..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 sierpnia 2009

Początek sesji.
Potem było... mniej ubrań i więcej apetytu.
Nie wiem, jaki hormon za to odpowiada, ale drugi trymestr jest boski:)
sobota, 29 sierpnia 2009

Nie dzieje się nic spektakularnego.
Pomieszkuję na wsi, piszę, jem i śpię. Chodzę z przyjaciółmi i znajomymi na kawy, Lechy free, lody i obiady. Tłukę jakieś zlecenia, kończę powieść, która coś skończyć się nie może, spotkam się ze znajomymi. 
Noszę w sobie spokój i cichą radość zwyczajnego istnienia.

Dostałam bransoletkę-różaniec przywiezioną z pewnego świętego miejsca objawień. Miło, że ktoś o mnie pamięta i ktoś się za mnie modli do jednego właściwego Boga, wiedząc, że ja uznaję tylko Księżyc:)

Jutro razem z Mamą ogarnę armagedon w mansardzie i nasze życie powróci na dawne tory.
W powietrzu czuć jesień, mój brzuch wszedł w najbardziej uroczą fazę - jest na tyle duży, aby nie pomylić go ze wzdęciem, a na tyle mały, aby nie odebrać mi gracji:)
Jak tylko znajdę chwilę w słoneczny dzień, zrobię sobie sesję zdjęciową.
W końcu może to moja pierwsza i ostatnia ciąża.
A na pewno pierwsza i ostatnia przed trzydziestką:)

czwartek, 27 sierpnia 2009

Otwieram plik z powieścią dla młodzieży, którą finalizuję w bólach. Endriusza zagląda mi przez ramię i mówi:
- Wyrażenie "słodkopierdząca" na pierwszej stronie powieści dla młodzieży to chyba nie jest najlepszy pomysł?
- Nie przesadzaj. Poza tym wyrwałeś to z konktekstu. Napisałam "Słodkopierdząca - jak mówi tato".
- To zmienia postać rzeczy -
ironizuje Endriusza - kilka stron dalej jest pewnie zdanie "Po chuju - jak mówi wujek".

środa, 26 sierpnia 2009

Nasza mansarda dostała się w ręce panów Remoncikowych (akcja ocieplanie), więc chwilowo zamieszkaliśmy u rodziców na poddaszu. Dla samych poranków warto czasem przeprowadzić się na wieś. Ubóstwiam te chwile, kiedy wstaję, a dom jest cichy i pusty. Otwieram okno i wdycham powietrze, a razem z nim zapach odchodzącego lata i radość nowego dnia.
Potem jeszcze w koszulce zbiegam na dół, nalewam sobie zimne mleko i z kubkiem w ręku siadam na balkonie. Piję i patrzę na las, łąki, pagórki - takie stałe, pewne i niezmienne. Tchnące spokojem i łagodnością. Cały rytuał trwa może kwadrans, ale niczym modlitwa przynosi mi oczyszczenie i siłę.

Godzinę później wchodzę już w pośpieszny rytm dnia.
Dziś na szczęście odwiedziła mnie Ewa. Strasznie się za nią stęskniłam. I potrzebowałam jej bardziej niż zwykle. Czuję jak ciąża czyni mnie bardziej bezbronną. Mam cieńszą skórę i łatwiej mnie zranić, dlatego bliskość wspaniałych kobiet przynosi mi ulgę i ocalenie.

Teraz, kiedy piszę ten wpis, Ewa siedzi w moim karmiku, przed laptopem i poprawia swoją pracę magisterską. Oczywiście co chwila odrywamy się od pracy, żeby poszczebiotać, bo nam tematy nie kończą się nigdy. Nie widziałyśmy się przecież kilka dobrych tygodni.
Za chwilę pójdziemy na obiad, a potem pomknę na Przystań, wypić kawę z Alutką.
Jak dobrze mieć ludzi wokół siebie.
Tych rozumiejących i życzliwych.
Jak dobrze mieć pokrewne dusze  wyłuskane z masy anonimowych ludzi, mijanych codziennie na ulicy.

wtorek, 25 sierpnia 2009

***
W piątek spotykam przypadkowo Izę i Tomka z dzieckiem. Jedni z ciekawszych znajomych Endriuszy, którzy żyją totalnie po swojemu, a jak imprezują, a imprezują chętnie, to do białego rana.

- Dajcie znać, jak będziecie szli na jakąś popijawę - mówię.
Raczej nie - odpowiada Izka - Teraz szukamy innego hobby.
- Od kiedy?
- Od środy. Na razie nie mamy pomysłu. Scrabble odpadły, bo Tomek nie lubi, więc szukamy dalej.
- No to powodzenia!
- życzę na odchodnym.

Tego samego wieczoru dostaję esemesa: "Nie znaleźliśmy innego hobby"
:))

***
Stoimy z ojcem pod kramikiem. Ojciec pali fajkę, ja piję kawę.
tatulek: Wrzesień możesz mieć marny, bo wszyscy będą kupować wyprawki szkolne.
ja: Też tak sądzę.
tatulek: Ale ludzie to jednak są głupi. Idą na oślep jak te konie dorożkarskie i nie zastanowią się, że jedno z drugim nie ma związku.
ja: Co nie ma związku?
tatulek: Przybory szkolne z wynikami dzieci w nauce.

Na własnym i Krisa przykładzie potwierdzam.
Moi rodzice nawet nie uznawali za stosowne zaopatrzyć nas w komplet podręczników, licząc na nasze zdolności i kreatywność.
I o dziwo - nie przeliczyli się:))
***
Ze spraw mniej radosnych, jedna z moich blogowych znajomych padła ofiarą jakiegoś psychopaty, który zaczął wypisywać publicznie wulgarne oszczerstwa na jej temat. Pierwsze pytanie, jakie pojawiło się w mojej głowie, to "Po co?". Ale psychopaty nie sposób analizować prawami logiki i zdrowego rozsądku.
Mam tylko nadzieję, że droga P. nie da się zastraszyć i mocno trzymam za nią kciuki.

Coraz więcej dyskusji przetacza się na temat niebezpieczeństw związanych z obecnością w Internecie. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś chce mi dać w łeb za rogiem, to i bez Internetu może to zrobić. Bojąc się Internetu, zaczne się bać też ulicy, a potem własnego domu.
Przyzwyczaiłam się już do wizyt na blogu osób mi nieprzychylnych, ziejących zawiścią, zazdrosnych nie wiadomo o co albo i wiadomo. Jednak za każdym razem zadaje sobie to samo powracające pytanie:
"jaka to przyjemność grzebać w znienawidzonym i babrać się w cudzym?".
Czy nie lepiej tę energię zużyć na własne życie? Jest jeszcze tyle dobrego  do zrobienia, książek do przeczytania, filmów do obejrzenia.
A może chodzi po prostu o to, aby znaleźć ujście dla własnej frustracji, mieć powód, aby wylać żrący od wewnątrz jad zawiści, że inni mają odwagę żyć po swojemu, realizują własne marzenia, nie boją się życia.
Nie wiem.
Ale powtórzę raz jeszcze: "Po co?".
I hedonistcznie zawołam:
Sprawiajmy sobie więcej przyjemności, róbmy to, co nas raduje i uszczęśliwia.
Wtedy będziemy spełnieni, a świat stanie dużo lepszy.
Obiecuję:)

niedziela, 23 sierpnia 2009

Bardzo tego potrzebowałam!
Właśnie wczoraj i właśnie tak. W tym i żadnym innym gronie.
Napatrzyłam się na dzieciaki, matki, tatuśków, którymi zostali moi starzy znajomi z dawnych harcerskich czasów.
Było dużo ludzi, sporo dobrego humoru, ognisko, gitara, siedzenie pod gołym niebiem do późnej nocy.
Wróciłam z lekkością, którą zabrały mi ostatnie dni i z tak potrzebnym dystansem wobec tego, co obce i niemoje.
Wróciłam z nową siłą i przekonaniem, że choć cena wolności bywa czasem wysoka, to póki żyję, będę ją płacić. A pioruny niech sobie walą tuż nad moją głową.  
"Sama jestem sobie winna, jestem inna niż powinnam" - jak śpiewa moja ulubiona Maria Panna.
Zresztą gdyby nie burze i nawałnice, czy wolność smakowałaby równie rozkosznie?

sobota, 22 sierpnia 2009

Odgrzebany z piwnicy wiersz na dziś.
Jeden z moich ulubionych.
Napisany blisko sto lat temu ciagle aktualny.

Julian Tuwim "Straszni mieszczanie"

Straszne mieszkania. W strasznych mieszkaniach
Strasznie mieszkają straszni mieszczanie.
Pleśnią i kopciem pełznie po ścianach
Zgroza zimowa, ciemne konanie.

Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.

Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.

I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Głowę rozdętą i coraz cięższą
Ku wieczorowi ślepo zwieszają.
Pod łóżka włażą, złodzieja węszą,
Łbem o nocniki chłodne trącając.

I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.

Potem się modlą: “od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.

Za godzinę zamykam kramik i uciekamy z Endriuszą w plenerowe odwiedziny do Alicji i Andrzeja.
Pogoda dziś nie rozpieszcza, więc trzeba samemu się rozpieszczać.
A jak? To się okaże:)
Miłej soboty kochani!

***

piątek, 21 sierpnia 2009

ja: Wiesz co? Na wszystkich obrazkach, we wczesnej ciąży, dzieci leżą główką do góry, a nogami w dół. A na ostatnim USG, nasz wisiał głową w dół jak  nietoperz!
Endrju: (uradowany) Będzie batman?!

czwartek, 20 sierpnia 2009

Mój Tatulek - jakby ktoś jeszcze nie wiedział - lubi ekstrawagancję i wszystko co wspak i wszerz.  Pamiętam czasy, kiedy w liceum namawiał mnie na dredy, a na wieść o tatuażu poważnie zaangażował się w wybór wzoru.

Moja mama rozmawia przez telefon z zaprzyjaźnionym lekarzem - Jackiem:
- U nas wszystko dobrze. - mówi Mama - Agnieszka jest w ciąży, będziemy mieli wnuka.
W tym momencie Ojciec, niemalże z dumą, dorzuca do słuchawki:
- Bękarta, bękarta!

Opowiadam dziś tę historię Asi, a ona mnie pyta:

- A Twój ojciec ma tatuaż?
- Nie, on jest tak bardziej swojsko ekstrawagancki .
- Czyli co na przykład?
- Od rana do nocy chodzi w czapeczce z daszkiem. Siedzi w niej w domu i nawet nie zdjął jej na pogrzebie cioci.
- A jak ta czapeczka wygląda?
- W sumie normalna, tyle że z trupią czaszką na przedzie.

:)))

Wybrałyśmy się wczoraj z Betką w plener do skansenu. Słońce rozkosznie przygrzewało, a my włóczyłyśmy się po chatach z początku wieku i wiekowa już Beta co chwila mówiła:
"O! Mój dziadek miał coś takiego, u mojej babci była taka kapa, i piec kaflowy, i kuchnia węglowa, gdzie robiliśmy podpłomyki."

Potem zjadłyśmy pyszną i wielgachą babkę ziemniaczaną - mniam, mniam, i pojechałyśmy w podróż sentymentalną do Perkoza - bazy harcerskiej, gdzie niegdyś spędzało się wakacje. Powspominałyśmy stare dobre czasy, obgadałyśmy dawnych i aktualnych znajomych, wreszcie Betka powiedziała:
- Dostałam od Śliwki książkę i wiesz, jak się ona zaczyna?
- No?
- Według statystyk istnieje większe prawdopodobieństwo, że kobieta po czterdziestce prędzej zginie w zamachu terrorystycznym niż wyjdzie za mąż...

Uchachane i w doskonałych humorach wróciłyśmy do Olsztyna, a ja - zainspirowana przez Jozi - pobiegłam kupić sobie szelki. Będę znów mogła nosić swoje ulubione dżinsy:) 



 





więcej fotek tu:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/

środa, 19 sierpnia 2009

Wszyscy każą mi rozkoszować się ostatnimi miesiącami wolności, więc robię to, na co później mogę mieć mniej czasu.
W podróży przeczytałam "Bikini" Wiśniewskiego i ostatecznie utwierdziłam sie w przekonaniu, że jego proza jest jak hollywoodzkie kino - dobre gładkie rzemioło zręcznie manipulujace emocjami czytelnika. Ale żeby było jasne - na niezobowiązującą lekturę wyborne.

Potem chwyciłam za "Niehalo" Karpowicza i doszłam do wniosku, że Wydawnictwo Czarne popadło w jakiś smutny schemat. Większość ich książek jest o niczym. Pisane patchworkowym językiem popkultury, w którym autorzy - nieraz błyskotliwie, to prawda - lepią slogany reklamowe, korporacyjną nowomowę, język potoczny z literackim. I wszystko fajnie. Ale na jedną, dwie powieści. A Czarne od dobrej dekady tłucze "oniczyny", jak o takich książkach mówi moja Mama.

Zaczęłam też "Grę szklanych paciorków" Hessego od Diany, ale to z kolei za trudne dla mnie. Jak mówił kiedyś Świetlicki, bohatera trzeba pokochać, ja nie pokochałam.
Toteż u mnie lekturowa posucha.

Co jeszcze?
"Nie ma jak kochające się rodzeństwo"

Endrju:
Wiesz co? Chyba Młoda znalazła Twojego bloga i wyobraź sobie, że  czyta go Mamie.
ja: No i co?
EndrjuByłbym wdzięczny, gdybyś coś napisała o puszczaniu się z Egipcjanami i innych jej wybrykach.
ja: Masz na to dowody?
Endrju: (z szelmowskim uśmiechem) A naprawdę potrzebujemy dowodów?

Z innych spraw:
nie stawiłam się niestety na weselichu u Jozi, bo mi w tym przeszkodził wyjazd, ale zamieszczam tu ich piękne zdjęcia, aby się ostało dla potomności.
Sama zaś wracam do pracy, bo moja własna grafomania czeka, a czas nieuchronnie biegnie.
Pa, pa!




fot. Piotr Iwański

wtorek, 18 sierpnia 2009

Nawet jak się wraca do ulubionego kramiku po dwóch pysznych tygodniach laby, nie jest to łatwe. Głowa mi pęka i na nic nie mam ochoty. A tu trzeba zrobić porządek w papierach, wrócić do młodzieżowej powieści, której finał zaplanowałam na wrzesień, pomyśleć o tym i o tamtym.

- Kto jak kto, ale Ty w ciąży? - zdziwiła się pani B. na sobotnich urodzinach Betki - tego bym się nie spodziewała.
- A to niby dlaczego?
- No jakoś do Ciebie to nie pasuje. Przecież ty jesteś wieczna dziewczynka.

***
- Nie, nie planujemy ślubu. Nie będę szła z brzuchem do ołtarza. Tak, do ołtarza. Cywilny? Nie za bardzo. Jakoś to dla mnie mało romantyczne, kwadrans i po wszystkim. Jeśli miałabym brać ślub, to tylko w pierwszej fazie znajomości z mężczyzną, powiedzmy po 3 miesiącach, póki wszystko jest takie gorące i świeże. I koniecznie w białej sukni, z pełną pompą. Kareta zaprzężona w czarne rumaki, orkiestra, weselicho i namiętna noc poślubna. Jak w bajkach. Teraz już za późno.
- Zaskoczyłaś mnie, a właściwie rozczarowałaś.
- Serio? A dlaczego? -
pytam, choć wiem, co zaraz usłyszę.
- Myślałam, że ty naprawdę jesteś wyzwolona.

Uśmiechnęłam się w myślach do siebie:
a ja myślałam, że moja ex pani profesor jest mniej stereotypowa:)

niedziela, 16 sierpnia 2009

I po wakacjach!
Spędziliśmy całe dwa tygodnie w uroczym kwartecie - moim skromnym zdaniem - kwartecie nad wyraz zgranym. A trochę towarzystkich wyjazdów już mam za sobą i wierzcie mi, że niewielu jest ludzi, z którymi się świetnie podróżuje. Chyba, że mowa o Walerkach vel Piotrowiakach.
Wczoraj, na dobre zakończenie urlopu, wybraliśmy się jeszcze na żagle, a wieczorem powędrowaliśmy na urodziny Betki.

Po 14 dniach spędzonych niemalże non-stop we własnym gronie zdążyliśmy się dotrzeć na tyle, aby poznać wzajemne wady, zaakceptować je, a nawet polubić.

Szymi dzielnie znosił upierdliwie wskazówki Endrjuszy, który przez kilka tysięcy kilometrów monotonnie powtarzał: "tu ostry zakręt, zwolnij", "teraz zjedź na prawy pas", "skręć w lewo" itd, itp. My z kolei przyzwyczailiśmy się do tego, że Szym ma fiołka na punkcie chmur i lubi dawać Asi "dobre rady", Asia natomiast okazała się mistrzynią boskich wpadek:
"To Polska przed '89 nie była w ZSRR?"
"Lewatywę się robi przez cewkę moczową, prawda?"

Ja natomiast bywałam agresywna, złośliwa, egoistyczna i pyskata, co oczywiście zwalałam na mój błogosławiony stan i to chyba jeszcze bardziej  wszystkich irytowało. Wpychałam się jako pierwsza do łazienki, mówiąc, że jestem pojazd uprzywilejowany i korzystałam z wszelkich możliwych okazji, aby postawić na swoim. W końcu ciąża to tylko 9 miesięcy - trzeba je dobrze wykorzystać:)) Ale moi towarzysze podróży byli bardzo wyrozumiali i moje wyskoki traktowali z przymrużeniem oka i humorem.
- Nie pokłóciliście się jeszcze?? - zapytała mnie zdziwiona Mamasza, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon.

Ano nie. I co więcej mamy chrapkę na dalsze wyjazdy w tym samym składzie.
Od lutego może powiększonym o nowego podróżnika:)

Poniżej natomiast kilka zdjęć z wyprawy do deszczowych Helsinek - ten wyjazd już zupełnie pogrążył nas finansowo. Ale jak mówi moja Mama: jak poszła krowa, niech idzie ciele.
Więc poszło i ciele, wydaliśmy ostatnią kasę na ekskluzywny prom, orkiestra grała, animatorzy przebrani za wiewiórki wystawiali jakieś performance, a my wcinaliśmy kanapki, bo już na żarcie nie starczyło.
Same Helisnki, ładne, ale zbyt stateczne i ciut wymarłe. Odwiedziliśmy oceanarium, przewłóczyliśmy się po starówce, trafiliśmy do fajnej bohemicznej knajpy, która wyraźnie zasugerowała nam, że życie w Helsinkach tętni, ale pod ziemią i wróciliśmy: padnięci, zmarznięci, ale szczęśliwi.



Jeden z symbolicznych obrazów tych wakacji: chłopcy nad mapą. Stawali się wtedy ważni, decyzyjni i bardzo przejęci swoją rolą. Finał był jednak taki, że i tak zwykle się gubiliśmy, a my z Walerką pękałyśmy ze śmiechu.



Przy kurtce mam przytroczoną Gryzeldę - dobrą helisnską wróżkę


Autoportret, zdjęcie-majstersztyk - nie ma jak myśląca fotografistka :)



Na promie


Zgodnie z instrukcjami Szyma, bawię się przesłoną i ekspozycją, efekt nie najgorszy.

piątek, 14 sierpnia 2009
A my w Kiejdanach na Litwie. Przy pomyślnych wiatrach dziś zawitamy w Olsztynie.
Kiejdany to urocze 30-tysięczne miasteczko, kompletnie wymarłe. Idealne do tego, aby się nawalić w sztok. Zatrzymaliśmy się w jedynym tu, ale za to uroczym hoteliku "Aroma Rex".
Wczorajszy wieczór spędziliśmy, grając w bilarda w jakiejś zapomnianej przez świat knajpie.
Bosko!
Jedyne, czego mi brakowało to butelki czerwonego wina.


Za chwilę się pakujemy, więc wrzucam tylko zdjęcia z Tallina i uciekam. Jak wrócę, opowiem Wam jeszcze o rejsie do Helsinek, który zafundowaliśmy sobie w deszczową środę.

Zmykam!


Tallin z wieży kościelnej św. Olafa


w drodze do Górnego Miasta


Joanna ma chrapkę na piękną czapkę


i kapcie...


Gdzieś pomiędzy ulicami


Tallin ma boską baśniową starówkę pełną wąskich uliczek, zdobionych drzwi, piwnic i kramików


Hieronim - kolejna maskotka z kolejnej stolicy


Nad estońskim wybrzeżem


Wieczorny chillout na plaży


a Joanna zażądała sesji zdjęciowej
oto efekt moich trudów, bo Walerka to modelka trudna:)
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Opuściliśmy Łotwę, gdzie - jak donosi Pascal - polskie korzenie uważane są za prestiżowe. Fakt faktem, że Łotysze odnosili się do nas z atencją, a niektórzy nawet niemnoszka po polsku coś mówili.

Nie wiem, czy podobnym prestiżem cieszymy się w Estonii, ale o tym przekonamy się już dzisiejszego wieczoru. Ruszamy zaraz bowiem na włóczęgę Tallińską starówką.

Tymczasem załączam fotkę z drogi.
Oto przykład jak należy promować za granicą swojego chlebodawcę:))



Pierwszy raz od ponad dwóch lat widzę mojego konkubenta w kolorze innym niż czarny, szary lub zgniłozielony - czego się nie robi dla kochanej korporacji:)
niedziela, 09 sierpnia 2009
Plażujemy w Jurmale - kurorcie, do którego na trzypasmowej autostradzie zrobił się gigantyczny korek, więc Łotysze walili nad morze tłumnie trawiastym poboczem.
Pojechaliśmy naokoło, oszczędzając tym samym 1 łata - opłatę wjazdową. Tak branża turystyczna zarabia w czasach kryzysu. Półwysep Helski powinien brać przykład;>

Endrju po 15 minutach:
I co? Będziemy tak po prostu leżeć na plaży?
ja: Poczytaj sobie książkę.
Endrju:
Jak będę czytał, to nie opalę sobie brzucha.
Walerka: (ze śmiertelną powagą) No tak. Czytanie albo opalanie brzucha.
Odwieczny dylemat plażowicza.


Na szczęście chłopcy wkrótce zajęli się odbijaniem piłki rakietkami przywiezionymi z Maroka, a my z Aśką dałyśmy się pochłonąć ćwiczeniom na uda, brzuch i pośladki, wzbudzając zainteresowanie łotewskich plażowiczów.
Do Rygi wróciliśmy przyjemnie wypoczęci i dobrym urlopowym rytuałem udaliśmy się na kolację.
Nasz ryski szlak knajpowy to Domini Canes, Salve i Del Popolo - wszystkie na starówce i wszystkie warte polecenia.

Teraz natomiast siedzimy w hotelu i łoimy w makao, popijając bezalkoholowe piwko.
A jutro ruszamy do Tallina.
Miłego poniedziałku!








Ryga.
Nie potrafię jej zdefiniować. Ni to miasto słowiańskie, ni skandynawskie. Na starówce jest europejsko i swojsko zarazem. Dostojna architektura, która dawno nie widziała ręki konserwatora, sprawia, że dobrze się tutaj czuję. Nie dla mnie wymuskane ulice i świeże tynki. 
Centrum Rygi tętni życiem, muzyką, czuć tu żywioł.
Wilno było ciche, Ryga jest gwarna.

Ale mój największy zachwyt nie dotyczy ani kościołów, ani zabytków, nie. Zakochałam się w przeuroczej galerii dodatków "Trzy róże" na iela Skunu 6 -dla miłośniczek cudnych bibelotów istny raj, gdzie można przepuścić krocie i spędzić tam pół dnia.  Mam nadzieję, że kiedyś i mój Diabeł będzie tak cudnym miejscem.

Po południu pojechaliśmy do Muzeum Motoryzacji - Ryga poza starówką to typowe posowieckie miasto obskurnych wieżowców i brzydoty. Samo muzeum - bomba. Auta z początków wieku, limuzyny sowieckiego aparatu władzy, pierwsze samochody wyścigowe, beemki osiągające prędkość 60 km/h, pierwsze mercedesy i audi. Tej ciekawostki warto nie przegapić.

A wieczorem idziemy się zabawić, o ile można się zabawić w gronie, w którym na 4 osoby 3 nie piją. Ale dajemy radę i po dziewiczym moijto podbijamy z Aśką parkiet.

Dziś nastomiast wyruszamy nad morze do Jurmały. Skoro duch syty, czas nakarmić ciało.


Pałac Kultury i Nauki - przypomina do złudzenia nasz, prawda?


Coś takiego może stanąć tylko w postkomunistycznym kraju:)

PRZEJŚCIE PODZIEMNE







Raj dla każdej kobiety - galeria Trzy Róże



Knajpa Hospital - kelnerki są tu przebrane za pielęgniarki, wnętrze przypomina szpital, a dla chętnych posiłek na fotelu ginekologicznym, gdzie pielęgniarka chętnie każdego nakarmi. Brr!


Kolejna lala do kolekcji. Łotewska siostra Stefy - Gardenia:)
piątek, 07 sierpnia 2009

Labdien z Łotwy Dzieciaczki!

Jesteśmy w Rydze w uroczym hoteliku "River Side" w pobliżu starego miasta. Odświeżeni i wykąpani zaraz pójdziemy przewłóczyć się starówką i coś zjeść.

Wczoraj chilloutowaliśmy się w Trokach, sympatycznej wiosce otoczonej krajobrazami do złudzenia przypominającymi mazurskie.

Najpierw był zamek, potem karaimskie jadło, a na deser wodny rower. Walerki wybrały bardziej romantyczną wersję - łódkę. Ciężką jak diabli i oporną w sterowaniu.

Wieczorem wylądowaliśmy w Wilnie w knajpie Dvorak - pysznej, taniej restauracji na głównym deptaku i tam dobiliśmy się ostatecznie. Leżąc w łóżkach, obiecaliśmy sobie solennie, że od dziś przechodzimy na dietę. Litewskie żarcie to zabójstwo.

Zobaczymy, co w tym temacie zaoferuje Ryga. 
Kończę, bo tu na nic nie ma czasu, a za siedzenie w necie dostaję ochrzan albo przynajmniej złośliwe docinki. 
 



Endrju ze Stefą -  lalką zakupioną na starganie.


"A masz mężu"


Szymon ćwiczy tripy:)

czwartek, 06 sierpnia 2009

Labas Rytas Kochani!

Wilno jest piękne! Czemu nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?? A może nie słuchałam, nie wiem.

Na Starym Mieście pełno uroczych uliczek, zaułków, galeryjek, a w samym mieście szeroko, przestrzennie i swobodnie.
Fajnie tu - socrealizm miesza się z nowoczesnością, a nad wszystkim panuje mickiewiczowski duch XIX wieku.
Próbujemy uczyć się litewskiego, ale na razie poprzestajemy na dodawaniu końcówki -as do polskich wyrazów.
Drogas w Litwas są bardzo dobras! - zachwyciliśmy się tuż za granicą i tak zostało.

Wczoraj Walerki przeciągnęły mnie po kościołach - przy trzecim miałam już serdeńko dość. Wszyscy bogowie są nasi, ale co za dużo to nie zdrowo. Podczas wycieczki padały sentencje typu:
"Tylko stara architektura się nie starzeje"
albo
"Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby potem zrobić dwa naprzód" (to zawsze wtedy, gdy z jakichś powodów musieliśmy się cofać. 

No i najważniejsze - lokalne jedzenie!
Stołujemy się w knajpce Gabi polecanej przez Makłowicza.
W karcie  dań, gości wita napis:
"Przepraszamy, że nie mamy czasu dla gości, którzy nie mają czasu":))
To że utyjemy jest więcej niż pewne: kołduny, cepeliny, placki ziemniaczane zapijane Svyturasem (niskoalkoholowym, żeby nie było) na pewno odbiją się na naszej wadze.
Choć ponoć na Łotwie tradycyjnym jedzeniem jest szary groch, a w Estonii sucha wędzona ryba, więc może na koniec wyjazdu nasze kulinarne "ochy" i "achy" nieco przycichną.
***
Endrju czyta przewodnik.
Endrju: Tores to restauracja gdzie zbiera się wileńska bohema.
ja: Bohema? Cudownie! Idziemy tam! Może poznamy jakichś litewskich pisarzy!
Endrju: A znasz jakichś litewskich pisarzy?
ja: Mickiewicz?
Szymi: Bohema to nie są pisarze. To narkomani.

Dziś natomiast jedziemy do Troków, a jutro Ryga. 


Pierwszy przystanek - litewska stacja Orlenu

Na wzgórzu Giedyminina dwie panie czytający  Kuriera Wileńskiego


W kościele Piotra i Pawła

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

No to jutro ruszamy!
Dlatego dziś już odpuszczę Wam pr0myczkowy słowotok i zapraszam ponownie po 16 sierpnia.

Bądźcie grzeczni
i trzymajcie rączki na kołderce.

Dobranoc:)*











niedziela, 02 sierpnia 2009

Ha! Walerki już jadą z Poznania i właśnie dzwonili, że są pod Ostródą. Jak ja się cieszę!
Ich przyjazd to dla mnie prawdziwe rozpoczęcie urlopu.

Kot wywieziony do rodziców na wieś, Endrju jeszcze pracuje na Podlasiu na Tour de Pologne, a ja dopinam wszystko przed wyjazdem: wysyłam faktury, odpowiadam na mejle, robię porządek z kwiatami, piszę ostatnie słowa młodzieżowej powieści, żeby po powrocie tylko dopisać zakończenie, piorę bieliznę, gotuję. Bo goście będą głodni.

Dlatego zmykam: muszę wstawić ziemniaki jak na prawdziwą panią domu przystało.

***
ps. wczoraj Endrju przynosi z piwnicy materac, żebyśmy mogli położyć jakoś Walerków.

Endrju: Ten materac śmierdzi, chyba spleśniał w jednym miejscu.
ja: (wącham) nie śmierdzi, tylko pachnie. Obozem harcerskim.
Endrju: To im jutro wytłumaczysz, że ten smród to nie grzyb, ale harcerska nostalgia.