..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 lipca 2014
Dziś byłam w najpiękniejszej kuchni, jaką kiedykolwiek widziałam.
To mogłaby być moja złota klatka. Ja bym została i gotowała, a mąż niech żyje, pije, po mieście się szlaja, pływa po morzach i oceanach.
Kusząca wizja przyszłości:)

Lecę spać, bo padam z nóg.


środa, 30 lipca 2014
Dzwonię do Babci:
- Babciu, jak znosisz te upały?
- Siedzę i się nie ruszam - odpowiada i w trzecim zdaniu, stwierdza rezolutnie, bez cienia goryczy - powinnam wreszcie umrzeć, murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. 
- Na szczęście to nie od Ciebie zależy i jeszcze trochę pożyjesz.
Babcia ze śmiechem:
- No tak! Samobójstwa przecież nie popełnię!

Moja Babcia jest już stara, nie może normalnie funkcjonować, bo jest słaba i prawie nic nie widzi. Rozumiem, że nie chce się jej żyć. Już się nażyła. 
Ale wokół mnie mnóstwo młodszych, którzy mają wszystko - i siły, i zdrowie, i pieniądze jakieś, a też im się nie chce żyć. 

Utknęli w jałowych relacjach, zobojętnieli na smaki, znudzili się przygodami, nic ich nie ciekawi, na nic nie czekają. Stoją  w miejscu, frustrują się nierealnymi marzeniami, drżą o swój dorobek i wydeptany szczebelek kariery. 

A ja marzę o długim i zdrowym życiu - z resztą poradzę sobie sama. 

Na wiele rzeczy teraz nie mam czasu, do wielu nie mam głowy, dlatego muszę jeszczę trochę pożyć:

Aby gotować i dorobić się kiedyś własnego grubego brulionu ze sprawdzownymi przepisami. 
Aby stworzyć piękny ogród - taki dopieszczony, pełen kolorów i smaków. 
Aby nauczyć się pływać na windsurfingu, usiąść za sterem szybowca, uszyć sukienkę, nauczyć się portugalskiego, napisać kolejną powieść. 


Wszystkie moje marzenia to tak naprawdę cele, które chciałabym w przyszłości zrealizować. Nie czekam aż mi coś spadnie z nieba - chcę dotykać, doświadczać, czytać, oglądać, tworzyć, chce się uczyć i cieszyć się możliwościami, które daje mi życie i zdrowie.

Cała reszta to pikuś. 



wtorek, 29 lipca 2014
Jestem na diecie, żeby potem móc ucztować:)

Zresztą takiej diety życzę każdemu - bo wtedy jem często i smacznie - moje posiłki są przemyślane i nie ma miejsca na przypadkowe opychanie się byle czym. 

Co trzy godziny funduję sobie nagrodę, a że potem znów czekają mnie kolejne "puste" trzy godziny, staram się tę chwilę celebrować i czerpać z niej jak najwięcej przyjemności. 

menu na dziś:
7.30 - kefir
10.30 - sałata ze szpinaku z kozim serem, szyneczką parmeńską, pomidorem i ogórkiem
13.30 - musli z jogurtem + koktail z bananów, kiwi i poziomek
16.30 - micha zupy curry z fasolą, marchewką i groszkiem
20.00 - lampka wina


A wszystko po to, abym zrobiła sobie rezerwę na nadchodzące wakacje, bo na Suwalszczyźnie zamierzam ucztować bez limitu.



Dziś w przedszkolu na tablicy praca Antka pt. "Wakacje" - na obrazku albo Beskid Niski albo Kołobrzeg albo oczekiwany bardzo dom u Pani Bożeny w Kaletniku:) 


niedziela, 27 lipca 2014
Wypad na wieś do rodziny Tymisiów stał się już tradycją -  gdy seniorzy wylatują na wakacje, my zjeżdżamy do starej warmińskiej chaty, gdzie jemy, pijemy, gadamy i fundujemy sobie dwudniowy totalny chilloucik.

Sobotę spędziliśmy kameralnie, za dnia wylegując się na trawie,  popołudniu plażując nad wodą (tylko ja i Marta, należało nam się:), a wieczorem, przed chatą, zajadając, pijąc i gadając. Oj doobrze było.

Natomiast dziś już na śniadanie zjechali się Goście - Iga z Andrzejem, Karolina z Michałem oraz Emilka z Bartkiem. Przyjechali, przywieźli pyszności i newsy jak gorące bułeczki (sic!), a było tak fajnie, że śniadanie przeciągnęło się do obiadu i podwieczorku.

Wróciłam wypoczęta jakbym wracała co najmniej z włoskiej riwiery, wyśmiana, nażarta i gruba. Od jutra zaczynam dietę. Najskuteczniejszą - garściową:)



Gwiazdą wyjazdu była moja córeczka, która jest jak czołg i nic jej nie straszne. Humoru nie psują jej liczne upadki, ani zdarte łokcie, nie lęka się wysokości, ani głębokości, zjada wszystko i ciągle się śmieje. Moja Polcia to czołg pełen gracji. Podrapana, z rozbitą głową (skok z ławki na beton na główkę) i nieustającym uśmiechem na gębie.
piątek, 25 lipca 2014
W nowej książce Kasi Miller "Być kobietą i wreszcie zwariować", którą polecam baaardzo jest kilka stron o tym, aby medytować. Niekoniecznie w pozycji kwiatu lotosu, mamrocząc buddyjskie mantry.
Medytować to dla mnie
zanurzyć się w tu i teraz i pozwolić swobodnie płynąć myślom, które najpierw tłoczą się i kotłują, a potem odchodzą i w głowie robi się coraz ciszej. Jaśniej, prościej, dobrze.

Moją małą codzienną medytacją na pewno jest poranne pływanie. 
Gdy pływam ozłocona promieniami wstającego słońca, czuję się nic nie znaczącą drobinką kosmosu, a jednocześnie królową własnego życia - ono jest tylko moje!
Jedna i druga świadomość uwalnia mnie i daje poczucie mocy. 
Mogę wszystko i nie mogę nic:)



czwartek, 24 lipca 2014
Mam kilka niezawodnych sposobów, aby przywołać uśmiech na twarzy. 
Jednym z nich jest oglądanie ilustracji, drugim oglądanie starych fot. 
To zawsze działa:)








środa, 23 lipca 2014
Antek sceptycznie:
- Tato?! A nie przeszkadza Ci ta obroża?


***

Dziś sympatyczna wizyta Wujka i Cioci, którzy - uwaga! - zadzwonili tuż po tym, jak rozeszła się wieść, i... pogratulowali odwagi. A dziś zjawili się z prezentem, czym wprawili mnie w totalne osłupienie.

- Też chciałam mieć cichy kameralny ślub -
rzekła ze śmiechem Ciocia - w rezultacie miałam na weselu blisko 30 gości, a poza tym setkę obrażonych.

Cóż poza tym?
Prawie same dobre reakcje. Rodzice przełknęli wiadomość wraz z deserem, kilkoro znajomych szuka ukrytych motywów: kredyt?, majątek?, spadek?, dawni kochankowie powoli wychodzą z szoku, a my żyjemy dalej - tak samo po, jak i przed.

A dlaczego?
Kiedyś i taką napiszę opowieść, a teraz żyję dalej, bo ciągle jest czym żyć.


poniedziałek, 21 lipca 2014

Było dokładnie tak jak chciałam!
Dzień tylko dla nas - dzieci oddane pod skrzydła dziadków pod pretekstem, że jedziemy na ślub (nie wspomnieliśmy, że nasz:),
pokój w hotelu wynajęty, aby na tę jedną noc wyrwać się z kontekstu i wreszcie najbliżsi nam - moja Anulka świadkowa zdarzenia z Duchem oraz najlepszy przyjaciel Endriuszy - Paweł - świadek z Agnieszką i długie szlajanie po mieście bez patrzenia na zegarek.
Chociaż nie! Na zegarek zerkałam co chwila, bo dostałam go w prezencie ślubnym, ale tego dnia mieliśmy całe morze czasu.

Był więc czas na wspólny obiad i kawę, i moczenie nóg w nowej fontannie w Parku Centralnym, był czas na sjestę z kochaniem, i biesiadowanie, knajpiane wędrówki, picie oraz dyskusje. Rozmowy zdominowały kulinarne zachwyty, tematyka kobieca, rodzice (temat rzeka:), doświadczenia zawodowe, wspomnienia z młodości, ba! nawet literatura! Zaś politykę, religię i kwestie światopoglądowe zepchnęliśmy na margines - phi, takie to wyświechtane tematy.

A noc była ciepła i barwna, bo miasto żyło ulicznymi teatrami i aż pulsowało energią.
Tej nocy nie byłam Kopciuszkiem - włóczyłam się długo w poświacie księżyca, przy brzęku szkła, wśród śmiechów, czułości i dobrych gestów od bliskich mi ludzi.
Dziękuję!

A tu dowody:)






foto - Paweł Bałdyga

A u Emilki na stronie kilka słów z niedzieli - TU
***
Antek ogląda zdjęcia z soboty:
- Mamo! Byliście i tu, i tu, i tu! Kiedy to zrobiliście?
- Wtedy, gdy Ty byłeś u Babci.
- I zdążyliście to wszystko zrobić?
- No tak.
- Ja Wam nie wierzę!

- Kochani rodzice, chielibyśmy Wam coś powiedzieć.. - No? - Postanowiliśmy wziąć ślub! - Brawo, gratulujemy, nareszcie! To kiedy ślub??? - Yyyy wczoraj.. Miny bezcenne:) Scenariusz i reżyseria: Aga i Endrju Wystąpili: Państwo Młodzi, ich Rodzice oraz przedślubne Dzieci Oprawa artystyczna zdarzenia: Tymisiowa & Emilka Oprawa kulinarna - Karolina & Gosia Zdjęcia: Emilka Miejsce akcji: Playschool The END:)
piątek, 18 lipca 2014
Za oknem słońce i nie ma czasu na pisanie. 
Bo dzieje się,
bo komputer się zepsuł,
bo lato w pełni,
bo jutro wyjątkowy dzień,
i zamiast pisać

- żyć trzeba:)

a to dzisiejszy poranek:







wtorek, 15 lipca 2014

I.

Odwożę dzieci do babci:
- Antek, tylko tam u babci uważaj na słowa, wiesz, że babcia nie lubi brzydkich słów. 
- A mogę tak szeptem przezywać Polę? Tak, żeby babcia nie słyszała?
- A jak Ty chcesz przezywać Polę?!
- Pupek-kupek-śmierdziupek!

II. 
Jedziemy autem, Antkowi zebrało się na wyznania:
- Mamo, ja Ciebie bardziej kocham niż tatę. 
- Tata czasem krzyczy, ale jest tak samo fajny jak ja. 
- Ale ja nie dlatego kocham tatę mniej, że krzyczy. 
- A dlaczego?
- Dlatego, że ma mniej włosów niż Ty i nie ma takiej miękkiej i tłustej twarzy!


Yyyy?:)
poniedziałek, 14 lipca 2014
Sny to moje drugie życie. Co się w tych snach wyprawia!
Tam się klei to, czego w życiu na jawie nie skleisz, tam kipi od absurdu, symboliki, kapitalnych filmowych scen,dialogów, akcji, tam się tyle dzieje, że czasem budzę się totalnie wypompowana. 
Bo ja zawsze skaczę pomiędzy życiami.
Od snu do jawy, od jawy do snu. 

Kilka dni temu przyśnił mi się mąż Iki, który powiedział mi tak. 
- Musisz dokonać wyboru. Nie możesz być królową światła i ciemności. Zdecyduj, czy dla swojego mężczyzny chcesz być królową dnia, czy nocy. 

- Czy jedno zawsze wyklucza drugie?

- Oczywiście! - zapewnił i zdziwił się, że jeszcze tego nie wiem. - W każdej relacji możesz objąć tylko jedno królestwo - albo dzień, albo noc. 

- A Ika? Kim jest w Waszym życiu? Królową nocy czy dnia? - dopytywałam. 

Wtedy on uśmiechnął się, a ja otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się do swojej cwanej podświadomości. Lubię ją za takie opowieści. 


swoją drogą to ciekawe, że moja podświadomość na rozmówcę (ba! mistrza!) wybrała anestezjologa:))

niedziela, 13 lipca 2014
Projekt 3w3 został zrealizowany!
Jeżeli macie trzy dni wolne, albo nawet dwa i pół oraz przyjaciółkę, taką najlepszą, z którą nie możecie się nabyć i nagadać do woli, polecam Wam gorąco projekt 3w3. 

3 miasta, w 3 dni, czyli podróż do Trójmiasta 

- Jesteś gotowa na Kac Vegas? - zapytała mnie Ania dzień przed, a następnego dnia już o poranku wsiadłam w pociąg podjarana jak nastolatka. 
(przed pociągiem - zupełnie nie jak nastolatka - posprzątałam mansardę, umyłam okna i zrobiłam kotlety na dwa dni. Taka ze mnie feministka!)

Za oknem cudne pejzaże, kilka godzin tylko dla siebie - nie wiadomo, co robić. Czy widoki podziwiać, czy czytać, czy myśleć. Zastosowałam trójpolówkę - gapienie, myślenie i czytanie naprzemiennie. 

Za Starecką do Bulaja
Anula wynajęła nam fajne mieszkanie tuż przy starówce, więc po szybkim odświeżeniu ruszyłyśmy do Sopotu, a tam na rybkę do Bulaja polecanego przez Nakarmioną Basię. W ten sposób wpadłyśmy od razu  w dobry klimacik, bo w Bulaju na luzie i przyjaźnie, o smakach nie wspominając. Pochłonęłyśmy szczawiową na śledziu, i dorsza pychota, i nawet deserom nie sposób było się oprzeć. Ja skusiłam się na suflet czekoladowy, a Ania poszła w bezy. Wesoły kelner na dobre przylgnął do naszego stolika szczodrze polewając nam wino, a Ania szepnęła:
-  A mnie mówiłam? Ten kelner to nie przypadek. Ciągniesz za sobą aurę seksu! 
- Oj weź!
- No bo na pewno nie ja -
zachichotała: -  Mnie faceci się boją. 

Między wschodem księżyca, a zachodem słońca
Kolejnym punktem programu była niespodzianka. A niespodzianką okazała się Monia Brodka na plaży - świetny kameralny koncert. Lubię jej piosenki, jej energię, jej sceniczny image, ale tym razem powalała cała sceneria. Tuż nad sceną wschodził księżyc - wielki pyzaty pomarańczowy, a za nami rozlewał się purpurowy zachód słońca. Zaś pomiędzy wschodem a zachodem fajny muzyczny power. 

Doskonały wstęp do nocnego gadania. Bo zamiast lansu na Monciaku wybrałyśmy plażę, gdzie przy browarze, dymiąc fajeczki i gapiąc się na białe fale wynurzające się z mroku, gadałyśmy o rzeczach ważnych i nieważnych. Jak zawsze. 
A noc była wyjątkowo ciepła i życzliwa dla nas. 

Plażować tylko w Orłowie!
Następnego dnia postawiłyśmy na Gdynię. Po niespiesznym śniadaniu w gdańskich Tekstyliach i spontanicznych zakupach w butiku Insomii (stanął na naszej drodze i nie można go było przesunąć!) ruszyłyśmy do Gdyni Orłowo.

Jak tam ładnie - i ten deptak, i ten klif-nie klif!
Plan był prosty - robimy się na heban. 
Więc robiłyśmy się chodząc, leżąc i skacząc w falach. A skakanie w falach to ja po prostu kocham - piszczę, chichoczę i mam z tego zawsze ogromną frajdę. Tak. Morze  - gdy się w nim nurzam - doprowadza mnie do śmiechu - łaskocze, podrzuca i kołysze, a ja czuję się wtedy jak rozbawione dziecko.

Słońce było nieco kapryśne, plaża w Orłowie wąska jakaś, więc poszłyśmy do Gdyni, tam strzeliłyśmy sobie piweczko i tak zgłodniałyśmy, że raz dwa w tył zwrot - znów do Orłowa. Szczególnie, że po drodze zgubiłam biustonosz i zaślepkę do aparatu. Nie wiedziałam, z czego trudniej się będzie wytłumaczyć. Biustonosz na szczęście znalazłam:)
W Tewernie Orłowskiej znów wyżerka i wieczorem powrót do Gdańska. 

Gdańsk na finał
A w Gdańsku miałyśmy iść na offowe teatry, ale już sił nam zabrakło i skończyłyśmy wieczór w niezłej dekadenckiej knajpie, co się zowie JÓZEF K. 
Było tam trochę Kafkowsko i fajnie się towarzystwo mieliło. 

Tym razem w trójkę, bo jeszcze z Jasiem, zabawiłyśmy znów długo. 
Mój wewnętrzny Kopciuszek nie dał rady zaciągnąć mnie do łóżka o północy, 
ale raz na sto lat każda bajka może skończyć się zupełnie inaczej. 

W mojej bajce wszyscy spali krótko, choć szczęśliwie. 
A do domu wrócili baaardzo nieprzytomni, robiąc dobrą minę:)






pierwsze wejście na plażę - Bosko!



Ta rozmazana na scenie to Brodka, ta kulka na niebie to księżyc



Zaskoczka - pierwsza w nocy, a na monciaku full ludzi, wszystko otwarte, małe dzieci bawią się i jedzą lody, matki z wózkami siedzą na ławkach, o co chodzi?:)


Na ostatni głód kabanos i piweczko - zaliczamy lekki zgon na stacji



śniadanie w Tekstyliach - doobry wybór






Kliiif




I sesja ślubna po drodze




próbujemy strzelić sobie słitfocie, ale aparat jakiś za ciężki (mój mały biały już w innej podróży)


a tu polski pejzażyk, czyli brud, smród i ubóstwo, a na peronie głupawka


Na koniec zagadka dla Trójmieszczan (jest takie słowo?:)

DOKĄD NA TAKĄ RYBKĘ?



środa, 09 lipca 2014
Lubię amerykańskie kino za to, że choć łatwo przewidzieć wzruszenia, ja i tak się wzruszam. 

Dziś wzruszył mnie film Labor Day ("Długi wrześniowy weekend" - brawo dla tłumacza:)  

Film o miłości i mężczyźnie, za którym tęsknią współczesne kobiety.




wtorek, 08 lipca 2014
A dzisiaj mnie nosiło, miałam taką ochotę wyjść w przestrzeń, zaczerpnąć powietrza, wziąć głęboki wdech i na chwilę uciec od siebie. 

Gdy dzieci już zasypiały, zrobiłam szybki przegląd wieczornych opcji i poszukałam czegoś, co na pewno dobrze zrobi mojej duszy. 
Wybór padł na sąsiadów. Parę fantastycznych ludzi w wieku moich rodziców, których intuicyjnie darzę ogromną sympatią od pierwszego wejrzenia. 

Wprosiłam się więc na piwo i spędziliśmy przyjemny wieczór na balkonie wiszącym tuż nad jeziorem. Gawędząc się i śmiejąc, patrzyliśmy, jak rzednie tłum spacerowiczów, pustoszeje biegowa ścieżka. 

Na koniec zostaliśmy sami z naszym najpiękniejszym jeziorem świata.

To był bardzo dobry wieczór, który wieńczę lampką wina w mansardzie. 

Jutro jedziemy na jeden dzień do Ameryki. Kto był, ten wie, po co:)


poniedziałek, 07 lipca 2014
Podczas powrotnej podróży z Wawy miałam czas na nadrobienie zaległości lekturowych.
Jakie to przyjemne!
Przeczytałam ostatnie "Wysokie Obcasy" od deski do deski, a dwa teksty poruszyły mnie szczególnie. 
Pierwszy - wywiad z córką Michaliny Wisłockiej. Mocna historia pełna supełków i zawirowań, gęsta od ofiar i pokrzywdzonych. Historia, w której nikt - może poza Wisłockim - nie jest jednobarwny.  

Drugi tekst - przezabawny i błyskotliwy, taki, jakie uwielbiam - 1. część Wakacyjnej Szkoły Pisania, a w niej felieton Janusza Rudnickiego.


Samochody mknęły siódemką, a ja zasłuchana w wykład Pana Janusza - zachwycałam się dowcipem i lekkością jego pióra. Muszę sięgnąć po jego powieści. I jeszcze ważniejsze - muszę wrócić do pisania.

Skończyłam też czytać "Martę Quest" Doris Lessing, ale tym razem z trudem i bez uniesień. To pierwsza część trylogii, mam nadzieję, że potem będzie ciekawej. 

A dziś oprócz czytania, było też dobre gadanie. 
Czasem potrzebuję kogoś, kto położy mi dłonie na ramieniu i powie:
"dystans". 

A dystansu uczę się już ze dwie dekady i coraz więcej umiem, ale wciąż za mało. Otrzymam go pewnie w nagrodzie pocieszenia, w zamian za młodość.
I niech tak będzie, bo to dobra nagroda. 

a to książka, po którą na pewno sięgnę. 
A może ktoś już czytał?




niedziela, 06 lipca 2014
Z intensywnego weekendu wpadnę lada moment w rozpędzony tydzień. Dlatego dziś zamiast gadania - obrazek. 
Wang iy Guan i jedna z wielu pięknych ilustracji z przewodnim motywem bestii. 




czwartek, 03 lipca 2014
Mimo że uwielbiam moje dzieciaki, to rola Matki zawsze mi była przyciasna. Dlatego raczej omijam typowo mamowe (teraz to się nazywa parentingowe:)) wydarzenia. 

Ale zeszłej niedzieli się skusiłam. Bo Ola, którą bardzo lubię i znam od dzieciaka, bo motyw mi bliski ("Czytajmy dzieciom"), bo dostałam zaproszenie, aby wystąpić w charakterze gościa na spotkaniu olsztyńskich blogerek. 
Więc poszłam. I spędziłam świetny czas w gronie fajnych babek, na które fartuszek perfekcyjnej pani domu też jest przykrótki. 

Na pięterku w "Cudnych Manowcach" mogłyśmy posłuchać o ciekawych aplikacjach dla dzieciaków na iczytam.pl, wymienić się naszymi literackimi fascynacjami, a także zaspokoić zwykły kobiecy głód gadania i chichotania oraz ogólnoludzki głód smacznego jedzenia. 

Organizatorkom mogę z czystym sumieniem pogratulować, bo jako eventowy wyjadacz, wiem, co mówię. Było pysznie!




Prezentacja kosmetyków Soraya - linii kosmetyków czyniących cuda:) Mnie najbardziej ujął balsam powiększający biust.


Organizatorki i pani z serwisu www.iczytam.pl Od prawej: Sylwia i Ola. 




Ten brytyjski humorystyczny wierszyk z początku wieku wydany przez iczytam.pl rozpętał burzę! (na zdjęciu tylko jeden akapit dłuższego poematu)
I nijak nie dało się niektórym Uczestniczkom przetłumaczyć, że humorystyczne oswajanie tematu śmierci też jest elementem wychowania. Że dzieci choć nie znają nazw środków stylistycznych to instynktownie czują groteskę, absurd czy hiperbolę. 
Byłam pewna, że Antek z tego wierszyka chichotałby jak nie wiem co. 
Ja tam wierzę w dziecięcą inteligencję. 




z Monią. Ona jeszcze nie pisze bloga, ale to kwestia czasu:)



a ja opowiedziałam o mojej książce ilustrowanej przez Mariannę Sztymę.
O czym?
Skąd się biorą dzieci. 
Bez fikcji i ściemy. 


a potem były prezenty i prezenty!

podziękowania dla wydawnictw:
 Wydawnictwo Nasza KsięgarniaWydawnictwo OvoWydawnictwo LiteraturaWydawnictwo Znak EmotikonWydawnictwo Muza,Wydawnictwo CoJaNaToWydawnictwo EgmontPapilonZakamarkiWydawnictwo Ene Due RabeFundacja Festina Lenteiczytam.pl

i dla sponsorów


a to my

środa, 02 lipca 2014
Dobrze zrobić sobie wolne w środku tygodnia, wskoczyć na grzbiet dwukołowca, popedałować w promieniach porannego słońca, nadrobić zaległości towarzyskie i wygrzać mordkę w słońcu, aby w ten sposób zrobić wyłom w cotygodniowej rutynie. 

Bardzo fajne śniadanie u Ani, trochę chichotania, trochę gadania. Fajeczka na dachu, szczypta inspiracji i pachnące prezenty urodzinowe. Tak mogę zaczynać każdy dzień. 

A potem czas z Ewą i Felkiem. 
Przypomniały mi się słowa Pawła Fortuny. 
"Przyjaciel to ktoś, kto wie o tobie wszystko, a mimo to cię lubi".

Ewa wie i chyba mnie lubi:)
A ja lubię żeglować z nią po głębokich oceanach i chichotać na mieliznach absurdu.

- On uwielbiał mój nos - opowiada Ewa. - Patrzył czasem na mój profil i wzdychał: Co za nos! Co za piękny nos!"

Nos to leitmotiv naszych rozmów, o tym, co nas kręci, co podnieca.

Ja jestem dużo bardziej standardowa. Podniecają mnie oczy, dłonie i sylwetka. 
No i jeszcze to nieuchwytne coś, ale na pewno nie jest to nos:)




foto wykonane nowym Ewinym iphonem - ja i Felek:)
wtorek, 01 lipca 2014

Endrju: (z uśmiechem) Ale skąd taki prezent?
ja: Jaki prezent?
Endrju: Że położyłaś się spać naga. 
ja: Nie pamiętam Kochanie!  Nic nie pamiętam! Ani jak wróciłam do domu, ani jak się kładłam spać. 
Endrju: (już bez uśmiechu) Oookej, czyli może Ty po prostu naga wróciłaś do domu?!?
Czas przerwać milczenie, bo ja nie piszę, a czas leci, nie wiadomo kiedy stałam się o rok starsza, choć czy mądrzejsza? Wątpliwe:)

Dziś cierpię na pourodzinowy zawrót głowy, więc trochę popiszę zanim wezmę się za poważną robotę (na kaca najlepsza jest praca - co za kretyn to wymyślił??). 

Od początku, czyli od końca. 

Wczoraj była rocznica moich urodzin - piękna data, zwariowany dzień zakończony fajną imprezą w Playschoolu, z której niewiele pamiętam, ale pamiętam, że dużo chichotałam, a rano obudziałam się zupełnie naga. Grunt, że w swoim łóżku:)

A wcześniej wcześniej wcześniej były cztery dni samotnej Matki Polki, czyli dzieci i domowa krzątanina.

4 popołudnia i wieczory, 4 poranki i 4 noce z dziećmi to wystaczy, żeby zwariować. 

I pewnie tak by się stało, gdyby nie małe ucieczki:

W niedzielę byłam na spotkaniu olsztyńskich blogerek pod hasłem "Czytajmy dzieciom", z którego wyniosłam torby książek i garść fajnych literackich inspiracji, a w sobotę kolacja z Tymi i dobre gadanie. Takie jak najbardziej lubię, choć oczywiście za krótkie. Dobry wstęp do następnego.

A jak wygląda świat w wieku trzydziestu czterech lat?
Coraz mniej rzeczy jest dla mnie oczywistych, z każdym rokiem topnieją kolejne pewniki. Już wiem, że nie zawróce kijem Wisły - uczę się pożegnań, przecieram mgiełkę złudzeń i widzę: król jest nagi. 
Ja też jestem nagą królową, krolową życia, pełną niedoskonałości. 
Ale tak jest znacznie ciekawiej.



Antek wczoraj zupełnie sam poszedł do kwiaciarni. Wziął sakiewkę swoich pieniędzy i poszedł. I nawet wrócił. Z takim oto cudem:)


A tu festyn przedszkolny - Pola wyjadała ze stołów porzucone kiełbaski, a Antek spijał z cudzych kubków porzucone resztki soków. Oburzone spojrzenia innych rodziców - bezcenne:)





i poranek z Bolkiem i Lolkiem




i po spotkaniu blogerek obładowana książkami