..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012

Hop, hop!
Hola, hola!
Hulaj dusza, piekła nie ma, czyli... zaczynam urlop!

Jutro ostatni dzień logistyczno-organizacyjny i jedziemy w Beskid Niski do pewnego zaprzyjaźnionego czarodziejskiego domu na końcu świata.

Możecie na tydzień zapomnieć o mojej skromnej osobie i omijać przystanek pr0myczkowo, bo zamierzam całkowicie odciąć się od szatańskiego Internetu-samo zło i oddać się w ręce natury-samo dobro.

A gdybyście byli w okolicy - dzwońcie! Fajnych gości przyjmę jak u siebie:)

Na pożegnanie mój osobisty "regał ostatnich tchnień", czyli książki na wygnaniu - nasza kolekcja z ostatnich sześciu lat.

wepchane po dwa rządki, coś koło tysiąca.
Prawa strona moja, lewa Endriuszy.
***
i anegdota olimpijska.
Oglądamy z ojcem mecz Agnieszki Radwańskiej.
ja: Niemka ładniejsza.
tata: Ładniejsza. Ale Radwańską też można by zrobić. Wystarczyłaby dobra witrażystka.

sobota, 28 lipca 2012
Przeżywam dejavu.
Cztery lata temu też leżałam w pustym pokoju na podłodze.

Rewolucja remontowa wystartowała. Głównym celem jest zwiększenie kubatury - zadanie iście czarodziejskie:))

Z bólem serca zrobiłam dziś selekcję moich książek. Znowu kolejna wielka partia wyjechała na wieś, a ja zostawiłam sobie skromną setkę. Wiecie, jak trudno okroić podręczny księgozbiór do stu książek?

Beletrystyka kobieca, ta najważniejsza, czyli Gretkowska, Jelinek -  koniecznie, publicystyka - Środa, Dunin, Graff - obowiązkowo, kobiety, które mi pomogły, czyli Kasia Miller, Maja Storch - muszą być pod ręką. A jeszcze ukochana Osiecka i Szymborka, i oczywiście Sylwia Plath i Aglaja Veteranyi wraz z całą serią Czarnego. I bezdyskusyjnie trzeba zostawić kobiety rysujące, czyli Marzi, Persepolis i Projekt-dziecko by Endo.


A jak się rozstać z książkami genialnymi - jak choćby Widnokrąg Myśliwskiego? Nie ma mowy. Doskonałe reportaże być muszą, bo są jak okna na świat. A sentymentalne prezenty: Smak języka, Siddhartha Hessego czy zeszyty Ciorana - przecież nie mogę im powiedzieć "do widzenia".


Ale żeby nie było  - kilkaset książek jednak wysłałam na wygnanie. Po raz pierwszy od 15 lat przecięłam pępowinę i oddelegowałam na wieś Pippi Langstrumf i całą Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz. Wcale nie dlatego, że wydoroślałam. Akurat te książki mam tak głęboko w pamięci, w głowie i w sercu, że już nie potrzebuję mieć ich na półce.

Może kiedyś nadejdzie taki dzień, że wszystkie literackie koła ratunkowe
będę miała w sobie, ale na razie niektórych potrzebuję na wyciągnięce ręki, pachnących papierem i farbą drukarską.

Na nowy początek niech będzie setka.
I tak zaraz się rozrośnie:))



piątek, 27 lipca 2012
zawsze dopiero podczas choroby doceniam ten banał, że zdrowie jest najważniejsze. I wtedy myślę sobie, że przecież zdrowie to jedyny warunek szczęścia, cała reszta ma mikroznaczenie.

Myślę o tym o 23, o 2 i 3 w nocy, kiedy omdlewam na chłodnych kafelkach łazienki, między jednym a drugim wymiotem. Czuję się wymięta i upodlona jakimś przeklętym wirusem, który najpierw powalił Antka, potem Endriuszę, a teraz mnie.

W krótkich letargach snu śni mi się, że zjadam sowy.



środa, 25 lipca 2012
Jezuu, jak ja przebieram nogami do wakacji!
Moje firmowe Alcatraz (kto widział, ten wie, o czym mowa:)
to miejsce fajne, ale nie latem, do cholery! Latem powinien być powszechny zakaz pracy.

Ale jeszcze tylko pięć dni i na trzy piękne tygodnie stanę się wolnym człowiekiem. Więc przebieram nogami, cieszę się jak dziecko i już teraz unoszę się niczym obłoczek - z radości i z niecierpliwości.
A gdy się już rzucę w objęcia lata, to będę to lato pochłaniać łakomie i pazernie aż przedawkuję i padnę:)

Z innej beczki:
Odkryłam fajny serwis filmowy dla tych, którzy chcą w jeden wieczór upchać, co się da. Serwis z krótkometrażowymi filmami Szkoły Wajdy. Niektóre już znam (Aria Diva - polecam), inne oglądam z przyjemnością.
Dziś wzruszyłam się na filmie "Jak to jest być moją matką", który dedykuję  Krzyśkowi V. On już wie, dlaczego:))

http://kinoplex.gazeta.pl/specjalne/18,116212,10087315,Jak_to_jest_byc_moja_matka.html


namiastka wakacji w robocie:)
poniedziałek, 23 lipca 2012
Przepis na dobry dzień?
Rozpocząć go i zakończyć pływaniem:)

Rozlewa się we mnie spokój, jakbym wpłynęła wreszcie na szeroką wodę, a pomyślny wiatr wiał mi prosto w skrzydła.

Mam na co czekać.
Za tydzień zaczynam wakacje i remont mansardy, Groszek niebawem pójdzie do przedszkola, Endrju otwiera nowy rozdział w życiu zawodowym, a ja skończyłam pisać powieść i powoli uwalniam głowę, .

Mam czym żyć.

Lubię moje dziś i niecierpliwie czekam na jutro.


ps. A o COSIU mam nadzieję już wkrótce:)

niedziela, 22 lipca 2012
Siadam do weekendowego raportu i z trudem przypominam sobie, co się działo. Może dlatego, że nie działo się prawie nic:)

Było trochę pływania i spacerowania w słońcu, były leniwe popołudniowe drzemki, były towarzyskie spacery sobotnio-niedzielne, był wieczór z dziewczętami, na którym wykluł się tytuł mojej piątej nienapisanej jeszcze powieści. A brzmi on: "Dziwne przypadki Marty Miś":)

I tak naprawdę nie działo się prawie nic.
Gdyby nie fakt, że wydarzyło się wielkie COŚ.
I chwilowo tak naprawdę tylko tym żyję:)






czwartek, 19 lipca 2012
Miałam wczoraj jechać służbowo na Mazury,ale robota zatrzymała mnie na miejscu, dzięki czemu zyskałam dodatkowe popołudnie.
To jakby dostać jeden dzień życia więcej.


Zabrałam Groszka do kina (niestety bardziej od filmu podobały mu się reklamy), poszwendaliśmy się po CH, bo Antek uwielbia wózkosamochody, potem pobiegłam popływać - sama samiuteńka pod płaszczem czarnych chmur i w zimnej jak na lipiec wodzie - 18 stopni,  a na koniec zafundowaliśmy sobie jeszcze wieczorne zakupy, drocząc się z Endriuszą o listę zakupów zakazanych. (Endrju ma zakaz kupowania mojej ulubionej czekolady i ulubionych czipsów żeby mnie nie kusiło).

Wróciliśmy do domu po dwudziestej, Antka rozpierała energia, mnie też i tylko Endrju nie wiedzieć czemu jakiś wykończony był. A mi było tak zwyczajnie, tak dobrze. Bo dobrze mi było krzątać się po domu - zrobiłam zapiekankę z bakłażanów i fety, i sałatkę na dziś do pracy, i porządek w lodówce.

Wczoraj nic nie mogło mi sprawić większej przyjemności niż domowa krzątanina.

A dziś mam ochotę na coś zupełnie innego.
Na szczyptę gadania, na kochanie i na dobry film.
Zobaczymy, co przyniesie dzień.


Antek wraca do domu z moją walizką:)

***
Jeszcze do niedawna Antek zasypiał o 20.00, a ja miałam dla siebie 3 godziny świętego czasu.
Potem zaczął zasypiać o 21.00 i zostały dwie.
Teraz pada przed 22.00 i mój czas skurczył się tak, że właściwie nic mi nie zostało ze świętych cudnych wieczorów. Więc tłumaczę Groszkowi, że po 21.00 niezależnie czy on śpi, czy nie, to jest już czas dla mnie i jeśli nie chce spać, to musi się sam sobą zająć, bo tata czyta książkę, a mama pisze książkę.

Wczoraj około 22.00
- Antek może poszedłbyś już spać?
- Nieeee, ale nie bede pseskadzać tatusiowi i, i, i..mamusiowi!


wtorek, 17 lipca 2012
Wyobraź sobie że zawsze masz czas
Wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz
Wyobraź sobie że możesz tak stać
Nad głową zorze i miętowa mgła

Wyobraź sobie że zawsze masz czas
Jak duch symetrii rozpięty na drzwiach
Nikt ci nie powie jak długo ma trwać
Pogodny letarg w pół kroku do gwiazd

Wyobraź sobie że zawsze masz czas
Nie musisz jeść i nie trzeba też spać
Nie trzeba myśleć nie trzeba się bać
Nie trzeba nic tylko trzeba mieć czas

Wyobraź sobie że zawsze masz czas
I kołysz się w miętowej mgle
Jak konik morski nad malachitowym dnem


śpiewa Lech Janerka, a tekst ten trafia w najczulszy punkt współczesności. Znam ludzi, którzy mają świetną pracę, dużo forsy, przyjaciół, talenty i pasje. Ale nie znam nikogo, kto ma czas. Czas to największe dobro, największy luksus.
Dla mnie nieosiągalny. Bo moje życie jest od-do. Moja doba jest jak puszka sardynek, wszystko upchane, na ścisk. Takie czasy i taka moja natura. Czasem jej szczerze nie znoszę. Szczególnie, gdy już padam na twarz, a ostatnimi resztkami sił planuję jeszcze wypad do knajpy, spotkanie z przyjaciółką, spacer ze znajomymi, no i zakupy przydałoby się zrobić, a kiedy popływać? Pływanie musi być.

Przypomina mi się anegdota o Szymborskiej.
Ponoć, kiedy panie Bikont i Szczęsna pisały jej biografię, co jakiś czas się z nią widywały. Na jednym ze spotkań, spróbowały umówić się na kolejne. Szymborska otwiera kalendarz, a tam cały tydzień puściutki poza jednym drobnym spotkaniem. Zamyśla się, patrzy na te białe kartki z jednym zapiskiem i mówi wreszcie:
- Następny tydzień nie dam rady. Jestem bardzo zajęta.

:)


A czy ktoś z Was ma czas?



zbieranie kamieni w Łynie, gdyby nie to, że w pospiechu,
mogłoby być bardzo kontemplacyjne.


poniedziałek, 16 lipca 2012
Rozczarowania są jak szpilki wbijane pod paznokieć.
Boli bardzo.
Boli chwilę.
Mam kilka gigantycznych wad. Jedną z nich jest niecierpliwość. Nie umiem czekać. Jak sobie coś umyślę, to chcę już, natychmiast. Nie lubię nie mieć wpływu na rzeczywistość - kosmos, pogodę, fizjologię i kurs franka. Dlatego kiedy świat nie spełnia moich wyobrażeń, wtedy przez chwilę czuję to cholerne ukłucie o gorzkim smaku porażki. Znów wygrał kosmos nie ja.
Ale mam też kilka gigantycznych cnót. Jedną z nich jest elastyczność, a drugą zwykła radość istnienia. Otrząsam się z bolesnych rozczarowań jak pies po wyjściu z jeziora. Podnoszę się ze smutku, bo nie umiem w nim trwać. Porażkę przekuwam na szansę.

W bilansie wad i cnót ostatecznie wychodzę na plus.
Ślad po szpilce to kropka, przede mną ocean jutra i stos nieznanych scenariuszy. Dopóki jest kilka dróg, dopóki jest kilkoro drzwi, nie warto płakać nad jednym ukłuciem. A jeśli płakać, to krótko. Tak jak ja dziś:)



***
kilka minut po napisaniu tego tekstu, zdarzyło się coś zupełnie na przekór. Nagroda za cnotę radości istnienia? Może, może...

niedziela, 15 lipca 2012
Mimo mojej wielkiej miłości do Grabaża, muszę przyznać, że to Lech Janerka naprawdę dał czadu. Uwiódł mnie, choć nigdy nie byłam jego miłośniczką. Muzycznie - majstersztyk. Nastrojowo- mistrzostwo.
Popłynęłam i rozpłynęłam się.
A potem dobre fale poniosły nas do Pozytywki, gdzie był wyjątkowo cudny wieczór - mieliło się i mieszało, a ja to uwielbiam. Uwielbiam spontaniczną i lawinową energetyczną dyfuzję. Do tego na letnim bruku.

Zaś następnego dnia pojechaliśmy do Tymisiów chilloutować się w lesie.
 To był nasz pierwszy wyjazd, kiedy Antek bawił się już jak chłopiec i miał wolność chłopca, a nie niemowlaka. Sam decydował, gdzie się bawi, kiedy i co je, kiedy idzie spać. Radzi sobie świetnie, a zapatrzony w idola Tymka, chce mu dorównać na każdym kroku.

Gdy dzieciaki położyły się spać, nabraliśmy wreszcie alkoholowego tempa, ożywiając się copywriterską burzą mózgów. Szukaliśmy dobrej nazwy do Marty projektu. Awangardowych pomysłów mamy bez liku, a po prostu dobrych - znacznie mniej:)

Rano kawka, jajecznica by Tomek, gadu-gadu na słońcu i transfer na wieś - do rodziców - na dalszy ciąg chilloutu. Fajnym akcentem była wizyta Magdy, Marka i małego Maksa, a boskim finałem weekendu - pływanie.
Po kilkudniowej przerwie to  doznanie niemal ekstatyczne.

A jutro Wawa. Jak mi się nie chce, to tylko ja wiem.





piątek, 13 lipca 2012
- Kochanie, gdybym nie była z Tobą, wyszłabym za Grabaża, więc sam rozumiesz...Muszę iść na ten koncert - powiedziałam w progu i pomknęłam na starówkę.

Jeśli chodzi o literaturę i muzykę, to jestem stuprocentową monogamistką.
W Grabażu zakochałam się w wieku 19 lat i trzyma mnie do dziś:)

Wczorajszy koncert był fajny, bo nie mogło być inaczej, ale wydaje mi się, że chłopcy nie dali ognia. A może to  tylko moje złudzenie? Bo Grabaż nie zaśpiewał  ulubionej piosenki "Chory na wszystko"?

A może dobrze, że nie zaśpiewał "jestem chory na wszystko kochana..", bo jeszcze rzuciłabym się na scenę, aby go ratować?

Tak, tak, Grabaża mogłabym ratować.
Ale na razie ratuję siebie. Zbieram energię na wieczór. Dziś Lech Janerka:)

a to: poranek po koncercie...

środa, 11 lipca 2012
Czego Jaś się nie nauczy...

Od jakiegoś czasu uczę Endriuszę, że gotującemu miło jest, gdy otrzyma informację zwrotną na temat tego, co upichcił.


Po niedzielnym obiedzie u moich rodziców pytam:

- Smakował Ci chłodnik mamy?
- Bardzo!
- To czemu nie powiedziałeś?
- A kiedy? Przecież jadłem!

Wczoraj przy obiedzie nastąpiła poprawa:

- Wiesz kochanie, pyszne kotlety zrobiłaś!
- Dziękuję, miło jest czasem usłyszeć komplement.
- Ale ja Ci codziennie mówię komplementy.
-  Miło jest usłyszeć komplement, który nie dotyczy moich piersi.
- Nie przesadzaj! O tyłku też często mówię!

:))

wtorek, 10 lipca 2012

Rano jezioro jest gładkie, dopiero się budzi po długim śnie, a jeśli się marszczy to leciutko, na widok wschodzącego słońca. Wieczorem zaś poorane motorówkami, rozdrażnione po całym dniu goszczenia mieszkańców - burzy się, faluje, walczy.

A ja walczę z nim.


Uzależniłam się od pływania jakbym chciała napływać się na zapas, nasycić się letnią jeziorną ucztą, uzbierać całą spiżarnię tej pływackiej rozkoszy.

A na zdjęciu: Antek o poranku, w drodze do niani.
- Mamusiu, jak uwazas, dziś łania pogoda jest?



W niedzielę kupiliśmy mu w Realu czerwone kaloszki za jedyne 15 zł.
Antek był bardzo przejęty prezentem i założył zaraz po przyjściu do domu.
O szóstej rano pobiegł do szafy, wyciągnął je i zaczął prowadzić monolog:
- Cerłone kaloszki są siuper! Do ogródka pójdę. To będzie spaniałe!

Miewam jeszcze przebłyski podobnej radości z drobnych niekoniecznie drogich przedmiotów i tak sobie myślę, że to wielka strata przestać się cieszyć z czerwonych kaloszków.

I na koniec zagadka translatorska:

- Mamo, ty lubisz kepucz?


poniedziałek, 09 lipca 2012
Oj, jaki ten weekend był pyszny!
Ale od początku.

Najpierw była sobota.
A w sobotę pojechaliśmy na grilla do Słup (Słupów?) do Ali Elficy, z którą ostatni raz dłużej gadałam dziesięć lat temu. Lecz tak jak przypuszczałam - dobre fundamenty z młodości  to solidna rzecz i czas ich nie jest w stanie zniszczyć. Więc z Alą Elficą od razu było fajnie i tak jakbyśmy nie dalej niż wczoraj siedziały w namiocie na kanadyjce, machając nogami w harcerskich getrach. A kiedy to było!

Ugoszczono nas jakbyśmy wrócili po latach do domu. Rodzice Ali okazali się bardzo otwarci i ciepli,  brat przystojny, że ho, ho, a bratowa - Monika - opowiedziała nam kilka rewelacyjnych historii. Dzieciaki (Antek, Pola i Maja) zajęte były sobą, a my jedliśmy, piliśmy, gadaliśmy i pysznie nam było.

Wyjechaliśmy obładowani upominkami i popisową maminą szarlotką, a Antek  - na dokładkę - wyłudził jeszcze kilka monet.


***
- Mamusiu Ty idziesz na bal? - zapytał mnie Antek, kiedy założyłam sukienkę na wieczorne wyjście.
- Idę do miasta na taki mały bal - odpowiedziałam.
- I będziesz tańczyć?
- Może..

Ale tym razem nasz bal ograniczył się do piwnego szlaku, czyli Starej Warszawskiej, Awangardy Bis i Pozytywki. Jak zawsze spotkaliśmy z Endriuszą kilka znajomych twarzy, pogadaliśmy we dwójkę, co między poniedziałkiem a piątkiem bywa dość zdawkowe i  przed pierwszą - grzecznie- wróciliśmy do domu, wdychając zapach śpiącego lipcowego jeziora. 
 


A w niedzielę odpoczywaliśmy na wsi. Była rekreacja na pontonie, kilka drobnych powodów do chichotania i wyborny chłodnik Mamci.
Weekend pożegnałam pływaniem i piwkiem nad jeziorem.
Żyć, nie umierać.


Antek śpi na kanapie w salonie, ja - po obiedzie - kładę się na chwilę obok niego, żeby odsapnąć.
Tata: (z balkonu) słyszysz jak śpiewa? Chodź, pokażę Ci pliszkę [albo jakiegoś innego ptaka - nie pamiętam]
ja: Nie ma mowy, nie podnoszę się.
Tata: Ech, wiesz co?! Ty to w ogóle nie jesteś ciekawa świata!
Mama: Nie jest ciekawa!? Toż ona tak żyje, jakby za dwa dni miała umierać.

Umierać nie zamierzam, ale żyć, jakbym umierać miała - tak.
Inaczej nie potrafię:)
piątek, 06 lipca 2012
Wreszcie weekend. Po dwóch dniach w rozgrzanej do czerwoności Wawie, z ulgą wracam na warmińskie zadupie. Od jutra będę się relaksować i nic nie muszę, nigdzie nie pędzę. Stuprocentowy chillout.

A tu zagadka dla warszawiaków.
Gdzie to?





środa, 04 lipca 2012
Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać,
chcę tylko wędrować po pastwiskach nieba,
białozielone obłoki zbierać,
nie chcę nic więcej, nie chcę nic mniej.

Są jeszcze brzegi na których nie byłam,
są jeszcze śniegi, których nie wyśniłam.
Są pocałunki na które czekam,
listy z daleka, drogi pod wiatr...


To jedna z moich ulubionych piosenek Osieckiej, znacie?


Przeżywam jakiś totalny spadek energii, jestem słaba, wiotka, jakby ktoś wyssał ze mnie całe życie. I zamiast się temu poddać, odetchnąć, zwolnić, ja wkurzam się na siebie, na tę niemoc i na tę bezsilność.
Bo przecież tyle jest do zrobienia, tyle do przeżycia, tyle do posmakowania, a ja zwyczajnie nie mam siły - moje ciało odmawia współpracy, moje powieki ważą kilogram, moje serce telepie się we mnie i błaga o litość.

Więc idę spać, choć nie chcę spać:)
Dobrej nocy Kochani.

Jutro Wawa, poproszę o dużo dobrej energii na najbliższe dni.




wtorek, 03 lipca 2012
Próbuję się zdiagnozować, bo to jedyne, co mi wychodzi.

W ciągu ostatnich kilku lat wiele się o sobie dowiedziałam. Ale między WIEDZIEĆ, a CZUĆ rozpościera się wielka przepaść. Dla mnie nie do pokonania.

Bo cóż z tego, że w
sferze świadomości - milowe susy, jeśli w sferze ekspresji tylko niewielki krok ku powściągliwości (choć słowo "powściągliwość" pasuje do mnie jak pięść do oka), zaś w sferze emocji wciąż totalny chaos - może nawet większy niż kiedyś.

Jestem kłębkiem rozmaitych emocji. Wiem o sobie dużo, umiem nazywać słabości, doskonale widzę, kiedy stery nade mną przejmuje mała niegrzeczna dziewczynka, a kiedy głodne bezdomne serce, czuję, jak tupie we mnie brawurowa Pippi albo drży księżniczka bez rąk, która nie umie siebie przytulić. Euforia toczy bój ze zmęczeniem, wiara z cynizmem, huraoptymizm znęca się nad strachem.

A ja bym dziś chciała wyjść z siebie, stanąć obok i na spokojnie
z uśmiechem przyglądać się temu spektaklowi. Bo z pozycji widza to wszystko jest lekkie jak piórko, a ja to noszę w sobie jak worek cegieł:)

Kup pan cegłę ode mnie i oddaj skrzydła. Ale już!




poniedziałek, 02 lipca 2012
Nie ma jak zaprosić przyjaciół na urodziny w klimacie KICZ&KOLOR i... zapomnieć o przebraniu, a potem zdziwić się, czemu Goście się tak dziwacznie wystroili :))

Albo  namówić wszystkich na wielkie puszczanie lampionów-nielotów, które zamiast w górę szybują w dół.

Nie ma jak zorganizować dwie imprezy urodzinowe i nad ranem paść ze zmęczenia, aby obudzić się nazajutrz grubo po 13.00.

To był intensywny i cudny czas. Dziękuję!

Bo tak naprawdę nie ma jak świetni ludzie wokół, dobra pogoda, smaczne jedzenie i biesiadowanie do świtu.
Och, jak mi było dobrze, to tylko ja wiem:)


PIERWSZA ODSŁONA -
POPOŁUDNIOWY PIKNIK RODZINNY:
w rolach głównych: Iwa z Wiktorem, Iwa Ż z mężem i Martynką, Ala z Amelką i Anielką, Monia, Szymon i Tymek, Emila, Łukasz z Asią.


DRUGA ODSŁONA - WIECZORNE PARTY DLA PEŁNOLETNICH, i tu:
Piotr z Kamillą, Asia i Marek, Ola, Marta, Ramsik i Duchu

niedziela, 01 lipca 2012
Kochani,
w wieku 32 lat świat jest równie piękny, jeśli nie piękniejszy.
O tym napiszę jutro:)

A dziś dziękuję bardzo za ogrom życzeń - na blogu, na fejsie, w esemesach i telefonach.

Na dobranoc genialny tekst Tomka po finałowym meczu:

- Ufff, dobrze, że Polska nie grała w finale, bo to byłby dopiero obciach tak przegrać cztery: zero.

:)))