. W końcu z nikim nie byłam tak blisko jak z Ramsem: to z nią dzieliłam łóżko na drugim roku, z nią przemierzałam londyński bruk, podrabiałam wejściówki do akademika, z jej wielką pomocą uciekałam od Tomka-sadysty.

A dziś kolejny dzień na wsi.
Wróciłam.
Antek ogląda Maisy, za oknem szykuje się burza, wreszcie będzie czym oddychać.

NOC


 DZIEŃ


czwartek, 12 sierpnia 2010

Mam dobrą passę, spokojny czas, a jednak mój nastrój waha się w zależności od ilości obowiązków. 
Kiedy  nie ma pracy, czuję niedosyt i pustkę, zaś gdy nie mogę opędzić się od zleceń, przychodzi frustracja, że brak mi chwili na pisanie, czytanie, robienie zdjęć lub nicnierobienie. Teraz przeżywam to drugie:)

Mówią, że im mniej czasu, tym jest go więcej albo jeśli masz małe mieszkanie, to wstaw do niego kozę. Pewnie, pewnie, ale do czasu. Moja organizacja dnia zbliża się do perfekcji, a mimo wszystko doba mi przykrótka. Również dlatego, że nie robię zbyt wiele kosztem czasu z Antoszkiem, który spędzamy na wesołych zabawach, odkrywaniu nowych obszarów, dziecięcych figlach-miglach.  Jestem z nim całą sobą,  bo nie uznaję pilnowania dziecka znad monitora czy gazety. (Choć czasem mi się to zdarza)

Jeszcze kilka miesięcy bardzo chciałam mieć drugie dziecko, ale teraz wiem, że jeśli chcę zachować szczyptę egoizmu (a chcę), musimy się z tym na razie wstrzymać. Mogę zrezygnować z knajpianej włóczegi, obniżyć i tak już niskie standardy sprzątaniowe i kulinarne, ale gdy nie nadążam czytać prasy i książek, nie mam sekundy na przewietrzenie głowy i na pisanie, to zapala mi się czerwona lampka.

Dziś moja czerwona lampka miga ostrzegawczo: NO MORE CHILDREN:))

środa, 11 sierpnia 2010

Znów w kołowrotku pracy, bez czasu na własne pisanie.
Obiecałam sobie, że wieczory będą święte - tylko na pisanie prozy, tymczasem wczoraj i dziś klepałam zlecenia.

Na szczęście Mama ma urlop - jeżdżę z Antoszkiem na wieś w nadziei, że tam trochę popracuję. Dziś nie zrobiłam wiele, bo plotkowałyśmy z Mamą o najbliższych. Może jutro się uda.

Czytam "Bajki rozebrane" Tatiany Cichockiej i Katarzyny Miller. Na razie (niestety!) odnalazłam się w "Czerwonym Kapturku". Niewygodna to prawda, ale prawda. Jest we mnie jeszcze ze Śnieżki.

Boję się czytać o Królowej Śniegu i Dzikich Łabędziach, bo to były moje dwie ulubione bajki w dzieciństwie.

Na szczęście z dobranocek najbliżej mi do Pszczółki Mai.
Pocieszający drobiazg.

Zmykam spać, bo Mały już chrapie, a konkubent właśnie wyszedł z łazienki:)

Dobranoc!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Przez wyprawę na Podlasie straciłam kontakt z polityczną rzeczywistością, a tu tyle się dzieje.
Nie wiem, czy bardziej śmiesznie, czy strasznie jest.
Od rana w Trójce wieszają psy na wczorajszych demonstrantach, a ja nie mogę się oprzeć i chichoczę, czytając hasła transparentów i relacje z wczorajszych wybryków.

"Chcemy koło zamiast krzyża"
"Precz krzyżacy" i "Grunwald pamiętamy"
"Zburzyć pałac prezydencki - zasłania krzyż"
"Uwolnić Paris Hilton"

Dla niektórych to głos hołoty i tłuszczy, dla mnie udany, inteligentny i celny happening sprowadzający problem do absurdu.  

Żyjemy w ciekawych czasach. Jedyne, czego potrzebujemy, to dobrych kronikarzy: filmowców, tekściarzy, kabareciarzy, bo jest co uwieczniać.

Przy okazji przypomniał mi się dowcip, który usłyszałam od Ciotki.

Pamiętacie chmurę pyłu wulkanicznego, która przysłoniła niebo nad Europą w dniu pogrzebu Lecha Kaczyńskiego?
To nie był żaden pył.
To prochy królów spieprzających z Wawelu:)

niedziela, 08 sierpnia 2010

Ostatnie dwa dni minęły nam pod znakiem dzieciowych spotkań z przyjaciółmi. Najpierw urodziny Alutki, a potem wizyta Janiś oraz Natalii.
W erze przeddziecięcej nie lubiłam spotkań w towarzystwie małych dzieci - drażnił mnie chaos, brak koncentracji, pośpieszne wymiany zdań podczas nielicznych luk we wrzasku i płaczu.
Dziś umiem się już odnaleźć w dziecięcym rozgardiaszu - przyzwyczaiłam się do niedokończonych myśli, urwanych wątków, zwięzłej narracji, ale mimo wszystko raz na jakiś czas potrzebuję pogadać bez tła dziecięcych jęków i gaworzeń.

Dziś ostatni dzień urlopu. Endrju ma wisielczy nastrój, a ja trochę się cieszę, bo już tęsknię za pracą, a trochę się stresuję, bo Antoszek coraz mniej sypia w dzień i trudniej znaleźć mi czas na pisanie.

Psychicznie wypoczęta wracam po wakacjach do codzienności.
Mam więcej energii i drobne "rozwojowe"postanowienia.
Życzcie mi więc siły i wytrwałości, aby je zrealizować.

A może wystarczy życzyć mojemu dziecku dobrego snu ?;)

piątek, 06 sierpnia 2010

Wróciliśmy. Wypoczęci zmęczeniem i zmęczeni wypoczynkiem, obrżarci, wypełnieni po brzegi zadziwieniami i zachwytami; śmiechem.

SUPRAŚL

Najpierw był pełen bocianów Supraśl - magiczne pustawe miasteczko - z pięknie zagospodarowanym brzegiem rzeki, zabytkowym liceum plastycznym i  rewelacyjnie zaaranżowanym muzeum ikon na tyłach cerkwi. To tutaj też odkryliśmy świetną knajpę Alkierz, do której chodziliśmy codziennie, wzbudzając zadziwienie kuchni, że dwoje ludzi może aż tyle zamówić i prawie wszystko zjeść.

Pani z wielkim kokiem z Muzeum Przyrody, była harcerka chyba, nakreśliła nam obraz turystycznych atrakcji okolicy, z których część nazwaliśmy sobie roboczo "gdyby-atrakcjami".
- Gdyby cerkiew nie była zburzona, wówczas należalaby to zabytków klasy zerowej - instrukowała nas Pani przewodniczka - a powalona sosna gdyby żyła, wówczas byłaby najstarszym drzewem w Parku Knyszyńskim.  


Liceum Plastyczne.
Plastyk w Olsztynie się nie umywa, nie wspominając LO II:)


bocianowi po piętach


Jesteśmy uzależnieni od chodzenia do księgarni, a z tym na Podlasiu ubogo.



KRUSZYNIANY

Z Supraśla wyskoczyliśmy na wycieczkę do Kruszynian, gdzie stoi tatarski meczet, jest muzułmański cmentarz i tatarska knajpa. Tatrzyn-przewodnik tak mnie ujął, że przez chwilę gotowa byłam przejść na muzułmanizm. Nawet wielożeństwo (którego akurat Tatarzy nie praktykują) wydało mi się niezłym rozwiązaniem - sposobem na samotność kobiet u boku zapracowanego męża. Taki domowy kobiecy krąg: wspólne wychowywanie dzieci, gotowanie, ploteczki;) Ciekawe, ile wspólnego ma ta wizja z islamską rzeczywistością.


Meczet i cmentarz

BIAŁOWIEŻA

Ostatnie cztery dni spędziliśmy w Kwiatowej Zagrodzie w Białowieży, którą szczerze polecam, ul.Olgi Gabiec 1.

Wylegiwaliśmy się w pięknym ogrodzie, czytaliśmy, robiliśmy sobie piesze wycieczki, a wieczorami, gdy Antek spał - jak za przedantkowych czasów - siedzieliśmy pod rozgwieżdżonym niebem, piliśmy piwo, paliliśmy szlugi i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy.

 



PYSZNE PODLASIE

Uwaga!
Jeśli jesteś na diecie albo chociaż ograniczasz jedzenie, nie wybieraj się na Podlasie.

Nasza podlaska wędrówka okazała się bowiem w dużej mierze smakowitym szlakiem kulinarnym, który przemierzałam z druzgoczącą świadomością, że słono (a raczej grubo:) za to zapłacę. Ale warto było!

Moje serce podbiły białe chłodniki, placki ziemniaczane w kilku wariantach, m.in. z kminkiem, podlaski śledzik, tatarska pyza z pikantnym twarogiem i smakowite drożdżowe pierogi z makiem maczane w malinowym syropie. Prawdziwą "podniebną" rozkosz przeżyłam w karczmie w Budach przy syberyjskich pielmieni z mięsem. Ech!

Dowodem na boskie podlaskie kulinaria jest fakt, że nie mamy ani jednego zdjęcia jedzenia. Po pierwszym kęsie zapominaliśmy o bozym świecie, a co dopiero o pstrykaniu fotek:))

Ale żarcie to tylko jeden z magicznych atrybutów Podlasia.

Poza tym architektura, czyli urocze drewniane chatki niewiele większe od naszej mansardy, piękne cerkwie, zatrzymane w czasie wsie i miasteczka oraz przyroda. Przemierzając podlaskie krajobrazy, zadziwiłam się schludnością wiejskich podwórek pełnych kwiatów i zieleni, tak innych od tego, co spotyka się często na Warmii w popegeerowskich wsiach.
Podlasie pozwala też odetchnąć od wszechobecnego tłoku. Zagęszczenie lokalsów dużo niższe niż w innych regionach, a turystów wciąż stosunkowo niewielu.







miało być poważne zdjęcie rodzinne


- Co Cię najbardziej cieszy, gdy myślisz o powrocie do domu? - pytam Endriuszę już na trasie do Olsztyna. - Bo ja marzę o gorącym prysznicu.
- A ja cieszę się, że wreszcie obetnę paznokcie - odzywa się Endrju po chwili namysłu.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Choćby z tak prozaicznych powodów.
Czasem sobie myślę, że to jest najważniejszy cel wszelkich podróży:
radość powrotu do własnego domu.


więcej zdjęć w albumie