..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008
Obudzona o piątej nad ranem
w niedzielę
o pogańskiej porze dla robotników fabryki,
którzy idą na pierwszą zmianę,
wyruszam do Lublina.


Czy było po co, okaże się wieczorem.

sobota, 30 sierpnia 2008

Kiedy w kwietniu kupowaliśmy mansardę, rodzice Endriuszki byli wstrząśnięci, wkurzeni i obrażeni straszliwie - że za drogo, że poddasze, że za małe i takie tam. Pamiętam, jechaliśmy samochodem i znów wysłuchiwałam litanii zarzutów, aż w końcu nie wytrzymałam i ucięłam dyskusję:
- Co z tego, że drogie czy małe!? Najważniejsze, że z duszą!

Kilka dni temu dzwoni do nas kuzyn Andrzeja:
Kuzyn: Cześć?! Co u Was słychać? Jak się mieszka w trójkę na poddaszu?
Endrju: Jaką trójkę?
Kuzyn: Słyszałem od ciotki, że mieszkacie z duszą:D

***
Do mieszkania z duszą właśnie weszli stolarze,
a to oznacza, że od jutra pozbędziemy się sterty kartonów. 
Szykujcie już wódkę na parapetówę - juhu!

piątek, 29 sierpnia 2008

Spotkaliśmy się wczoraj z pewnym dalekim kuzynem.
Od słowa do słowa, niespiesznie sącząc piwko w przyjemnym wnętrzu Alchemii, zeszliśmy na tematy wujków, ciotek i innych powinowatych.
Od słowa do słowa, niecne uczynki i dwuznaczne historyjki powyciągały swoje pochowane dotychczas łebki. Wujek zdradza ciotkę, ciotka wujka po rogach, krwniak miewa romanse, a krewniaczka też nie święta.

Na przeciwko mansardy jest burdel.
- Świetny macie burdel pod domem - mówi kuzyn - Byłem tam. Najlepszy w tym mieście.
Kuzyn ma dzieci i żonę, którą bardzo kocha.

Siedząc pod kuchennym oknem, gdzie teraz wystukuję ten tekst,  mam doskonały widok na wchodzących i wychodzących. Jest rano, za chwilę czmychną stąd panienki, zerwą sobie jeszcze jabłka z ogrodu na drogę i pójdą do domu. O zmierzchu będą się tu kłębić taksówki.

Dlaczego piszę o tym wszystkim?
Bo jest jakiś defekt - albo naszej konstrukcji, albo naszej kultury.
Kulturowa monogamia sprawia, że zdrada partnera jest dla nas końcem świata, a jednocześnie mało kto nie ma ochoty na krótki skok w bok, przygodę, dotyk innych dłoni niż te kochane, oswojone, poznane na wylot.

Dlatego nie będę hipokrytką i nie powiem, że wujek świnia, a ciotka puszczalska; nie będę potępiać tych, którzy co noc stają pod drzwiami z czerwoną żarówką.

Ja również noszę w sobie pragnienia, które jak małe diamentowe kuleczki grzechoczą we mnie - raz mocniej, raz słabiej. Mam ochotę je czasem wydobyć na zewnątrz i rozsypać, abym mogła nasycić się ich blaskiem i dźwiękiem. Chciałabym uwolnić się od wiecznego grzechotu, który czasem zagłusza inne myśli, a jednocześnie jest tak słodki i tak potrzebny do życia.
Lecz tutaj nie ma miejsca na kompromis - każde rozwiązanie jest unieważnieniem czyjchś ważnych potrzeb - bo ani nie wytnę zakorzenionego w kulturze monogamicznego postrzegania miłości, ani nie zagłuszę wybujałego libido, które funkcjonuje poza normami i zakazami.

Na razie mogę po prostu skierować swoją uwagę na inne podniety.

Na przykład to.
Wózek zakupiony w sklepie z antykami. Stanie pod oknem.
Zamiast dzieci będę w nim pielęgnować  kwiaty. O!


czwartek, 28 sierpnia 2008

No to pierwsze koty za płoty!
Czyli łzy i wściekłość na polską rzeczywistość, pieprzoną biurokrację, a przede wszystkim bezmyślność urzędników.
Mój wyczesany i dopieszczony wniosek o dotację nie przeszedł. Gdybyście usłyszeli, z jakiego powodu!
Najpierw zrobiło mi się smutno, a potem się popłakałam. Na szczęście szybko przypłynęła ocalająca siła wściekłości i teraz mam ochotę wpaść tam z bazuką i rozpieprzyć wszystko w cztery wiatry. Ale jeszcze poczekam, jeszcze wymaruję im odwołanie.

ja: Ale mnie wkurzyli! Muszę zacząć prowadzić zapiski z rozkręcania biznesu. Będzie z tego niezła książka - jeśli polegnę, napiszę historię bankructwa, a jeśli mi się uda, opiszę moją krwawicę w drodze do sukcesu.
Endrju: A ja, dzięki temu, że nie dali  Ci tej forsy, mam świetny temat do Wyborczej.
ja: Czyli, co? Właściwie same plusy?

***********************************************************************
pamiętacie, kto to śpiewał?
GDZIE CI MĘŻCZYŹNI, GDZIE TE CHŁOPY?!

- Wiesz, jak teraz zrywa się znajomość -
zapytała mnie Basia.
- No?
- Kasujesz kontakt na Gronie, Naszej-klasie i innych portalach społecznościowych, wywalasz zakładkę na swoim blogu i blokujesz użytkownika na gadu.
- Nie żartuj, że ktoś Ci tak zrobił?
- Tak, a od Grona dostałam wiadomość:
"Informujemy, że
(TU: NICK) usunął Cię z listy swoich znajomych. Łącząca Was więź była prawdopodobnie za słaba, bądź (TU: NICK)  zrobił to przez przypadek.

Pamiętaj: kiedy brakuje Ci nowych znajomych w Gronie, zaproś po prostu kogoś z zewnątrz.

Pozdrawiamy,
Ekipa Grono.net"

Mogę to zostawić bez komentarza?

środa, 27 sierpnia 2008

Wreszcie nadszedł czas, aby odprysk Tajnego Prodżektu mogło obejrzeć szersze grono.
W najnowszej lipcowo-sierpniowej "Lampie" znajduje się pączek większego projektu, czyli Tajny-już-nie-Tajny Prodżekt II.
Nasz duet z Basią Star doczekał się wspólnej publikacji w piśmie uroczego PDW, który już przy pierwszym spotkaniu ujął mnie za serce, ale o tym, przeczytacie TU.



***
Z bardziej przyziemnych doznań.
Od tygodnia biegam po Olsztynie, załatwiam różne sprawy i... fascynuję się tropieniem absurdów, niekompetencji i oznak prawdziwej wschodniej beztroskiej mentalności.

1.Idę do punktu ksero, opraw prac i takich tam, aby wydrukować moje porno fiction na konkurs.
- Dzień dobry chciałam wydrukować plik w Wordzie - mówię.
- Proszę bardzo - odpowiada pani za ladą. - Tylko my nie drukujemy polskich znaków.

Biegnę do drugiego punktu ksero.
- Dzień dobry, chciałam wydrukować...
- Nie mam teraz czasu, drukuję projekt!

2. Spotkałam się wczoraj z moim informatykiem.
- A Ty,  jaką szkołę średnią kończyłeś?
- Elektronik, ale beznadziejna ta szkoła.
- Dlaczego?
- Przychodził facet na lekcję i dyktował temat: "Najtańszy dekoder Polsatu na Allegro". Rozumiesz?
- Nieee.
- Gościu chciał kupić dekoder.


***
Gdybym urodziła się po 83. roku powiedziałabym tylko: Heloł??!

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Ciąg dalszy łódzkiej galerii.
Dziś robię wolne od pisania.
A wszystko dlatego, że spędziłam cały wieczór na gadu-konferencji z blogowymi panienkami. I ledwo żyję.

Nie dręczę więc pisaniem. Fotki wystarczą.
Tylko uważajcie, aby z wrażenia nie odpadły Wam tipsy:D

(to jedno z hitowych powiedzień minionego weekendu:)


Qqi śpiewa do... banana:)



Wioli&Sheesha



Ja - jak zawsze grzeczna i akuratna ja:)


A mówią, że tylko wydepilowane jest seksowne


Z Basią S.


Działy się różne rzeczy

Uparciuch z fajką


Wampirzyca w obiektywie Upartej

W zdobycznej koszulce z ciuchowej wymiany.
Będę w niej jeździć do klientów:)

...i nocą na Piotrkowskiej

niedziela, 24 sierpnia 2008

- A mnie wkurza, że mi się cycki rozjeżdżają na boki i mam po środku płaskie, puste lotnisko - pożaliła się Basia.
- No coś Ty! Teraz pas startowy jest w modzie. Prokop powiedział!

Było południe, a my niewyspane i ledwo żywe po piątkowym melanżu u Wiolinki, siedziałyśmy już w fantastycznej łódzkiej knajpie Łódź Kaliska. Reguła zabawy polegała na tym, że każda z nas po kolei mówiła, o tym, co jej się w sobie nie podoba. Reszta natomiast, już poza ustalonymi zasadami gry, zwykle gorąco zaprzeczała, żarliwie przekonując, że za mały, za duży czy rozjrzeżdżający się na boki biust to żaden problem.

Ale po kolei. 

Moc wibratora i ciuchowy szał pał
Piątka panienek z bloga niczym siedem dziewcząt z Albatrosa zaokrętowała się piątkowego wieczoru na pokładzie megaszybkiego ekskluzywnego pociągu do Łodzi. PrawieTGV. Tam już czekała na nas Wiolka, jej Bart oraz Barta kolega - Piotruś, którego, ku jego niezadowoleniu, ochrzciłam Kornelem.

Tej nocy urządziłyśmy sobie home party. 
Qqina otrzymała prezent imieninowy - piękny żółciutki wibrator w kształcie banana i pyszne czekoladowe ciasto - specjał Aselniczki. Tak zainaugurowałyśmy wieczór. Kiedy już wszyscy przetestowali siłę sztucznego penisa, panowie zostali wypędzeni do kuchni, a my rozpoczęłyśmy właściwą część sabatu czarownic - wymianę ciuchów. Dziewczyny przywiozły ze sobą stertę ubrań, których  już nie noszą, wyrzuciły to wszystko na środek pokoju i zaczęło się wielkie grzebanie w szmatkach, zrzucanie spodni, bluzek, staników, przymierzanie, przeglądanie, dzielenie się poradami.
Każda z nas wzbogadziła swoją garderobę o prawdziwe perły współczesnej mody.

Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu chłopcy też nie próżnowali i wkrótce zawitali w salonie przebrani między innymi w... firanki.
Potem wjechała na stół sheesha, a noc powoli dojrzewała do świtu. 
Kiedy o 9 rano poraził mnie poranek, odniosłam wrażenie, że nie zmrużyłam oka.
Nie do końca mylne.

Szoping, czyli seks w wielkim mieście
Plan był taki, aby przedpołudniem zostać w domu i obejrzeć połnometrażowy "Seks w wielkim mieście", ale na szczęście płyta okazała się trefna i ruszyłyśmy na poszukiwanie seksu w mieście Łodzi.
Najpierw było południowe piwko we wspomnianej już Łodzi Kaliskiej, potem obiad w Quo Vadis, gdzie QQina z niewielką pomocą Basi zrobiła performance: postawiła do pionu kelnera za zbyt długie oczekiwanie na jedzenie, zażądała wyłączenia wściekłej muzyki, a na koniec oświadczyła, że za tak fatalną obsługę możemy zapłacić rachunek z 50% rabatem. Czyli mówiąć krótko Warszawka pokazała prowincji światowe standardy;)
W międzyczasie przechadzając się Piotrkowską, nie przepuściłyśmy okazji, aby skorzystać z wyprzedaży. Popołudniu niosąc naręcza toreb i torebek, wyglądałyśmy jak polska wersja sex in the city.
Na końcu wylądowałyśmy w Manufakturze, która przebiła poznański Stary Browar.
To jest dopiero miasto w mieście!

Łódź by night albo raczej: chuć by night

Po krótkiej regeneracyjnej drzemce w domu, kiedy zapadł zmierzch, ruszyłyśmy na knajping po Piotrkowskiej. Trzeba było zobaczyć Łódź Kaliską nocą i wreszcie skorzystać z legendarnych toalet wyposażonych w lustra weneckie.
- Jedziemy na podryw młodych filmowców - podjarała się któraś z nas, ale rzeczywistość okazała się dość brutalna. Choć sam lokal był równie uroczy jak w południe, to wsad męski nieco nadwerężył nasz pierwszy zachwyt. Honor uratowali dopiero Włosi - wreszcie można było na kimś oko zawiesić.
- No spójrzcie na te polskie twarze - gorączkowała się jedna.
- No widzę, uprawa buraka cukrowego.
- I do tego te koszule, tiszerty, bluzy, wszystko w paski!

- Bo to polskie pasiaki są.  

No niestety Panowie, ale jest w Polsce jakiś okrutny kryzys - brakuje interesujących twarzy, indywidualności i czegoś, co sprawia, że faceci nie tworzą jednolitej magmy, którą nasz kobiecy wzrok beznamiętnie skanuje w tęsknocie za męskością. Niekoniecznie w taniej serii dla ludu.
Na szczęście w sześcioosobowym zespole jesteśmy tak samowystarczalne, że nawet na polu buraka cukrowego bawiłyśmy się wyśmienicie.
Wieczór zakończyłyśmy w Lizard Kingu, skąd skonane wróciłyśmy do domu i tam w nieco osłabionym składzie (część panien wymiekła i poszła spać) kontynuowałyśmy gadu gadu nocą.

Moc kobiecych kosmosów
- Ech, dwa dni, a ja się tyle dowiedziałam - westchnęła dziś rano Basia. - O kosmetykach, formach pielęgnacji ciała, facetach i nawet odżywianiu! 
- Bo właśnie po to są sabaty wiedźm, aby dzielić się tą tajemną wiedzą -
pomyślałam.

I pomyślałam również, że cholernie lubię ten nasz kobiecy kosmos - ten poważny i ten niefrasobliwy. Rozchichotany i przeegzaltowany wszechświat kobiet, w którym wspólnota jajników jest źródłem wielkiej siły. Między innymi siły odłmadzającej. Przynajmniej o dekadę.

Ponoć ściśnięcie Tuwima za nos przynosi szczęście.
Ja ściskam za mój biznes.

Dziewczęta na stole. Kim są Ci nieruchomi panowie, nie pamiętam.


Wiolka na barana. Jak on patrzy na jej udo!

Nasze stopy i Gajos:)


Zgon pod Manufakturą, na drugim planie pan... też odpoczywa:)


Bye, Bye Łodzio!

ps. Jutro ciąg dalszy łódzkiej galerii.

piątek, 22 sierpnia 2008

Pamiętacie Irę?
"Mój dom to kolejka po pracę, mój dom to ci smutni ludzie, mój dom to ty i jaaaaa!!!!"
To jedna z tych piosenek, które dla mnie pachną pierwszymi prywatkami. Były jeszcze Róże Europy, De mono i Chłopcy z Placu Broni.
A dlaczego piszę o Irze?
Bo wczoraj trafiliśmy do prawdziwej jaskini rewolucji, czyli Molotov Cafe, gdzie usłyszałam stare przeboje tej grupy. Molotov Cafe to świetna knajpa, gdzie można wypić Staropramena albo rodzimą Łomżę, spotkać dzieciaki z dredami, w bojówkach i glanach, którzy siedzą i przy czwartym piwie gadają o Kancie. Bardzo faajny klimat. Odmładzający:)

A propos muzyki to dziś 25 urodziny Zygmunta Staszczyka. Tfu! Nie Zygmutna, ale zespołu.
Trójka trąbi o tym od tygodnia, co druga piosenka na playliście należy do T.LOVE i chyba nie ma w tym kraju człowieka , który nie wie, że dziś o 12.00 jest ich jubileuszowy koncert. Jeszcze trochę i Muniek stanie się świeckim papieżem. Będzie jeździł papamobile, a my ustawimy się wzdłuż trasy przejazdu i pomachamy mu chorągiewkami.

A propos Muńka, to jakiś czas temu poznałam go na jednym z eventów. Pan Zygmunt jak na prawdziwego rock'n'drollowego chłopaka przystało, bez zbędnych ceregieli zaproponował mi kawę. Pamiętam, że następnego dnia, spotkałyśmy się w firmowej kuchni z Haneczką i Basią.
- Słuchajcie dziewczyny, umówiłam się z jednym gościem na kawę, ale nie wiem, czy iść - zaczęłam.
- Co ty odpierdalasz?! - oburzyła się Baśka. - Na jaką kawę?! Przecież masz takiego fajnego faceta. Na żadną kawę nie pójdziesz.
- No Aguś - załagodziła Hanka. - Jesteś taka szczęśliwa w związku, nie psuj tego, nie umawiaj się na żadne kawy.
- A w ogóle z kim Ty na tę kawę się umówiłaś? - drążyła Baśka.
- Z Zygmuntem Staszczykiem.
- Tym ZYGMUNTEM?!!!? - wykrzynęły chórem. - TYM?!
- No tym.
- To nie wygłupiaj się! - powiedziała Baśka. - Idź koniecznie!
- Pewnie, że idź - poparła Baśkę Haneczka. - Idź z nim tylko dla doznań czysto poznawczych, oczywiście.


A ja sobie myślę, że fajnie temu Zygmuntowi, skoro nawet takie świetne babki jak my, ulegają aurze muzycznej legendy.
Na szczęście  - na baardzo krótko:D
***
A teraz idę się pakować.
Zaraz ruszam do Łodzi. Przez Warszawę.
I jak zdążę, to przez Wook.
Aż mi ślinka cieknie na myśl o kurczaku po seczuańsku i tofu ze szpinakiem, mniam, mniam!

środa, 20 sierpnia 2008

Dziewczynki i Chłopcy,
dziś ponownie temat damsko-męski, znów o odwiecznym godowym tańcu płci.
Bo ciągle jest problem:
Co nas w sobie wzajemnie pociąga?
Jak grać, żeby wygrywać?

Na początek rzecz najważniejsza: TRZEBA GRAĆ!
Ja wiem, że wśród Was jest wielu zwolenników zasady "kawa na ławę", sporo zwolenniczek otwartości i szczerości w związku, ale ja zaprezentuję dziś zgoła odmienne stanowisko.

A to dlatego, że człowiek jest istotą, która nie lubi rutyny, ucieka od oczywistości, goni natomiast za tym, co tajemnicze, zmienne i nieprzewidywalne. Toteż czasem spojrzenie bywa skuteczniejsze niż przegadany cały wieczór, deklot bywa bardziej ponętny niż cyc na wierzchu, a kieliszek wina smakuje lepiej niż cała butelka.

Każdy z nas ma w sobie instynktownego łowcę, kręci nas to, co wymaga trudu i bywa nieuchwytne. A zatem relacja pozbawiona gry, jest jak polowanie, na którym sarny łaszą się do myśliwych.

I dlatego niestety moje Panie i drodzy Panowie, czasem lepiej ugryźć się w język, uśmiechnąć się zamiast rozpłakać, powiedzieć o jedno słowo za mało niż o dwa za dużo. Po prostu.
I czy chcecie tego czy nie, zasada, że partner powinien wiedzieć połowę, bierzę górę.

Przetestowałam ją z obu stron.
Nigdy mnie nie zawiodła.
I wierzcie, to wcale nie oznacza braku bliskości, więzi, zaufania i takich tam wszystkich idealistycznych pięknych ciu ciu ciu:)

wtorek, 19 sierpnia 2008

Intensywność ostatnich dwóch dni wprawia mnie w zdumienie, a moje ciało skomle z wyczerpania.
Remont firmowej siedziby zaczyna się jutro rano, boska graficzka zaprojektowała mi piękne logo, wertuję przydatne strony, Endrju robi bazę klientów i podwykonawców, przeglądamy ogłoszenia za samochodami, biegamy po mieście, załatwiając sprawy i sprawki,  i kiedy wreszcie nadchodzi upragniony wieczór, padam ze zmęczenia.

Z tego zmęczenia zalogowałam się na głupiutkiej odmóżdżającej grze dla panienek, którą pasjonuje się moja uczona kuzynka. Jeśli macie ochotę kupować ciuchy, chodzić po klubach i zmieniać facetów jak rękawiczki, wejdźcie tu:
http://www.missbimbo.com/

Ja tym czasem idę spać.

Poniżej fotka tegoroczna - z poznańskiego zlotu SKIPP-u. Był maj i ja dopiero zaczynałam swoje błogie lenistwo. Aż dziw, jak ten czas szybko leci. A wszystko, co dobre, zwykle się kończy.


Fotka w archiwum Skippu nazwana "Pr0myczek tańczący", ale dałabym sobie głowę uciąć, że biegłam wtedy na powitanie Michasia:D

Endriuszka bardzo lubi moje śniadania, a najbardziej jeden ich element, czyli cielęce parówki.
Zasypiamy.
ja: Wiesz, co? Chciałabym, żeby już było jutro rano.
Endrju: Jak to?
ja: Zawsze, kiedy kładę się spać, dostaję takiego powera, że chcę mi się już wstawać.
Endrju: No wiesz?! Ja też już mam ochotę na parówki, ale bez przesady!

***
Leżymy dalej, nie mogę zasnąć.
ja: Jutro muszę usiąść i skończyć wreszcie to opowiadanie do "Nowej Fantastyki".
Endrju: O tak, ty będziesz pisać, a ja ocalę galaktykę.
ja: ???
Endrju: No co? Na razie od tyranii z kosmosu uwolniłem jedynie planetę Hillis.


***
Dziś rano.
Ku mojemu wieeeelkiemu zaskoczeniu, Endrju co rano biega nad jeziorem.
ja (obserwując jak sznuruje adidasy): Kochanie, Ty chyba jesteś Blade Runner.
Endrju: Nie, ja jestem blady runner:)

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Moje nieustające wakacje dobiegły końca.
Po czterech słodkich miesiącach upojnego lenistwa, dziś, o godzinie 7.15, zadzwonił budzik, a ja poczułam się głęboko nieszczęśliwa i zanuciłam moją sztandarową piosenkę "O małej biednej Agniesi".

Padam na ryjek, resztę skrobnę jutro.
Albo i nie:)
niedziela, 17 sierpnia 2008

Mimo burz, huraganów, trąb powietrznych i ostrzeżeń mediów, aby wziąć prowiant, latarkę oraz koc i zejść do piwnicy, powłóczyliśmy się wczoraj w miasto.
W strugach deszczu obejrzeliśmy jeden z uliczych spektakli trzydniówki teatralnej i dopiero kiedy poczuliśmy się wystarczająco zepatowani sztuką, zasiedliśmy w Alchemii na piwie.

Stamtąd wywabiła mnie Betka ze spóźnionym zaproszeniem na urodziny.
W kameralnym gronie przyjaciół jubilatki zjedliśmy kolację i ostatecznie wbliśmy się do Highlandera.
- Agnieszko! Ależ ja Cię kocham! - usłyszałam, przekroczywszy próg knajpy.
Obejrzałam się.
Przy stoliku siedział wieloletni przyjaciel ojca z czasów licealnych. Świetny facet, wzięty radca prawny, a jednocześnie człowiek z ogromną fantazją i rewelacyjnym poczuciem humoru. 
Przysiadłam się na jedno piwko i zaczęliśmy gadać.
- Ech Agnieszko, żebyś Ty wiedziała jak ja się upiłem z okazji Twoich narodzin! - westchnął Przyjaciel. - A Ty teraz taka duża jesteś i książki piszesz. Pamiętam jakby to było wczoraj: w '76 roku pojechaliśmy z Twoim ojcem na działkę, uczyć się do egzaminów. Twój stary powiedział wtedy: "żarcia nie bierz, mamy wędkę". Zajechaliśmy jego trabantem nad jezioro, wypiliśmy piwko, jedno, drugie. A ryby nie biorą. Wracać nie ma jak, bośmy już po piwie. Poszliśmy do domku letniskowego, otwieramy lodówkę, a tam jedno zamarznięte jajko. Położyliśmy się spać głodni, więc rano, żeby jakoś zagłuszyć głód, wypiliśmy po piwku. A ryb dalej ni chuja. I wracać nie możemy, bośmy już po piwie. Kochana, i tak całe trzy dni! O tym jednym jajku i piwie! Co ja z Twoim ojcem przeżyłem. A jak fajnie było!
 
I pomyśleć, że kilka lat później w tym samym domku, gdzie mój tatko "uczył" się do egzaminów, jego córka, czyli ja, spędzała rok w rok cudowne wakacje swojego dzieciństwa.


Niedzielne popołudnie w futrze i nad wodą.

piątek, 15 sierpnia 2008

To była naprawdę piękna noc!
Endriuszka żegnał się z Warszawą i ze swoimi branżowymi znajomymi. Przy jednym stole w CK Oberży zasiadło grono dziennikarskich wyjadaczy z prasy, radia i telewizji, harpie stołecznej finansiery i notable z instutucji państwowych.
I wiecie, co?
Bawiliśmy się fantastycznie. Miałam wrażenie, że Endrjuszka, podczas kilkuletniej pracy w radio,  instynktownie odcedził medialną śmietankę i pozostawił wokół siebie same życzliwe, pogodne i bezpretensjonalne osoby. Aż trudno uwierzyć, ale nie znalazł się w towarzystwie ani jeden samiec Alfa, który pragnie wszystkim udowodnić swoją rację. Nie było kobiet, które całując na powitanie,  mają ochotę wbić ci kły w tętnicę. Nie.
Przy jednym stole w oberży zasiadło grono barwnych, uroczych i nietuzinkowych postaci, z którymi można przegadać noc do białego rana.  

Koło północy powłóczyliśmy się na tyły Nowego Światu, gdzie zasiedliśmy z piwkiem na krawężniku przed pawilonami. Było ciepło, świt sączył się zza horyzontu, a my integrowaliśmy się z resztą czwartkowych nocnych marków, którzy również wylegli na ulicę z dusznych ciemnych knajp.

- Jakie jest jutro święto? Matki dziewicy? - zapytała moja nowopoznana sąsiadka krawężnikowa.
- Dziewicą to ona była zawsze, a nie tylko raz w roku - ktoś się oburzył.
- Jutro jest Matki Zielnej! - włączył się następny.
- Aaaa - wydedukowała krawężnikowa sąsiadka - czyli dziewicą była cały czas, a raz do roku sobie przypalała?
***
A to prezent od radiowej ekipy na tle dzisiejszej porannej przedburzowej Ochoty.
Copywrite by Aga, wykonanie - Piotr.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Dopisek pozakupowy:

Kobieta nie byłaby prawdziwą kobietą, gdyby z poszukiwania weselnej sukienki wróciła z pustymi rękami.
Dlatego choć nie znalazłam ani jednej sukienki, która przykułaby moją uwagę i zechciała otulić moje ciało, ponadgodzinne krążenie po Złotarach okazało się baaardzo owocne.

Do domu wróciłam z...
FUTERKIEM!!!

ps. Tak, tak, wiem, że  dziś upał jak cholera. Ale to futerko aż zapiszczało z wieszaka na mój widok:)

Fota już wkrótce! 

Wczoraj Pawełek naprawdę wielce mnie zaskoczył.
Kolacja była przepyszna i przygotowana z rozmachem. Tym sposobem kulinarna poprzeczka została dość wysoko ustawiona. Nie mam pojęcia, co upichcę w odwecie. Na szczęście to nie wcześniej niż we wrześniu.

- Było pyszne, ale mam wątpliwości, czy to aby na pewno wg tradycyjnej kuchni węgierskiej
- powiedziałam, kiedy już zmiotłam wszystko z talerza.
- A skąd te wątpliwości? - zapytał Paweł.
- Bo powinnam być teraz najedzona i nieszczęśliwa, a ja czuję się syta i spełniona;)

Poczucie sytości uleciało wraz z nadejściem poranka, ale dobry nastrój pozostał.
Za oknem piękne słońce, a świat wyciąga do mnie ramiona. Dziś mu się chyba nie oprę.
A zatem zmykam.

Moja czwartkowa trasa to: BUW, kawa na Krakowskim, poszukiwanie sukienki i wieczorna biesiada w oberży z radiowcami.
A jutro?
Jutro już będę spać w Mansardzie i bardzo, ale to bardzo się z tego powodu cieszę!

środa, 13 sierpnia 2008

Pogoda barowa, nic się nie dzieje, ja mam już klawiaturo- i Matyldowstręt, więc siedzę otulona śpiworem w prowizorycznych warunkach ogołoconego mieszkania na Ochocie.
Siedzę i kończę czytać Żulczyka.
No bawi mnie, bawi.
Ale że w Żulczyku platonicznie kocha się już Basiastar, ja sobie odpuszczę.
Zresztą nie mój typ. 

Zamierzałam dziś poszukać w Złotarach jakiejś fajnej sukienki na wrześniowe wesela, ale nie chce mi się.
Mam wielką chrapkę na głęboką zieleń i dekolt na plecach. Taki aż do pośladków.
Ale pewnie i tak skończy się na mrzonkach.
Nie chcę zawracać głowy Gosi Baczyńskiej;)))

Dziś wieczorem jadę na Pragę do Pawła na kolację.
Kuchnia włoska poszła chwilowo w odstawkę i Paweł pichci jakiś węgierski przysmak. Zobaczymy, co wypichci.

A tymczasem wszystkim głodnym rzucam na pożarcie kąsek z literatury:

Gdy ją przytulam - gdy naprawdę ją przytulam - a zrobiłem to wtedy po raz pierwszy - wtedy tak naprawdę zrozumiałem, o co chodzi; że być może to już nie chodzi o robienie na sobie nawzajem wrażenia, podrywanie się, grę w dominację i uległość, szpanowanie, matkoojcowskobraterskosiostrzanofreudowski blues siusiaka i cipki, przycisnąłem ją do siebie - już nie miała na sobie workowatego swetra, tylko cienką bluzę z suwakiem, która opinała tę drobną prawiebezcielesność - przycisnąłem ją najmocniej tak jakbym chciał przez nią przeniknąć, jakbym chciał, żeby nasze żyły zawiązały się w supeł; i wtedy najpierw dotarło do mnie, że nie jest tak, że ona i ja; że jej nie ma; i że mnie nie ma; że jest jedno Święte Światło, że zamieniamy się w plamę boskiej leguminy; że to jest właśnie banalne to, co próbowała wyskrobać w nieskończoność armia literatów-onanistów.

Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę, s. 62-63


Jakub Żulczyk, źródło: gugle:)

wtorek, 12 sierpnia 2008

Wczoraj wieczorem obejrzałam "Final Cut" z Robinem Williamsem. Pętelkę fabularną owinięto wokół pomysłu, w którym rodzice mogą zakupić nowonarodzonemu dziecku  implant. Spełnia on jedną funkcję - od narodzenia do śmierci rejestruje jego życie. Po śmierci film otrzymuje rodzina, aby obejrzeć całe życie zmarłego lub zanieść nagranie do profesjonalnego "wycinacza", który usuwa niewygodne sceny. W ten sposób na pośmiertnej imprezie zwanej "Przypominkami" szeroka publika zobaczy wybielony obraz nieboszczyka.  

Ja: Chciałbyś obejrzeć film z mojego implanta?
Endrju: Za żadne skarby.
Ja: Dlaczego?
Endrju: Pogubiłbym się w męskich bohaterach.

Zrobiłam w głowie review moich wspomnień. Różnorodnych.
Trochę się tego nazbierało. Najgorszy okres przypada na lata 15-23. Totalna palma i szaleństwo.
Dlatego na samą myśl, że ktoś poza mną miałby wedrzeć się do środka, oblewa mnie zimny pot. A przecież w moim filmie nikt nikogo nie zabija, nie rabuje, nikt się nad nikim nie znęca (poza jednym przypadkiem, kiedy T. znęcał się nade mną).
A mimo to powodów do zażenowania jest sporo, bo głupota i niefrasobliwość to moje odwieczne towarzyszki. Na szczęście rosną razem ze mną i razem ze mną dojrzewają, więc jest szansa, że nie będziemy już kradły lodów ze spożywczego, biły się na szkolnym boisku z głupimi cipami z Vb czy wyruszały w Europę na sfałszowanych domową metodą biletach kolejowych. O reszcie nie powiem, bo się wstydzę.

A jak wygląda Wasze review Kochani?
Dużo powodów do rumieńców?  

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Jestem w Warszawie. Obudziło mnie dzisiaj dzikie brzęczenie jakbym znalazła się w środku gniazda szerszeni. To panowie strzygą trawniki na Ochocie. Ja już nie śpię, a ten jazgot trwa. Próbuję pisać. 
W ramach odreagowania "Matyldy", na którą nie mogę już patrzeć, postanowiłam napisać opowiadanie na konkurs "Nowej Fantastyki". Nigdy nie przeczytałam ani jednej powieści fantastycznej poza Zamiatinem, Huxleyem i Burgessem, więc zamierzam podejść do tematu nikiforystycznie. Zobaczymy, jaki będzie efekt, ale na razie wychodzi mi z tego porno fiction:)

Najgorsze, że nie potrafię po prostu usiąść i pisać. Niby mam pomysł, niby jestem wypoczęta, niby nie mam nic innego do roboty. A mimo to po kilku zdaniach wstaję, idę do kuchni, wracam, piszę kolejne kilka zdań, odrywam się, dzwonię do kogoś, wychodzę do sklepu, wracam, piszę, kładę się, esemesuję albo jak teraz: uzupełniam bloga. Chciałabym usiąść, wpaść w czarną dziurę twórczej weny i za jednym zamachem wyprodukować 10 stron. Ale nie. Miotam się po chacie, czas płynie i przecieka między palcami, a ja piszę jakbym szydełkowała skomplikowany ścieg. Po oczku. Po kropelce. Kap, kap, kap.  

I dlatego, jeśli jeszcze raz od kogoś usłyszę (tak, tak Fruwaczku, o Tobie też mowa),
że długo czeka na "Matyldę", to jak słowo daję - ścierą przez łeb.
Szydełkowanie to naprawdę żmudna robota:)

***
Z weekendowych wrażeń.
Przyjechała do mnie Haneczka. Pierwszy prawdziwy gość w Mansardzie. Spędziłyśmy uroczy wieczór na starówce i bardzo przyjemny poranek. Hanka przekraczając próg mieszkania, wlała do niego cały swój entuzjazm, świeżość i żywiołowość. Nikt nie potrafi zachwycać się światem tak jak ona. Bo Haneczka to prawdziwa degustatorka codziennych olśnień.

piątek, 08 sierpnia 2008

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!
To pierwsza samotna noc w Mansardzie. Trochę się boję, bo ta przestrzeń jeszcze świeża, nieoswojona. Mogłam pojechać na moje poddasze do rodziców, ale nie będę się wygłupiać. Lubię mierzyć się z własnymi lękami.
Choć nieokiełznana wyobraźnia płata figle. 
Tyle się może zdarzyć jednej nocy:
Wilkołak wejdzie kominem, szablozębna bestia usiądzie na dachu i wyważy okno. Banda nożowników otoczy dom, wedrze się do środka i  poćwiartuje mnie w celu zrobienia mrożonek na nadchodzącą zimę. Zza łóżka wyskoczą duchy, pod lodówką ukryje się diabeł, a przez dziurkę od klucza prześlizgnie się żmija o wypłupiastych oczach. Taka żmija zabija jednym spojrzeniem. Serio.

A ja?
Ja będę bohaterką i przeżyję do rana. Stoczę niejedną walkę, cudem ujdę z życiem i jakoś dotrwam do wschodu słońca.

Dochodzi północ. Za oknem ciemność. Słucham muzycznych kawałków z Youtuba i ciuchutko sobie tęsknię.
Do tych ramion. Ciasnego koszyka, w którym można bezpiecznie zasnąć. Do dłoni na moich włosach. Do tkliwego spojrzenia osiadającego na mojej twarzy. Do uśmiechu, który się rozjaśnia na mój widok. W takich chwilach jak ta, wszelkie feministyczne farmazony idą w łeb - potrzebuję mężczyzny.
I nie zastąpi go ani "seks w wielkim mieście", ani najlepszy wibrator świata.
Potrzebuję wilgotnego oddechu na karku, który zmiesza się z moim snem i wypłoszy ze środka wszystkie demony świata.

Morze jest cudowne, ale byłoby jeszcze cudowniejsze, gdyby przeprowadzić ekstreminację wszystkich starych DDRowców i przynajmniej połowy Polaków.
Poza tym ile można łazić/leżeć/stać/siedzieć po plaży, jeść rybę/gofra/lody, pić wino/piwo/wódkę.
Morze i plaża w sezonie letnim są dobre na 3 dni, potem trzeba zwiewać, żeby nie przeprowadzić zbiorowego mordu na wszędobylskich turystach, rozwrzeszczanych dzieciach i grubych obleśnych facetach, których gorszy fakt, że opalasz się topless. Chociaż ja akurat lubię siać zgorszenie wśród mieszczańskich katolickich ortodoksów, więc ten punkt mam zaliczony na piątkę z plusem.


A zatem Dzieci kochane,
czas zakończyć blisko czteromiesięczną labę i wziąć się do roboty.
Rozgrzebnana "Matylda" czeka na redakcję, a ja im dłużej jej się przyglądam, tym mniejszą pałam do niej sympatią.
A firma, choć już nazwana i z zaklepaną domeną, wciąż leży odłogiem i czas się nią zainteresować.
Dlatego kończę moje nieustające wakacje i wracam do rzeczywistości.
Jeszcze tylko wpadnę na kilka dni do Warszawy i już naprawdę, ale to naprawdę biorę się do pracy.

czwartek, 07 sierpnia 2008

No i pięknie.
Masażysta wyprowadził mnie z błędu.
Okazało się, że mój wypięty, ponętny, murzyński tyłek to nic innego jak wada kręgosłupa.
Zamiast sexappealu mam tyłopochylenie miednicy.
Ale można z tym żyć.
A jakże:)



Najlepsze zdjęcia robię sobie sama:)



a żeby nie było tak różowo, zasypiam pokłócona o kwestię żydowską.
Jeszcze wiele wody upłynie, zanim rozmięknie zbiorowe ksenofobiczne zatwardzenie.

środa, 06 sierpnia 2008

Pamiętacie tę piosenkę? Śpiewała ją Łobaszewska.
Wczoraj niebo wisiało ponuro tuż nad głową, a morze kotłowało się złowrogo. Nieliczni ludzie spacerowali po plaży, większość zaś snuła się po barach, wściekła, że na ich turnusie pogoda nie dopisała.
A mnie się podobało. 
Gapienie się na morze, to chyba najlepsza droga do osiągnięcia nirwany.

A dziś jest słonecznie i szafirowo, dlatego zamiast pisać, idę sobie.



wtorek, 05 sierpnia 2008

Wczorajszy dzień spędziłam w pociągu. Polska z okna zawsze uwodzi mnie tak bardzo, że nie potrafię w podróży czytać. Wypatruję saren za szybą, łapię zająca w biegu, łowię i kolekcjonuję cudne krajobrazy - niekończące się pola słoneczników, przystrzyżone łaty upraw z równiutkimi walcami słomy, posrebrzone plamy jezior i nitki rzek. Rozczulam się na widok wiejskich domów niczym chat z piernika zatopionych pomiędzy soczystymi piersiami pagórków.
Za kilka miesięcy, kiedy ziemia pochłonie całą zieloność, te same pejzaże będą już szare, przykre, pogrążone w smutku i beznadziei. 

Wieczorem poszłam nad morze. 
Było spienione i gwałtowne. Biło falami o brzeg pustej plaży. A ja nurzałam w nim stopy i myślałam o tym, że chcę więcej i więcej. Że mam ochotę zanurzyć się i rozpłynąć w tym cudnym bezkresie. 

W takich chwilach obiecuję sobie, że będę tu częściej.
Lecz zwykle - niewdzięczna - szybko o przysięgach zapominam. 
I zamiast w morzu, nurzam się w prędkiej nieznośnej własnej codzienności.

poniedziałek, 04 sierpnia 2008

Jestem w Poznaniu.
Mam do dyspozycji urocze mieszkanie Krisa, który smaży się na Costa de Sol.
 Portier kłania mi się w pas i mówi:
- A brat nic nie mówił, że ma taaką siostrę.
Ja w odpowiedzi chichoczę wdzięcznie.
- A była Pani w Starym Browarze?
- Tak byłam -
odpowiadam. - Mieszkałam w Poznaniu 9 lat.
- Naprawdę?! - dziwi się portier i rzuca szarmancko - To musiała być Pani małą dziewczynką, kiedy się tu Pani sprowadziła!
Znów chochoczę, jak przystało na szesnastolatkę, i wychodzę.

Od dwóch dni szwędam się po Starym Rynku, po okolicach mojej Marcinki, wstępuje tu i ówdzie na kawę, tam i siam na ploteczki.
Lubię tu być, przechadzać się między wspomnieniami i co chwilę ulegać zadziwieniu:
Ile się zmieniło! A przecież w gruncie rzeczy nie zmieniło się nic.

Wczoraj z Szymonem i Walerką wypiliśmy piwko w Dragonie, a o północy wyskoczyliśmy jeszcze na kolację  i truskawkową margaritę.

Dziś natomiast odwiedziłam Jozi. Wygląda oszałamiająco, ma krągły brzuszek, pokoik dla wykluwającej się Igi i malutkie czapeczki na główkę wielkości pomarańczy.
Zaszłam też do P. Bogusi i jak zwykle wymieniłyśmy się niusami z poznańskiego światka,  poględziłyśmy o pasjach, facetach i tym, co ważne i ważniejsze.
A wieczorkiem znów zawitałam w Dragonie, tym razem z Gochą, która uraczyła mnie kilkoma znakomitymi historiami.

Jutro jeszcze śniadanie z WM i jadę nad morze.
Wyruszam po ostatni głęboki oddech, a potem...
a potem to się zobaczy:)

 
1 , 2