..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007

No i wreszcie spełniłam swoje pragnienie, które kołatało we mnie dobre 12 lat.
A wszystko zaczęło się w połowie lat 90. od filmu "Młodzi Gniewni", kiedy zobaczyłam kreację Michelle Pfeiffer. Pamiętacie, co miała na sobie w ostatniej scenie?

Potem, co jakiś czas to pragnienie wracało, ale kiedy obejrzałam Grind House i zobaczyłam babeczkę na ulicy, którą Andrzej podsumował: "o rany, ale beznadziejnie wygląda w tych butach", wtedy zrozumiałam, że MUSZĘ je mieć.
Mimo, że moje konto jest puste i przepuszczanie kasy na głupoty to nie najlepszy pomysł.
Ale co tam, po 12 latach wreszcie je mam:
zajebiaszcze KOWBOJKI!
Może to jakiś fetysz czy co, ale kręcą mnie jak cholera.
Niestety nie wyjawię Wam, ile za nie dałam, bo tego bloga czyta mój brat i lepiej, aby nie wiedział, że starsza rozsądna siostrzyczka wydaje fortunę na takie fantazje.
Lecz co tam! W końcu raz się żyje!
***
Ale najlepsze jest zdejmowanie tego cudeńka. Bo kowbojki jak to kowbojki zamka nie mają, więc muszę się położyć na wznak, podnieść nogi do góry, jedną ręką trzymać cholewę, a drugą but i powoli, powoli wysuwać. Kochani - jedyne pięć cholernie długich minut i buty zdjęte!

***************************************************************************
Acha, przypomniała mi się jeszcze jedna niedawna akcja.
Moj brat - Kris - jest zapalonym wędkarzem i zawsze, gdy jedzie do domu, wybiera się z ojcem na ryby. Dwa tygodnie temu Kris złowił ogromne trzy liny, a ojciec nic. Tata trochę się podłamał, ale jakoś to przełknął.
Tydzień temu Kris znów pojechał do Olsztyna. Kiedy wrócił, zaczął mi opowiadać:

KRIS: No i wiesz Aga, w domu był kwas, bo pokłóciłem się z ojcem i się do mnie nie odzywał.
JA: A o co poszło?
KRIS: Byliśmy na rybach i ojciec się wkurzył, że rzucam spławik w jego miejsce na jeziorze.
**

Jak ja z nim chodziłam na grzyby, to zawsze się wściekał, że idę za blisko niego i podbieram mu grzyby:))

środa, 29 sierpnia 2007

Właśnie wróciłam z kolacji u Frr w jego nowej chatce. Zrobił pyszną pizzę - to jego specjalność. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i oczywiście musiałam posłuchać jego wywodów o kobietach.

Że na przykład kobiecie, to najlepiej raz na miesiąc powiedzieć:
"oj kochanie, widzę, że coś się zmieniło".
Jeśli ona będzie zaskoczona i powie, że nic, wtedy zaczynasz ściemniać:
"Ale jakoś się trochę inaczej uczesałaś, jakoś tak szczególnie wyglądasz."
Ona poczuje się mile podłechtana, a Ty zbierzesz punkty.

Ale może się zdarzyć tak, że trafisz w dzisiątkę, bo ona właśnie wróciła od fryzjera
(czego Ty normalnie nie jesteś w stanie zauważyć)
i wówczas ona przeżyje pełnię szczęścia, że dostrzegłeś różnicę.
Tak czy siak taktyka się opłaca!
[to prawie jak zakład Pascala - jeśli ktoś to pamięta ze szkoły:)]

Albo dalej Frr mówi:
"laski to mają problem. Otwiera taka szafę, tam tysiące cichów,a ona co mówi? Że nie ma się w co ubrać! A gdzie tkwi główny problem? Ano problem jest taki, że ona już w tym była. I tylko ona pamięta, że rok temu, w niedzielę, miała na sobie właśnie tę spódnicę i tę bluzkę. I nikt nie pamięta, w czym ona była, ale ona pamięta i nie może założyć drugi raz tego samego. Wyobrażasz sobie faceta, który ma dwie pary spodni i cztery koszulki, żeby robił problem z tego, że już w tym był???"
***


A dziś jest kolejna księżycowa noc. Od kilku dni Księżyc zagląda mi w nocy przez okno.
Lubię zasypiać pod jego jasnym spojrzeniem.
Dobranoc Fistaszki.

wtorek, 28 sierpnia 2007

Czujecie jesień?
Ja poczułam dziś jej pierwszy dotyk. Ona nie przychodzi tak gwałtownie jak wiosna, która nagle wybucha pąkami, ani nie wpada przedwcześnie - jak to zwykle robi nachalne gorące lato. Jesień wchodzi na placach. Po cichu. I delikatnie zmienia światło, barwy, dźwięki.
Lubię tę wczesną delikatną jesień, mimo że niesie ze sobą szczyptę nostalgii.
***

Dziś będzie wtorkowy misz-masz, bo nie zdarzyło się nic szczególnego.
Na obiad zrobiłam dziś sobie makaron ze szpinakiem. Pierwszy raz - pychotka. Przepis krótki i treściwy: podsmażyć na masełku posiekany czosnek, dodać szpinak, sól, pieprz, bazylię i odrobinę wegety, a na samym końcu wrzucić ugotowany makaron i camemberta w kawałkach. Można jeszcze dodać odrobinę żółtego sera.

A dlaczego ten szpinak? Bo zawiera żelazo. A po co żelazo? Bo się okazało, że jestem na granicy anemii.
Tak, tak - ja też w to nie mogę uwierzyć, a jednak.

Ta przyjemna wiadomość zainspirowała mnie do zrobienia gruntownego porządku w zdrowiu. Wczoraj byłam u dentysty, jutro idę znowu. W czwartek ginekolog, a na końcu trzeba będzie zrobić ponowne wyniki krwi.
Na razie poprawiam je głównie czerwonym winem.
I czytaniem.
Zaspokajam swój ogromny głód.
Dlatego kończę Kochani i wracam do lektury "Apokalipso" Maxa Cegielskiego.

W kolejce czeka jeszcze "Miłość od ostatniego wejrzenia" Verdany Rudan (autorki "Ucho, gardło, nóż" - świetnego monologu granego przez Jandę w Polonii) oraz "Przygody Astrid zanim została Astrid" nowego wydawnictwa Zakamarki.
***
Acha! Jeszcze jedno. Oto link na poprawę humoru dla wszystkich pań,
którym się dziś wydaje, że czegoś im brakuje albo gdzieś mają za dużo, za mało, krzywo, czy brzydko.

http://widelec.org/gwiazdy_bez_makijazu,id,1304.html

FABIAN PEREZ

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

No i tak jak myślałam - świetny był ten koncert!
Grzegorz Turanu & Andrzej Sikorowski na Dziedzińcu Różanym po raz kolejny podbili serca publiki. Było pięknie - i nostalgicznie, i wesoło, a nad Zamkiem unosiło się takie troszkę metafizyczne ciepło, mimo że noc dziś mroźna i księżycowa.

Jak na krakowskich bardów przystało, uraczyli nas szczyptą gadania, cudnego śpiewania i odrobiną uroczych wygłupów.  Widownia śpiewała refreny, wtórowała śmiechem, a na koniec zgotowała im owację na stojąco.
Potem był pierwszy bis, potem drugi.
Cały Dziedziniec klaskał i gwizdał, prosząc o więcej, kiedy nagle odezwał się - zapewne rodowity - Pozaniak:
- eee nie ma szans, nie wyjdą. Zapałaciliśmy im tylko za dwa bisy.

A przed koncertem Andrzej wysłał mi takiego esemesa:

Po ciuchu, po wielkiemu ciuchu, do Agniesi cudnej, ja wzdychu i wzdychu:)*

...no i jak mam nie kochać tego faceta?

niedziela, 26 sierpnia 2007

No cóż, ten moment musiał  kiedyś przyjść. Warszawa pokazała mi dwa swoje oblicza.
METRO
Spędziliśmy świetny sobotni wieczór, bo najpierw pojechaliśmy metrem do Multikina na "Angel", a ja bardzo metro lubię -  kojarzy mi się z wojażami po Paryżu i Londynie, z różnorodnymi ludźmi i z wolnością. Poza tym metro ma swój klimat - jeśli oglądaliście "Kontrolerów" albo czytaliście "Niebo pod Berlinem", wiecie co mam na myśli.
BLUESBAR
Potem udaliśmy się do Bluesbaru koło Zamku Ujazdowskiego, bo tam miało być spotkanie z Adamem Wiedemannem z okazji Festiwalu Poetów. Bardzo fajowskie miejsce na piwko, ale spotkania nie było, mimo że na wywieszonym programie czarno na białym napisano, że jest.
Ok - stołeczna rozjebka, myślę sobie. W Poznaniu zaraz by ktoś z mikrofonem wyleciał, że odwołane, przesunięte, zaraz by przepraszał. A tu? Luzik. Zaczęłam pytać obsługę lokalu, ale patrzyli na mnie z takim zdziwieniem, że odpuściliśmy i napiliśmy się piwka.
PAWILONY i DWORZEC CENTRALNY
A potem - starym zwyczajem - wylądowaliśmy w pawilonach za Nowym Światem. I wszystko było super, choć w lokalu znalazło się jakoś strasznie dużo dresiarzy.
Najlepsze jednak, że najbardziej mnie dobiło, kiedy już wracaliśmy i na przystanku autobusowym przed Dworcem Centralnym zobaczyłam kloszarda sikającego do kosza na  śmieci.

I niby nic się nie stało. Bo wszystko to, mogłam zobaczyć w każdym innym mieście. Ale tam, w Warszawie, jest czasem tak wielkie zagęszczenie przykrych obrazków, tak ogromne nasycenie brzydoty i potworności, że chce Ci się płakać z bezsilności i rzygać z obrzydzenia.

Ja płakałam. Stałam na przystanku razem z A. i nie mogłam powtrzymać łez.
Było mi zimno i strasznie, i tak bardzo chciałam do domu.
Tylko, czy dom jest tam, gdzie Twoje ukochane mieszkanie, czy jednak tam, gdzie najbliższa osoba?
No właśnie.
 

piątek, 24 sierpnia 2007
Jeśli nie macie, co robić w weekend, to mam pewną propozycję.
Idźcie - jeśli dotąd nie poszliście - na Grindhouse: Death Proof Tarantino.
Ja wyszłam z tego filmu kompletnie rozwalona. A było to dwa tygodnie temu.
I do dziś mam przed oczami sceny, które były tak genialne, że pewnie zapamiętam je na zawsze.
No i te jego kobiety - zmysłowe, wyraziste, seksowne, ale kobiety z krwi i kości, dalekie od nudnych hoolywódzkich cukiereczków.

Późno, bo późno - ale poczułam geniusz Tarantino.
I muszę wrócić do innych jego filmów, które ogladane w liceum, nie robiły na mnie wielkiego wrażenia.

Natomiast TA panienka całkowicie skradła moje serce.
Rosario Dawson


czwartek, 23 sierpnia 2007

A jutro...
jutro jadę do Warszawy. Oswajać ją. Ale przede wszystkim jadę, aby się zanurzyć w tych kochanych ramionach, poczuć jego dłonie we włosach i na karku, oblać się jego spojrzeniem - czułym, zaczepnym, wypełnionym ciepłą, przytulną miękkością.  

Dwa tygodnie bliskości tak nas do siebie przywyczaiły, że marzę, aby zasnąć otulona jego oddechem, a zanim się obudzę, wraz słońcem usłyszeć poranne: "Dzień dobry. Jak się spało mojej pani?"

Ale już niedługo, już niedługo.
Nigdy nie sądziłam, że można tak tęsknić za zwyczajną codziennością we dwoje,
od której tylu z nas ucieka, poszukując barwnych, lecz w gruncie rzeczy tak jałowych motyli.

Wrażliwym, subtelnym i delikatnym czytelnikom, a także mężczyznom, którzy hołubią w sobie ideał kobiety-anioła dobrodusznie radzę
- tego wpisu lepiej nie czytajcie.


Gdybym miała opisać to jednym słowem, powiedziałabym krótko: masakra!
A wszystko przez Jozi, która przyniosła ze sobą swoją wypaśną cyfrówkę i bez naszej wiedzy nakręciła relację z dzisiejszego wieczoru.

Jakie wrażenie?
Jedno.
Panienki czytające Cosmo i bohaterki babskich seriali to przy nas istne wyżyny intelektu.
Oszczędzę Wam szczegółów i przytoczę tylko jeden dialog:

An opowiada:
no i wiecie, kiedy poczułam, że tak naprawdę jestem z moim chłopakiem?
To był jeszcze początek związku - oboje byliśmy sobą zafascynowani, namiętność, ognisty seks i te sprawy. I pewnej nocy obudził mnie jakiś hałas, otrząsnęłam się ze snu cała spanikowana, a on - również obudzony hałasem - powiedział na to:
- spokojnie kochanie,  nic się nie dzieje, po prostu sobie pierdnęłaś.

O czym jeszcze było?
O tym, że od 14 roku życia starałam się tak kolorystycznie dobierać bieliznę , abym w razie porwania, wypadku czy nieoczekiwanego spotkania miłości mojego życia dobrze się prezentowała.

O tym, że K. pewnego dnia wyszedł z mojej łazienki i rzekł:
- wiesz, dopiero kiedy sikam w krótkich spodenkach, czuję jak to się rozbryzguje na całą łazienkę. [a ja to kurna potem sprzątam na kolanach!!!]

O tym, że jedni mężczyźni lubią pieszczoty ich sutków, a inni nie.

O tym, że w złotych poradach Cosmopolitana sugerowali, że najlepiej jest mu zrobić dobrze, owijając penisa sznurem pereł albo otulając jego jądra kuchenną folią aluminiową [ech, te pomysłowe redakcje magazynów]

O goleniu lub depilacji nóg - ponoć jak się zbyt często depiluje to włoski wrastają, a także o tym, co daje róż do policzków i co mieści się w naszych podręcznych kosmetyczkach. (Temat zainspirowany przez Gruszkę, od której dostałyśmy dziś fajne kosmetyczki Nivea)

A potem...
obejrzałyśmy wspomniany już filmik. Totalna żenada, ale śmiechu po pachy. Nie ma jak kwiat polskiej inteligencji. Doprawdy.

A w międzyczasie Jozi robiła mi portrety na stronę internetową wydawnictwa. Oto jedno z wielu oblicz wielkiej pisarki.


wtorek, 21 sierpnia 2007

Pewnie to znacie, bo i pewnie stare jak świat, ale niech będzie jako echo wczorajszego koncertu:

"Gdyby kobietę abstrakcyjnie przewiesić przez trzepaka ramę
I tak dokładnie i solidnie to zrobić, co z dywanem
To uleciałyby razem z wiatrem: obłuda, fałsz i pruderia
Zarozumialstwo i obżarstwo, pycha, egoizm, kokieteria
Te wszystkie: czemu tyle palisz?, te wszystkie: znowu piłeś
Te wszystkie: odłóż tę gazetę i znowu masła nie kupiłeś!
Te wszystkie spazmy, te migreny, te wszystkie: ach, och, mój Boże
Jaka ja jestem nieszczęśliwa, cóż ja na siebie włożę?!

I ta niedobroć, brak zrozumienia i dusza nieliryczna
I ten despotyzm, brak litości, pustość, oziębłość, niejednokrotnie erotyczna
Gdyby to wszystko gnane wiatrem jak pył i kurz uleciało
To tylko to, co miłe, dobre, nienaruszone by zostało
A więc: wrażliwość, mądrość, dobroć, czułość i nieszarzyzna
I przedsiębiorczość i subtelność czyli po prostu...
Mężczyzna?"

Andrzej Poniedzielski
***
Kto bywał na koncertach Poniedzielskiego, ten wie, że w jego smętach szczególnie gustuje widz o dość niskim PESEL-u. Takich podlotków jak ja można tam było zliczyć na palcach jednej ręki.

Wychodzi Poniedzielski na scenę i jak zawsze ze wzrokiem wbitym w ziemię zaczyna:
- No cóż... mija właśnie 30 lat mojej pracy artystycznej. Patrzyłem na Państwa z okna i tak sobie pomyślałem, że my się pewnie już kiedyś widzieliśmy... W końcu gdyby tak zliczyć wiek jednego rzędu, to pewnie wyszłaby cała historia Chrześciaństwa.

I jak go nie uwielbiać?

Właśnie wróciłam z koncertu Poniedzielskiego i Adamiak, który odbył się na Dziedzińcu Masztalarni.Siedziałam w drugim rzędzie i jakoś tak mi się zebrało, że z całym impetem kichnęłam, aż echo zadudniło o zamkowe mury. Poniedzielski powiedział ze sceny: "Na zdrowie... proszę się nie wstrzymywać", a cały dziedziniec ryknął gromkim śmiechem.
Całość zdarzenia Walerka skomentowała z lekkim przekąsem:
- No tak, ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób, żeby zwrócić na siebie uwagę.

***
A poniżej mała obrazkowa kronika spływowa.



Po pierwszej nocy - pole biwakowe w Rzepowie, ja po szczęśliwym usunięciu kleszcza.


A popołudniami Marysie gotują... Pole namiotowe "Czubajka"


Po obowiązku... Marysia może napić się kawy...


A następnego dnia? Młyn i przenoska.




Wypływamy z Ostrego Rogu.
Na koniec zaś - ostatnia modlitwa do Mózga, który wskazuje nam drogę!

niedziela, 19 sierpnia 2007

W ostatnich "Wysokich Obcasach" w Stylu Życia jest tekst o dziewczynach mieszkających w vanach i podróżujących po świecie. Moja włóczęgowska dusza znów zaskowyczała w żałości. Największe marzenie, którego pewnie nigdy nie spełnię. Rzucić wszystko i zacząć żyć. Tak jak w piosence Stachury - w plecaku chleb, do chleba ser, do picia deszcz. Nadchodzi noc i zimno z nią, mam ręce dwie, obejmę się.
Ale, że tchórz jestem, a czasem do głosu dochodzi rówież panna wygodnicka, będę już zawsze mieszczuchem na etacie, z zazdrością spoglądającym na horyzont, po którym wędrują przez życie dziewczyny w vanach.

I dlatego panna na etacie, jutro rusza znów do roboty. Koniec urlopu. Jak na prawdziwą mieszczankę przystało wysprzątałam dziś Marcinkę po dwóch tygodniach totalnej sodomy i gomory, uporządkowałam książki, poukładałam ubrania i tylko jeszcze brakuje mi spakowanego tornistra - od jutra koniec wakacji.

Zamykam moją wakacyjną lekturę - "Małą Ikar" - książkę, którą czyta się jednym tchem, piję herbatę (po 14 dniach picia piwa to nawet miła odmiana), zjadam ostatnią paczkę czekoladowych ciasteczek (od jutra wkracza "strażnik otyłości" - on też miał urlop), no i cóż kochani, czas upiąć włosy i zacząć,
a zatem toczymy nasz blogowy serial na nowo - Dzień po Dniu.

Nie wytrzymałam, wysłałam Mamie esemesa. Odpisała, że bardzo kocha swoje świrnięte dziecko. Powinnam się cieszyć? Nie wiem.

Już po północy. Gramy z A. w Carcassonne. W tle leci w Trójce specjalne wydanie "Gitarą i piórem", a Andrzej bezczelnie ze mną wygrywa. I zabijąc moich rycerzy, wyznaje mi miłość. Zdrajca!

A oto jego spływowy poemat:

 
Wierszyk spływowy

 Raz Agniesia pewna mała
Kajakować sobie chciała.
Więc Andrzeja wzięła i –
Popłynęli na 5 dni!

 Lecz samotni by nie byli,
wnet do Bandy dołączyli.
Bandy w składzie z Gniezna sióstr,
A nad wszystkim czuwał Mózg!

 Drawą spływ ten się odbywał,
Cały – długo opisywać.
Deszcz ich moczył, słońce grzało,
I przez łozy parli śmiało.

 Przy ogniskach zaś wieczorem
Kiełbas porcje jedli spore.
I śpiewali, żartowali,
Gwiazdy cudne oglądali.

 I już wie Agniesia że –
Za rok znów popłynąć chce!
Andrzej zaś dodaje wszystkim –
Że w tym samym towarzystwie!

sobota, 18 sierpnia 2007

No więc na Jarmark nie pojechaliśmy, bo już nie było po co. Ale za to spędziliśmy trzy fajowskie urlopowe dni w Poznaniu.
Obejrzeliśmy Małą Miss (super) i Shreka 3 (ten ostatni z lekka przekombinowany), a także - w czwartkową noc - zagraliśmy w makao na zadania, dzięki czemu piątek mieliśmy świetnie zagospodarowany, a część zadań przeszła jeszcze na dziś.
Moje zadania: zrobić jajecznicę na śniadanie, zmywać naczynia w piątek, nie zasnąć na wieczornej bajce, którą A. mi zwykle opowiada, zabrać nas do Kandulskiego na ciacho (polecam - pyychota!) i tak zagospodarować dzień, abyśmy zdążyli wykonać wszystkie zadania.
A. natomiast musiał mi zrobić masaż, napisać wierszyk o spływie (wierszyk będzie wkrótce opublikowany), czesać mnie długo i długo i sprawić mi jakąś niespodziankę.

Co poza tym?
Poza tym wygraliśmy czwórkę z LOTTO z kuponu, który kupiła nam Mama Andzreja, no i na jeden dzień staliśmy się prawie-milionerami. Wygraną w wysokości 140 złotych przeznaczyliśmy na świetną grę planszową "Carsassonne" polegającą na budowaniu miast. Wczoraj graliśmy do drugiej rano, a dziś zaraz biegniemy kupić do niej dodatki.
***
I wszystko właściwie jest super. Bawię się, śmieję, fantastycznie spędzamy czas, ale gdzieś w środku mam taki kamień, który ciąży i ugniata. Czuję się jakby ktoś wyrwał mi kawałek wnętrzności. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego moja Mama tak postąpiła. Jestem daleko, wszystko odbywa się albo za pośrednictwem Krisa, albo przez telefon. Nie rozumiem jej zachowania. Gdby to był ktoś inny, zamieniłabym mój smutek na złość, skreśliłabym tą osobę, obrzydziłabym ją sobie. Ale to moja rodzina, najważniejsza wartość w życiu, fundament, który do tej pory dawał mi siłę i był największym oparciem. Bez nich nie ma i mnie. I dlatego choć się śmieję, czuję się tak jakby mnie nie było. Jakby tylko się śmiała jakaś zewnętrzna, pusta w środku, skorupa.

czwartek, 16 sierpnia 2007

No dobrze - teraz o spływie.

POD RZĄDAMI MÓZGA
Wypłynęliśmy z Czaplinka w składzie: Walerka i Szymon, Natka i Agata oraz Andrzej i ja. Już na początku wyprawy okrzyknęliśmy Szymona "Mózgiem wyjazdu". W końcu głowie też się należy urlop i dobrze mieć wtedy kogoś od myślenia, a Szymka zżera ambicja, więc niech ma. I miał. My też mieliśmy, bo Szymek okazał się władcą dążącym do dyktatury i chciał z nas wycisnąć więcej niż my chcieliśmy z siebie dać. Jednocześnie muszę oddać królowi, to co królewskie - Szymek był wrażliwy na nasze potrzeby, dzięki czemu wyjazd okazał się naprawdę rewelacyjny. Czasem płynęliśmy zupełnie rekreacyjnie - raptem po kilka godzin, czasem zagrzewani do walki przez "Mózga" wiosłowaliśmy niemalże od świtu do nocy przedzierając się przez gałęzie, trzciny i łozy, tonąc w strugach deszczu i zmagając się z żywiołem rzeki. No dobrze, dobrze. Trochę pofantazjowałam, ale naprawdę momenty były.

16 KOLACJI WALERKI
Niewątpliwie jednak te kilka dni spływu było najbardziej pogodnymi, relaksującymi i wspaniałymi dniami mojego życia. Bawiło mnie to, że co chwila lądujemy w trzcinach, że Walerka jest nieustannie głodna i z miną niewiniątka wsuwa szesnastą kolację, bawiło mnie, że potrafimy zabłądzić na rzece albo że płyniemy w tak okrutnym deszczu i jesteśmy przemoczeni do suchej nitki lub że chłopcy idą z siekierą w las po drewno jakby szli na wyprawę życia, po czym wracają z jakąś marną gałązką.

JAK PIĘKNIE BYĆ SOBĄ
Jednak to, co uwiodło mnie na tym wyjeździe najbardziej i co odświeżyło mi wszystkie moje wakacyjne wspomnienia to ten niesamowity rytm funkcjonowania z dala od cywilizacji. Pobudka, mycie w rzece, śniadanie na trawie, składanie namiotów, pakowanie kajaków i w drogę. Potem długa, czasem żmudna wędrówka rzeką, aby wreszcie dopłynąć do celu. Rozbić namiot, ugotować na ogniu kolację, wykąpać się w jeziorze i zasiąść do ogniska, nad którym nisko zwiesza się rozgwieżdżone niebo. To takie piękne móc na kilka dni w roku wyrzec się odgłosów miasta, zapomnieć o radiu, muzyce z odtwarzacza, odłożyć na bok kosmetyki i całkowicie powrócić do korzeni. Myć się w jeziorze, nie malować oczu, nie nakładać kremów, po prostu być sobą. A to wcale nie jest takie łatwe. Bo na początku trudno zaakceptować siebie bez arsenału gadżetów, lecz z każdym dniem jest nam coraz lepiej w tej naturalnej skórze. I dopiero wtedy można naprawdę poczuć to zdanie: Jak pięknie być sobą.
I jak cudnie jest dotrzeć do własnego naturalnego piękna.

UCZĘ SIĘ CIEBIE
Cudnie jest również uczyć się drugiej osoby. Na przykład tego, że on jest inny i że nie wykonuje wszystkich czynności z prędkością światła. I trzeba zaakceptować, że niektórzy podczas rozkładania namiotu mogą się ni z tego ni z owego... filozoficznie zadumać, albo to, że nie każdy wskakuje do zimnej rzeki z rozpędu , uważając to za najlepszą frajdę, albo że płynięcie do oporu 25 kilometrów wcale nie jest marzeniem wszystkich.
I to jest fajne, że potrafię kochać i kocham kogoś, kto w bardzo wielu kwestiach ma zupełnie odmienne zdanie. Ja baba-huragan kocham kogoś, kto jest spokojnym oceanem. I kurczę, to strasznie fascynujące uczyć się drugiego człowieka.

SNY
No a sny na spływie... totalny odlot! Nieustannie śniło mi się, że jeździłam na koniach, albo latałam, albo pływałam z delfinami, ale kilka snów rozwaliło mnie całkowicie.

1. Śniło mi się, że kocham się z Hanną Banaszak. Hanna zaczęła mnie pieścić i mówi: "Za dwie minuty powinnaś mieć rumieńce na policzkach", patrzę na nią zdziwiona, a ona na to: A co Ty myślałaś? Że taka stara baba jak ja nie wie, co to jest łechtaczka?"

2. Śniło mi się, że chcieliśmy z tatą wyruszyć w podróż balonem. Ale miał to być balon zrobiony z gumy do żucia. No i próbujemy i próbujemy robić te balony, ale cały czas nam pękają. W końcu mówię:
- Tato, a może skorzystamy z tych balonów wypełnianych helem.
A na to mój ojciec:
- Nie no coś ty! Słyszałem, że pewna kobieta wyruszyła w podróż takim balonem, to trzy razy okrążyła ziemię i wróciła do domu dopiero po kilku latach.

3. Śniło mi się, że moja Marcinka była tak mała, że wchodziło się do niej przez klozet. Klozet stał na trawniku, podchodziłam do niego, otwierałam kluczem deskę sedesową i wchodziłam muszlą do środka.

Acha, zaznaczam, na spływie nie ćpałam. To po prostu magia spania na świeżym powietrzu!

Wróciłam ze spływu. Powróciłam z pięciu cudnych  dni oderwania się od wszystkiego.
Chciałam dziś o tym napisać, ale dziś moja Mama zgotowała mi taką niespodziankę, że spływową opowieść przełóżmy lepiej na jutro.

Dziś moja własna Mama jednym ruchem przekreśliła nasze wspólne plany, które snujemy blisko od roku. Dziś okazałam się córką nie godną zaufania, nie wartą tego, aby razem z nią coś wspólnie tworzyć.

Najbardziej niesamowite jest to, że wczoraj kiedy płynęliśmy kajakami, dopadł mnie straszny ból. Taki ból czasami mi się zdarza. To taki ból, że nie można oddychać, myśleć, nie można nic. Przeszywa całe ciało wzdłuż i w szerz. I właśnie wczoraj uświadomiłam sobie, że są dwie siły na świecie, które mogą mnie całkowicie złamać i kompletnie zniszczyć. To choroba i związany z nią ból, oraz moja rodzina.
Dziś zorientowałam się również, że nikt nigdy mnie tak nie wykołował jak rodzina. Żaden facet, żadna przyjaciołka. Ciosy od najbliższych kurewsko bolą.

Ale nie będę już płakać. Płacz odbiera siłę. Podniosę się.
Jak zawsze.
Znów będę coś udowadniać.
Po co i komu - nie wiadomo.
sobota, 11 sierpnia 2007

Od jakiegoś czasu Andrzej ukuł dla siebie miano "seksulanego niewolnika-sługi". I zawsze gada, że on - mój seksualny niewolnik-sługa - stworzony jest do zaspokajania moich potrzeb.
Kochamy się w noc przedspływową.

Ja: Kochanie, jak Ty to robisz, że aż tak mnie  podniecasz?
A.: Wybacz nieskromność, ale przy takiej kobiecie każdy niewolnik-sługa musi się stać... seksualnym masterem!
piątek, 10 sierpnia 2007

Ale lało, co?
Normalnie oberwanie chmury. Przemokliśmy do suchej nitki, ale fajowsko  było biegać w deszczu po wyludnionej starówce i śpiewać:
I'm singing in the rain!

Jutro o świcie wyjeżdżamy do Czaplinka. A potem...spływamy.
Wracam w środę. 
Au revoir!

Dziś ostatni dzień w Poznaniu, a jutro wypływamy na spływ Drawą. Z Walerką, Szymonem, Natalią i Agatą. Całe pięć dni pod namiotem, gdzieś na końcu świata. 

Byliśmy na nowym filmie Tarantino. Dooobry! I bardzo, bardzo kobiecy z cholernie kobiecym zakończeniem.
Wybierzcie się koniecznie!
***
Wczoraj wieczorem, kiedy wróciliśmy do domu, postanowiliśmy jeszcze wypić po piwku i zagrać w rummikuba. Idąc do łazienki, rzuciłam Andrzejowi:

- kochanie stwórz jakiś romantyczny nastrój do piwka.

I wiecie co zrobił?

Zaprosił dwóch meneli.
Zresztą - wystarczy spojrzeć poniżej. 

Jak się okazuje - romantyzm w męskim wydaniu to po prostu... nawalić się z kumplami. 

czwartek, 09 sierpnia 2007

Kilka słów jeszcze o górach...

Nie ma lepszego lekarstwa na lęki i paranoje niż góry. To właśnie tam, kiedy pochłania nas rytm wędrówki, wreszcie możemy pobyć tylko ze sobą - w milczeniu, skupieniu, wsłuchać się we własne serce i głosy cichych pragnień.
W górach ulatują lęki, wraca równowaga.
Tutaj odzyskuję siłę i wiarę w to, że nie należy się bać, lecz po prostu iść swoją drogą, realizować własne marzenia, smakować uroki codzienności i po prostu słuchać siebie. Doznaje - banalnego właściwie - olśnienia, że nie mogę zatruwać się lękiem przed utratą miłości, przed odejściem czy porzuceniem.
Nie. Bo to nic nie da. Jedyne, co mogę zrobić, to otworzyć się na ludzi, którzy mają ochotę wejść do mojego świata, którzy chcą iść ze mną. Nie mam jednak prawa zatrzymywać ich na siłę. Dziękuję, że przyszliście, dziękuję, że jesteście. Ot, co mogę.

W górach nie boję się zdania:
Kiedy kogoś kochasz, uczyń go wolnym, jeśli do Ciebie wróci, będzie już Twój na zawsze.

W górach wierzę, że właśnie dawanie kochanej osobie poczucia wolności to konieczny i absolutny warunek miłości.
Chcę, aby ta siła we mnie została, aby została we mnie wiara, że mogę być z kimś bez lęków i obaw, a mój świat jest na tyle wartościowy, że nie muszę trzymać w nim niewolników.

środa, 08 sierpnia 2007

Wróciliśmy. Ledwie żywi powoli dochodzimy do siebie. A wszystko przez ducha Sudetów, który zwie się LiczyRzepa. Mocno go rozsierdziliśmy swoim przyjazdem. A to dlatego, że kiedy rozpoczęliśmy wędrówkę Górami Stołowymi, zaczęłam się nabijać, że te góry to co najwyżej pagórki i żadne tam dla nas wyzwanie.
No i górski demon się zdenerwował i na początek pomieszał nam szlaki. Zamiast pójść w prawo, poszliśmy w lewo. I zamiast dojść do schroniska "Batorówka" na 19-tą,  ścigaliśmy się z nadchodzącym zmrokiem, ja błagałam LiczyRzepę o litość i wreszcie dotarliśmy. Była już noc.

Drugiego dnia, kiedy wypoczęliśmy i ruszyliśmy na szlak, znów zaczęłam prowokować LiczyRzepę, mówiąc,  że ciągle idziemy po płaskim i nie ma żadnych widoków i w ogóle nuda. Zmierzaliśmy do schroniska Szczeliniec. LiczyRzepa tak się rozzłościł, że ostatnim podejściem mało nas nie załatwił. Dowlekliśmy się ledwo żywi, ale szczęśliwi, że to już koniec. U góry była zimna cola, bar z jedzonkiem i jeszcze wtedy wydawało nam się, że świat jest piękny. Dopóki... nie okazało się, że na Szczelińcu jest awaria wody i musimy szukać innego schroniska.

Oj bardzo przepraszaliśmy LiczyRzepę. Ale on już tak się rozhulał, że trzeciego dnia wyczarował na pięcie Andrzeja wieeelkiego bombla, a na mnie ściągnął zapalenie pęcherza. Lecz mimo to, jakoś się trzymaliśmy w tej naszej górskiej niedoli. I będąc razem, dzielnie stawialiśmy czoła okrutnym psikusom demona. Aż w końcu LiczyRzepa znalazł na nas sposób. Już na finale podróży, gdy pospiesznie uciekaliśmy przed jego demoniczną mocą, tuż przed Lesznem, poplątał nam języki i się pokłóciliśmy. O co? O to, że Andrzej nie chciał ze mną pograć w grę pt" Gdyby ta osoba była chmurą, to jaka by była"

Ale to było wczoraj, a dziś jest nowy dzień. Oglądamy zdjęcia z gór i strasznie fajnie, że LiczyRzepa zgotował nam kilka przygód, bo inaczej te Góry Stołowe to naprawdę byłaby nuuda, a Gruszka - która mi te góry poleciła - dostałaby w zęby!

- Kochanie - powiedział przed chwilą Andrzej - tylko zaznacz, że to, co piszesz o strasznym LiczyRzepie jest ku przestrodze, a nie jedynie dla wywołania taniej sensacji.

A więc zaznaczam!


Pierwszy dzień. Jeszcze nie wiemy co nas czeka.


Mech mięciutki jak kaczuszka.


Skały są naprawdę imponujące.


Mleczko w tubce - bomba kaloryczna, ale jaka pyycha!


Drugi dzień - wciąż przed fatalnym podejściem na Szczeliniec.


Powrót. Uciekamy przed strasznymi mackami LiczyRzepy.

niedziela, 05 sierpnia 2007
No to jedziem.
Za godzinę mamy pociąg.
Kto chętny - zapraszam! Wyruszamy ze Szczytej.
Powrót - środa.
A zatem wpis sprawozdawczy popełnię zapewne w czwartek.
Bądźcie grzeczne, Fistaszki!
sobota, 04 sierpnia 2007

Za chwilę wychodzę po Andrzeja na dworzec.
Powoli rozsmakowuję się w urlopie.
Wyspałam się, wzięłam prysznic, pobiegłam już na ryneczek po świeże warzywa i owoce, potem zjadłam lody na Starym Rynku, a teraz popijam chłodną zieloną herbatę i piszę.
Zamierzam dziś zrobić placki cukiniowe, które tak ślicznie zareklamowała Aselniczka.
http://aselniczka.blox.pl/2007/08/przepisso.html#ListaKomentarzy
Uparte! Jak mi nie wyjdzie, to osobiście pofatyguję się do stolicy, żeby Ci nastukać!
***
Cieszę się, że za chwilę ujrzę Andrzeja, ale z drugiej strony to moje szczęście jest takie jakby niespełnione. Wciąż się boję. Nie potrafię zaufać, że on mnie naprawdę kocha. Więc niby czuję się świetnie, ale tak naprawdę zostawiam sobie furtki, robię projekcje typu: "a jeśli on mnie porzuci?" Kompletny bezsens. Raz, że brak podstaw, a dwa - że wyprzedzanie straty w niczym nie pomaga.
Najgorsze, że nic nie mogę na to poradzić, bo demony są znacznie silniejsze ode mnie. I choć staram się myśleć pozytywnie, co jakiś czas napada mnie lęk: o nas, o siebie, o przyszłość. Nie daję się oswoić, nie potrafię całkowicie zdjąć pancerza, ciągle tylko się boję i boję.
Jak dzikie zwierzę.

piątek, 03 sierpnia 2007

Dochodzi północ, a ja zamiast iść spać, oczywiście piszę.
Spotkałam się dziś z Dusią.  Najpierw zjadłyśmy u mnie obiad (sałatkę grecką), a na deser pyszne czekoladowe ciasto z cukierni Kandulskiego, a potem poszłyśmy na jedno piwko do kawiarni "U przyjaciół". Skończyło się na trzech. Teraz piję czwarte, a zatem alkoholizm pełną gębą:) ku pocieszeniu zgorszonych dodam, że piję od 18.00, więc wychodzi 1 piwko na półtorej godziny;)

Dusia poznała mężczynę. Mężczyzna - ciepły, męski, wspaniały, noszący ją na rękach, ale jak zawsze jest jakieś "ale". To mężczyzna, który nie skończył studiów, nie przemawia piękną polszczyną, to mężczyzna, który pracuje fizycznie, nie ma towarzyskiej ogłady, a jego świat to przestrzeń dość prostych wartości. I choć ona czuje się z nim cudownie, to kiełkuje w niej dylemat i obawa: Co powiedzą znajomi?

Choć żyjemy w nowoczesnym świecie i wydaje nam się, że wyzwoliliśmy się z XIX-wiecznych schematów, wciąż uginamy się pod presją kultury, gdzie coś takiego jak mezalians nadal istnieje.
A Duśka mimo że jest zakochana, obawia się oceniających spojrzeń i komentarzy. I rzeczywiście, kiedy o tym myślę, to całkowicie ją rozumiem. Bo gdy po raz pierwszy mi opowiedziała o tym facecie - kim jest i co robi - to w pierwszym odruchu narodziła się we mnie myśl:
Jezu, czy aż tak jest zdesperowana?

I dopiero po chwili skraciłam samą siebie za tak płytką i beznadziejną interpretację, a kiedy dziś zobaczyłam ich razem, szczerze się zawstydziłam, że tak łatwo daję się złapać w pułapkę oceniania ludzi według  takich kryteriów jak dyplom.

I wiecie co?

Pieprzmy konwenase, nie oglądajamy się na innych, dajmy się ponieść sercu i intuicji. W końcu żyjemy dla siebie. 
Bo życie na przekór skostaniłym wzorcom to nic innego jak godny pozazdroszczenia akt ODWAGI.
Dlatego sobie i Wam tego dziś życzę!
Dobranoc:)

środa, 01 sierpnia 2007

Do jednej z rubryk naszego pisma, postanowiłam zaprosić Jerzego Pilcha. Udało mi się zdobyć jego komórkę, ale poinformowano mnie, że Pilch to postać trudna. Dzwonię. Odbiera telefon, a ja wyłuszczam, o co mi chodzi. Godzi się na rozmowę i publikację, ale uprzedza, że może być ciężko, bo on jest trudnym człowiekiem. Umawiamy się na kolejny telefon. I co się okazuje? Że pięknie mówi, nie stwarza żadnych problemów, jest uroczy i wcale nie taki straszny jak go malują. Spisuję tekst i wysyłam do niego prośbę o autoryzację, obiecując, że spłacę ów dług wdzięczności. Po chwili dostaję esemesa:
autoryzację wyślę za godzinę, a dług spłaci Pani na randce w ten weekend.
Godzinę później przychodzi mejl z poprawionym tekstem i komentarzem:
Za bardzo się Pani nie chciało popracować , lenistwo bywa zmysłowe.
I jak się nie ulec facetowi, który choć dopieka, robi to tak czarująco ?:)))
Bo powiedzmy sobie szczerze - męska bezczelność bywa czasem seksowna.

***
Za dwa dni zaczynam urlop.
Czy może być piękniejsza świadomość niż myśl o boskich dwóch tygodniach rozkosznego relaksu? O dwóch tygodniach bycia z Andrzejem? O dwóch tygodniach rozkoszowania się podróżą?

W niedzielę jedziemy w Góry Stołowe, a potem na spływ, a potem do Gdańska na jarmark dominikański. Ech!

Już po północy. Księżyc zagląda do mojego okna i czuję jak tkliwie głaszcze mnie po policzku.
Nie wiem, co się ze mną ostatnio dzieje - ze śmiechu przechodzę we łzy, z łez w śmiech. Albo czuję się najbardziej nieszczęśliwą istotą na tym świecie, albo - dla odmiany - nie mogę nasycycić się własnym szczęściem.

Jedynym, co mnie totalnie zabija, odbiera mi energię i chęć życia, podcina skrzydła i frustruje jest... nuda. Nuda w pracy. Tak jak dziś. Osiem godzin, kiedy nie mam absolutnie nic do zrobienia, a co najgorsze - muszę udawać, sprawiać wrażenie, a jednocześnie czuję, jak wewnątrz mnie rodzi się bunt - nie chcę tracić czasu na nicnierobienie, na udawanie, że mam pracę, choć jej nie mam.  Nienawidzę tego.

A po pracy spałam. To też wynik nudy. Wracam do domu i jestem tak smutna bezczynnością, że nie mogę z siebie wykrzesać za grosz pozytywnej enrergii. Do tego jeszcze zrobiłam się ckliwa. Oglądam Anię z Zielonego Wzgórza i ryczę jak bóbr. Ostatnio wszystko mnie wzrusza. Patrzę na Księżyc - płaczę, spoglądam na młodą parę w kościele - płaczę, uświadamiam sobie, jak bardzo kocham Andrzeja i co? W ryk! Jak stara baba.

Na szczęście dziś wieczorem poszłam z M. na "Nieświadomych" - rewelacyjną hiszpańską komedię. I moja ckliwość na chwilę ustąpiła, dzięki czemu mogłam w spokoju uczynić ten nocny wpis.

Dobranoc kochani.
Ps. moi DrodzyMarcinka za 180 kafli to niepowtarzalna okazja , jak zostanę sławną pisarką, to ceny skoczą kilkakrotnie. Więc radzę - pospieszcie się!

A to moje poranne poprysznicowe oblicze w zapuchniętym smutku,
na szczęście widok nieczęsty - średnio raz w tygodniu.