..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 lipca 2011

Kobiety zabierają na wakacje różne dziwne przedmioty. Czasem jest to prostownica do włosów, a czasem pralka. Lakier do paznokci, lakier do włosów, szpilki lub telewizor.

Ja nie wzięłam nic z tego.

Wzięłam przedmiot jeszcze bardziej absurdalny.

Endrju, gdy to zobaczył, najpierw oniemiał, a potem postukał się w czoło. Próbował jeszcze protestować, ale uparłam się.

Zaznaczę, że jest to przedmiot, który znajduje się niemal w każdym domu:))

ZAGADKA BRZMI:

CO AGNIESIA WZIĘŁA NA WAKACJE?:)

Rozwiązanie najpóźniej po 15 sierpnia, chyba, że gdzieś będzie net:)

czwartek, 28 lipca 2011

Kiedy z serca płyną słowa
Uderzają z wielką mocą
Krążą blisko wśród nas ot tak
Dając chętnym szczere złoto
I dlatego lubię mówić z Tobą
I dlatego lubię mówić z Tobą

Każdy myśli to co myśli
Myśli sobie moja głowa
Może w końcu mi się uda
Wypowiedzieć proste słowa

I dlatego lubię mówić z Tobą
I dlatego lubię mówić z Tobą

http://www.youtube.com/watch?v=Qv1rXTrukzE

Wróciliśmy z warmińskiej chaty, gdzie pierwszego wieczoru było tłoczno, wesoło i mocno alkoholowo, a drugiego kameralnie, cicho i leniwie.
Znów  przekonałam się, że mieszać nie powinnam - wiśniówka Doroty plus niepasteryzowane piwa są miksturą zabójczą.

Poznałam trochę ciekawych twarzy, ponabijałam się z Tomka i Marty, którzy tworzą przekomiczny duet, zjadłam kilka smakołyków i jak to określił Tomek: po prostu "endżojowałam się" pobytem na wsi.  

Pojutrze wyjeżdżamy na Węgry.
Czuję się trochę jak przed lotem w kosmos, ale jest to chyba najlepszy moment na wyjazd. Zasiedziałam się jakoś wewnętrznie i potrzebuję bodźca, który mnie z tego letargu wyrwie, obudzi, zainspiruje. Potrzebuję mocnego zastrzyku energii gdzieś z zewnątrz, bo moje zasoby nadwątlone.

Jadę po głęboki oddech, żeby coś zacząć, coś skończyć, zrobić krok do przodu, rozwinąć się, podbić nową galaktykę.

Jadę po olej napędowy dla duszy.

Bo oleju w głowie nie uzupełniam od dawna
 :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Wczoraj Pszczółek skończył osiemnastkę.
Całe półtora roku!
Jest taki fajny, uroczy, słodki, że nie mogę się nim nasycić, nacieszyć.
Może poza wczesnym porankiem, kiedy skacze nam po głowach i wsadza palce do nosa. Wtedy najchętniej bym go udusiła:)

A dziś był pierwszy dzień urlopu.
Dopóki nie wyjadę daleko stąd, nie poczuję się jak na wakacjach. Resztki odpowiedzialności brzęczą mi w głowie jak w ulu. Trudno wyrwać się z kontekstu i nie zostawić nic rozgrzebanego, w połowie.

Wieczorem wino z Tymisiową. Gadamy o tym, co zawsze. Jak zwykle bez odpowiedzi. Ale to nieważne. Niektóre wątki można mielić na okrągło i zawsze pojawi się coś nowego. Samo mielenie ma przecież wartość  - niczym wiejskie darcie pierza.

Jutro zaczynamy krótkie wakacje w Łupsztychu - kroi się tłoczna impreza.
Będzie się działo.
A zatem do czwartku, piątku, do kiedyś!








a Tymiś szuka odpowiedzi w... komórce:)


Dobry spokojny czas za mną, przede mną - mam nadzieję - też:)

PIĄTEK
Fajny wieczór w Pozytywce. Gadanie z Ramsikiem. Znów dotykamy ważnych tematów. Do tej pory myślałam, że niektóre z moich pragnień są totalnie odjechane, że priotytet pasji i chwili jest wynikiem moich fanaberii.
Na szczęście jest nas już dwie:)

SOBOTA
Jesienna aura. Nudzimy się na wsi, więc jedziemy z mamą i Antkiem na jarmark jakubowy. Ja kupuję sery i ceramikę u moich ulubionych niepełnosprawnych, a mama ogląda jakieś suche badyle do wazonu.
- Mam je kupić? - jeszcze się waha.
- Jak uważasz.
- Nie trzeba bać się piękna - przekonuje straganiarka. A potem dodaje: - Od rana siedzę i liczę wysokie i niskie kobiety. Wie pani, że wysokich jest więcej?

Deszcz wygania nas do centrum handlowego.
Przypomina mi się rozmowa telefoniczna jednej ze sprzedawczyń:
 - Idę do pracy, a tak mi się nie chce. Moja matka mówi, ciesz się, że nie ma słońca. W deszcz się łatwiej pracuje. A ja jej na to, matka, ty nie wiesz co mówisz. Kiedy pada deszcz to wszystkie oszołomy z miasta przychodzą do alfy na spacer.

Wieczorem wracamy do mansardy.
Przy winie próbuję wytłumaczyć Endrjuszy, że niektórzy mężczyźni mają tendencję do przesadnej odpowiedzialności, gubiąc przy tym fan. W odpowiedzi słyszę, że ja i moje koleżanki jesteśmy rozkapryszonymi księżniczkami.

NIEDZIELA
Z przerwami na smażenie Antkowi omleta, przygotowanie mleka i przewijanie, śpię do 12.0o.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się wylegiwałam.

Potem jedziemy na plenerowe urodziny mojego bratanka. Jest smacznie, wesoło, po prostu. 

Wieczorem gadanie na trawie wśród komarów. 

Nocą - wino z Endriuszą. Zaczynamy od ciężkiego kalibru, kończymy na planowaniu urlopu i obgadywaniu rodziny. Zasypiam lekkim głębokim snem. 

 






 ****


Z moim Kuzynem Mareczkiem na hamaku

piątek, 22 lipca 2011

Krótko, bo nie ma czasu.

Do jutra jestem słomianą wdową STOP Endrju w Wawie na kawalerskim STOP Wieczorem idę się poszlajać na miasto STOP Za 20 minut zaczynam trzy tygodnie urlopu STOP Jest dobrze STOP

***
ja: Kurczę, ale ten nasz Antek to fajny jest co?
Endrju: noo
ja: Z moim charakterem i Twoją inteligencją zawojuje świat!
Endrju: (z ubolewaniem) Biedny świat...

***
Myjemy się z Endrjuszą na poddaszu na wsi. Tam zawsze jest problem z ciśnieniem wody, która ospale ciurka z prysznica.

Endrju: Jak tak będzie lecieć, to będę się mył do rana...
ja: Zajęłoby ci krócej, gdybyś zmniejszył swoją powierzchnię.

***
Endrju: Wiesz.. byłabyś perfekcyjna, gdyby nie Twój charakter.

:)

16.20 -  START

no.. falstart:)

środa, 20 lipca 2011

Nie wiem, co jest wyznacznikiem dobrego kina. Ale ten film był tak mocny, że aż bolał. Od połowy siedziałam skulona w fotelu i gryzłam palce. Czułam, jak mi się wszystko w środku wywraca na lewą stronę - jak bardzo sama jestem główną bohaterką i jednocześnie jak bardzo jest mi ona obca. 

Wyszłam rozwalona na małe kawałeczki. 

Przewłóczyłyśmy się jeszcze z Tymisiową do Pozytywki, ale gadanie rozwaliło mnie jeszcze bardziej.

Kiedy wracałam na wieś ciemną nocą - miałam już w sobie spokój, choć echo rozedrgania wciąż jeszcze tłukło  się w moim brzuchu. W mroku prowadził mnie księżyc - gładki, czysty, jasny. Gdy się kładłam, zaglądał troskliwie przez dachowe okno. A rano, w łazience, zerwała mi się z szyi lunula i opadła z brzdękiem na posadzkę. Rzemyk przetarł się w dziwnym miejscu.

Natomiast wcześniej przyśnił mi się bajkowy niebieski dom z werandą, ukryty wśród zaczarowanych drzew. Całowałam się oparta o jego chłodną ścianę. Było mi tak błogo i kosmicznie blisko.

Kiedy się obudziłam nie było ani księżyca, ani niebieskiego domu.
Padał deszcz. Zostało błogie ciepło gdzieś w okolicy splotu słonecznego.

Jak zwykle po pięknych snach.


"Kobieta, która pragnęła mężczyzny"

wtorek, 19 lipca 2011
Wreszcie się wyspałam!
A to dlatego, że mieszkamy od kilku dni na wsi, a jak to na wsi bywa - do późnej nocy pije się herbatę, jara szlugi i gada, jednym okiem oglądając telewizję.
Na szczęście wczoraj wszystkim powrócił zdrowy rozsądek i przed północą wylądowaliśmy w łóżkach.

Jeszcze tylko kilka dni do urlopu, a ja jestem w takim momencie z Endrjuszą, że albo będzie bardzo dobrze, albo będzie bardzo źle.
Może być również tak sobie, ale to stan, którego nie lubię najbardziej. Więc jak ma być tak sobie, to niech nie będzie w ogóle.

Czasem mam wrażenie, że to jedyny facet na ziemi, z którym mogę być szczęśliwa, mogę swobodnie oddychać i się rozwijać. Imponuje mi. Potrafi mnie rozbawić i uwieść, dać oparcie i spokój. POTRAFI. Ale coraz rzadziej mu się chce. Dlatego czasem mam wrażenie, że jestem z nim tylko dlatego, że na moim przystanku nie zatrzymał się żaden autobus, do którego miałabym ochotę wsiąść.
I sama nie wiem, czy lepiej, aby podjechał czy nie.
niedziela, 17 lipca 2011

listonosz na motorze
przyklejona guma
boskie oko
parkometr a nie parkomat
mrówka i orzeł
prawie chilli
schody północne
sól do kani
wisła
przepraszam na 19 kanale
łemkowska bajka
jaka atrakcyjność?
czarne stopy
pierogi z mięsem i nie tylko

te wyrazy to tylko szczątek słów, które trzeba by złożyć w całość, aby opisać ostatnie dni. Ale przerwrotnie nie zbuduję z nich żadnej opowieści. Niech wszystko zostanie sobie w przeszłości.

Dziś wracam z kosmosu
 do rzeczywitości, w której Antek jest chory, jutro poniedziałek, a Endrju mnie rozczula i irytuje naprzemian. 
Byle dotrwać do kolejnego podrywu skrzydełek - urlopu.
Już za tydzień.

***
Robimy zakupy świeżo po jakiejś sprzeczce.
ja: chcesz coś z kosmetyków?
Endrju: Weź jakiś żel pod prysznic. Może nivea sport, żebym był wysportowany.
ja: Tobie bardziej przydałby się Nivea Clean&Clever.

***
ja:
A mówiłam Ci komu zadedykowałam "Polowanie.."?
Endrju: Nie.
ja: To fajnie, będziesz miał zaskoczkę.
Endrju: No to już powiedz.
ja: Nie, lepiej żebyś miał  niespodziankę.
Endrju: Powiedz, bo się obrażę.
ja: Nie powiem.
Endrju: Powiedz no!
ja: Nie mogę, widzę, że kręci Cię moja tajemniczość.
Endrju: A ja myślałem, że twoje cycki.

czwartek, 14 lipca 2011
W księgarniach już wkrótce!:)


Wczorajszy wypad do Pozytywki fajny był. Choć nie byłby tak fajny, gdybyśmy wcześniej nie spotkały się w domku u Diany. Bo jednak knajpa to knajpa - za dużo ludzi i za duży młyn, aby pogadać o wszystkim, głęboko.
I dobrze. Bo ja wczoraj tego nie potrzebowałam. Wystarczyła mi sama obecność dziewczyn, piwo pite z kubeczka z Garfieldem,  znajome i mniej znajome twarze.

Więc gadałam z każdym po trochu, przysiadałam gdzie bądź i upiłam się szybko, bo kilka godzin skleiło mi się w jedną intensywną.

Na koniec uciekałyśmy przed prześladowcą, który mnie sobie upatrzył i  obiecywał mi dwie beemki i setki par butów dużo fajniejszych niż te, które miałam na nogach. Kiedy zaczął nazywać mnie swoją Żabą, zrozumiałam, że najwyższy czas się ewakuuować. 

Padłam do łóżka nieżywa, resztkami sił tuląc się do obudzonego moim powrotem Endriuszy.

A dziś jestem chora.
Miłe złego początki.

Ot co.


Od lewej: Zaśka, Ewa, Natala, Dianka i Janiś


Przed Pozytywką trzyletnia królewna słoneczek koloruje rzeczywistość


A to... anonimowy śpioch.


środa, 13 lipca 2011

A oto i moje alterantywne miejsce pracy:

tu żmudnie powstaje korekta wydawnicza, tu opracowywaliśmy program warsztatów fotogarficznych.

Dziś tyle ode mnie na dziś.

Po pysznej biesiadce u Zaśki, wpadłam na chwilę do domu położyć Antka i lecę dalej... dziś piwo w Pozytywce z Basieńkami.
Zakładam obcas i pędzę wdychać lato:)

wtorek, 12 lipca 2011

Nie wiem, jak wy.
Ale dla mnie siedzenie latem w murach - czy domu, czy pracy - to kara boska. To lato jest tak krótkie, tak ulotne- nade mną letnie niebo i słońce.  A ja - mentalnie wciąż uczennica  - chcę mieć trzy miesiące wakacji, a nie jakiś nędzny urlop.
Więc męczę się okrutnie, a dziś - po kilku godzinach siedzenia w chłodnym firmowym wnętrzu - wreszcie nie wytrzymałam, spakowałam manatki: prowiant, herbatę, telefony oraz papiery i rzuciłam przez ramię:
Idę pracować na trawę, bo za chwilę jebnę, co wśród pozostałych wywołało najpierw zdziwienie, a potem pełen zrozumienia chichot.

I poszłam. Zacznę brać chyba do pracy laptopa
i przeniosę swoje stanowisko na świeże powietrze. Będę miała pakiet: robota + kąpiel słoneczna.
W końcu są wakacje, prawda?!

W ramach cieszenia się latem pod chmurką, po południu zgarnęłam z miasta Ewę i przyjechałyśmy do mnie. Usmażyłam na szybko michę placków z gruszkami, zaparzyłyśmy dzban herbaty, wzięłyśmy szlugi i poszłyśmy do ogródka. A było o czym rozmawiać. Tematy na tyle poważne, że nawet zaangażowałam Endriuszę, bo on miewa chłodny dystans, którego mi zwykle brakuje.  


Mam nadzieję, że wyszła od nas z zawiniątkiem dobrej energii i nie zginie na najbliższym zakręcie.

Ja również zaraz rozpakuje swoje zawiniątko ze słoneczna energią, rozciągnę się w łóżku i poczytam. A może później, zupełnie na dobranoc, obejrzę serial o kilku fajnych dziewczynach i kilku prześmiesznych facetach.

Dobranoc Misie!

poniedziałek, 11 lipca 2011

Bobomania osiągnęła już taki szczyt, że Antek obudził się dziś w nocy, przydreptał do nas i darł się ze dwie godziny, żebyśmy włączyli mu Boba Budowniczego.
Z tej okazji nawet nauczył się nowego słowa: Booob!

Na zdjęciu widać, jaką wielką fascynacją darzy Boba Budowniczego i jego spychacze i koparki.

Antek przed telewizorem

***
Antek ogląda Boba, Endrju kręci się po mieszkaniu.
Endrju: Wiesz, z tej całej bajki najbardziej lubię dźwiga.
ja: A czemu?
Endrju: Wkurza mnie ten entuzjazm tych wszystkich koparek i spychaczy, to wieczne "da-my ra-dę!" Kiedy wszyscy krzyczą: "damy radę!",  tylko dźwig mówi niepewnie: "chyba damy." Lubię go.

:)

niedziela, 10 lipca 2011

Wszystko zaczęło się od tego, że 15 lat temu spotkałyśmy się w jednej klasie w liceum. Potem były wspólne wypady: nad morze, babskie rejsy, sabaty miejskie i wiejskie. Dziś w większym gronie spotykamy się raz na kilka miesięcy i wtedy na te kilka godzin, czasem noc, niczym prawdziwe wiedźmy przeobrażamy się w nastolatki z drugiego liceum. Nadrygryzione zębem czasu,ale wciąż nastolatki:))

Nawet wilk się nie skusi

Przejęta sobotnim sabatem wstałam o świcie, aby upiec  bułeczki wg przepisu Madzi z Pozytywki. Po trzech bitych godzinach pieprzenia się z oporną materią, w kuchni zniszczonej przez jednoosobowe tornado, złożyłam solenną obietnicę: nigdy więcej podobnych wypieków! (W tym czasie można przygotować trzydaniowy obiad!) Efekt bowiem w niczym nie przypominał pierwowzoru - moje wyszły niekształne i twarde jak kamień.

- Jednak zabierasz te bułki? - zdziwiła się mama, widząc, że pakuję prowiant do koszyczka. - Będziecie się nimi rzucać? 
- Bardzo śmieszne.
- No ale możesz się przynajmniej pocieszyć
- znecała się dalej mama - że gdybyś szła przez las z tym koszyczkiem, to wilk na pewno by na ciebie nie napadł.

Cudowny chaos

W południe zlądowałyśmy na miejscu z Antkiem i Ewą.
Była Diana, Natala z Marcinem i Borysem, Ramsik, Zaśka z Szymem i małym Tymonem vel Tymoteuszem, wpadła również Alutka z Amelką i Anielką.

Rozproszeni to na tarasie, to w domku, to w ogrodzie cieszyliśmy się cudną pogodą i swoją obecnością. W błogim chaosie toczyły się ważne i mniej ważne rozmowy, wyrywaliśmy strzępki zdań, wcinając z apetytem czereśniowe ciacho Ewy, Dianowe ptysie, przysmaki z grilla i chińskie cuda, które przywiozła ze sobą Diana.

Dopiero wieczorem mężczyźni i dzieci się ulotniły, a my mogłyśmy rozpocząć sabat.

Rozmowy po zmierzchu
Wieczór zaczęłyśmy wesołą kąpielą topless, a zakończyłyśmy łóżkowymi przepychankami z Ramsikiem. Najpierw byla wojna o poduszkę, potem o kołdrę, Ramsik zaczęła się uskarżać, że gdy spałyśmy razem na studiach, to ja zajmowałam 90% łóżka i ona nie chce powtórki z rozrywki.
(Co niestety się zdarzyło gdzieś koło 6.00 rano;))

Natomiast pomiędzy kąpielą a łóżkowymi sporami był dłuuuugi wieczór przy stole - gadanie lekkie, ale i poważne, ważne, potrzebne. Konfrontowanie światopoglądów i wrażliwości.

Ostatnia godzina gadania - już tylko z Ramsikiem o tym, czym od jakiegoś czasu żyję, co choć nie może być moim życiem, jest życiem moim całym. 

Gdy zasypiamy, na dworze jest jasno.
- Za chwilę pewnie obudzi się Antek - wzdycham sennie, szczęśliwa, że tym razem to nie ja do niego wstanę.

Poranny chillout
Dzień zaczynamy od gadania w łóżku. Najpierw przydreptuje Dianka, za nią człapie Ewa. Siedzimy w piżamach i gadamy. Noc była za krótka.
Potem śniadanie i leniwy wypad na łódkę zakończony kąpielą.
Żegnamy się Dianą, jedziemy po Antka, rozwożę dziewczyny do domów i powoli powoli wracam do siebie:


Dziś  jest mi dobrze.
Mam w sobie sytość i spełnienie.
Mam to rzadkie uczucie towarzyskiej pełni: że może być i wesoło, i głęboko jednocześnie. Blisko, mimo dzielących nas kilometrów i różnic. Fajnie jak 15 lat temu - tak samo i jednocześniej inaczej.
Mam w sobie dobrą energię i tym wpisem chcę zostawić po niej ślad.
Bo rzecz to tak piękna, że ulotna.


Pomimo mało kuszącego wyglądu, znaleźli się amatorzy bułeczek. A w pochwałach przodował... Tata Diany:)


Zaśka z Tymkiem, Diana, Natala i Ewa


Antek & Gri Gri


Diana i Alutka z Amelką i Anielką










Ramsik grilluje


Zaśka i Tymek - 5 tygodni


Różnica wieku? Rok z hakiem:)
*****

Ramsik w miejscowym swetrze kłaku wygląda jak Anna Rottenberg




*****








Wyglądają jakby wiosłowały za karę.
Ewa wiosłuje, bo wysiłek oczyszcza
A Ramsik wiosłuje, żebyśmy nie wpadły w trzciny.
Ja.. się relaksuję;)

czwartek, 07 lipca 2011

Gadam z E. przez telefon:
- wiesz co najbardziej mnie dobija? Ta nieustanna potrzeba mocniej, więcej, niezwyklej. Ja nie mam w sobie zgody na zwykłe życie.
- Ty?! Ale ty chociaż próbujesz, robisz tyle rzeczy. Ty jesteś przypadek jeden na milion, masz taką moc, energię.
- Oj daj spokój.
- Naprawdę! Ty tyle rzeczy jednak realizujesz.
A ja tak bardzo nie chcę popaść w rutynę, że nie robię nic. Bo jak tylko sobie pomyślę, że mam być przez całe życie z jednym facetem, to już nie mam ochoty z nim być, jak pomyślę, że w pracy przez kilka lat mam robić to samo, to już nie chcę tej pracy. I w rezultacie nie mam ani faceta, ani pracy.

:)))

....po pracy jedziemy do Alutki - tam zawsze zgiełk: Amelka, Anielka i Antek szaleją, chichrają się i płaczą naprzemienne. W tym rozgardiaszu próbujemy gadać o sprawach najważniejszych, w szczątkowych zdaniach mówimy o sobie, o tym jak jest. A łatwo nie jest, choć Alutka jest moją niedoścignioną heroiną.  

Ląduję w domu o 19.20 - w pół godziny udaje mi się okiełznać chatę, zrobić sałatkę porową, przygotować i wrzucić do pieca  papryki faszerowane serami, nakarmić Groszka, umyć go i położyć spać. W międzyczasie pakuję walizkę na weekend na wsi.

Po 20. wpada Tymisiowa.
Korek od wina się kruszy, więc próbuję go wepchnąć do środka. Chwilę później cała kuchnia wygląda jak po krwawej jatce, a ja mam twarz jak Lady Makbet.
Jemy, gadamy, pijemy. Ja palę w oknie.
Rozmowa, która mnie nie dotyczy nieoczekiwanie staje się światłem rzuconym dokładnie w punkt. Mój czuły punkt. Coś zrozumiałam. Jest zatem światło w tunelu.

Potem zostaję sama.
Palę w oknie, pieszczotliwie głaszcząc futrynę.
Moja wielka radość jest codziennym wysiłkiem.
Mój entuzjazm jest mozolnym trudem.
To nieustanna walka z kosmiczną rozpaczą, z którą się urodziłam i z którą pewnie umrę.

*w peesie: a teraz siedzę na łóżku przy otwartych oknach na przestrzał, owinięta kołdrą jak indiański apacz, jaram szlugi, piję wino i oglądam kolejny odcinek serialu:)

* w peesie 2: a wszystko dlatego, że Endrju jest w delegacji:))

środa, 06 lipca 2011

I co tu napisać po trzech dniach milczenia?

Że z nieba się ciągle leje, co może mieć swój urok na obozie harcerskim, bo na obozie można się kąpać w deszczu ku uciesze męskich drużyn, ale kiedy jest się kimś spragnionym słońca i w dodatku z małym dzieckiem, to taki deszcz jest zupełnie nie w porę.

A może warto napisać o rozmowach o zmroku, czyli ja i Tymisiowa, zagryzki, wino i fajki. I gadanie o sprawach trudnych, i szczypta chichotania.

Albo jeszcze inaczej. Nie napisać nic, poza jednym lakonicznym zdaniem:
Lubię gdy deszcz kapie mi na kark, plecy, ramiona.
Bo lubię.

Chociaż skoro o deszczu, to warto by i o słońcu: Mam słońce w sobie. Zadziwiające ciepło - pomimo i ponieważ.

Ale tak naprawdę, już na zakończenie, chcę dziś tylko wspomnieć, że Antek ma mega fazę na Boba Budowniczego, a mi cały boży dzień krąży po głowie jedna piosenka:

"Bob budowniczy zawsze da radę, Bob budowniczy nie jest sam!"

Naładowana energią Boba Budowniczego postanowiłam dziś zrobić porządek z papierami w naszym firmowym akwarium - trochę tego było:)


A na co ja mam fazę?

1. Z przyjemnością oglądam serial "Przepis na życie" - uwielbiam w nim Adamczyka, a i Ostaszewska, Olszówka oraz młoda są genialne.

2. Cieszę się na sobotni sabat pod Olsztynem i mam wielki plan upieczenia zajebiaszczo pysznych bułeczek wegańskich, które pożerałam ostatnio w Pozytywce. Made by Madzia i chłopaki.

3. Uwielbiam spędzać czas z Groszkiem - jest już bardzo komunikatywny, szatański i przeuroczy.

4. Czytam? ... - nie czytam, piszę? ...- nie piszę..., żyję? ... żyję zwyczajnie, niespiesznie, ot tak:)

niedziela, 03 lipca 2011

Płaczecie na filmach?
Ja strasznie - nawet na kreskówkach, komediach, przy burzy hormonów również i reklamie. W kinie pół biedy - jest ciemno, a po wyjściu można szybko czmychnąć, ocierając  ukradkiem łzy i chowając czerwony nos w kołnierzu.
Gorzej w domu. Endrju coś czyta, ja oglądam JUNO i pociągam nosem.
Płakanie na filmie przy ludziach, nawet bliskich,  bardziej mnie krępuje od niechcący puszczonego bąka. Masakra.

Endrju - jak zawsze - najpierw się nabija.
A potem pyta z delikatnością i wyczuciem słonia w składzie porcelany:
- Ale czemu ty płaczesz, przecież ten film był optymistyczny!
- No wiem, wiem.
- Płaczesz, bo jesteś nieszczęśliwa?
- Bardzo śmieszne.
- No to czemu? Nie jesteś zadowolona z naszego Antolka?? 

Nie potrafię mu wytłumaczyć, że filmochlipanie to choroba wrodzona. Na Titanicu popłakałam się w pierwszych minutach. Ten moment, kiedy statek wypływał był najbardziej wzruszający.

No a w Juno i tak długo się trzymałam, aż do pięćdziesiątej którejś minuty:))

Wczoraj Antol został u dziadków, a my ruszyliśmy w miasto improwizować.
Najpierw było kino z Martą i Tomkiem. Mało sobotni, w ogóle nierozrywkowy, choć piękny wizualnie film - "Drzewo życia". Ja nawet połknęłam haczyk i po krótkiej drzemce w kinowym fotelu, dałam się wciągnąć w opowieść, ale Endrju z niesmakiem skwitował całość, określając film "chrześcijańską agitką".

Potem przewłóczyliśmy się na kolację, z rozpędu wybierając knajpę, w której są foteliki dla dzieci. Siła przyzwyczajenia.

A jeszcze później, później, zawędrowaliśmy do Andergandu, gdzie odbywał się przegląd kapel grindowych, w której śpiewał wczoraj jeden z szacownych olsztyńskich dziennikarzy. (Oj, gdyby go zobaczyło szacowne grono z redakcji!) Impreza mocna i  nie tylko ze względu na nazwy kapel: Złośliwy pomruk odbytnicy oraz Łeb prosiaka:)
Była też Monia i Roberto, a jak jest Monia to wiadomo, że nie pić nie sposób.
I nie sposób też się nagadać.

Gdzieś koło północy podreptaliśmy jeszcze na bałkańskie mięsko, a kiedy wreszcie zlądowaliśmy w domu, z błogością przyłożyłam głowę do poduszki, wiedząc, że jutro mogę spać  do woli.

Dopiero rano, gdy się wyspałam, poczułam towarzyską sytość i jakoś jasno dotarło do mnie poczucie, które kiełkuje we mnie od dłuższego czasu:
coraz częściej jestem obserwatorem, a nie uczestnikiem zdarzeń.

Kiedy podzieliłam się tą refleksją z Endriuszą, powiedział mi tak:
- Bo od kiedy masz dziecko, widzisz, że świat rozrywki jest taką trochę wydmuszką. Lubisz go, ale jednocześnie masz świadomość, że treść, środek, znajduje się zupełnie gdzie indziej.

Chyba tak jest.







sobota, 02 lipca 2011

Stoimy z moim ulubionym z dwóch ulubionych barmanów przed wejściem do Pozytywki. Deszcz kapie nam na nosy i papierosy.
Podchodzi do nas jakiś kolega Przemka i pyta:
-
Ty jesteś jego żoną?
- Jeszcze nie
- odpowiadamy jednocześnie.
-
A macie razem dziecko?
- Jeszcze nie.
- Ale jesteście razem?
- Jeszcze nie.
Koleś patrzy na mnie, po czym klepie mnie po ramieniu:
- To znaczy, że jesteś szczęśliwą kobietą.

Wybuchamy śmiechem.
W ten sposób dowiedziałam się, że własne szczęście zawdzięczam chłopakowi z Pozytywki.