..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 31 lipca 2009

Kiedyś czytałam, że rytuał narodzin w Papui i Nowej Gwinei wyglądał tak, że kobieta na czas porodu odchodziła do samotni, gdzie powijała dziecko w niewielkiej asyście, zaś mężczyzna w tym samym czasie, w specjalnym namiocie, symulował poród, krzycząc i wijąc się z bólu. Udawał oczywiście.
Potem przynoszono mu noworodka, którego przystawiał do piersi, markując karmienie, a na koniec przyjmował gratulacje i podarunki od innych członków plemienia.

U nas zaczyna być podobnie.

Siedzę wczoraj na kolacji z Janiś i Ewką, jest już grubo po 21.00, nagle dzwoni Endrju:
- Słuchaj, mam straszną ochotę na lody sorbetowe, jak będziesz wracała do domu, to proszę, znajdź je gdzieś i kup. Mogą być w kubeczku lub wyciskane, byle były sorbetowe.

Godzinę później jeżdżę po całym mieście w poszukiwaniu otwartego sklepu i lodów sorbetowych.

Taaa...

***
Z ostatniej chwili...
dzwoni do mnie Tata.

- Mam tego McDrive'a!
- Jakiego McDrive?
- pytam zaskoczona, bo mój Tata nie cierpi żarcia z McDonalda.
- No, McDriva, ten cukierek do komputera.
- Pendrive'a!
- No mówię przecież, że McDrive'a. To, co? Zainstalujesz mi wieczorem?

środa, 29 lipca 2009

Jezu jak się cieszę,
z tych króciutkich wskrzeszeń tra la la la la!


Jeszcze jutro idę do kramiku, a od piątku mam wolne! W niedzielę przyjeżdżają Walerkowie, a na początku tygodnia ruszamy na Wschód.

Dziś w kramie odwiedziła mnie Janiś, znów pogadałyśmy o brzuchach i o tym, że na pewno będziemy świrniętymi matkami, bo same chętnie byśmy jeszcze pobroiły, a tu taka poważna rola do odegrania.
Pokazałam Magdzie dwie pierwsze zabawki, jakie kupiłam na Jarmarku Jakubowym od Pani Patchworkowej. Pani Patchworkowa zapewniła mnie, że owe pacynki świetnie sprawdzają się w procesie wychowawczym niemowlaka. Na razie bawię się nimi ja.

Potem przewłóczyłam się z Endriuszą po sklepach, szukając czegoś w ciut większym rozmiarze, ale Olsztyn pod tym względem nie daje rady, więc jak nic, trzeba będzie udać się w podróż do stolicy, aby ten mój brzuch jakoś sensownie ubrać. 

A propos ubiorów, jest lato, a ja lubię dekolty.
Ale bez przesady - sutków przecież nie widać.
Jakiś czas temu stoję z tatą przed kramikiem, naprzeciwko katedry, ojciec pali fajkę, ja go zabawiam konwersacją. Nagle jakaś pani się zatrzymuje, uśmiecha się do mnie promiennie i mówi:
- Piękny ma Pani dekolt.
Uśmiecham się w podziękowaniu, a ona wtedy wybucha:
- Nie wstyd Pani z takim dekoltem pod katedrą stać!?

Na szczęście poszła, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

I kolejny obrazek z ulicy:
Stoimy z Endriuszą na światłach (ja bym poszła, ale on nie pozwala), przestępuję z nogi na nogę, bo czekanie na światłach to dla mnie istna katorga. Inni też stoją. Wreszcie dwóch bezdomnych naprutych żulków nie wytrzymuje i przechodzą na czerwonym.
- Widzisz?! A ci panowie sobie przeszli - zgłaszam pretensje.
Endrju przybiera poważny wyraz twarzy, poczym wyjaśnia:
- Owszem, ale oni wyglądali na takich, co mają dziś jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. 
 


Tygrysek i Małpa

wtorek, 28 lipca 2009

Moje życie nabrało takiego tempa, że nie mam nawet chwili dla siebie. Przed urlopem trzeba dopiąć tyle rzeczy! Może codzienność przedsiębiorcy jest nieco przyjemniejsza niż tydzień pracy najemników, ale przygotowania do urlopu to istny koszmar. Mam wrażenie, że beze mnie wszystko się zawali. Oby mylne:)

Miało być o klientkach.
Lubię moje klientki bardziej niż się tego spodziewałam, a kontakty z nimi dostarczają mi sporo frajdy.
Poniżej najbardziej popularne typy, które czasem giną w morzu przemiłych, uśmiechniętych i odlotowych dziewczyn, z jakimi mam do czynienia. |
A jednak warto je uwiecznić.

DAMA
Głównym celem damy jest dać wszystkim do zrozumienia, że mają do czynienia z damą. W moim kramiku dama kieruje się od razu w stronę gabloty.
- Przepraszam, czy to kryształy swarovskiego? - pyta dama.
- Tak to swarovski oprawiony w srebro - odpowiadam.
- Wiedziałam! - wykrzykuje dama z egzatacją - Swarovski mnie wszędzie znajdzie! A proszę mi pokazać jeszcze tamtą bransoletkę.
Podaję damie bransoletkę, zapinam jej na przegubie, dama ogląda pełna "ochów i "achów" i wreszcie pyta:
- To też swarovski?
- Nie, to fluoryt w srebrze
.
Dama wygląda jakby poraził ją piorun, a jej mina wskazuje na to, że dama obcuje z czymś nieprzyjemnym, może nawet śmierdzącym:
- Och! - piszczy histerycznie - w takim razie proszę to ode mnie zabrać!

BASIA KAPRYSIA
Basia Kaprysia wchodzi do kramiku i od razu coś wpada jej w oko. Niech będzie torba.
- Kupiłabym tę torbę - stwierdza stanowczo Basia Kaprysia - Naprawdę jest świetna!
Uśmiecham się, bo Basia Kaprysia na pewno chce coś jeszcze dodać.
- Kupiłabym tę torbę, naprawdę - zapewnia Basia Kaprysia - tylko dlaczego ona jest brązowa? Gdyby była czarna, miała guziki zamiast zamka, długi pasek, ciut większa i innego kształtu, kupiłabym ją bez zastanowienia.
 

SPONSOROWANA
Sponsorowana zwykle przychodzi ze swoim sponsorem, który zwykle jest akurat bez kasy. Sponsorowana chodzi po kramiku zachwycona i co chwila rzuca:
- A to mi kupisz na urodziny, tamto chcę na imieniny, czekaj, za tydzień mamy rocznicę, kup mi to, to i to.
Wychodzą z pustymi rękami. Sponsor zwykle nie wraca.

MARKOWA
Dziewczyna markowa nadzwyczaj ceni sobie rzeczy markowe. Jej ulubioną marką jest H&M i inne tego pokroju, gdzie materiały bywają liche, wykonanie marne i na odległość pachnie chińszczyzną. Ale metka jest.
Markowa pyta:
- Po ile ta torba?
- 150 złotych, hand made, niepowtarzalny egzemplarz
- odpowiadam.
- A czemu nie ma metki firmowej?
- Bo to robiła artystka, ktora wykonuje kilka egzemplarzy tylko.
- Phi -
markowa prycha z pogardą - to ja za 80 złotych mogę kupić firmówkę w H&M! 

ZŁOTA RĄCZKA
- Po ile ten naszyjnik?
- 50 złotych.
- A to jest ręczna robota?
- Tak.
- To po co mam płacić, mogę sama sobie taki zrobić!
- A zajmuje się pani tworzeniem biżuterii?
- Nigdy się tym nie zajmowałam , ale nie będę płacić 50 złotych za coś co można samemu zrobić!

Jest oczywiście jeszcze typ:
"Przyjdę po pierwszym"
"Ja mam tyle w domu biżuterii, że też bym mogła sklep założyć"
"Kto takie rzeczy na siebie nakłada?!"
"Ten diabeł szczęścia pani nie przyniesie, co za niesmaczna nazwa!"
oraz cała grupa pań, które opowiadają mi o swoich mężach, teściowych i dzieciach.

Ale wiecie, co jest najciekawsze?
Że ja te wszystkie babki i babeczki naparawdę lubię:)

niedziela, 26 lipca 2009

Dziś mija 26 dzień z rzędu, w którym pracowałam - ostatnie dwa dni na Jarmarku Jakubowym. 

Moje półroczne doświadczenie w handlu owocuje różnymi zabawnymi spostrzeżeniami.
Jednakowoż zostawię je na jutro, bo dziś handlara-straganiara pada na ryjek i  idzie spać, a nazajutrz przedstawi Wam różne gatunki Klientów.  
Będziecie mogli sprawdzić, do której grupy należycie:)

czwartek, 23 lipca 2009

Zapowiadał się szczyt mamuśko-emerytek.
Ja i Janiś z brzuchami, Monia z dzieckiem i samochodem, Ramsik z problemem gastrycznym, Ewka ze świadomością, że nazajutrz cały dzień szkoła, a Diana... no tak - Diana jedyna normalna.

Najpierw zrobiłyśmy zakupy w Tesco, gdzie jakiś spocony burak niemalże wyrwał nam z rąk ostatnią zgrzewkę Lecha Free, nabyłyśmy jednorazowego grilla za 10 złotych i ruszyłyśmy moją almerką bez klimy do pewnego pięknego dworku, w którym pomieszkuje Ewa z ośmioma kotami (Mrunia, Bunia, Pusia, Maciek, Kubuś, Kicia, więcej nie pamiętam) oraz psami - sztuk dwie. Jak przystało na prawdziwe Matki Polki wzięłyśmy się ochoczo do pracy, pichcąc sałatki, przekąski, rozpalając grilla i nakrywając do stołu.
- W samochodzie jest płynna rozpałka do grilla - zajęta robieniem oliwkowej pasty na kanapki instruuję Ewę. Ewka najpierw mocuje się chwilę z bagażnikiem, a potem widzę, jak dzierży w dłoniach... półtoralitrowy płyn do spryskiwaczy.
Godzinę później siadamy do boskiego stołu w dzikim, bajecznie zachwaszczonym ogrodzie, który Mama Ewy nazywa przeintelektualizowanym ogrodem angielskim. Zaczyna się długo wyczekiwana babska nasiadówa.
Diana opowiada o życiu w Dubaju, my z Janiś przeżywamy brzuchy, debatujemy na temat wychowania nienarodzonych jeszcze dzieci, potem porzucamy mamuśkowe tematy i schodzimy na związki. Obgadujemy naszych chłopców, dyskutujemy o seksie, romansach, moralności i tym, co komu w duszy gra. Zanim komary całkiem nas zeżrą przenosimy się do środka. Jest przecież jeszcze tyle tematów do omówienia! Bo choć każda z nas żyje w innym zakątku świata, każda ma inny tryb życia, inne marzenia, a nawet wartości, to wciąż jest między nami ogromna bliskość i umiejętność współodczuwania. Choć różnimy się ogromnie, łączy nas wspólnota kobiecego spojrzenia, która ma tak mocny fundament, że miesiące niewidzenia i odmienne poglądy nie są w stanie jej zachwiać.
Patrzę na te moje kobiety - słucham ich intymnych opowieści - czasem dramatycznych, czasem radosnych  - i dziękuję Losowi, że postawił na mojej drodze tak wspaniałe i tak różnorodne osobowości, które od wielu wielu lat pokazują mi inne światy i uczą mnie swojej odmienności.

Tuż przed snem, Janiś częstuje mnie kremem na rozstępy, potem porównujemy swoje piersi - czy urosły, czy sutki pociemniały, czy jest obwódka i chichocząc rozchodzimy się do sypialni. Dziś śpię z Ramsikiem jak za starych dobrych czasów na poznańskich Jeżycach.

Budzi nas nowy piękny dzień.
Jemy długie leniwe śniadanie i znowu gadamy i gadamy, i nie możemy się nagadać. Przecież jeszcze trzeba ponarzekać na teściów, tatusiów, katolicyzm i polską służbę zdrowia...

Rozjeżdżamy się do swoich światów -  pełne niedosytu, ale z przekonaniem, że przecież jesteśmy dla siebie i będziemy, pomimo różnic, odległości, spraw i sprawunków.

Bo to jest przyjaźń, która nie stawia warunków,
Przyjaźń pomimo, a nie dlatego że...


A foty, jak zawsze tu:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/


od lewej: Ramsik, ja, Janiś




Dianka


Ramsik


Janiś

Ewka


Roki

wtorek, 21 lipca 2009

Prowadzenie kramiku na starówce wiąże się z tym, że siłą rzeczy wrasta się w lokalną społeczność, żyjąc jej troskami i radościami.

W mojej kamienicy mieszka perfumowany Pan Zbyszek - ciut upośledzony, choć zarazem niezwykle bystry, który nader wszystko kocha koty. Sam może nie zjeść, ale koty, które dokarmia, zawsze dostaną jakieś resztki ze śmietnika, a czasem nawet saszetkę kitikata.
Poza Zbyszkiem, jest urocza Marlenka, która ma wadę wymowy, ale to nie przeszkadza jej regularnie wpadać do mnie na ploty. Jej tato też do mnie wpada - po papierosa albo pięć złotych w zależności od zapotrzebowania. Tuż obok mnie wprowadziła się para - Emil, który jeździ motorem i muzykuje chyba oraz przemiła sąsiadka, która ma psa wielkości niedźwiedzia brunatnego i jest już moją stałą klientką. Natomiast w kamienicy obok, parafia z okna wydaje biednym suchy prowiant, więc nierzadko pod drzwiami mam komitet kolejkowy złożony z okolicznych pijaczków, Cyganów i samotnych matek. Po lewej zaś znajduje się sklepik spożywczy, którym zawiaduje "Cichomówny Pan" z żoną. Stałym gościem sklepiku jest "Pan Kamizelkowy", który zawsze wie, co w dzielni piszczy. Tak po krótce przedstawia się panorama uliczna.

A teraz do rzeczy.
W ubiegłym tygodniu Pan Zbyszek popadł w ciąg i jak zwykle zniknął na kilka dni, a tu nagle ni z tego, ni z owego, z wielkim hukiem wypadła z okna, jego piękna trójkolorowa kotka. Wybiegłam z kramiku, leży biedna na ulicy i ledwo dycha. Dzwonię po Endriuszę, on po ludzi ze schroniska, w międzyczasie robi się zamieszanie - wychylają się okoliczni handlarze, zjawia się Pan Kamizelkowy, wszyscy radzą, co robić. Kotka powłóczy tylnymi nogami, trzeba ją zabrać. Ostatecznie - z naszą pomocą - ląduje w schronisku, gdzie otrzyma fachową pomoc.
Następnego dnia rano spotykam Zbyszka, który siedzi na schodach kamienicy i płacze wielkimi łzami.
- Mój kotek! Zabrali kotka!
Okazuje się, że pojechał nawet do schroniska, ale nie trafił tam i wylądował w sanatorium gruźlików. A teraz pijaniutki szlocha po kocie, bo nie wiadomo, czy kot przeżyje, czy jeszcze wróci. Tłumaczę jak dziecku, że dzwoniłam, kot żyje, ale teraz go leczą i trzeba cierpliwie czekać. Zbyszek rozpogadza się na chwilę, po czym zapomina i znów szlocha. Siedzi na chodniku i kwili, opowiadając wszystkim o stracie swojego najlepszego przyjaciela. Kilka razy dziennie zachodzi do kramiku, który po każdej jego wizycie muszę odkażać kadzidłami zapachowymi, a ja wychodzę z nim na zewnątrz (żeby się nie udusić) i pocieszam:
- Kotek jest w szpitalu, jak wyzdrowieje, to wróci.
Potem przychodzi weekend, chwilowo zapominam o kocie i o Zbyszku.
A w poniedziałek, z samego rana, jeszcze przed otwarciem kramu, widzę jak Pan Cichomówny i Pan Kamizelkowy wołają Zbyszka. Okazuje się, że pojechali odwiedzić kota w schronisku i kot okazał się na tyle zdrowy, że można go było zabrać. Wypuszczają kocicę z wielkiego pudła.
- Mój kotek, kotek! - Zbyszek cieszy się jak dziecko. 
Kocica okrąża Zbyszka, potem mnie, podbiega do Pana Kamizelkowego i ociera się o nogi wszystkich zebranych. A tych przybywa. I nagle na całej ulicy robi się radośnie. Wszyscy wychodzą ze swoich sklepów i patrzą jak Zbyszek wita się z kotem.

Wielkie uliczne święto trwa, a mnie ten widok bawi i wzrusza jednocześnie. 
Dopóki na świecie są ludzie wrażliwego serca, dopóty warto  jeszcze na nim żyć.
 

poniedziałek, 20 lipca 2009

- Kurczę, jak Waglewski mógł napisać taki tekst? - dziwie się na głos, podnosząc dziś rano ciężkie powieki.
- Jaki tekst? - pyta ledwo przytomny Endrju.
- No "Chromolę". Przecież Waglu, człowiek wolny jak ptak, nie może znać bólu niedzieli. Co on w ogóle wie o niedzieli?

"W niedzielę, to nie widać mnie wcale,
się nie golę, chromolę.
Nie widać w ogóle, do środka się tulę,
Do siebie się tulę, do wewnątrz się tulę"

Koncert Wagli był pyszny jak pyszne bywa coś, co łączy w sobie talent, pasję i dobrą energię.

na żywo równie atrakcyjny co Fisz, okazał się Emade. Choć tak naprawdę czarnym rumakiem tego trio jest Waglewski senior.  (Więcej fot TU)

Wczoraj natomiast pojechaliśmy odwiedzić moją szaloną ciotkę, jej męża i  uroczą kuzynkę Zuzię, która jest wielkim żywiołem zamkniętym w małym ciałku. Nie dość, że trenuje dżudo i jeździ konno, to jeszcze gra w piłkę nożną, a na painballowych rozgrywkach wycina w pień wszystkich chłopaków. No i błyskotliwa jest, i urocza, i magiczna jak mała elfica.
Spędziliśmy sympatyczne przedpołudnie gdzieś w głuchym zakamarku Warmii, potem pojechaliśmy na obiad, a jeszcze później nie mieliśmy pomysłu, co dalej.
- Obejrzyjmy jakiś film! - zaproponowałam.
- Mam dość oglądania filmów na tym małym laptopie - zaoponował Endrju.
- To co zrobimy?
- Pojedźmy kupić telewizor.

Tak też uczyniliśmy i godzinę później wracaliśmy do domu z telewizorem.
- Jesteśmy już prawdziwymi mieszczanami! - postanowiłam spojrzeć prawdzie prosto w oczy. - To już koniec pewnej epoki.
- Teraz jeszcze musimy zacząć grillować w ogródku -
dorzucił Endrju.
- I chodzić do teatru na premiery i do galerii na wernisaże.
- I zacząć prasować koszule!
- Słuchaj - Endrju postanowił wykorzystać okazję -  skoro  i tak jesteś już mieszczanką, to może weźmiemy jednak ten ślub?

Rozwiałam jego nadzieje. Wprawdzie mamy telewizor, ale wciąż nie mamy telewizji. A stan panieński to mój ostatni bastion wolności.

sobota, 18 lipca 2009

Sama jestem sobie winna,
jestem inna niż powinnam

Tak jak myślałam - Maria Peszek dała czadu: zelektryzowała widownię swoim liryczno-żywiołowym show. A mnie uwiodła bez reszty.

Niewiele brakowało, a piszczałabym z zachwytu wśród reszty przeegzaltowanych nastolatek - I love Maria!

Uwielbiam charyzmatyczne osobowości. Ich aura jest dla mnie inspiracją. Niczym wampirzyca wysysam z nich energię, aby ją przetworzyć na własny użytek i dalej puścić w świat.

Charyzma i osobowość to dziś towary deficytowe, dlatego koncert Marii Awarii był dla mnie baardzo smakowitą ucztą.
Dziś natomiast coś z dobrych przekąsek - Trio Waglewskich.



piątek, 17 lipca 2009

Poliż mnie, I'm polish,
albo jeśli wolisz
możesz mnie posolić
albo wymiętolić..

tak, tak, tak, dziś Maria Peszek zjawia się w Olsztynie, a ja wkrótce zjawię się na jej koncercie.
 
- Jej teksty są tanie - zawyrokował wczoraj Paweł, kiedy siedzieliśmy w knajpianym ogródku i na gapę słuchaliśmy koncertu Alison Moyet.

- Tanie-banie, ja tam lubię - pomyślałam i rzekłam: że dobre, fajne, z biglem i żadnej taniochy nie dostrzegam.
- Mam nadzieję, że Cię nie uraziłem...
- Nie uraziłeś -
powiedziałam, nie dodając już reszty. Na tym świecie osób, które mogą mnie urazić jest nie więcej niż palców moich obydwu dłoni. I to na pewno nie odmiennymi poglądami na temat Marii Awarii. Bo przecież wiadomo, że ona jest super i to nie podlega dyskusji:))

Dziś o niczym pisać nie będę, bo przede mną micha dorodnych czereśni, rozdział do skrobnięcia i ciut pracy.
A na karku jeszcze dwa inne blogi.
Ech my tytani pracy!

czwartek, 16 lipca 2009

Pamiętacie czasy, kiedy ludzie puszczali sobie głuchacze/wędki/biedaki czy po prostu sygnały na znak, że o sobie myślą?

Na studiach wysyłaliśmy sobie strzałki z przyjaciółkami i kumplami ot tak po prostu, aby dać sygnał o swoim istnieniu i pamięci.
Głupie, prawda?
 
Teraz można zrobić to inaczej.
Na przykład kliknąć na czyjś profil lub stronę.
Codziennie na powitanie i pożegnanie dnia.
Nie pytajcie mnie po co, bo sama nie wiem.

Choć przecież ja też klikam.
To moje wyznanie.
Taki dziecinny komunikat, kiedy nie można już nic więcej powiedzieć.   

środa, 15 lipca 2009

"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sam sobie wybiera, a nie na który przychodzi"
"Traktat o łuskaniu fasoli", s. 156.
Smakuję Myśliwskiego i z każdą kolejną stroną popadam w większy zachwyt.
Najbardziej lubię czytać rano. Najchętniej siedząc na moim ulubionym moście, gdzie oddycham lasem, a stopami prawie dotykam wody. Dobrze mi na tym świecie, mimo że nie ja go wybrałam.

Teraz dopiero widzę sensy, które najpierw próbowała przekazać mi Monia, a potem Ewa, kiedy dyskutowałyśmy o szkodliwości Cohelo, pism kobiecych i innych oszustwach przebranych za filozofie.

Rytuały rodzą się same, doznanie pełni życia i delektowanie się chwilą musi narodzić się w środku. Tego nie można sobie postanowić. Nie wystarczy przeczytać natchnionego artykułu w "Zwierciadle", posłuchać nawiedzonej pani Dobroń w radiowej Trójce, która twierdzi, że aby zapomnieć o problemach, należy przytulić się do drzewa. Szczęście nie przychodzi wraz z postanowieniem szczęścia. Medytacje, terapie, zioła i czary-mary mogą jedynie wspomóc przemiany, które i bez tego mają się dokonać. Bo wszystko toczy się gdzieś bardzo głęboko, gdzie nie dociera ani słowo, ani świadomość.
Obserwuje to każdego dnia, przyglądając się sobie i naprawdę nie mogę się nadziwić:)

wtorek, 14 lipca 2009

Lubię poranki na Starówce.
Słońce mieni się na wilgotnej kostce brukowej, gołębie odprawiają poranny rytuał kąpieli przy fontannie, powoli otwierają się knajpki. Jest jeszcze pusto i cicho, a dzień dopiero budzi się do życia.
Kelnerki rozstawiają kawiarniane ogródki, a kwiaciarki budują swoje stragany. Uliczne handlarki stają z jagodami i kurkami.
Dzwon katedry wybija pełną godzinę.

Otwieram kramik - wynoszę na chodnik kosz z kwiatami i potykacz. Otwieram okna i palę kadzidełko. Pierwsza kawa na rozruch, włączam komputer. Do napisania następny scenariusz, kolejny rozdział powieści, jakaś prezentacja. Przychodzą pierwsze klientki. Potem przewijają się znajomi. Piszę, jem, szukam nowych cacek do kramiku.

Tak mija mi dzień.
Popołudniu zamykam sklep i wracam do domu.
Biorę kostium i ręcznik i idę nad jezioro. Dziś idzie ze mną Paweł. Dziesięć minut później zanurzam się w jeziorze na dzikiej plaży tuż przy pewnym mostku i pływam. Wokół tylko kilku spacerowiczów i wędkarze. Razem ze mną na całym jeziorze jedynie kaczki i łabędzie, bo Paweł kończy kąpiel wcześniej. A ja nie mogę się nasycić.
Potem - już w trójkę - jedziemy na lody na Przystań, a późnym wieczorem lądujemy u Pawła na pysznych zapiekankach.
Latem wszystko ma smak wakacji. 

niedziela, 12 lipca 2009

Stała się rzecz niesłychana, wczoraj wieczorem w Klubie Środowisk Twórczych widziałam na własne oczy oryginał Żulczyka. Tym, którzy nie pamiętają, przypomnę, że był taki czas, kiedy popadłam w wielkie zauroczenie olsztyńską kopią Żulczyka - niejakim Szuwarkiem.
Co automatycznie podniosło notowania również pierwowzoru.

A jednak dwóch Żulczyków w jednym mieście to nawet dla mnie za dużo:)

Również wczoraj spotkałam na starówce moją kuzynkę:

Emila: Kochana, strasznie ucieszyliśmy się z Łukaszem na wieść, że jesteś w ciąży!
ja: A to czemu?
Emila: Bardzo lubimy Andrzeja, a teraz jest szansa, że będziesz z nim trochę dłużej!

Zapewniłam ją gorąco, że nie widzę związku;))

piątek, 10 lipca 2009

Spłakałam się wczoraj okrutnie na polskim filmie "Hania" - nie jest to kino  wybitne, nie wiem nawet czy można zaliczyć do dobrego, ale mnie teraz niewiele potrzeba. Gdybym miała telewizor, szlochałabym, oglądając "Modę na sukces".
Obudziłam się dziś z zapuchniętymi oczami i pobiegłam do kramiku. Bo nie wiem, czy wiecie, ale kramik ma już letnią filię na Targu Rybnym. Tak, tak, Diabeł się rozwija. Choć niestety i zyski Diabeł przykrył ogonem.
Ale nie bądźmy drobiazgowi - w życiu nie chodzi przecież o pieniądze:)

Zasłyszane wczoraj w markecie, czyli szybki kurs neologizmów

Osoby: mama, ojciec, córka - na oko ośmiolatka.

Młoda oglada plastikowe pojeminiki na kanapki.
Mama wskazuje na jeden z nich i mówi: Ten chyba będzie dobry?
Młoda: Dobry, dobry, ale koleżanki to mają pudełka barbiowe albo hajskulmiuzikalowe.
Ojciec wznosi oczy do nieba i powtarza: Hajskulmiuzikalowe!

czwartek, 09 lipca 2009

Chcę jutro zaprosić kilkoro znajomych na kolację, a mam już dosyć swoich sałatek. Dlatego  urządzam dziś sałatkową burzę mózgów.

Podzielcie się przepisami na ulubione sałatki, co?

środa, 08 lipca 2009

Tak jak myślałam - od dwóch dni jest pysznie. Teraz moja huśtawka szybuje do góry, a mnie dopisuje humor.
Wczoraj wieczorem wskoczyłam do jeziora - woda przed zmierzchem jest cudowna niczym ta ze świętego źródełka. Nie wiem, czy uzdrawia ciało, ale duszę na pewno.
Zaczęłam czytać "Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego. Wcześniej było we mnie zbyt wiele zgiełku, a teraz kiedy jest cicho i spokojnie, mogę z wielkim smakiem skubać tę opowieść - kawałek po kawałku. 
Nigdzie mi się nie spieszy, nie mam tej złudnej potrzeby "dziania się", delektuję się pływaniem, książką, kinem, chwilą kiedy przyrządzam jedzenie i momentem, gdy po kąpieli wcieram oliwkę w brzuch i piersi. 
To ciekawy czas.
Nigdy wcześniej tak wyraźnie nie słyszałam swojego głosu.
Nigdy wcześniej mój wewnętrzny głos nie był tak łagodny.

Wczorajsze jezioro

***
"SEDNO SPRAWY"

ja: Musimy się podzielić jakoś obowiązkami przy dziecku, więc tak sobie myślę, że skoro ja je będę karmić, to Ty będziesz  przewijał.
Endrju: A nie możesz Ty się zająć całym układem pokarmowym od połknięcia aż po wydalenie?
ja: No nie przesadzaj! Musimy zrobić specjalizacje: ja zajmę się odcinkiem przełyk - żołądek, a ty żołądek - jelito jedno i drugie.
Endrju: Super! Nie dość, że zasponsoruję te wszystkie odżywki i kaszki, to jeszcze gówno z tego będę  miał!

wtorek, 07 lipca 2009

Śpimy z Endriuszą pod jedną ogromną kołdrą (Endrju twierdzi, że 2 kołdry oddaliłyby nas emocjonalnie:), ale każde z nas lubi się owijać i tworzyć kokony, więc co wieczór odbywa się wielka walka o kołdrę. Wczoraj szarpiemy się jak zawsze i każde ciągnie w swoją stronę.

ja:
Oddawaj! Nas jest teraz dwoje, więc potrzebujemy więcej kołdry!
Endriusza: (zacietrzewiony) No pięknie! Już się w tym domu obozy tworzą!

poniedziałek, 06 lipca 2009

Czuję się jakby mnie wywrócono na lewą stronę. Podszewką na zewnątrz.
Płaczę co chwilę. Jeszcze jedne łzy nie wyschną, a zaraz pojawiają się nowe.
Z powodu, bez powodu - nieważne.

Mam wszystko na wierzchu - jestem bezbronna, a zamiast skóry mam otwarte rany i każdy dotyk świata boli, tak bardzo boli. Jakbym całą siłę i odwagę przekazywała teraz Istotce, a dla mnie już nie starczało. Oddaję jej energię, nonszalancję, radość, a sama zostaję naga z upiornym poczuciem nieszczęścia. I to takiego nieszczęścia, że najchętniej bym wydała na świat nowe życie, a sama umarła.

Bardzo prawdopodobne jest, że jutro
obudzę się szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Szczęśliwa jak wczoraj i trzy dni temu. Dziś natomiast kończę ten dzień w rozpaczy tak jak przedwczoraj i jeszcze kiedyś. 

Fachowe książki mówią, że to figiel hormonów. W drugim trymestrze mija.
Czyli byle do sierpnia.
A na razie płaczę i słyszę, jak Istotka ssie ze mnie życie. Niech ssie żarliwie, żeby umiała iść przez świat jak mama.
Do pierwszej ciąży:)  


Zdjęcie zrobione przez Haneczkę.
Więcej jej prac tu: http://www.flickr.com/photos/hania/

Został jeszcze jeden dzień głosowania.
Na razie Mazurskie Jeziora prowadzą.
Oddać głos można tu:

http://www.new7wonders.com/nature/en/vote_on_nominees/?firstselect=5:340

ps. zdjęcia z wycieczki do winnicy tu:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/
relacji nie będzie, bo nie mam dzis czasu. I basta.

niedziela, 05 lipca 2009

Uroczy weekend z piątkową poezją na przyzamczu, sobotnią imprezą na działce i niedzielną wyprawą do ukrytej w głuszy winiarni dobiega końca. Za nami tegoroczny debiut pływacki w jeziorze Krzywym, nieudane aczkolwiek smaczne fondue i kilka wybornych chwil, które zostaną w pamięci.

Jutro, wykorzystam czas w kramiku i napiszę więcej, tymczasem zmykam do pisania, a tu pozostawię lekturę najnowszej recenzji "Matyldy", czyli jak to widzą faceci:)

Więcej tu:
http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=39337


 

piątek, 03 lipca 2009

Wczoraj spędziłam z Monią urocze piknikowe popołudnie. Był kosz, świeżo upieczone mufinki, owoce, rogaliki, sałatka, piwko i szampan picolo:)

Wylegiwałyśmy się na kocyku, zajadałyśmy samkołyki i patrzyłyśmy na leniwie przepływające żaglówki.
A dziś, już za chwileczkę, już za momencik, pakuję lapcia i jadę na wieś, na taras moich rodziców.
Mam wielką ochotę wystawić buzię i brzuch do słońca.
Udanego piątku!

czwartek, 02 lipca 2009

Na naszą uroczą prowincję jakiś czas temu dotarła "Wojna polsko-ruska" oraz nowy obraz Kolskiego "Afonia i pszczoły". Dlatego dziś będzie o filmach.

Z "Wojną" mam kłopot. Jestem bowiem głęboko przekonana, że ekranizacja Żuławskiego jest najlepszą z możliwych. Proza to bowiem trudna do przełożenia na język filmu i łatwo ją skiepścić. Żuławski wybrał metodę ciekawą i stosunkowo nowatorską w Polsce, czyli puścił do nas wielkie oko, które zauważy nawet najbardziej przejęty widz. Niestety teledyskowa forma dłuży się mocno i ani boski Szyc, ani spektaklularne loty Matrixa, ani nawet superśmieszne sceny powalające nas na łopatki, nie są w stanie utrzymać odpowiedniej temperatury. Dlatego opuszczam widownię i nie piszczę z zachwytu razem z resztą recenzentów  - kilka scen było genialnych, ale całość bez szału.
- No ale teksty! Ten film to kopalnia tekstów! - przekonuje Mirek.
- Żaden argument  - myślę. - Kopalnią tekstów jest książka. Wystarczyło zrobić płytę audio dla leniwych.
Gdybym miała to wepchnąć do jakiejś szuflady, nosiłaby ona napis: Efemeryd.
Pożyje intensywnie i umrze szybką bezbolesną śmiercią. Tak to widzę ja.

Natomiast Kolski...
od niego nie oczekuję rewolucji w kinie, ani porywającej fabuły, ani nawet wartkiej akcji.
"Afonia i pszczoły", tak jak inne jego filmy, to po prostu pokaz pięknych slajdów zabarwionych lekkim humorem, dawką nostalgii, jakąś prawdą o byciu w świecie, a wszystko podane wdzięcznie, prosto, nienachalnie.
Kolski na dwie godziny przenosi nas w bardzo skromny, ale baśniowy świat pełen ludzkich słabości, zła, biegunowych uczuć, a jednak w jakiś sposób magiczny i za to go bardzo lubię i zawsze wracać do niego będę.

Z wieści książkowych:
Przeczytałam "Gringo wśród dzikich plemion" - udana, zabawna, zaskakująca, ale jednak gorsza od "Rio Anaconda",  w której poza sporą dawką anegdot Cejrowski  zagłębił się w mentalność dzikich plemion i dotknął ich duchowości, czego w "Gringo" praktycznie nie ma. A szkoda.

środa, 01 lipca 2009

Tyle życzeń i ciepłych słów chyba nigdy jeszcze do mnie nie przyfrunęło z różnych stron Polski i nie tylko. Dziękuję Wam kochani!

Wczoraj Endrju zabrał mnie na dwie kolacje - bo skoro nie mogę się napić, ani napalić, to chociaż się najem podwójnie od czasu do czasu, a co?:)

Tymczasem nie wszędzie jest tak miło i wesoło. Wczoraj na przykład nadszedł nius od mojej niedoszłej szwagierki, że nasza ostatnia prośba o pomoc była... n i e t a k t e m.
Takty, nietakty jak widać rzecz względna, ale czuję, że wraz z moim brzuchem nadchodzi klimat polskiej przybitej telenoweli. Żeby chociaż był to agrentyński serial, jakaś zbrodnia, namiętność, odnaleziona po latach siostra bliźniaczka. Niestety. W polskiej produkcji familijnej będą: ZASADY, NORMY, NIETAKTY, REGUŁY i DOGMATY, a oprócz tego: narzekanie, strofowanie, obrażanie, krytykowanie i czarnowidztwo.
I koniecznie ciężka gęsta atmosfera, że można topór powiesić, a w tle najlepiej Ryś Rynkowski z przebojem: życie, życie jest nowelą.

Zaczynam wierzyć w zasadę:
jeśli nadajesz na tych samych falach, co rodzice Twojego partnera i przypadkiem czujesz się z nimi świetnie, to znaczy, że albo to partner tylko przejściowy albo oni nie traktują Cię poważnie.
Z wszystkimi rodzicami moich ex chłopców dogadywałam się rewelacyjnie - z mamą Tomka sadysty miałam lepszy kontakt niż z nim samym, z rodzicami nieletniego Kubusia nigdy nie mogłam się nagadać, a mama Wojtka kilka dni temu przyszła mi z pomocą jako ostatnia deska ratunku. Kłopoty zaczęły się dopiero, kiedy poznałam mężczyznę mojego życia i mam brzuch - świadectwo nieodwracalności pewnych spraw.

MORAŁ:
Trzeba zadość uczynić dobrej polskiej tradycji: kobieta synka największym wrogiem. Tak dziś, jak i po ostatni dzień  żywota wiecznego. Amen!

Ryzykowne pogróżki

ja: Ty wiesz, że tak naprawdę najgorszym okresem jest karmienie piersią. Bo nie dość, że nie możesz pić, ani palić, to jeszcze musisz przestrzegać jakiejś restrykcyjnej diety.
Endrju: (z satysfakcją) : to Ci się przedłuży abstynencja
ja: Żeby się Tobie nie przedłużyła abstynencja (tutaj intenstywnie myślę i wreszcie wymyślam) seksualna na przykład!

A potem taka kobieta jest ciężko zdziwiona, że ona tu z brzuchem jego dziecko pod sercem nosi, a on kochankę sobie znalazł. Łajdak jeden!:))