..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2006

Trochę mi się pochorowało.
Najpierw miałam zasymulować, bo wczoraj przyjeżdżał pan meblowy, ale jak na złość rozłożyło mnie na dobre.
Mimo wszystko postanowiłam dzień spędzić aktywnie, bo urlop w środku tygodnia to rzecz niebywała.
Zaszłam do Teatrzyku, gdzie zebrało się gremium, które podjęło kwestię mojego rozstania z Frr. Rozgorzała poważna debata na tematy związków, rozwiązków, "dzisiejszej młodzieży" i poszukiwania swojej drugiej połowy.
Potem pobiegłam na chwilkę do Galerii, gdzie Wojtek przywitał mnie rozkosznym: "chyba utyłaś?".
Kupiłam jeszcze fajną czapeczkę, zahaczyłam o muzeum i jakoś mi czas zleciał.
Potem poczułam się już tak chora, że wróciłam. Meble już stały zamontowane, zabrałam się do sprzątania (nasty raz już w tym miesiącu). A potem przyfrunął Wilk, który mnie nakarmił "medykamentami" (ale fajne słowo, co??)

W IKEI nabyłam stołki barowe - sztuk dwa, regał piwniczny, ramki i chodnik, co oznacza moi mili, że termin otwarcia "Marcinki" zbliża się wielkimi krokami.

Są tacy, którzy wstają z kurami, aby pobejcować dechy i jak najszybciej doprowadzić tę chatkę do jako takiej używalności. Ale to tylko Ci wyjątkowo ambitni.
***
Tęsknię za Frr.
Tak siostrzanie.

wtorek, 29 sierpnia 2006
W ramach porządkowania życia - kolejna cholernie trudna decyzja.
Szczególnie, kiedy ma się świadomość, że zaprzepaściło się coś z własnej winy. Do kochania nie można się zmusić, ale bycie lojalnym to chyba podstawa wszelkich relacji.
Jest mi źle ze sobą i nie potrafię o tym pisać.
Mam perwersyjną ochotę zadać sobie ból - fizyczny, żeby dać upust złości jaka we mnie kipi.
Kazałam odejść człowiekowi, który jest najbardziej wyrozumiałym facetem na tej planecie. Modlę się o to, aby mnie nie odrzucił, aby pozwolił mi być blisko. Mimo wszystko.
Jest dla mnie jak brat.
Jak mój najlepszy przyjaciel.
Jak kawałek mnie - ten lepszy oczywiście.

Autorka: Fikander
www.digart.pl
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
W PIĄTEK
Chłopcy - tzn. Frr, Kuba i Szymon postanowili zrobić swoim kobietom kulinarną niespodziankę i zebrali się już wcześniej, aby coś razem upichcić. Za jakiś czas dołączyłyśmy do męskiego grona i pijąc sobie piwko w salonie Walerki gadałyśmy
o jakiś bzdurkach, podczas gdy mężczyźni...gotowali. Dwie godziny później wjechała na stół pizza autorstwa Frr - pyszna! Potem było już tylko gorzej. Chłopcy wtoczyli na stół trzy sałatki, które można by właściwie nazwać  majonezowo-cebulowymi, gdyż inne składniki niknęły w cebulowym gąszczu. Jedną, szczególnie niezjadliwą, próbowali uratować dekoracją ze zwiędłej wymiętej pietruszki. Śmiechu było co nie miara, a Kuba skwitował, że jesteśmy niewdzięczne jędze, bo gdyby tu przyszły jakieś młode dupeczki to na pewno byłyby podekscytowane ich kulinarnym majstersztykiem.
Potem poszła w obroty wódeczka i towarzystwo wybrało się na miejski clubbing, a ja ich tak sprytnie wywiodłam w pole, że niechcący odprowadzili mnie pod samą "Marcinkę" i wtedy oświadczyłam im, że niech się bawią - ja spadam i spadłam.
Uwielbiam ten moment, kiedy zakopuję się w moim łóżeczku i zasypiam...ach...!
 

W SOBOTĘ musiałam wstać o świcie i pojechać do banku, żeby wreszcie zlikwidować moją zabytkową książeczkę mieszkaniową. W południe przyjechała Betka, która na chwilę wyrwała się z Londynu. W pancurkowej fryzurce i fajnych ciuszkach wyglądała naprawdę odlotowo, świeżo i młodzieńczo. Choć, kiedy niedzielnego poranka zaparzyła sobie ziółka, zrobiła koci grzbiet, aby rozprostować swój kręgosłup, a potem jęczała, że ją przewiało, nie omieszkałam jej dopiec, że te magiczne 37 to chyba rocznik urodzenia, a nie ilość wiosen na koncie. Brakowało jeszcze tylko szczęki w szklance i odkręcanej nogi.
(Betka zagroziła, że jak to napiszę w blogu, to mnie zabije, ale wrodzona przekora nie pozwala mi milczeć:)))
Włóczyłyśmy się po poznańskich kawiarenkach na zmianę jędząc i pijąc, oplotkowałyśmy wszystkich starych znajomych z olsztyńskiego ZHP, udzieliłyśmy sobie wzajemnych porad w stylu: "wiesz co? ześlij go na drzewo.", trochę nabrałyśmy dystansu do siebie i życia i było bardzo wesoło.

A w NIEDZIELĘ?
W niedzielę złamałam swoje postanowienie, choć właściwie chciałam je złamać.
A dziś sobie tłumaczę, że skoro to sytuacja przejściowa, to niezależnie, w którą stronę się obróci, cóż szkodzi mi się jeszcze dobrze tym nasycić?
Tere fere, gadu, gadu - a serce nie sługa.
O!

I tyle zostało mi z weekendu.
piątek, 25 sierpnia 2006

Wczoraj na Dziedzińcu Zamkowym energetyzujący koncert Grabaża i Strachów - średnia wieku 16 lat, ale klimacik  bardzo przyjemniasty. Nad głową moją zawisła Kasjopea, a ja zawisłam między pragnieniem, a powinnością.
Nie mogę zrobić nic więcej.
Mogę czekać i cicho tęsknić.

Z płyty "Piła tango"

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
Chodzi o to
By pierwsze chciało słuchać
Co mu to drugie
powiedzieć chce do ucha:
Że po mej głowie ?
czasem się ich boje -
Chodzą słowa nie do powiedzenia...
Nie-do-powiedzenia

Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie

Tu chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie
nie widzi pierwszego
Bo gdy siedzi człek samemu
z czarnymi myślami
Człowiek rzuca słuchawkami
Rzuca słuchawkami

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
Chciałbym ci zaśpiewać z rana
Móc ci zaśpiewać z rana
Kochana...

http://teledyski.onet.pl/10173,830940,teledyski.html

czwartek, 24 sierpnia 2006
Powoli, powolutku moja "Marcinka" zbliża się do oficjalnego otwarcia - wczoraj zamontowano mi nowe okna i już wiatr nie będzie nieproszony hulał po moim mieszkanku.
Jeszcze tylko meble, co jest kwestią tygodnia, trochę klimatycznych bibelotów i będzie można zacząć prowadzić dom otwarty:)))

Dziś po raz pierwszy zawitał u mnie w oknie gołąb. Spacerował  po parapecie, ciekawsko zaglądał do środka. Ładny był. Taki biały i delikatny. Obiecałam sobie, że od jutra będę go zapraszać na śniadanie. Już widzę miny skrzywionych sąsiadów z dołu, których parapet pewnie na tym ucierpi, ale co tam! Mam to w nosie.

Chciałabym jeszcze psa.
Wiem, wiem, że to nierozsądne, ale tak bardzo o tym marzę.
Wczoraj zrobiłam rachunek sumienia i pomyślałam, że w mojej rodzinie zawsze było dużo zwierząt i nazywano mnie psią lub kocią mamą w zależności od tego, jaką kolejną bezdomną istotę przynosiłam do domu. Doszłam więc do wniosku, że byłoby kolosalnym nieporozumieniem, gdybym wzięła sobie psa z hodowli - jakiegoś yorka, pinczera czy Bóg wie co. Że to do mnie nie pasuje, że czułabym się głupio, mając świadomość "kupienia psa". Jak zabawki, przedmiotu, czegoś, co można wybrać na sklepowej wystawie. Nie.

Psa trzeba spotkać. Tego jednego. W psie trzeba się zakochać bez względu na jego postawę, umaszczenie, prosty lub zakręcony ogon. Przyjaciół przecież się nie kupuje.

A zatem wychodzę na świat. I chcę spotkać psa. Wtedy nie będzie już możliwości zdroworozsądkowego wyboru. To się po prostu zdarzy.
Gdzie jesteś Psie?
środa, 23 sierpnia 2006

Hungry For Your Touch, Jan Saudek 1971

Co Ci jest? Nic. Zgasłaś, widzę. Zmęczona jestem, źle się czuję. Chora jesteś? Chyba tak. Aga nie okłamuj mnie, uleciało z Ciebie życie, tego nie można nie zauważyć. Wydaje Ci się, wszystko dobrze. Nie wydaje mi się, Ciebie tu nie ma, jesteś nieobecna.

Nie ma mnie tutaj, bo jestem tam, gdzie mogę pobiec, wszystko odwołać, powiedzieć, że nie prawda, że ja nie chcę, że się nie zgadzam, że ja pieprzę taką dorosłość, w której nie można żyć tak jak błaga serce. Nie ma mnie tutaj, bo jestem tam, gdzie kochać znaczy kochać, gdzie wszystko jest jasne i proste, gdzie mogę wreszcie zdjąć zbroję i komuś się całkowicie oddać. Nie ma mnie tu, bo jestem tam, gdzie mogę odsłonić miękki brzuszek, gdzie otula mnie prawdziwe ciepło, gdzie kochane ramiona chronią mnie światem.

A jednak jestem tu, gdzie kochać, znaczy odejść.

Jak mogę przeciw temu zaprotestować?

wtorek, 22 sierpnia 2006

Jeszcze kilka słów o weekendzie.
W piątek odwiedziłam Ramzesa w jej pięknym M3, przy którym moja "Marcinka" to naprawdę dziupla. Spędziłyśmy uroczy wieczór i rano pojechałam do mojej o kilka lat starszej cioteczki, która zabrała mnie do stadniny w Łomiankach. Tam pokazała mi swoje konie, zjadłyśmy pyszniaste pierogi z wiśniami i zaczęłyśmy ględzić jak to babki mają w zwyczaju. 

Moja ukochana troskliwa Cioteczka nie omieszkała dać mi wykładu na temat żonatych mężczyzn.
Ku przestrodze oczywiście i na zapas.

- No więc tak moja siostrzenico, wiem, co mówię - zaczęła - najpierw przemawia przez ciebie ciekawość. Ma być milutko i niezobowiązująco. I zwykle tak bywa. Mówisz sobie: jest fajnie, wszystko pod kontrolą, każdy ma swoje życie i to bardzo komfortowy układ. Potem powoli sytuacja wymyka się i zaczynacie się angażować. A Tobie nagle zaczyna przeszkadzać, że wieczorem nie ma z nim kontaktu, a na czas weekendu w ogóle znika z Twojego życia i nawet esemesa nie skrobnie.

- Skąd wiesz? - pytam zaskoczona.

- Bo to przeżyłam, bo nadal przeżywam. On Ci opowiada, jaki jest wyobcowany w domu, jak za Tobą tęskni, a Ty spotykasz go potem uśmiechniętego na zakupach z rodziną, gdzieś mimochodem słyszysz o imieninach u cioci, imprezie u sąsiadów, o urlopie i świętach.
Przyzwyczajenie u mężczyzny jest nasilniejszym instynktem i choćby obiecywał Ci złote góry, nie wytrącisz go z tego układu. On chce, ale chęci, a działanie to zupełnie inna sprawa.
To typ, który mówi: chciałbym drugi raz pojechać do Paryża. Już raz chciałem.

- Dokładnie tak zawsze było -
śmieję się zaskoczona faktem, że pewne reguły tego świata są niezmienne. W sumie to naprawdę zabawne - No ale może czasem zdarza się coś wyjątkowego, co?

- Ależ oczywiście, że każda sytuacja jest wyjątkowa i każda z nas powtarza sobie: ależ to zupełnie co innego, to wcale nie jest typowy romans, to coś, co zdarzyło się tylko mnie. Tylko, że nawet najbardziej wyjątkowy przypadek toczy się tym samym torem.
Ja kochanie ostatecznie wylądowałam na kozetce psychoterapeuty trzy razy w tygodniu. Bo różnica jest taka, że facet zawsze ucieknie w pracę, facet ma zdolność koncentracji, a my kobiety, głupie cipy rozsypujemy się na kawałki.

Ech moja mądra Cioteczka. Uwielbiam ją. Strasznie mnie rozczuliła swoimi przestrogami, w których moje drogie Panie kryje się rzeczywiście znacznie więcej niż odrobina mądrości. Ale mnie tam na cudzych błędach zawsze marnie szła nauka. Przy całym szacunku dla powagi sytuacji, nieźle się ubawiłyśmy z tego, jakie życie bywa ironiczne i jak nas pięknie robi w konia.
***
Potem pojechałam do Łowicza do innej mojej ciotki, która jest już ponad 80-letnią staruszką z niebywałym ciepłem i werwą osiemnastolatki.
Pokazała mi stare rodzinne zdjęcia, opowiedziała kilka romantycznych i pikantnych historii z życia moich dziadków, pradziadków i prapradziadków. I pomyślałam sobie, że to niesamowite uczucie słuchać takich rodzinnych opowieści. I że dopiero historycza perspektywa pozwala z dystansu spojrzeć na  wartości i sens życia. Uświadomiłam sobie, że chce mieć dzieci, że chcę mieć dużą rodzinę, że chcę spotykać się tłumnie przy świątecznym stole i że właśnie od dziś będę dbała o rodzinne więzi. Bo to WAŻNE.

Taki był mój weekend. Weekend Ciotecznych Mądrości.
Podróże rozwijają?
A jakże:)

poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Jak nie wiadomo od czego zacząć, to najlepiej od początku -
koniec
tygodnia był takim magicznym czasem "szczęścia niecodziennego", które próbowaliśmy przebrać w kostium codzinności - zwyczajnych rozmów, posiłków, podróży, zasypiania i budzenia się.
Czas cudny - Wrocław, Kraków i Warszawa, potem jak zawsze odwyk, delirium, poczucie, że nic nie ma sensu.
Na szczęście krótko, bo zaraz wessała mnie rzeczywistość.
Zostałam w Warszawce jak biedna mała sierotka, wędrowałam szerokimi hałaśliwymi ulicami, co chwila ktoś mnie zaczepiał z jakąś dziwną propozycją i czułam się jak "Agnieszka w wielkim mieście".
Potem były spotkania, odwiedziny i bardzo intensywny weekend, ale o tym później.

Wróćmy do szczęścia.
Szczęście dzieli się na "szczęście codzienne" i "szczęście niecodzienne".

Szczęście codzienne
leży zwykle na ulicy i wystarczy się schylić, aby je podnieść. Szczęście codzienne jest drobne, chwilowe, szczęście codzienne to pewien rodzaj olśnienia, kiedy na przykład karmimy ptaki i odczuwamy radość albo gdy wspólnie jemy śniadanie albo gdy uśmiechnie się do nas obce dziecko o twarzy elfa.

Szczęście niecodzienne to takie, o którym marzymy, któremu pomagamy, które nie dzieje się bez naszego udziału. Szczęście niecodzienne obarczone jest naszą codzienną tęsknotą i oczekiwaniem. Marzymy, aby je przekuć w szczęście codzienne, dotykalne, namacalne.
Ale gdy szczęście niecodzienne przekujemy w szczęście codzienne, zdarza się, że może ono nagle ulecieć i prysnąć. Dlatego czasem może lepiej tęsknić, marzyć, a niekoniecznie zaraz próbować szczęście pochwycić.

Bo nie chodzi o to, aby króliczka złapać, ale o to, aby za nim gonić.

Czy to dobra pociecha dla tych, którzy nie mogą być razem?

Takie to moje powyjazdowe refleksje.
CDN.

środa, 16 sierpnia 2006

Nie lubię długich weekendów. Wszyscy sobie pojechali i nie było możliwości zagłuszyć siebie. Siebie w sobie.
W poniedziałek mogłam iść na imprezkę z Gochą, ale nie miałam siły zwlec się z łóżka. Miałam wrażenie, że świat zupełnie stracił kolory, zapachy i smaki, jakbym nagle znalazła się w czarno-białym obrazie, jakbym zastygła na bezdusznej kliszy filmowej, gdzie wszystko dzieje się automatycznie. Jem, śpię, myję się, robię zakupy, ale ból paraliżuje mnie tak mocno, że nie mogę normalnie żyć, normalnie odczuwać świata.

Taki uczuciowy detoks, gdzie po euforii przychodzi głód i delirium.

Ale przetrwałam i wczorajszy dzień jakoś przywrócił mój wrodzony optymizm.
Nie pałałam Bóg wie jakim życiowym entuzjazmem, ale krajobraz dookoła znów nabrał intensywnych barw i mogłam się już uśmiechnąć do świata, nie odczuwając bólu mięśni.

W nocy trudna rozmowa z Frr.
O poranku, gdy przytulam się do niego, wiem, że mimo wszystko kocham. Nie wiem tylko jak.

Biorę dwa dni urlopu. Znów będę karmić tęsknoty, choć wiem, że taka karuzela zamiast budować, niszczy.
A jednak są rzeczy silniejsze niż poczciwy zdrowy rozsądek.
Do poniedziałku!

poniedziałek, 14 sierpnia 2006

W sumie nawet mi przyjemnie, że wokół tak cicho i spokojnie.
Puściłam sobie ścieżkę dźwiękową z kultowego filmu mojego dojrzewania - Stealing Beauty, czyli Ukryte pragnienia, który  oglądałam z 16 razy, czytam jakieś drętwe rozporządzenia, coś notuje i jakoś mi dzień płynie powolnie i sielankowo.

Ostatnie dni też były takie leniwe, spokojne i przepełnione czułością. Nocami czułość przeistaczała się w drapieżność, a potem znów napływał spokój wraz ze snem - miękkim, bezpiecznym, dobrym.

Za oknem chmury - jesienne, bure, zwiastujące niepokój.
Gdzieś w ukryciu czai się samotność.
Trwa długi weekend, wszyscy gdzieś się rozjechali, z miasta uleciało życie, nie ma do kogo zadzwonić, zagłuszyć lęków.
Jeszcze jest mi dobrze, ale pod skórą czuję, że wzbiera się łkanie.
Drobne, tęskniące, opuszczone.
Czym mogłabym je dziś utulić?

Eee leniuchy!
Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą na tym skrawku świata, która dziś przyszła do pracy.
Na gg głucho, w firmie cisza jak makiem zasiał, jakaś ogólna martwota dookoła. Brrr!!!
Nie pozostaje mi nic innego jak wziąć się do roboty.
A wy lenie gnijcie sobie w najlepsze,
ktoś na was musi pracować:)
piątek, 11 sierpnia 2006

Księżyc przycupnął na kominie otulony ciepłem letniej nocy. Gdzieś z oddali dobiegał miejski powolnie gasnący gwar. Samoloty przecinały niebo jak co wieczór.
Noc jak każda inna.

Ale tej nocy tak bardzo chciałam być blisko, że przeszkadzała mi własna skóra. Miałam ochotę się wbić, miałam ochotę się wgryźć, miałam ochotę wczepić się pazurami tak, aby ta rozkosz aż zabolała.
Słodkim bólem nakarmionego stęsknienia.

Dopiero syta, uświadomiłam sobie jak bardzo mi brakowało i jak to wspaniale smakuje.

I nawet świadomość, że w tym wszystkim macza swój pędzel złudzenie i naiwna wiara, nie zakłóciła mi odczuwania przyjemności. Każdym centymetrem ciała, każdym skrawkiem duszy.

Jest tu i teraz.
A jutro?

Jak powiedział Asnyk:

... zawsze chodzi o to
aby iść przez życie śmiało,
bo i tak dojdziesz gdzie indziej
niż się zamierzało.

Tak jak się spodziewałam - koncert rewelacyjny!
Peszkówna uroczo zakręcona - sprężynująca, energetyczna i po prostu rozbrajająca.
Płyta natomiast to świetna esencja miasta. Mojego miasta, które jest we mnie również.
Bo miasto to z jednej strony dynamika, ruch, światło i ludzie, z drugiej natomiast cholerne zagubienie w chaosie i samotność w tłumie. 

Natura powoduje poczucie harmonii, miasto zaś uwypukla wewnętrzny bałagan. Przedmieścia i prowincje uspokajają, wyciszają, a miasto doświadcza nas skrajnościami.
Moje miasto to huśtawka euforii i depresji.
I taka jest właśnie płyta "Miastomania" - z jednej strony tryska energią, a z drugiej jest przepełniona tęsknotą, wyjącym erotyzmem i stuleniem do wewnątrz.

Cudo!
Po prostu.
Bliskie mi w każdej nucie i każdym słowie.
Tak.
czwartek, 10 sierpnia 2006
Dziś koncercik Marii Peszek na Dziedzińcu Masztalarnii w Poznaniu.
Mniam, mniam, nie mogę się doczekać!

"Mam kota na gorącym dachu mojej głowy
On czuwa nad smakiem i kolorem moich nocnych spraw
Chociaż ciemno on w środku się żarzy, w mroku błyszczy
Ja mruczę i marzę, że..
Mam psa na niebie
wyprowadzam go na spacer wśród gwiazd
bez smyczy, bez kagańca hula wśród niebieskich traw
Choć ciemno on w środku się żarzy, w mroku błyszczy
ja gwiżdżę i marzę, że..
Mam kota na gorącym dachu mojej głowy
On czuwa nad smakiem i kolorem moich nocnych spraw
Chociaż ciemno, ja w środku się żarzę
świecę mrokiem i tęsknię za smokiem
Tęsknię za smokiem..
Tęsknię za smokiem..
Tęsknię za smokiem..
"
No dobra, chyba wychodzę na prostą, choć ilekroć mi się tak wydaje, zaraz wpadam poślizg i ląduje gdzieś w jakichś chaszczach.
Łazienka zrobiona, a woda z brodzika schodzi jak wodospad.
Co prawda wczoraj wyrwałam kontakt z korzeniami, ściany mam poplamione dokumentnie, ale mając w pamięci hydrauliczną awarię i zalanie sąsiadów, nic mnie już nie rusza. Pewnie nawet gdyby ktoś przyszedł i powiedział, że jutro rozbierają mi dach, nie zdziwiłabym się specjalnie.

Tak czy siak woda nie cieknie i moja "Marcinka" chyba się ze mną trochę oswoiła, choć wciąż tylko kanapa jest miejscem, które nadaje się w niej do użytku. Lecz, czego więcej trzeba, prawda?

Leżę sobie na łóżku, patrzę na schodzące do lądowania samoloty, gołębie zaglądają mi przez okno, radio gra, książka się czyta i jest fajnie!!!

I wciąż nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedykolwiek będę miała swoje M, nawet jeśli to M krasnoludkowe:)
***
No i jeszcze fajnie mi dlatego, że...
...
wilcza łapa ugłaskała moje pogniecione serduszko:)
Tak.

środa, 09 sierpnia 2006

Idąc w ślady Upartego Zwierza, zamiast pisać, zamieszczam mikro galerię urlopową.

SALZBURG

ALPY

PRAGA

Wczoraj był dziwny dzień. Taki, po którym rano zamiast powiek ma się miękkie, czerwone poduszki.

Najpierw okazało się, że czasem daleko jest lepsze niż blisko. Bo z bliska widać prawdę, a daleko karmi się wyobrażeniem. Czasem prawda, a wyobrażenie rozmijają się w pół drogi i potem ma się poczucie krzywdy. Bez sensu.

Potem wróciłam do domu.
Frr dopisywał humor i spędziliśmy rozkoszne popołudnie.

Do wieczora.
Bo, gdy przyszli hydraulicy i powiedzieli, że od jutra  kują moją nową łazienkę, ja oczywiście wpadłam w histerię, a Frr choć starał się stwarzać pozory, widziałam, że ma już dosyć tej sytuacji, mnie rozpieprzonej na kawałki i że tak naprawdę on jeszcze nie czuje się na siłach, aby wziąć na swoje barki ten remont i nieustanne, zwykłe codzienne problemy. Bo nagle skończyła się impreza i przygniotła nas proza życia. Do tego proza mojego życia.

Dopiero Mama jakoś uratowała sytuację. Ona ma w sobie taki spokój! Tyle ciepła, a jednocześnie dystansu. Potrafi przytulić kiedy trzeba i kiedy trzeba kopnąć.
Powiedziała mi, że chyba upadłam na głowę, żeby płakać z powodu łazienki, że ludzie na południu stracili dach nad głową przez powódź i moje kafelki, dodatkowe koszty, to bzdura.

"masz pracę, ludzi wokół siebie, jesteś zdrowa i to jest WAŻNE" - powiedziała na zakończenie.

A mimo wszystko zasypiałam we łzach i z poczuciem jakiegoś cholernego osamotnienia, że gdyby nie moja Mamulka, to nie miałabym nic.
Objęcia Frr były ciężkie i bardziej mnie więziły niż tuliły, odsunęłam się i w tym momencie usłyszałam świerszcza.
Na 4 piętrze!!!
Może przyszedł mnie pocieszyć?
Przeszło mi przez myśl, że jestem głupia, a świat wcale nie taki groźny i że życie mnie kocha.
A kafelki, faceci i inne codzinne sprawy?
Pal licho:)
wtorek, 08 sierpnia 2006

A zatem...
Kilka słów o urlopie.
Najpierw były dwa dni w Salzburgu. Niedużym, ale urokliwym alpejskim mieście. Jak pisał Raczo Maczo - Mozart i kwiatki. Oprócz tego piękny zamek na wzgórzu, przyjemne deptaki wzdłuż rzeki, śliczna starówka i dużo klimatycznych knajpek.
 

Potem zaparkowaliśmy w Schladming, gdzie mieliśmy świetną bazę wypadową w Alpy. Tam zdobyliśmy kilka szczytów, których nazw nie pamiętam, ale wyskościowo porownywalne do tatrzańskich Rys. W ciągu dnia chodziliśmy, wieczorem gotowaliśmy i piliśmy piwko i było błogo, cicho, spokojnie i wesolutko. Czwartego dnia, przed najtrudniejszym wejściem, zaczęło lać bez okruchu nadziei na poprawę pogody.

Więc?

Więc pojechaliśmy do Pragi, gdzie spędziliśmy kolejne dni.
Praga cuudowna! Zakochałam się w niej już w momencie, gdy wjeżdżaliśmy i czerwony zachód słońca osiadł na dachach praskich kamieniczek. Ech...!!!
Następnego dnia zwiedziliśmy starówkę i już wiem.Wiem, że chcę tu pomieszkać. Nie wiem kiedy, nie wiem ile, ale chcę:)

Podsumowując:
Salzburg - jak bombonierka Rafaello - pełen smaku, gracji, wyrafiowania, ale w gruncie rzeczy nuda. Tam nawet przechodnie nucą kawałki Mozarta!!!!
Praga zaś - żywioł, piękno zabarwione szczyptą chaosu, ale jednak swój codzienny klimat, wypisz wymaluj z filmów Zelenki. BOSKO!
Tyle na dziś.
Adieu!

Wracam do moich rur w "Marcince".

URLOP - DZIEŃ PIERWSZY:)

Jedziemy z Frr autostradą i szukamy zjazdu. On prowadzi, ja pilotuję.

Frr: To co teraz walimy w lewaszcza?
Ja: Słucham? Co walimy??
Frr: Nooo, skręcamy w lewo.

Wróciłam z urlopu i znów kosmos.
W Polsce leje jak z cebra, szaruga i brzydko, do tego wczoraj okazało się, że mam pozapychane rury w łazience i zalałam sąsiadów.

Gdyby ktoś pytał - ubezpieczenia nie posiadam.
Ech, już mam tak dosyć tego mieszkania!
No i jak mówi Z. brakuje mi tu chłopa. Chłopa, czyli męskiej zdecydowanej ręki.
Bo co by nie mówić, dzisiejsi chłopcy nadają się jedynie do noszenia krawatów i teczek, a jak trzeba zakasać rękawy, to nagle okazuje się, że mają dwie lewe ręce.
Chyba powoli staję się tradycjonalistką.
Nawet mogę prać, gotować i sprzątać, tylko niech ktoś wreszcie doprowadzi moją "Marcinkę" do stanu używalności!

Ale wrócmy do początku, a właściwie końca urlopu.
Wróciłam w niedzielkę i od razu wzięłam się do roboty - zaczęłam sprzątać, odkurzać i polerować. Potem była moja pierwsza noc w "Marcince", co prawda na podłodze, ale obaliłam butelkę wina, poogladałam w tv jakiś program filmowy, potem w jedynce posłuchałam audycji literackiej i było mi tak fajnie i błogo. Bo na swoim.
Wczoraj natomiast przywiozłam do niej moją pomarańczową kanapę i w pokoju zrobiło się całkiem przytulnie pomimo sterty kartonów.
Ale "Marcinka" niewdzięcznica, zrobiła mi kaprys z rurami i cały wieczór sąsiedzi w pretensjach walili do drzwi. Nie ma jak pourlopowe perypetie mieszkaniowe.

Mam nadzieję, że kiedyś ją udobrucham, bo naprawdę lubię tę moją dziuplę.
***
Ale, zaraz, zaraz przecież ja 7 dni byłam na urlopie!
O tym za jakiś czas:)