..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 28 lipca 2010
Jutro jedziemy na Podlasie.
Endrju podzielił naszą wycieczkę na sferę sacrum i przyrodum.

Pierwszą bazę wypadową mamy w Supraślu, a kilka dni później jedziemy do Białowieży.

Internetu nie zabieram.
A zatem do następnego piątku!
poniedziałek, 26 lipca 2010

Jedna trzecia urlopu za nami. Pogoda robi nas w konia, ale poza tym: jest dobrze.  

Hot Wawa

W zeszłym tygodniu - w największy upał - zamiast rozkoszować się latem na łonie warmińskiej natury, porwaliśmy się na wyprawę do Wawy. Była to podróż ekstremalna, bo autem bez klimy.

Ambitny plan włóczęgi po galeriach ograniczyliśmy do wystawy Ars Homo Erotica i wykończeni temperaturą wymieniliśmy kulturę na konsumpcję. Po drodze natknęliśmy się na SayItAgain'a i okazało się, że połączyło nas cenne (w sensie dosłownym i metaforycznym) doświadczenie plajty, a z Haneczką zjedliśmy obiad w Wooku. Hania przyniosła ze sobą kalimbową grzechotkę dla Antka, woreczek żelków i ożywczy entuzjazm właściwy istotom o tym magicznym imieniu.

Wieczorem zjechaliśmy do bazy noclegowej u mojej Ciotki. Tam ugoszczono nas suto i smacznie. Pyszne tiramisiu o 23.00 w nocy (!) i chleb własnego wypieku o poranku stały się początkiem zniweczenia moich wagowych osiągnieć ostatnich tygodni. Gościnność gospodarzy nie ograniczyła się tylko do fantastycznych posiłków.

Spędziliśmy miły czas, słuchając doniesień politycznych z pierwszej ręki i rozwiązując zawiłe koligacje rodzinne: okazało się, że 4, 5 miesięczny Maks jest wujkiem Antka, zaś Antek doczekał się 37-letniej babuni. Grunt to rodzina:)

w Wooku

Ewka Konewka

Dzień po powrocie z Warszawy, wpadła do mnie Ewcia. Wreszcie radosna, uzdrowiona, na dobrej drodze. Zjadłyśmy świeże, jeszcze ciepłe ciasto czekoladowe, Ewa piła herbatę, szczebiocząc o ostatnich osiągnięciach ducha i planowanych zdobyczach umysłu, a ja pichciłam żarcie na przyjazd poznańskich gości: makaron  z pesto, pastę z twarogu i czarnych oliwek, która wygląda jak zaprawa murarska, eksperymentalną sałatkę z buraka i karkówkę w musztardowo-miodowej marynacie. Za oknem zaś szalała burza, którą wlekli z Poznania Szymi i Walerka.

Poznań w Olsztynie
Olewając kaprysy pogody, zaraz po wspólnym obiedzie, wyruszyliśmy nad jezioro, do domku moich dziecięcych wakacji. Spędziliśmy tam urocze dwa dni, urozmaicone wyskokiem do Olsztyna: na Jarmark Jakubowy, wystawę w BWA, obiad  na starówce i seans w Planetarium, na którym się wszyscy pospali. Czas z Walerkami upłynął nam na jedzeniu, piciu, pływaniu, szwędaniu, chichotaniu, robieniu zdjęć, plotkowaniu o znajomych i niecnierobieniu. I był to czas fajny, bo zwyczajny, niezobowiązujący, taki, jaki się zdarza między bliskimi ludźmi.


Endrju wywija bokenem


Antonio na widowni

Szymi i jego aparat




Na zakończenie
Ostatnie dni skłoniły mnie do pewnych refleksji.
Znalałam wreszcie granicę między przyjaciółmi (lub kandydatami na przyjaciół), a znajomymi.
Moi przyjaciele umieją słuchać. Wbrew pozorom to bardzo rzadki dar.
Zauważyliście, że większość ludzi nie słucha?

Moi przyjaciele miewają wątpliwości.
To również nieczęsta cecha wobec wszechobecnego monopolu na rację. Strasznie dużo wśród nas arogantów, którzy swój styl bycia, życia, wartości uznają za jedyne słuszne.

wtorek, 20 lipca 2010

Więcej obiecywać nie będę. Miałam napisać o księżniczce, o  kampanii reklamowej, o Europride, ale naprawdę nie mam kiedy.
- Albo się żyje, albo o życiu pisze - mówiła kiedyś Olga Tokarczuk.

Księżniczka.
Nie sądziłam, że małym dziewczynkom tak silnie wkręca się syndrom księżniczki. Sukienki, rozpuszczone włosy, łzy, gdy chłopiec nie doceni nowych korali czy bucików. I to wszystko u trzylatki. Zadziwiające! Kto jest tego sprawcą? Natura czy kultura?

Kampania.
Pisząc o fatalnej kampanii, oczywiście chodziło mi o reklamę Rexony -  deprecjonującej swoją markę i obrażającej adresatki. Szkoda, że wzięła w niej udział Małgorzata Socha - całkiem miła i wdzięczna aktorka serialowa, którą typowałam na odtwórtczynię roli Matyldy, gdyby doszło do ekranizacji powieści. Ale pewnie zanim ktoś nakręci "Matyldę", Socha będzie już za stara, więc nie ma czego żałować.

O Europride krótko.
Fajnie, że była. Rozczulił mnie Ryszard Kalisz, załamały różne głosy. Nie martwią mnie poglądy oszołomów, którzy twierdzą, że homoseksualizm to choroba, bo w każdym społeczeństwie jest margines dla ksenofobów, radykałów i ciemnogrodu. Niepokoi mnie natomiast milcząca większość, która wzbrania się przed jasnym określeniem swojego stanowiska.
- Nie mam nic przeciwko gejom, ale to obrzydliwe, gdy się całują.
- Jestem tolerancyjny, akceptuję gejów i lesbijki, ale po co oni się tak afiszują?
- Niech sobie będą, ale dlaczego domagają się praw?
- Dziś chcą związków partnerskich, jutro będą chcieli adoptować dzieci. A dziecko nie może mieć dwóch tatusiów
.

Te wypowiedzi są najgorsze, bo świadczą o hipokryzji społecznej albo o braku refleksji, którego wynikiem jest ułuda tolerancji.

Miało być krótko, a wyszło jak zawsze.

Wczoraj i dziś uroczy czas w lesie u Tymisiów. Warmińska chata rodziców Tomka to pełen bibelotów, cacek i skarbów czarodziejski dom w magicznym ogrodzie.  Zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

ogród

Antek i Tymek

ja

niedziela, 18 lipca 2010
Jutro zaczynamy trzy tygodnie laby.
Czeka mnie jeszcze zmiana zimówek (choć pytanie, czy jeszcze się opłaca?:), wizyta u księgowej, napisanie felietonu do "Kulturki", sprzątanie mansardy (dusza się tak przykurzyła, że prawie jej nie widać), a potem już tylko same przyjemności.

W tym tygodniu odwiedziny u Tymisiów w lesie i wypad do Wawy.
A potem przyjazd Walerków z Poznania.

Zapowiada się pysznie.

*Jutro jak czas pozwoli skrobnę co nieco na kilka ważkich tematów.
1)Europride
2) Fatalna kampania reklamowa. Ciekawe, kto zgadnie, która:)

czwartek, 15 lipca 2010

Wszystko zaczęło się od tego, że gdy ja poszłam do kina, Endrju włączył sobie i Antkowi Batmana na dvd.
Zupełnie nieświadomi prowokacji, którą uczyniliśmy, zostawiliśmy na noc otwarte na oścież okna.

Prawdziwy Batman miał dopiero nadejść.

- Aaaa! - wydarłam się w środku nocy obudzona dziwną szamotaniną na łóżku. Odgłos dziwnego trzepotania i kot rzucający się po łóżku wskazywały na czyjąś niespodziewaną wizytę.
Trzepoczące COŚ wleciało pod łóżko i zaczęło szamotać się tuż pod naszymi głowami.
- Obudź się, obudź - szarpnęłam Endriuszę - coś wleciało nam do chaty.
- A nie możemy poczekać aż samo wyleci? - wymamrotał senny.
-Nie ma mowy - krzyknęłam panicznie -  Zaraz Antek się obudzi, ja na pewno nie wstanę z łóżka i nie pójdę dopóki to COŚ nie zniknie.

Zapaliliśmy światło. Trzepotanie ustało.
- Może odsuń łóżko? - poradziłam rezolutnie, po czym czmyhnęłam z pokoju, obserwując przez szparę bieg wydarzeń. 

Endrju ostrożnie odsunął łóżko.
Między kablami, modemem, ruterem siedział batman we własnej osobie. 
- Trzeba by go jakoś złapać - stwierdziłam odkrywczo i rozejrzałam się w poszukiwaniu  czegoś odpowiedniego. Padło na durszlak i sztywne pismo branżowe "%". Podałam akcesoria przez szparę od drzwi, przestrzegając:
- Tylko uważaj, żeby Ci się nie wkręcił we włosy.

Zaczęła się akcja. Roznegliżowany od pasa w górę Endrju z durszlakiem w prawej i gazetą w lewej czatował na nietoperka, ten zaś umiejętnie chował się pomiędzy sprzętem. Ja natomiast chichotałam nerwowo w drzwiach gotowa, aby w razie czego brać nogi za pas. Endrju klął, polując na niego w plątaninie kabli.

Im bardziej on klął, tym bardziej ja chichotałam. Dyskretnie oczywiście.
- Przynieś tu kota, niech się wreszcie wykaże - zaordynował Endrju, ale wystarczyło jedno spojrzenie batmana, który właśnie zwisł pod kontaktem, aby kot odskoczył przerażony, rysując pazurami parkiet.

Wojowniczy Endriusza został sam na sam z nietoperkiem. Kot odlewał się do kuwety w kuchni, demonstrując w ten sposób swój stosunek do problemu, a ja z nosem przylepionym do szyby w drzwiach przestępowałam z nogi na nogę, dodając  Endriuszy otuchy trwożnymi pytaniami:
- Żyjesz jeszcze?
Po długich minutach oczekiwania i kilku nieudanych manewrach wreszcie udało się go nakryć durszlakiem, ale powstała nowa zagwostka.

Jak ten durszlak podnieść i nakryć gazetą, żeby batman przypadkiem nie rzucił się Endriuszy na twarz.

- Czegoś ci brakuje? - zapytałam troskliwie.
- Trzeciej ręki - fuknął Endrju.

Nie było rady. Musiałam pokonać strach i wkroczyłam do akcji z "Wyborczą" w ręku. Zastawiliśmy pułapkę na batmana i na trzy cztery wyrzuciliśmy go za okno.

- Może zrobisz o tym reportaż? - zaproponowałam, kiedy sapiąc z wyczerapania, opadliśmy na łóżko.
- Gdybym to zgłosił redakcji, zaraz by mnie zapytali, czemu tego nie sfilmowałem, żeby mogli wrzucić na swoją stronę radia.
- To może przebierzmy się w ładne piżamy, szybko machnę make up i odtworzymy raz jeszcze polowanie na batmana? - uśmiechnęłam się do wizji nakręcania remake'u.

Zachichotaliśmy sennie - Antek nawet się nie obudził, kot udawał, że nic się nie stało, batman poleciał szukać innych otwartych okien, a my zakopaliśmy się kołdrę i własne objęcia, wspominając odwiedziny ptaka w warszawskim mieszkaniu..


środa, 14 lipca 2010
Gdy tylko będę miała chwilę, napiszę o tym jak w nocy odwiedził nas Batman, a także o małej księżniczce i innych bieżących zadziwieniach:)
poniedziałek, 12 lipca 2010

Sposób na upał?

Do popołudnia nie ruszać się z domu. Najlepiej w ogóle niewiele sie ruszać. Antek śpi lub się bawi, ja siedzę i piszę.

Wieczorem wybrać się do naturalnie klimatyzowanej sali kameralnego kina Awangarda. Zimą można tam zamarznąć na amen, ale latem jest cudownie. Ja poszłam dziś na film Allena "Co nas kręci, co nas podnieca?" (Jako monoglotka nie powinnam się mądrzyć, ale kto na Boga tłumaczył ten tytuł i dlaczego nie zabrano mu jeszcze uprawnień??? )
Sam film oczywiście uroczy - doskonały na podtrzymanie dobrego nastroju. 

A o zmroku otworzyć zimnego Desperadosa i w negliżu położyć się w łóżku.
Jest tylko jeden mankament. Laptop grzeje w brzuch.
Dlatego kończę pisać i chłodzę się dalej.

  • Pierwsza w tym roku kąpiel w jeziorze - bosko.
  • Pierwszy ząbek dziecka.
  • Pierwsza noc w mansardzie tylko z Antoszkiem - nie było rabusiów, złoczyńców, ani duchów. Jedynie duchota.
  • Pierwsze osobiste sukcesy - 

    przykre słowa, już się łezka kręci w oku, a ja mówię sobie:
    zaraz, zaraz, kochana, ja tu z Tobą jestem, wezmę to na klatę, a ty się nie przejmuj. Masz mnie.
    Wydaje się schizofreniczne, ale działa rewelacyjnie.
  • Pierwszy dzień tygodnia. Siadam do pracy.
niedziela, 11 lipca 2010

Potrzebowam tego weekendu - spacerowania po chłodnej sprężystej trawie, piknikowego wylegiwania się w słońcu i upajania się zapachem jeziora. Ten zapach to drzwi do wszystkich wakacyjnych wspomnień.

Potrzebowałam tego weekendu, bo od dwóch tygodni ślęczymy nad wielkim przetargiem. Moje życie towarzyskie w zawieszeniu, a ja każdą wolną chwilę spędzam pisząc ofertę albo z Antkiem pod pachą wędrując na spotkania projektowe.  Na szczęście jeszcze tylko ten tydzień.

Wczoraj urzadziliśmy sobie mały piknik nad jeziorem. Przyjechała Zaśka z Szymonem, Ania z Duchem, a wieczorem dołączyli do nas Janiś, Adam i Kaja.

Stęskniłam się za babeczkami, za naszym gadaniem, chichraniem i po prostu byciem - leniwa sobota na kocyku dobrze mi zrobiła.

Dziś w ramach chilloutu pojadę na wieś, żeby nabrać energii na kolejny intensywny tydzień. A potem... 3 tygodnie urlopu!








czwartek, 08 lipca 2010

Lipcowa Mysz od Norte właśnie przybyła!

Howgh!

środa, 07 lipca 2010

- I co? Dowiedziałaś się, jak znaleźć idealnego faceta? - pyta mnie E.
-
Dowiedziałam się, że facet to sprawa drugorzędna w związku. Najważniejsze to pokochać siebie.
- To akurat nie mój problem. Tak kocham siebie, że zawsze stawiam na swoim.
- Ale to nie ma nic wspólnego z miłością. Kochać siebie, to kochać bezwarunkowo nie tylko zalety, ale i wady, zbędne kilogramy, pryszcze, porażki, łzy, słabości.

W pierwszej chwili wydaje się niemożliwe.
To jasne, kocham swoją kreatywność, witalność, otwartość, ale mam również pokochać rozmemłanie, wybuchowość i płaczliwość? Jak?

Od soboty żyję z podkręconymi receptorami, przyglądam się sobie, analizuję, powracam do porzuconych niegdyś lektur.
Ostatni rok wiele zmienił - narodziny Groszka otworzyły mi umysł i serce. Również na siebie.

Przyglądam się Antoszkowi. Kocham go bezwarunkowo. Niezależnie, czy się drze, czy uśmiecha, czy jest gruby, chudy, zdrowy czy chory. Co więcej - im jest słabszy, trudniejszy, czasem wręcz nie do zniesienia, tym bardziej go kocham.

O to właśnie chodziło Kasi Miller - abyśmy tak samo pokochali siebie. Szczególnie wtedy, gdy źle wyglądamy, źle się czujemy, coś sknocimy, potkniemy się.  
- Czemu mam sobie dowalać, jeśli mi coś nie wyjdzie? - zapytała nas na warsztacie KM. - Czy jeśli Wasze dziecko przewróci się, będziecie na nie krzyczeć czy raczej je utulicie?

Są mamy, które krzyczą. Są takie, które tulą.
Ja chcę być tą drugą. Dla siebie również. 

niedziela, 04 lipca 2010

Była sobie niedziela:)











To był piękny i trudny dzień.
Ośrodek w Nowym Kawkowie to miejsce magiczne malowniczo położone pośród lasów i pagórków, jakby na końcu świata.

Kasia Miller - również na żywo -  okazała się zmysłową bombą energetyczną o mocnym zaraźliwym śmiechu. Babki na warsztacie - fantastyczne.

Wyśmiałam się, ale i wypłakałam.
Choć sama wykonałam sporo pracy, pozbyłam się wielu neuroz, przede mną jeszcze ogrom roboty. Istotka w środku wciąż kwili, a ja zamiast kochać, stawiam jej wymagania.

Bardzo się cieszę, że tu trafiłam. Potrzebowałam tego warsztatu - odblokowania i natchnienia, o czym najdobitniej powiedziało mi moje własne ciało.
Po ponad rocznej przerwie powracam do księżycowego cyklu.



ośrodek Tu i Teraz

Za chwilę jedziemy na wycieczkę do Krutyni.
O mobilizacji wyborczej nie muszę chyba przypominać?
Miałam olać drugą turę, ale  tym razem do wyborów iść trzeba.

sobota, 03 lipca 2010

Cudny leniwy dzień był wczoraj. Endrju szybko wrócił z pracy, robiąc jedynie materiał o przybyciu do Olsztyna wielkiego mistrza krzyżackiego. (Od razu spieszę wyjaśnić, że to nie Urlich von Jungingen zmartwychwstał.) Mistrz był współczesny i bez białego płaszcza.

Przewłóczyliśmy się więc starówką  - zahaczając o Werandę, gdzie zjedliśmy pyszny obiad, wstępując do Empiku, bo to przystanek obowiązkowy, a potem jeszcze usiedliśmy na lampce wina, co w Olsztynie okazało się wyzwaniem, bo są knajpy, które w ogródkach wina nie serwują.
Może ze strachu, że im ogródkowa klientela kieliszki wyniesie?:)

A dziś...
za chwilę zbieram manatki i ruszam do Nowego Kawkowa na warsztat Katarzyny Miller. Umieram z ciekawości!

czwartek, 01 lipca 2010

- I jak się czujesz jako stara torba? - zapytała mnie wczoraj Ewcia, zaraz po tym, jak złożyła mi życzenia. 

Nie będę kłamać - czuję się świetnie.
Wczoraj przypłynęło do mnie prawdziwe morze ciepłych sympatycznych życzeń, z najróżniejszych kierunków. Pierwsze życzenia, równo o północy złożyła mi Pakamera Artystyczna, ale po niej odzywali się już tylko żywi ludzie - Ci, których widzę na co dzień, ale również wiele osób, z którymi łączą nas sporadyczne spotkania, czasem tylko wirtualne.

Dziękuję Wam wszystkim.

Czy trzydziestka jest magiczną cezurą? I tak, i nie. Pisałam o tym felieton do "Kulturki", więc nie będę się powtarzać.
Moja trzydziestka jest radosna i spełniona. Nie mam problemu ze starzeniem się materiału, bo raz, że dobrze mi we wlasnym ciele, a dwa - nie przywiązuje do tego przesadnej wagi.

Jestem kobietą spełnioną, mam pasje i marzenia, mam cele, mam kogo kochać i o kogo dbać. Mam fajną rodzinę, świetnych przyjaciół i znajomych.
Ale przede wszystkim mam coraz mniej roszczeń wobec świata. To ja sama kreuję swoją rzeczywistość, stan ducha i umysłu, ja buduję relacje, ja szukam wyzwań i podniet.
W moje trzydzieste urodziny czuję się szczęśliwa. 

I jedyne, co wzbudza mój lekki niepokój, to wciąż mglista ścieżka zawodowa, a czasu coraz mniej. Daję sobie jednak prawo do tego, że może już nigdy się ona nie wyklaruje. Może umrę niezdefiniowana z listą prac, jakich się imałam, szukając, szukając i nie znajdując. Też tak można.

Jeszcze raz wszystkim dziękuję za pamięć - dziś, jutro i pojutrze wypiję Wasze zdrowie.