..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 31 lipca 2013

Kilka strzępków na zakończenie dnia.
Bo i dzień taki patchworkowy, bez żadnej nadrzędnej idei. Trochę pisania dla przyjemności, trochę pisania pracowego, trochę dzieci, trochę rozmów i za pasem jutro:)

ANTEK
patrzy na koszulkę Endriuszy, w której jest wielka dziura:
-
Tato! Może mama weźmie igłę i nitkę i zagoi Ci tę dziurę?

ENDRJU
- Dzieci już śpią? Nie śpią? Śpią? (wzdycha) To jest straszne, że bachorzęta decydują o tym, czy się bzykniemy, czy nie.
- Kochanie, spokojnie, jeszcze 20 lat i będziemy się kochać do upadłego.
- Ooo tak! Za 20 lat to każde bzykanie może być tym aż do upadłego:)

***

A to jeszcze 2 foty z backstage'u

Prawie cały KGM na fotce - brakuje Iki


i Polcia&ja razy dwa

foto by Kazmierz, czyli Tom

wtorek, 30 lipca 2013
Endrju drzemie w fotelu.
Antek wali go młotkiem.
Endrju wydaje z siebie senne "ała!", "ała"
- Antek, co Ty wyrabiasz? - pytam oburzona.
- Tata umarł. Muszę go młotkować, żeby ciągle mówił "ała", wtedy już więcej nie umarnie!
poniedziałek, 29 lipca 2013

Ostatnie spotkanie z Alutką było dla mnie olśnieniem.
A wszystko zaczęło się od dyskusji, czy współczesne dzieci potrzebują baśni (chodziło o Andersena, Grimmów itp.). Ala twierdziła, że są zbyt anachroniczne, a ja upierałam się, że baśnie są potrzebne, bo rozwijają myślenie symboliczne. Dzięki baśniom dzieci uczą się widzenia abstrakcyjnego.

Drzewo nie musi być tylko drzewem. 
Drzewem może być nie tylko drzewo.
 


Kiedy Ala zamknęła za sobą drzwi, mnie oświeciło. Eureka! O to właśnie chodzi!
Myślenie symboliczne to właśnie to kryterium, dzięki któremu albo mam z kimś intelektualne porozumienie, albo nie. Zarówno w kręgach towarzyskich, jak i zawodowych. O tych, którzy potrafią myśleć abstrakcyjnie, mówię zwykle, że "widzą" lub "czują", o reszcie, czytającej świat dosłownie, zdarza mi się powiedzieć, że nie są wulkanami intelektu. Bo myślenie symboliczne to nie jest jakaś papierowa kompetencja, to się przydaje na każdym kroku!

Za chwilę się okaże, że najcenniejszy prezent, jaki możemy dać naszym dzieciom, to uczynić świat mniej dosłownym.
Może warto wrócić czasem do zabaw z epoki patyczka i kamienia?
***

dziś z związku z upałami - strzyżenie!

PRZED

PO

niedziela, 28 lipca 2013

- Co sądzicie o Arku? - rzuciła Ika kilka tygodni temu -

On jeszcze nie robił nam zdjęć.

(tak jakby o zrobienie nam sesji ubiegał się peleton najlepszych fotografów:)

- No cóż. Możemy dać mu szansę - zgodziłyśmy się łaskawie jak na olsztyńskie celebrytki przystało.

I wreszcie dałyśmy.
Przed sesją ustaliłyśmy jedno:
to, że jesteśmy piękne - już wiemy z poprzednich sesji. Teraz chcemy fotograficznego eksperymentu!

Stanęło na fotograficznej historii morderstwa z sielskim pejzażem w tle. A sama sesja - beczka śmiechu i taki zastrzyk energii, że jeszcze czuję pozytywne wibracje.
Tymisiowa była żoną Heńka wioskowego Casanowy, Ania wioskową latawicą, Iwa sołtysową, Monia rasową wieśniarą, zaś Iwa i Ika trochę jakby się wyrwały z Chilli albo z kozaczek.pl
A razem wyglądałyśmy bosko!
Ania wprawdzie pozostała niepocieszona, bo taka chciała być piękna, korale włożyć, a my tu jakieś wiejsko-toporne klimaty przeforsowałyśmy. No ale błyszczyk co niektóre dziewczęta przemyciły - bo niby wiemy, że jesteśmy piękne, ale dowodów nigdy za wiele.

A popołudniu zjechali mężowie i konkubenci - i jeszcze pobiesiadowaliśmy przy stole aż do zmroku.
Oj dobrze mi było, dobrze!

Cała ta historia miała jeszcze jedno post scriptum.
Dzień faktycznie zakończył się trupem - wcale nie zmyślonym, ale prawdziwym. Lecz to już zupełnie inna opowieść.


Ania z Polą


w tle fotograf Arek i Tomek, który będzie Heńkiem

Reymont by się nie powstydził:)

samotnia matki karmiącej

Ania jak Jagna na płocie

Iwa pozuje

piątek, 26 lipca 2013

Każdy ma taką stylistkę, na jaką zasłużył albo z jaką czuje modową chemię.
Moja stylistka swoją pracownię ma na... bazarku. Ale nie w sektorze ziemniako-buraków, bynajmniej, w części, gdzie są stoiska ze starociami i świetnymi ciuchami.

Poszłam dziś bez celu, ale wychwyciła mnie z tłumu, krzycząc:

- Mam dla Pani supersukienkę!
Sukienka, rzeczywiście, odlot. Poszłam przymierzyć. Jeszcze większy odlot.
- I jak? świetna, prawda? Od razu wiedziałam, że ona musi być dla pani.
- Kurczę, ale nie mam chyba gotówki przy sobie
- zmartwiłam się.
- To nic! - machnęła ręką moja osobista stylistka z Grunwaldzkiej. - Zapłaci pani innym razem.

Takiego kredytu zaufania nie dostałam, jak żyję!
Okazało się jednak, że zdołałam wyskrobać trzy dychy i wróciłam do domu z cudo-sukienką.  

- I jak? - zapytałam Endriuszy, prezentując się w nowym nabytku.
Najpierw zaniemówił, a potem cmoknął:
-
Nooo, ta sukienka idealnie nadaje się do ekologicznego poronola.

Tu zostawiam Was z modowym znakiem zapytania.
Ale jak będę miała fotę, to niechybnie pochwalę się!

środa, 24 lipca 2013
Dziś małe pęknięcie na szwie mojego minimalistycznego płaszczyka: paczka z trzema książkami.
Aż mi ślinka pociekła i na chwilę porzuciłam rozgrzebane, choć smakowite "Ości".



Z drobiazgów:
- myślę nad jesiennymi warsztatami literackimi w Playschool
- czekam na kolejne ilustracje do mojej książeczki dla dzieci. Te, które widziałam przeszły moje najśmielsze oczekiwania!
- jaram się sobotnią sesją zdjęciową KGM-u
- cieszę się kolejnym skokiem rozwojowym Poli (nie płacze już w wózku i nie histeryzuje przy zasypianiu w łóżeczku)

A słowo "epicki" ominęło mnie szerokim łukiem.
Pewnie dlatego, że my na prowincji posługujemy się polszczyzną literacką:)))

I szybka migawka z dzisiejszego spaceru z dziećmi.

Deszcz w pajęczynie.

wtorek, 23 lipca 2013


Hope Gangloff

Jak ja już tęsknię za życiem - nie macie pojęcia.
Uwielbiam moje dzieciaki, to one dają mi pęd, rytm i sens życia. Od kiedy są na świecie - mam lżejsze ramiona i jeszcze bardziej roześmiane lico.
Ale!
Ale już marzę o chwili, kiedy oderwę od siebie Polę, kiedy znów będę osobna. Potrzebuję tego jak ryba wody. Duszę się w niekończącym się triathlonie: karmienie-usypianie-guganie. Szczególnie, że proporcje odwróciły się na moją niekorzyść. I to jak!
Niegdyś karmienie trwało 40 minut, teraz trwa 8.
Spanie - 2 godziny, teraz po 20 minut (poza jedną solidną drzemką na spacerze)
Guganie - kiedyś kwadrans, teraz dwie godziny.

A ile można gugać, machać grzechotką, całować  nawet najcudniejsze stópki?

Na szczęście już niedługo. Byle do jesieni. 
Mamy już nianię, która czeka aż Polcia trafi w jej ramiona, a na razie (w związku z remontem przedszkola) zaprasza do siebie Antka. 

A ja zostaje z Polką i gugam. 
Ale jeszcze sobie kiedyś odbiję, jeszcze sobie pożyję. Jeszcze Wam pokażę:)

Pierwsze samotne wyjście - sierpniowy koncert Nosowskiej.
Nie mogę się doczekać. 
To będzie dla mnie baaardzo epickie* wydarzenie!

* esemes od Frr:
"Epickie. Podobno to słowo robi furorę. Zamiast kultowe, hardcorowe itd. Wśród młodzieży facebookowej"

Cytuję, bo może nie wiecie:)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ale miałam sen. Niech to.

Śniło mi się, że byłam w siódmym miesiącu kolejnej ciąży. (nigdy nie bałam się tak ciąży jak teraz:)) Poszłam do ginekologa i wykryto u mnie jakieś resztki pępowiny z poprzedniego porodu.
- Musimy natychmiast operować - usłyszałam. - Ale w związku z tym, że ma pani w brzuchu kolejne dziecko, operacja będzie bez znieczulenia i bez  narkozy.
- Czy to konieczne?? Nie możemy poczekać do porodu? - zapytałam.
- Niestety. Przy okazji operacji zrobimy też pani cesarskie cięcie i wyciągniemy dziecko.
- Ale to dopiero siódmy miesiąc!!! - krzyknęłam spanikowana.
- Trudno. Będzie inkubator, rehabilitacje, powinno przeżyć.

Biegałam po szpitalu, błagając lekarzy, aby się nade mną zlitowali.
Śniącymi oczami wyobraźni widziałam siebie z trójką dzieci: wymagającym Antkiem, maleńką Polą i ledwo co narodzonym wcześniakiem potrzebującym rehabilitacji i Bóg wie czego.

Obudziłam się zlana potem. Co za ulga!
Przez chwilę nawet wydało mi się, że dwójka dzieci to zupełny luuuzik.
Ale dzień, jak co dzień, szybko to zweryfikował.

Jedno dziecko to mało dzieci, dwójka dzieci to dużo dzieci - jak mówi moja Mama, a ja przy innej okazji rozwinę i ten wątek:)

niedziela, 21 lipca 2013

Wakacje - kto nie lubi tego słowa. Jest w nim przecież wszystko: i słońce, i wolność, i przygoda, miłość i czereśnie.

Moje wakacje to natura i prostota. Tak najlepiej wypoczywam. Nie muszę jechać daleko, wystarczy pięć zakrętów od domu, byle byłoby niebo nade mną, a pode mną ziemia.

Wczoraj impreza rodzinna w Mojdach, w domku, który przez wiele wiele lat był naszą wakacyjną bazą. Bez bieżącej wody, bez żadnych wygód - za to z babcią i kuzynostwem. Zapachniało mi latem dzieciństwa.

Na tych samych schodach siedziałam 30 lat temu.
Dziś siedzą nasze dzieciaki.



Sierpień 83 - w kapeluszu z gazety. Ciekawe jakiej?:)

czwartek, 18 lipca 2013

Dziś Pola kończy 4 miesiące.
Z tej okazji zafundowałam jej lekcję zasypiania w łóżeczku.
Uczennica jest pojętna, ale pewnie przed północą ponownie trafi pod moją kołderkę.

Tak czy siak - pierwsze koty za płoty.


A to Marina Puzyrenko i strzał prosto w serce. Tego mi dziś trzeba - mrrr:) 

środa, 17 lipca 2013

Nie piszę, bo myślę. A że mam tak mało czasu na kreatywne myślenie i muszę myśleć szybko, to aż czuję jak mi się wszystko dymi w środku. Nie lubię tej presji, ale samo myślenie tak. Nawet bardzo. Chociaż gdyby mi za to nie płacili, wolałabym teraz leżeć sobie bezmyślnie.

Dziś fajne spotkanie z Tymi i Anuszką. Trochę o wszystkim, trochę o niczym, ale została mi po nim porcja dobrej energii plus mandat za zbyt długie parkowanie na starówce.

Szybkie telefony:
Walerka - już 37. tydzień! Za chwilę będzie tak zajęta jak ja!:)

Monia - jak zwykle rozchichotana. Zdziwiła się, że Pola już przeciery owocowe wcina. Od dwóch tygodni. A jak jej smakują! Mało mi łyżki nie połknie.

Kris - z palącym pytaniem: "eee, a ile wy wydajecie na życie, bo my chyba za dużo.."

My też za dużo.
Wczoraj zamówiłam trzy książki: Lekcje Madame Chic, Skąd się biorą dorośli i najnowszą książkę Grażyny Plebanek - Córka Rozbójniczki.

Chwilowa słabość minimalistki:))

Miałam nie pisać, bo muszę myśleć.
A i tak napisałam.

wtorek, 16 lipca 2013

Myśl o tym tygodniu wprawiała mnie w drżenie serca, bo w przedszkolu remont, a dwójka dzieci 24 godziny na dobę to dla mnie wyzwanie ponad siły.

- Matka nie da rady zająć się dwójką własnych dzieci? - pokpiwają niektórzy, a mi się nie chce każdemu tłumaczyć, że nie chodzi o to, aby dać radę, ale o to, aby było fajnie. Nie tylko mnie - przede wszystkim dzieciom.

Bo opiekując się trzymiesiączniakiem i trzylatkiem, trzeba się czasem rozdwoić. Na przykład usypiam Polę, a w tym momencie Antek krzyczy: Mamooooo, kupę!
Siadam do karmienia, Maleńka się przysysa, uspokaja, zaczyna jeść, a wtedy Młody zgłasza tysiąc żądań: Maamoo! zrób mi sooook!, Maaaamo!! Zdejmij mi z półki grający domek, Mamooo! pochlapała mi się koszuuulka!, Mammooo, pobaw się ze mną! Mamoooo! Uderzyłem się, podmuchaj!

Mogę zostawić płaczącą Polę i biec na ratunek Antkowi lub zostać z Polą i olać płaczącego Antka. Ktoś zawsze będzie poszkodowany.

Więc dzień z dwójką to tak naprawdę walka o to, aby mimo wszystko było miło.

Na szczęście w tym tygodniu z opresji wybawiła mnie Mama.
Wzięła urlop i Antka pod swoje skrzydła. Antek jeździ co dzień na wieś, więc ma namiastkę wakacji, a ja mam trochę oddechu. Mogę popracować, poczytać (Ości Karpowicza), zdrzemnąć się i nie udowadniać nikomu, że matka da radę.
Ja wolę nie dawać:)

 

poniedziałek, 15 lipca 2013

Trochę sobie myślę o tym i owym.
I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że do tej pory najlepsze życiowe decyzje zawdzięczam  sercu i własnej intuicji. Rady innych zwykle prowadziły mnie na manowce. 

Mama powiedziała dziś, że zawsze byłam wpływowa.
Ja wiem, że ta "wpływowość" to miks empatii i ambicji, aby spełniać cudze oczekiwania. Szczególnie bliskich.

Od jakiegoś czasu przebieram w ludzkich oczekiwaniach jak w stosie bierek -  te mniej ważne lub zbyt roszczeniowe odkładam na bok.
To taki mały krok do wolności - wtedy lepiej słyszę własny głos.
Idę radośniej, lżejsza o cudze tobołki.

rys. Dawid Sala

I jedyne, na co nie mam recepty, to tęsknota za tym, co dzikie, ode mnie groźniejsze i nieposkromione.  
Tęsknota za bestiami.

niedziela, 14 lipca 2013

Dziś znów gęsto - ale fajnie.
Trzy godziny gadania z moją kuzynką Emilą dały mi dobrego energetycznego kopa, a potem wpadła do nas Ewcia ze swoim Krzysztofem. Odbyła się prezentacja mężczyzny oraz... brzucha:)

Ale najważniejszym wydarzeniem dnia był pierwszy głośny śmiech Poli.
Jak ja czekałam na tę chwilę! To jeden z najbardziej fantastycznych momentów, kiedy taki mały berbeć zanosi się donośnym śmiechem. Cudne.

Antek zaś kreatywnie podszedł do braku zdolności plastycznych.
Zaczął rysować wszystko w... pudełkach. Dzięki czemu niezależnie czy ma namalować kotka czy domek, zawsze maluje pudełko. A zawartość trzeba sobie wyobrazić. W tych pudełkach jest akurat czekolada dla Mamy i Taty:) 

sobota, 13 lipca 2013

Piątek zaczął się koszmarnie. O 1 w nocy Antek przyszedł do naszego łóżka - zarzucił mi obie nogi na plecy, przylgnął do szyi i kaszlał mi w kark. Z przodu Pola szarpała się przy cycku, a ja jak w pułapce, odrętwiała, zakleszczona przez własne potomstwo, marzyłam, aby wstać i wyjść. Dokądkolwiek. Obudziłam się obolała i niewyspana, ze stanem zapalnym piersi. I cała dzień już był taki podły - Pola płakała, ja się wściekałam, za oknem deszcz. 

Dopiero wieczór mnie jakoś ukoił - bachorzęta - jak je nazywa Endrju - usnęły, a my piliśmy wino, zajadaliśmy smakołyki, a zamiast pieszczot, Endrju przykładał termofor mi do piersi i rozmasowywał mleczne guzki. 

 A sobota - dla odmiany - bajka!
Obudziłam się jak nowonarodzona.
Antek spał do 9 rano, więc zdążyłam zrobić mu poranną niespodziankę - jego ulubione naleśniki z czekoladą. Gdy tylko otworzył oczy, wykrzyknął:
- Mamo! Czuję zapach naleśników!
Polcia spała, Endrju poszedł pobiegać, a ja miałam wreszcie czas, żeby pobawić się tylko z Groszkiem. Rysowaliśmy, czytaliśmy książki (Nasze ponadczasowe hity to Kotek Splotek, Baranek Bronek i Binta), budowaliśmy miasto.
W międzyczasie zrobiłam pierwszy raz pana cottę, którą uwielbiam i która na stałe wejdzie do mojego słodkiego repertuaru. (przepis banalny!)
Potem sympatyczny jubileuszowy  rodzinny obiad  na Przystani, gdzie zawsze jest smacznie i przyjemnie, bo ile jest w Polsce knajp leżących na pomoście?
I na koniec radosna wizyta Pawła i Agi z Warszawy.
A dzieci cały dzień uśmiechnięte i anielskie.

Teraz Endrju powędrował na browara z Pawłem, a ja słucham Trójki z Węgorzewa i nie robię nic specjalnego. Ale i tak mi pysznie:)



 

czwartek, 11 lipca 2013

Kochani! Właśnie ostatnia Mysz znalazła swoich Właścicieli!

Zamykam zatem akcję, a nowych Myszowych Opiekunów bardzo proszę o cierpliwość.

Teraz jeszcze: rozlosować, zapakować, zaadresować i Myszy są Wasze!

Bardzo się cieszę i mam z tego o wiele większą frajdę niż przypuszczałam!
Dzięki:)

Kochani! Donoszę na gorąco, że jeszcze zostały trzy bezpańskie Myszy.
I zapraszam do akcji:)
środa, 10 lipca 2013

No nareszcie!
Zamówiona ponad miesiąc temu torba z
Pracowni Zuzi Górskiej dotarła!

Jakby ktoś miał wątpliwości, zakup ten idealnie wpisuje się w moje minimalistyczne działania. (Grunt to sprytnie łączyć ascezę i zakupoholizm:)

Bo... kupiłam tę torbę po to, aby pozbyć się wszystkich innych, no, większości:)

Pozornie brzmi nielogiczne, ale uwierzcie, że przyświeca mi bardzo sensowna idea, aby teraz kupować tylko TRWAŁE i UNIWERSALNE ubrania/dodatki/buty - żeby można je było nosić do wszystkiego i aż do zdarcia.

Zobaczymy, czy torba się sprawdzi w tej roli.



poniedziałek, 08 lipca 2013

Dzięki Waszej inspiracji ogłaszam akcję
KTO CHCE MYSZĘ!

Myszy jest 13.
2 zostawiam sobie - pierwszą i tę, która była tworzona na mój wzór i podobieństwo.
1 zostawiam dla osoby bliskiej memu sercu i pewną wyjątkową okazję.

Zostaje dziesięć Myszy do rozdania.

ZASADA JEST PROSTA
Każdy, kto ma ochotę, aby jedna z Myszy zapukała do jego drzwi, musi wykonać następujące czynności.
1. Wybrać organizację non profit, którą ma ochotę wesprzeć.
2. Wpłacić na konto organizacji minimalną kwotę 10 złotych (można więcej w zależności od zasobności i chęci)
3. Wysłać do mnie maila z potwierdzeniem wpłaty (pdf z konta, fotka kwitku, cokolwiek) oraz swoim adresem pocztowym (
agnieszka.kacprzyk@go2.pl)
4. Oczekiwać na Myszę, która zostanie wysłana najpóźniej w ciągu dwóch tygodni od zakończenia akcji.
5. Akcja trwa do 15 lipca 2013.
6. Nie przyjmuję zamówienia na konkretne Myszy, trzeba zdać się na rękę losu. (Czyli moją:))
7. Jeżeli Myszy rozejdą się przed upływem terminu akcji, poinformuję na blogu:)

ZAPRASZAM WAS SERDECZNIE
- Kto pierwszy ten lepszy!

A oto i one:

Kto chce poznać je bliżej musi się cofnąć do roku 2010 i 2011 - wtedy co miesiąc kochana Norte wysyłała mi kolejną Myszę*.

*w tym przypadku błąd gramatyczny (Myszę zamiast Mysz) jest zamierzony:) 

niedziela, 07 lipca 2013

RELAKS W KAMIENIOŁOMACH
Tak to jest jak kobieta-wyzwolona, nowoczesna, ba! feministka, bierze się za sprzątanie.
Bo dziś dla odmiany to Endrju poszedł na długi spacer nad Długie, a ja zabrałam się za ogarnianie mansardy.
Efekt? Podłe zakwasy i cholerny ból prawej ręki - od dłoni aż po ramię.

Ale fajnie było. Tak dawno nie sprzątałam, że zapomniałam, jakie to relaksujące. Zaraz się okaże, że nawet kamieniołomy to rozkoszna ucieczka od trudu macierzyństwa:) Ale coś w tym jest - momenty, kiedy moja ukochana córcia znika z moich oczu, przynoszą mi ogromną ulgę. I to nie dlatego, że jest źle. Jest bosko. Ale ta nieustanna koncentracja na niej i tylko na niej mnie wykańcza - fizycznie i psychicznie.

MIAŁAM PISAĆ O WEEKENDZIE...
weekend był spokojny - Antek sporo czasu przeleżał w łóżku, bo chory, zaś wieczorami odrabialiśmy z Endriuszą zaległości w gadaniu i pieszczotach. Gdzieś w międzyczasie były spacery i wizyta Mirka, który wpadł do nas ze swoją narzeczoną (tak, tak, my też nie możemy uwierzyć).

MINIMALIZMU CIĄG DALSZY
Muszę lepiej przemyśleć swoją kiełkującą minimalistyczną filozofię, bo w ferworze wietrzenia szafy wyrzuciłam wszystkie spodnie dresowe. W związku z tym w piątek biegałam w zbyt ciepłych szarawarach, a w sobotę w spódniczce. Ten drugi strój całkiem wygodny, ale wśród superprofesjonalnie wylansowanych joggerów zjeżdżających nad Długie z całego miasta i okolicy wyglądam jak kosmitka.

Kolejny krok minimalistyczny:
rozdać kolekcję ukochanych Myszy, zrobić bezlitosną selekcję butów i ograniczyć garderobę dzieci.

Pomysł na to, co zrobić z tysiącami naszych książek nabiera rumieńców. 

PIERWSZE OBRAZKI
I najważniejsze!
Moja bajka dla dzieci napisana tuż przed porodem doczekała się pierwszych ilustracji. Są takie, o jakich marzyłam.
Teraz krok najtrudniejszy - wydawca.  

Na tym zamykam dzisiejszy worek luźnych myśli. Dobrego poniedziałku!





i ja w obiektywie Antka:


- Mamo uśmiech!
[uśmiecham się]
- Bardziej!
[strzał migawki]
- a teraz zdejmij okurary!
[stał migawki]
- mama bez okurarów to kiepskie zdjęcie

sobota, 06 lipca 2013

Wizyta u mojego doktorka. Ja na fotelu ginekologicznym, on z wziernikiem w dłoni: wspominamy stare dzieje.
- A czy wiesz doktorze, że my się znamy 16 lat?
- Tak, tak...i już wiem, dlaczego żyjesz w konkubinacie.
- ???
Doktorek uśmiecha się szelmowsko:
- Bo tak naprawdę kochasz mnie!

Wychodzę:
- To, co spiralę zakładamy?
- Hmm, muszę się na to mentalnie przygotować.
- Jeśli chodzi o mój interes, to wolałbym kolejną ciążę!

piątek, 05 lipca 2013

Czego matka nie zrobi, żeby uciec od własnych dzieci?
Po dwóch dniach w ich towarzystwie - z ulgą opuściłam mansardę i zbiegłam po górce nad jezioro. 
Męka biegacza w porównaniu do rodzicielskiego znoju to pestka.

Jeśli wszystko jest po coś, to te dwa trudne dni na łóżku były po to, abym przypomniała sobie, jak cudnie być w biegu. 

W słońcu, na wietrze, z rozpuszczonymi włosami.

Bosko!
Nie masz motywacji do biegania?
Pewnie masz za mało dzieci:)

Rozmawiamy o uczuciach:
- Powiedz mi, kiedy jesteś wesoły?
- Jak mi opowiadasz historyjki! Na przykład o ścianie co jechała autobusem.
- A rozgniewany?
- Kiedy się z tatą o coś kłócicie, a ja muszę się wtedy na was denerwować.
- A szczęśliwy?
- Gdy nie ma żadnej awarii ani pożaru.
czwartek, 04 lipca 2013

Ugrzęzłam w tym macierzyństwie na dobre - Antek chory został dziś w domu. Od rana do wieczora z dwójką na karku to nie lada wyzwanie. Żeby przetrwać - trzeba zapomnieć o sobie. Karmię, usypiam, noszę, a w międzyczasie: Mamoo, włącz bajkę! Mamoo przykryj mi nóżki! Mamooo poczytaj! Mamoo zrób sok! Mamoo pobaw się ze mną.


50 lat temu matki wychowywały szóstkę i jeszcze w polu robiły, ale kto wtedy liczył się z potrzebami dzieci? Byle by nie chodziły głodne.
Do dziś nie zapomnę zwierzeń jednej pani, która opowiadała, że gdy szła w pole, przywiązywała syna do stołu, żeby sobie nie zrobił krzywdy, zostając sam w domu.
Teraz opiekowanie się dwójką to moim zdaniem wyczyn.
Dlatego po dzisiejszym dniu czuję się wyczynowcem:)

Ugrzęzłam w tym macierzyństwie - i lecę trochę jak na wstrzymanym oddechu. Trenuję się w chwytaniu cudów codzienności, i nawet mi wychodzi, ale bycie matką to nie jest moja pierwszoplanowa rola. 

Dzieci są dla mnie najważniejsze, lecz nie macierzyństwo buduje moją tożsamość.

Dziś dostałam esemesa do Ramsika:
Śniło mi się, że pojechałyśmy razem do Wietnamu pociągiem. I tu, w tym pociągu, zioło hodowałaś:)

Odpisałam:
haha! Wszystko przed nami, musimy tylko doczekać do emerytury:)

Ale w cichości ducha liczę, że kiedy opadnie mgiełka prolaktyny, wsiądę w pociąg do innego życia.

Choć szalenie kocham te dwa szkraby, podomka Matki jakaś na mnie za ciasna.



żeby ułatwić sobie zadanie, zarządziłam, że dziś łóżko jest okrętem zdrowia i nie można opuszczać pokładu. Dzięki czemu miałam wszystkich i wszystko na wyciągnięcie ręki lub nogi. A kiedy leżę, i karmię, i ruszyć się nie mogę, trenuję chwytność stóp:)

środa, 03 lipca 2013

                                                                       Ten wpis dedykuję Ani

Dawno, dawno temu, choć to wcale aż tak dawno nie było, nosiłam w sobie dziewczynkę głodną bezwarunkowej totalnej miłości. Marzyłam, aby ktoś wszedł w moją skórę i mocno mnie przytulił, od środka.
Ten głód podszyty był lękiem - nie umiałam sobie wyobrazić, że ktokolwiek naprawdę, ale tak naprawdę, zdoła mnie pokochać. Ten strach nie pozwalał mi nikomu zaufać, nikomu się oddać - w relacje z mężczyznami wchodziłam jedną nóżką, a drugą bezpiecznie stałam na innym lądzie. Miewałam chłopaka, kochanka i jeszcze tuzin rezerwowych. I wcale nie gasiłam nimi mojego rozbuchanego temperamentu, nie karmiłam też wybujałego ego, ale po prostu koiłam drżące serce. Oni przygarniali tę moją małą dziewczynkę, która dygotała we mnie - papierowej wojowniczce.
Och, w tych szerokich ramionach, mocnych, silnych, mogłam wreszcie poczuć się drobniutka i słaba, a one tak słodko otulały!

Od jakiegoś czasu sama próbuję tulić się od środka.
Już wiem, że nikt tego nie zrobi lepiej ode mnie.
Złagodniałam.
Mniej wojuję. Ale i mniej drżę. 

Już prawie przestałam się bać.
Przecież zawsze ktoś będzie mnie kochał.
Ja. 

Ale to lekcja, która wciąż trwa, czego dowodem jest ta ilustracja - na jej widok moje serce aż piszczy z radości.


 
1 , 2