..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 30 lipca 2008

Miało być o frustracjach atrakcyjnych kobiet, to będzie.

A wszystko dlatego, że my kobiety rozkwitamy po to, aby być piękne. Imperatyw urody jest w nas tak silnie zakorzeniony, że od najmłodszych lat stajemy przed lustrem, spoglądamy na siebie męskim okiem i pytamy: "Czy jestem wystarczająco ładna?"
Potem porównujemy się do koleżanek, modelek, aktorek i ciągle coś chcemy doskonalić. Zrzucić dwa kilo, pofarbować włosy, pomalować oko, ujędrnić piersi i tak dalej i tak dalej.

Ale każdy kij ma dwa końce.

Jesteśmy już pięknymi kobietami. Nadal mogłybyśmy zrzucić ze dwa kilo i jeszcze coś poprawić, ale to nie zmienia faktu, że podobamy się facetom. Oblepiają nas ich spojrzenia, dostrzegamy rozszerzone źrenice, czujemy na karku oddech pożądania i....

...i przychodzi taki dzień, kiedy  zaczynamy sobie uświadamiać, że gdyby nie ciało, to nie byłoby ani zainteresowania, ani spojrzeń osiadających przyjemnie na kręgosłupie, ani pożądania, które tak miło mrowi podbrzusze. 

I jedyne, co możemy zrobić, to zanucić za Kaliną Jędrusik piosenkę, którą ostatnio przypomniała mi Basia:

Wiem, żem ja cała
Nie tylko z ciała,
Że oprócz ciała mam przecież i duszę!
Bo we mnie jest sex,
Jak chwast ją zagłusza.
Nikt nie wie, że jest
Pod sexem i dusza.

Więc o takim dziś marzę, co całość ogranie
I duszy latarnie
Ze zmysłów wygarnie
Takiemu ja oddam wśród łez
I duszę i seks.

Lecz najbardziej mnie w tym wszystkim zadziwia fakt,
że tę piosenkę napisał facet.
Jeremi Przybora.

*************
Ze spraw bieżących:

dziś odwiedził nas SayItAgain, który stacjonuje z rodziną nieopodal Olsztyna. Przyjechał z dwiema córeczkami i szczeniakiem colie. Mężczyzna pozostawiony na pastwę dzieci i psa to widok dość nietuzinkowy. To, co kobieta robi instynktownie i bezrefleksyjnie, u facetów zwykle poprzedzone jest skomplikowanym tokiem myślowym i opóźnioną reakcją. A wtedy nagle okazuje się, że nie ma chusteczki, że brak zapasowej pieluchy i katastrofa gotowa:)
Niemniej przyglądanie się temu z bliska, bywa naprawdę zabawne. 
A popołudnie, choć dotknięte palcem chaosu, było bardzo udane. 

wtorek, 29 lipca 2008

Pierwszy raz Bestyjka zaskomlała kilka tygodni temu. Było morze, wschód słońca na plaży, a wtedy bestyjka otworzyła swoje niewinne głodne oczy i szturchnęła mnie prosto w żołądek. Dałam cukierka i położyłam spać.

Potem Opatrzność postawiła na mojej drodze pewnego pisarza. Bestyjka zadrżała i pogalopowała przed siebie. Nie miałam szans jej dogonić, a kiedy zawarła sojusz z Fatum i poprowadziła mnie do Czułego Barbarzyńcy, wiedziałam już, że tym razem to ona triumfuje.
- Nakarmiona? - zapytałam, kiedy wróciła, a ja ponownie próbowałam położyć ją spać. Spojrzałam jej w oczy. W oczach był obłęd. Spojrzałam w jej serce. Dzikość.

Chwyciłam za gardło i wywiozłam jak najdalej. Wtuliła się w mój brzuch, od środka. Ukołysałam ją czule: To nie twoja wina.

Kilka dni później zagrał nocny kwartet. Nad szyi Bestyjki zacisnęła się pętla. Lasso. Teraz miała już doskonały pretekst. Przecież spała. Była taka grzeczna.
Zobaczyłam kopyta i rozwianą grzywę. Ruszyłam w pogoń i w porę zdążyłam ją dosiąść.

Teraz bestyjka śpi na moich kolanach. Wzdycha, śniąc o swoim nieustannym galopowaniu, a ja spoglądam na jej wygładzoną snem twarzyczkę. Jest taka czysta  i ufna.

Nie wie jeszcze, że zrodziła się po to, aby galopować za ruchomym cieniem.
Aby chwytać obłok dymu, ścigać pył na wietrze.

Bestyjka.
Za każdym razem rodzi się na nowo. 
I z tą samą pasją rwie się do galopu. 
Usypia po nim zraniona, żeby kiedyś wykluć się ponownie.

A ja?
A ja żyję. Bestyjka śpi. Delektuję się tym snem i wysyłam do nieba modlitwy, aby ten sen trwał jak najdłużej. Mogę wreszcie zająć się sobą. Dobrze mi. Jestem szczęśliwie zakochaną kobietą.

Siedzimy razem przy kuchennym stole. On czyta "Nową Fantastykę", a ja kończę ten wpis.
Miał być zupełnie o czymś innym, ale i na tym Bestyjka położyła dziś swoją łapę.
Oczywiście przez sen:)



Zachód słońca w kuchennym oknie

poniedziałek, 28 lipca 2008

Czy Wam również najlepsze pomysły przychodzą zawsze pod prysznicem?
Mi zawsze. 
Myjąc dziś włosy, obiecałam sobie, że nie będę się martwić perspektywą wegetowania za tysiaka miesięcznie, brakiem kasy na kino, rarytasy, dobre wino i książki.
I dlatego w ślad za Scarlett O'Harą powiedziłam sobie:
pomyślę o tym jutro. 
Bo jutro zawsze przynosi jakieś niespodzianki.
Tym razem nie musiałam czekać nawet do jutra.
Chwilę później usłyszałam rozmowę Endriuszki przez telefon.
Dostał pracę w Wyborczej! Czyli wygrał z lokalsami!
***
Właśnie skończyłam pisać wniosek o dotację na działalność,
mansarda jest pomalowana i posprzątana, projekt mebli czeka już u stolarza, a ja wędruję po naszych wszystkich dwóch pokojach, wyglądam na ogródek i drę się w niebogłosy:
Ale tu jest cudownie! Jakie tu będą imprezy!

I została mi tylko jedna niewiadoma:
z kim te imprezy?

Ale o tym pomyślę jutro. 
Bo dla Was  drzwi mansardy od września staną otworem.

Słodkich snów Wam życzę,
a jutro - jeśli nic się nie zdarzy - napiszę Wam o frustracjach atrakcyjnych kobiet i urażonej dumie odtrąconych samców. Duży kęs samego życia:)

niedziela, 27 lipca 2008

Dwoje humanistów stąpających lekko po ziemi,
czyli

Reporter Radiowy z wyksztaceniem muzycznym
&
Wielka Pisarka wyhodowana w wieży z kości słoniowej zwanej "filpolem"

zrobiło dziś analizę finansową ich przyszłego przedsiębiorstwa.

Cyfry jasno pokazały:
na życie zostanie im okrągły tysiąc polskich złotych.
Akurat na papierosy i tanie wino:)

... oj przyjdzie im jeszcze zatęsknić za obfitą piersią korporacji,
do której można było przylgnąć z niewinnością oseska
... i łza im się w oku zakręci na wspomnienie warszawskiej rozpusty:)

sobota, 26 lipca 2008

Są noce, kiedy lubię być sama.
Mogę się wtedy kołysać i robić porządek w środku. 
Segreguję ostatnie tygodnie: co warto zostawić, co trzeba wyrzucić, co mnie niszczy, a co uszczęśliwia.
To jak porządkowanie damskiej torebki, tyle że zamiast zużytej szminki, serwetki z niepotrzebnym telefonem czy wypisanego długopisu są emocje, tęsknoty i pragnienia, które trzeba porzucić.
Wypłukać to, co było, aby otworzyć się na to, co będzie.
Boję się.
Najbardziej siebie. 
***

WIRTUOZ METAFOR
Z mejla od Fruwaka:

...Wszedłem na bloga tylko na chwilkę - drugi raz w życiu (...) piszesz tak, że pochłaniasz czytelnika i jak z dobrym lodzikiem w głowie ciągle jest myśl: "więcej";-)
Bo co dla faceta jest fajniejsze, niż taki dobry i piękny lodzik?;-)))
Znając Ciebie to zamieścisz to na tym swoim blogu i wszyscy ze mnie będą lali tak?;-)


Fruwaczek-cwaniaczek - Poznań, Stary Rynek, maj 2008.

piątek, 25 lipca 2008

Wczoraj była klasyczna pijacko-olsztyńska noc.
Czyli na starówce.
Czyli do rana.
Czyli z dyskusją o literaturze, eutanazji i moralnym aspekcie pośmiertnego publikowania listów.

Był olsztyński pisarz Jacek Sobota, był Paweł, był Endrju i byłam ja.
Tańce, hulanki, spory i waśnie, list napisany na serwetce i inne nocne zadziwienia.
Wniosek?
Jeden.
Nie nadążam za rzeczywistością.

Dziś jadę na wieś po garść równowagi.
Ukraść choć okruch spokoju.


...bo koń Podkowińskiego narowisty
we mnie...

czwartek, 24 lipca 2008

Basia kiedy chce mi dopiec, nazywa mnie "młodopolską muzą". W jej mniemaniu uwodzę już bezwiednie, strzelam oczami i mówiąc krótko pożeram serca biednych niewinnych facetów.  Ja mam na to trochę inną teorię.
Muszę napisać kolejny tekst do magazynu. Tym razem redakcja wysłała mi swoje propozycje. Antoni Libera. Coś mi się kołacze, że to znajomy Basi ojca. Piszę więc do niej esemesa:
"Kochana, prześlij mi namiary na Liberę. Potrzebuję pilnie do wywiadu".
Kilka minut później dostaję esemesa:
"O nie! On ma żonę! Są szczęśliwi!" :)

****
Wczoraj spotkałam się z Dianą i Natalą - panienkami z liceum, ze wspólnej łajby na Mazurach, mieszkania nad morzem i wielu, wielu imprez, gdzie alkohol lał się szerokim strumieniem, a my gadałyśmy, tańczyłyśmy i było dużo śmiechu, i bywały łzy.
Przypomniałyśmy sobie, jak Natala na języku polskim opowiadała o "Potopie".
Polonistka: I kto uratował króla w wąwozie?
Natala: Króla uratowali w wąwozie.. eee.. króla uratowali...
Chór za plecami Natalii: GÓ-RA-LE, GÓ-RA-LE.
Natala (z pewnością siebie): Króla w wąwozie uratowali Uranie!

Magda (szeptem do Diany): Boże, a kto to są Uranie????
Diana: Jak to kto? Mieszkańcy Uranu.

I tak w klasie trzeciej LO II im. Gałczyńskiego w Olsztynie - na lekcji prof. Kwinto -Sienkiewicz stał się pisarzem science fiction:)))

***
A dziś ruszamy z malowaniem.
Przed nami wielki tort codzienności. Zanim dotrzemy do wisienki, jeszcze się trochę napracujemy.
Sypialnia w kolorze trawy, a pokój w odcieniu czerwonego grapefruita.
Endrju macha wałkiem, a ja redaguje "Matyldę".
Szczerze?
Wolałabym mieć w dłoni wałek.
Poprawianie siebie jest nudne okrutnie.

środa, 23 lipca 2008

Wczoraj przyszedł Paweł na powitalne piwo. Z racji posiadania tylko dwóch krzeseł, siedziałam w oknie na parpecie. To moje ulubione miejsce biesiadne. Jedną połową jestem w domu, a drugą poza domem. I mam widok na nasz dach. A dachy bywają magiczne - szczególnie te pokryte czerwoną dachówką. Aż chce się na nie wskoczyć i usiąść na kominie. 

Z Pawełkiem - już tradycyjnie - pokłóciliśmy się o literaturę i jego manierę tworzenia pisarskich rankingów jakby autorzy byli końmi na wyścigu. Ten jest o trzy klasy lepszy od tamtego, a tamten to inna liga niż siamten. Jak mnie to denerwuje!  Na szczęście, kiedy widzi, że już wychodzę z siebie, zawsze się żegna i idzie do domu.

Tak też było i wczoraj. A my poszliśmy sobie na nocny spacer po okolicy.

Poniżej trzy strony mansardy.  Czwarta to ulica.


Na tę stronę wychodzi okno z kuchni, czyli tam gdzie siedzę - piję, jem, palę, gadam i podglądam życie uliczne.



Drugi kwardrat po lewej to nasz ogród. Robimy casting na ogrodnika:)


A to trzecia strona domu. Zza drzew wyłania się... woda! I love it.

wtorek, 22 lipca 2008

Trudno.
Wyjdę na przeegzaltowaną panienkę, ale muszę to powiedzieć:
TU JEST CUDOWNIE!
PIĘKNIE
KOJĄCO
i
INSPIRUJĄCO!

Mansarda przytulniejsza niż pamiętałam, widoki z okien sielskie anielskie, zapach jeziora miesza się ze słońcem. I jest tak zielono!

Zaraz wskakuję na Herkulesa i jadę w miasto.
Przede mną bizi dej.

Wieczorem postaram się zrobić kilka fotek z Krainy. Specially for YOU:)

***
***

Przy śniadaniu.
Na śniadanie herbata, bo zapomniałam wziąć sztućce z Warszawy.

Endrju:
Ty się chyba w ogóle nie cieszysz.
ja: No coś Ty! Cieszę się straszliwie. Tu jest cudownie.
Endrju: To co teraz robisz?
ja: Próbuję pisać bloga.
Endrju: Oczywiście, zamiast się cieszyć z mansardy, piszesz bloga o tym, że się cieszysz.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Przed chwilą za Basią zamknęły się drzwi, a ja owinięta w kokon śpiwora, siedzę pośród kartonów, piję herbatę i próbuję ogarnąć wczorajszą noc.

Wieczór zaczęłyśmy w Planie B. przy placu Zbawiciela. Tam dostałam na pamiątkę paskudną kiczowatą Maryjkę w zamian za przysięgę, że postawię ją w mansardzie na honorowym miejscu. Piłyśmy piwo i gadałyśmy o odwiecznym marzeniu kobiety, aby mężczyzna wziął ją za włosy i zaciągnął do jaskini, zamiast skupiać się na takcie i taktyce. Atawistyczne pragnienie samca jest niezmiennie od tysiącleci. Współczesna kultura dodała tylko jeszcze jeden warunek: niech będzie to samiec czuły i wrażliwy.
Zapewniam, że to nie oksymoron:)

Jakiś czas później głód pognał nas do Przekąsek Zakąsek. Tam spotkałyśmy Kubusia - bufona z telewizji, który na jedym wydechu walnął wyuczoną formułkę:
- Zrezygnowałem z etatu, teraz jestem freelanserem, z naciskiem na free.

Z Przekąsek popłynęłyśmy w stronę Zachęty i na dobre zaokrętowałyśmy się w Obiekcie Zamkniętym, który na własny użytek przechrzściłam na Obieg Zamknięty. Tam w towarzystwie młodocianego barmana o spojrzeniu seryjnego gwałciciela zostałyśmy do końca. My gadałyśmy, a barman dyskretnie podsłuchwiał.
Basia zapewniała mnie, że z moją wrodzoną energią czeka mnie świetlana przyszłość, ja przyklasnęłam jej planowi, aby zachować zawodowe status quo, a wieczorami oddawać się rysowaniu. Pojawił się też pomysł zilustrowania "Matyldy" i dokończenia tajnego prodżektu. 

Kiedy wyczerpały nam się twórcze tematy, jak zawsze zeszło na facetów. M.in. byłych.
- Wiesz, co mnie najbardziej niepokoi? - zapytała Basia.
- No?
- Że on się mógł w kimś zakochać!
- Ale Ty już nie chcesz do niego wrócić?
- Oczywiście, że nie chcę! Ale on ma kochać tylko mnie i... cierpieć!


Potem na tapetę  poszedł Fisz, którego znalazłam w lipcowym Aktiviście:
- Fisz to jest jedyny i ostatni facet na tej planecie, z którym mogłabym popłynąć bez chwili zastanowienia. 
- Ja też - powiedziała Basia, spoglądając na jego fotkę.
- O nie kochana, Ty możesz wziąć sobie Emada.
- Sama bierz sobie Emada!
- A wiesz chociaż jak on wygląda?
- Nie, a Ty?
- Ja też nie:D

Wieczór uwieńczyłyśmy w mieszkaniu na Ochocie przy szklaneczce Jacka. Zasnęłyśmy późną porą zakopane w śpiworach. O poranku ze snu wyrwał nas budzik, wzywający Basię w ramiona korporacji.
- Wczoraj byłyśmy najtwędrowniczki, co? - powiedziała Basia, malując oko.

Ano byłyśmy.
I będziemy.
Taki tandem ma przed sobą jeszcze wiele najtwędrówek :)









sobota, 19 lipca 2008

Wreszcie to czuję.
Przyjemne łaskotanie przed podróżą.
Nie reisefieber przed urlopem, ani wakacjami, ale podniecenie wyprawą w nieznane. 
Lubię zaczynać od początku. Meblować swoje życie.
Nie znać jutra i otworzyć się na to, co przyniosą mi kolejne poranki.

W poniedziałek odbieramy klucze od naszej mansardy.
Nie mogę się doczekać chwili, kiedy otworzę okno i spojrzę na jezioro, a potem wypiję nad nim pierwsze piwo. Cieszy mnie myśl o spacerze na starówkę i niespiesznym powrocie w ciepłą letnią noc pod parasolem z gwiazd.

Dobrze mi. Tak naprawdę i głęboko. 
Wczoraj na Koszykach zrobiliśmy zapasy książek na pierwsze chude miesiące, więc jestem gotowa do podróży.
Najchętniej wzięłabym plecak i wsiadła do najbliższego pociągu.
Niestety już dawno przestałam się mieścić w jeden plecak.
Dlatego toniemy w kartonach i próbujemy posegregować nasze szpargały.

A jutro?
Jutro pożegnalna noc z Basią. Ciekawe, gdzie nas poniesie?
Choć zaznaczam: to na pewno nie jest ostatnia taka noc. Co to, to nie.
Tak fantastycznego duetu nie rozdzieli nawet ocean, a co dopiero 200 kilometrów:)

*********************************************************************************
Dziś w Łowiczu pożegnaliśmy Ciocię Hankę.
Wiecie, za co lubię moją rodzinę?
Ano za to, że:
- obyło się bez księdza,
- wiązankę pogrzebową skomponowaliśmy ze słoneczników
- nikt nie przyjechał w garniturze, a ja mogłam bez oporów założyć białą sukienkę
- nie otworzyliśmy trumny ku rozczarowaniu lokalnej gawiedzi
- a kiedy kobiety zaczęły odśpiewywać pacierze, o mały włos nie parsknęliśmy śmiechem.
I jestem przekonana, że moja nieżyjąca Cioteczka zareagowałaby tak samo.

A mimo wszystko dla każdego z nas to moment ważny i wzruszający. Bo Cioteczka była naprawdę złotym i wielkim człowiekiem, a jednocześnie bardzo skromnym, potrafiącym smakować życie we wszystkich jego odcieniach.

piątek, 18 lipca 2008

Gdy pojawia się jakieś uczucie bądź odczucie, jesteśmy jego świadkiem. (...) Pozostań "świadomością, która nie wybiera" w samym środku wszystkich kłopotów. Kiedy zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, że nie jesteś swoim niepokojem, twój niepokój właściwie przestaje ci zagrażać. Nawet jeżeli jest, to nie ma nad tobą władzy, bo nie jesteś do niego przywiązana. Nie masz nic do stracenia, nic do zyskania z powodu jego obecności albo nieobecności, gdyż tylko obserwujesz, jak się pojawia, tak jak mogłabyś obserwować przesuwające się po niebie chmury.
Ken Wilber "Śmiertelni, nieśmiertelni", s. 166-167.
***
- Zakochałam się.
- Poradzę Ci coś, co zawsze powtarzam sobie  w takich sytuacjach: poczekaj aż Ci przejdzie -
mówi Wiolinka, przekładając wilberowską filozofię na prostą kobiecą mądrość życiową.

Więc przyglądam się moim uczuciom i powtarzam: to są chmury, chmury, chmury... zaraz przepłyną. To  wcale mnie nie dotyczy, jest nietrwałe i tylko przetacza się przez moje wnętrze. Przyglądam się kształtom, zadziwiam się intensywnością koloru, uśmiecham się na ich widok i czekam aż popłyną dalej. Bo nie ma nic na zawsze i nic do końca.

czwartek, 17 lipca 2008

Dziś nie będzie wpisu, bo autorka jest w stanie poważnej niedyspozycji. Nęka ją ból głowy i cholerne rwanie rozciętej stopy.
A wszystko przez SayItAgain'a, który zaciągnął ją do Czułego na promocję przewodnika po Dublinie.
A potem było wino, kobiety i śpiew?
Nie.
Potem było piwo i różne rzeczy, o których nie śniło się filozofom:)
***
***
przed chwilą wyszłam z domu
ugodziła mnie jaskrawość świata
jawna zemsta rzeczywistości
za wczorajszą rozpustę.

Rano siostra Andrzeja, która u nas nocowała, skwitowała sytuację tak:
- Słuchaj, Ty chyba zawinęłaś do domu jakoś koło piątej nad ranem.
- No,  jakoś tak.
- I bardzo dobrze. Przynajmniej nie wracałaś po nocy.

środa, 16 lipca 2008

Mieszka we mnie dziewczynka. Ale żeby to jedna! Mieszka we mnie cały tłum dziewczynek.
Wyhodowałam je przez 28 lat mojego życia, dopieszczałam każdą z nich, starałam się zaspokoić ich potrzeby i zrealizować marzenia. Niestety moje małe dziewczynki im starsze, tym bardziej rezolutne i świadome siebie, ciągle chcą więcej i więcej. A kłócą się ze sobą niemiłosiernie.

Bo:
Pierwsza dziewczynka chce wyjechać z Warszawy - męczy ją chaos, pośpiech, smog i hałas.
- Wyjedźmy już proszę. W tym mieście nie słychać siebie - marudzi mi codziennie.
Wtedy do głosu dochodzi druga dziewczynka:
- Co Ty chrzanisz? Tutaj jest fajnie! Można poznać dużo ludzi i na jeden wieczór mieć piętnaście scenariuszy. Duże miasto można odkrywać w nieskończoność!
Trzecia dziewczynka, która siedzi nieco z boku włącza się do dyskusji:
- A dla mnie to nie jest istotne, gdzie zamieszkamy. Najważniejsze, żeby Aga pisała i robiła to, co najbardziej kocha.
- Niech kocha siebie i życie! -
piszczy czwarta dziewczynka, wykonując piruet. 
- Kocha? - odzywa się piąta. - Ona kocha Endriuszkę i to się liczy najbardziej! Kiedy się do niego przytulamy, nic innego już nie ma znaczenia.
- Phi! Kocha Endriuszkę! Ale nuda!
- prycha z pogardą szósta. - Ma jedno życie, powinna żyć pełniej i mocniej, a nie wiązać się z jednym facetem. Jak tak dalej pójdzie umrę tu z nudów.
- A ja... ja to bym chciała być gwiazdą -
siódma dziewczynka wyskakuje z tym tekstem  jak Filip z konopii.
- A ja wszystko pierdolę, chcę wolności i świętego spokoju - tupie nogą ósma i za chwilę przyłoży siódmej. - Wsiądę w vana, pojadę w świat i Was wszystkie zostawię!
- A dzieci? Czy ktoś pomyślał o dzieciach?! - to dziewiąta, ona najchętniej zamknęłaby mnie w domu.
- Ciekawe, czy ktoś zastanowił się, z czego będziemy żyć? - dziesiąta jak zwykle myśli pragmatycznie.
- Jeśli masz wokół siebie, książki, filmy i ciekawych ludzi, to kasa nie ma znaczenia - uśmiecha się jedenastka, studencki duch filologii, idealistka w rozciągniętym swetrze i martensach.
- Za czymś bardzo tęsknię, ale nie wiem za czym - wzdycha dwunasta dziewczynka kołysząca się we mnie w rytm serca.
- A ja Wam mówię - chichocze trzynasta - że możecie sobie gadać i gadać, możecie się brać za łby i ciągać się za włosy, a przebiegły Los i tak Wam co innego zgotuje.


Uff! Trzynasta choć na chwilę ucieła dyskusję. Zbuntowany tłum małych dziewczynek szaleje we mnie od zawsze. Niektóre są mądrzejsze, inne głupiutkie i próżne, a jeszcze inne rewolucyjne i pod prąd,  ale muszę wysłuchać każdej. Bo każdą z nich kocham i każda jest mi bliska. 
Bo właśnie te MAŁE DZIEWCZYNKI , dopiero gdy są w komplecie, tworzą DUŻĄ MNIE.
Mądrą, głupią, próżną, szaloną, racjonalną, idealistyczną. Mnie.

wtorek, 15 lipca 2008
Noc.
Niebo tuż nad głowami - iskrzy się tak blisko, że można by rwać gwiazdy niczym wiśnie z drzewa.
- Poczęstuj się gwiazdą proszę. Świeża. Prosto z nieba.
Koty śpią na fotelach. Śpi cały dom.
Siedzę przed komputerem i czyszczę "Matyldę". Jest już skończona.
Na dworze rozszczekały się psy.
Okazuje się, że w mroku dojrzały jeża. Jeż jest wielki i zwinięty w kłębek.
Wychodzę do ogrodu, ale jak typowy mieszczuch, boję się go dotknąć i piszczę z przerażenia.
Tak wyglądają przygody na wsi. Wizyta lisa, sarny, jeża.
A moja wizyta dobiega końca.
Zaraz powędruję na poddasze, zerwę gwiazdę z nieba i wtulę się w kota,
a jutro znowu będę w gorącym brzuchu Warszawy.
niedziela, 13 lipca 2008

Nad Ochotą prawdziwy armagedon!
Pioruny tną niebo, burza huczy i iskrzy tuż nad głowami. 

Przedpołudniem powędrowaliśmy na wystawę Luca Tuymansa do Zachęty. Wszystkim, którzy lubią Sasnala, bardzo polecam. Kilka naprawdę świetnych obrazów tj. Roślina, Lusterko wsteczne, Palce, Chaos.
Wieczorem zaś obejrzeliśmy "Wyznania gejszy" - dobre amerykańskie rzemiosło. Jak jedzenie w sieciowych restauracjach. Zawsze wiadomo, czego się spodziewać.
Padło tam ładne,  trochę sentymentalne, zdanie:
"Serce człowieka umiera długo. Pozbywa się złudzeń jak drzewo liści"

A tu fotka "Oddech Końca Świata na warszawskiej Ochocie"



A jutro, via Warmia.

Lepiej mi. Przestało mnie telepać i czuję spokój. Moment, w którym przychodzi taka ulga to istny błogostan. Zaczynam ponownie delektować się jedzeniem, widzę kolory, słyszę dźwięki, znów cieszą mnie drobiazgi. Dobrze mi.

W piątek zjadłam śniadanie z Haneczką na Chłodnej 25. Dostałam od niej niespodziankowy urodzinowy prezent! Czy ja już mówiłam, że bardzo lubię dostawać prezenty???:)
Hanka od kilku miesięcy cieszy się wolnością, wyjeżdża, podrożuje i dokarmia się drobnymi przyjemnościami. Hanka ma perlisty zaraźliwy śmiech, ogromną świeżość i... nową odlotową fryzurę.
A jeśli chcecie ją bliżej poznać, zapraszam tu:
www.flickr.com/photos/hania

Wczoraj natomiast gremialnie pojechaliśmy do Cioci. Było nas dużo i może dzięki temu, czuliśmy się raźniej. Moja kuzynka Emila w duecie ze swoim chłopakiem - Łukaszem są przezabawni. Przyjechał też Tata z Babcią. Posiedzieliśmy z Ciocią, zjedliśmy obiad w łowickiej knajpie "Pelikan" i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Z Ciocią została Babcia. Wreszcie mam poczucie, że jest ktoś dorosły. Ja się wciąż nie czuję. 
Wracając, czytałam Kena Wilbera "Śmiertelni, nieśmiertelni" - piękna, mądra książka. Ale dziś, nie będzie o Wilberze. Dziś polecę Wam poprzedni literacki kąsek łyknięty z prawdziwym smakiem.  "Gulasz z turula" to przenikliwy, zabawny, a jednocześnie na wskroś poruszający, reportaż o współczesnych Węgrzech, madziarskiej nostalgii i... nostalgiogennej kuchni:)

Smutek Węgrów bierze się w wielkiej mierze z kuchni. Należałoby przeprowadzić fundamentalne badania dietetyczno-psychologiczne na temat wpływu węgierskiego sposobu odżywiania się na narodowe i egzystencjalne nastroje. Mnie zawsze po obfitym budapeszteńskich posiłku ograniają: melancholia, tęsknota, smutek i zniechęcenie. Krew z głowy spływa do żołądka, by pomóc w trawieniu, ociężałość cielesna brata się z przekonaniem, że wszystko, co sensowne już się w moim życiu zdarzyło (o ile zdarzyło się naprawdę, a nie było tylko złudzeniem) i nie czeka mnie już żaden wzlot, żadna radość, najmniejsze szczęście. Jestem najedzony i nieszczęśliwy; dokonuję rachunku sumienia i jest to rachunek dziesięciokrotnie przekraczający kwotę, jaką muszę dać kelnerowi.
Krzysztof Varga, Gulasz z turula, s. 22. 

piątek, 11 lipca 2008

Wczoraj Basieńka zaprowadziła mnie na obiad. Zjadłam. I nawet mi smakowało.
A później pojechałyśmy na Pragę do Hydrozagadki i tam zaległyśmy w wielkich fotelach.
Ja popijałam piwko, Bacha sączyła whisky i gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy.

O tym, że lęk przed śmiercią wyzwala łakomstwo wrażeń, aby się nasycić życiem, doświadczać rozmaitych emocji, wyciskać z codzienności jak najwięcej soku - byle było mocno, intensywnie.

O tym, że nieznależnie od naszego statusu, posiadanego domu, męża, psa i gromadki dzieci, zawsze będzie się w nas telepała tęsknota za mitem szczęścia.
- Znasz jakiegoś szczęśliwego człowieka? - zapytała Basia.
- Ci, którzy czują się szczęśliwi, przy okazji zwykle są mieszczańscy. Ich szczęściem jest samochód, ciąża, poprawny związek.  Dla nich szczęście to zaspokojenie doraźnych, doczesnych potrzeb. Ale mnie to nie uszczęśliwi!
- No właśnie. Mnie też.

Gadałyśmy również o duchowości, obiegu materii, o tym, że nic nie jest trwałe, a zarazem musi być wieczne, bo zostaje energia, choć nas już nie ma.

Kręciłyśmy się również wokół lżejszego kalibru. Było o magii oczu, o pewnym kręgu wtajemniczenia, do którego zaprosiłam Basię i Basia strasznie się jara, że można w inny sposób wędrować po świecie. Było o facetach - tych ex i tych pre. O rysowaniu, literaturze, pracy.
Siedziałyśmy i nic się nie działo, a mnie było tak bardzo, bardzo dobrze. Czułam, jak wszystko w środku zrasta się choć na tę chwilę, na ten magiczny czas. I ustępuje ucisk w  żołądku i mogę normalnie się śmiać.
Wróciłam do domu przed północą, głodna jak diabli.
A to znaczy, że żyję.

Dziękuję Basieńko!

***
A dziś? Zaraz dosiadam Herkulesa i jadę na śniadanie na Chłodną, a potem?
Potem zobaczymy, gdzie mnie poniesie:)

środa, 09 lipca 2008

Co mam powiedzieć?

Że mam kamień w żołądku?
Że liczę godziny do nocy, aby zatopić się w słodkim niebycie.
Że od dwóch dni nie mogę nic przełknąć i waga mi leci w dół jak na żadnej diecie.
Dwa bieguny, między którymi jestem, osaczają mnie swoją intensywnością:
nieuchronność przemijania i ludzka słabość uciekania w to, co destrukcyjne.
Cudowne i miażdżące jednocześnie.

Boję się siebie.
Boję się swoich wyborów.
Boję się szaleństwa, które tli się we mnie, dopóki nie znajdzie dobrego ujścia. 

Mogłabym moje życie w nieskończoność wywracać do góry nogami.
Rozpieprzać i budować wszystko na nowo.
Ale przecież tak nie można.
I mówię to sobie.
Tłumaczę jak dziecku.
A dziecko w środku tupie nogą. Bo ono chce i koniec.
Zwariować można!
A uciec od siebie nie ma już dokąd.

wtorek, 08 lipca 2008

Nigdy tak blisko nie ocierałam się o śmierć bliskiej osoby. Śmierć jest dla mnie wciąż niepojętą abstrakcją. Próbuję ją porównać do czegoś, co znam. Ale ja nie znam śmierci.

Moje drobne codzienne umierania były wtedy, gdy kończyła się namiętność.
Ta powolna, bezbolesna, kiedy wygasała namiętność w związku - niezauważalnie, dzień po dniu kruszała, aby w końcu zamienić się w pył.
I ta niedozwolona, rozpaczliwa namiętność czekająca na swój wyrok. Tętniąca i żywa skazana na śmierć, bo pojawiła się w złym miejscu i o złej godzinie. Namiętność, która błaga kata, by zaczekał, by pozwolił na ostatni pocałunek, pożegnalny dotyk.

Jest mi źle. Namiętnością chcę oszukać śmierć i zagłuszyć strach.
Rzucam się desperacko, bo przecież i tak nic nie ma sensu.
Zadaję sobie ból, aby uśmierzyć nim inne cierpienia.
Ale i to nie ma sensu.
Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. 

A wczoraj pachniało Bukowskim.

A dziś...
dziś jest trudny dzień.

niedziela, 06 lipca 2008

Niedzielny poranek. Endriu zaczyna mnie obcałowywać.
ja: Jestem taka śpiąca!
Endriu: Nie bój się, poprzestanę tylko na tym.  
ja: A co? Limit połączeń został przekroczony?

***
Byliśmy dziś na wystawie fotografii w CSW "Efekt czerwonych oczu" - sporo z tych zdjęć znałam, ale fajnie zobaczyć je jeszcze raz w  szerszym kontekście. Potem tradycyjnie, jak co tydzień, wylądowaliśmy w Wooku na kurczaku po seczuańsku, a wieczorem zafundowaliśmy sobie kino akcji, czyli "Wanted" z Angeliną Jolie, która - zdaje się dzisiaj - ma datę porodu:)

Film tak głupawy jak przyjemny, któremu antyczne zasady prawdy, dobra i piękna są zupełnie obce. Jednakże samo patrzenie na Angelinę, która za kierownicą sportowego autka wykonuje rajdową ekwilibrystykę, skacze z pociągu i jest mistrzynią w zadawaniu krwawych ciosów to dość smaczny sposób na wyrównanie poziomu doznań intelektualnych po wizycie w CSW.

sobota, 05 lipca 2008

Wczoraj znów pojechałam do Łowicza, odwiedzić Ciocię w szpitalu. Idąc korytarzem, patrzyłam na starszych cierpiących ludzi, którym ciało odmówiło współpracy z umysłem. Szłam i myślałam o tym, że mózg powinien umierać razem z ciałem - w innym razie jest to nie do zniesienia.
W starości i chorobie ból fizyczny nie przeraża mnie tak bardzo, jak całkowita utrata godności - obskurne miejsca, gdzie się dogorywa, opryskliwy personel, zakrwawiona przez wiele dni niezmieniana pościel i zależność od dobrej woli drugiego człowieka, który poda, przyniesie, zaprowadzi. Lub nie.
Wstrząsający obrazek niczym mocny cios obuchem.
Aby przypomnieć sobie, co w życiu jest naprawdę ważne.

****
BEKSIŃSKI RAZ JESZCZE
... O TRUDACH TWORZENIA
Generalnie każdy walczy z własnym brakiem talentu i umiejętności, bo (pomijając reklamę i plakat) wcale nie jest tak, że trudność realizacji polega na wymyśleniu tego, co dzieło będzie demonstrować. (...) Wymyślić temat i scenę każdy idiota potrafi. Problem polega na tym, jak to zrealizować i na ile w trakcie realizacji trzeba będzie odstąpić od pomysłu pierwotnego, bo nie potrafimy zrealizować tego, co chodziło nam po głowie lub dlatego, że to, co już częściowo namalowane, zaczyna żyć własnym życiem i podsuwa inne sposoby rozwiązania problemu.
Liliana  Śnieg-Czaplewska, "Bex@", s.44.

Amen:)

piątek, 04 lipca 2008

Oj działo się wczoraj, działo! I jak ja mam pisać, jak pracować, kiedy świat wyciaga mnie za uszy i każe żyć. Więc żyję.

Najpierw pobiegłyśmy z Basią do Czułego Barbarzyńcy na spotkanie z Marzenką, która mogłaby jakoś doradzić w kwestii tajnego prodżektu, potem udałyśmy się do Tarabuka na kawę z SayItAgain, aby porozmawiać... również o tajnym prodżekcie. A przy okazji pogadaliśmy trochę o pracy, trochę o życiu i o czywiście o tym, że... na campie było wesoło:D
Tam też Basia sprawiła mi urodzinowy prezent w postaci legendarnej książki beatników Jacka Kerouaca "W drodze".
Wieczorem natomiast pojechałyśmy na Żoliborz na spotkanie pokolonijne do Upartego Zwierza. I tam, moi kochani, w gronie pięciu kobietek popłynęłyśmy już w bezkres babskich możliwości.

Najpierw jeszcze raz podzieliłyśmy się campowymi wrażeniami. 

QQina: Kurczę, szkoda, że nie było jeszcze jednego dnia po maratonie. Kiedy już  zaczęlismy się integrować, trzeba było jechać.
Basia: Wiesz czym skończyłby się kolejny dzień w Juracie?
My: ???
Basia: Rypaniem po pokojach.

***
Uparte: Nie wiem, czy to był Fahrenheit czy nie Fahrenheit, ale jak on pachniał!
Pinesek: (zdegustowana) Eeee Fahrenheitem pachniał mój wychowawca.
Basia: Fahrenheitem pachnie całe gejowo. Jak wchodzisz do Utopii to czuć tylko Fahrenheita.
***
Potem było (tradycyjnie już) o męskich wdziękach:

Basia:
Co ta Carla Bruni widzi w Sarkozym? Mały wypłosz.
Qqina: Francuzi są świetnymi kochankami! Chociaż najlepszy był półHiszpan, półFrancuz - kiedy zobaczyłam, jakiego on ma, mówię "o nie kolego, nie ma mowy!". Ale powiem Wam, że to był widok! Choć w praktyce wolę jednak bardziej standardowe rozmiary.
Pinesek: O tak, koszmar mojego życia nazywany był... TRÓJNOGIEM!

***
I o sukienkach:

Pinesek: Mnie się marzy sukienka flamenco!
Basia: A mnie czerwony kolor zupełnie nie pasuje.
Qqina: Dla mnie najważniejszy jest pasek i dekolt. Bez dekoltu nie wychodzę z domu. Jak można ukrywać swoje atuty?*
***
Było też o mężczyznach campu, ale tutaj nie będę Wam niczego zdradzać poza piękną metaforą ukutą specjalnie dla Debergeraca.
Debergerac to ginekolog kobiecych dusz! - okrzyknęły wczoraj Panie, zachwycając się jego twórczością i nie tylko twórczością.
Resztę pikantnych szczegółów okrywam kołderką dyskrecji i pozostawiam Wam szerokie pole do wyobraźni.

*Istnieje dość spore prawdopodobieństwo, że mogłam pomylić autorów poszczególnych wypowiedzi. Proszę o wyrozumiałość w tym względzie.









Brak Pineska, bo Pinesek, niestety, wszędzie mi nieostry wyszedł:(

środa, 02 lipca 2008

Jestem niespokojnym typem. Niestałym. Potrzebuję nowych wyzwań i podniet. Lubię czuć motyle w brzuchu i mrowienie pod brzuchem. Choroba nieuleczalna i mam podejrzenie, że dziedziczna.
Kiedyś rzucałam się co chwila w ramiona innego mężczyny, płynęłam zafascynowana dopóki nie porwał mnie ktoś inny. Szamotałam się, cierpiałam, ale i przeżywałam chwilę absolutnego upojenia.
Teraz jestem duża. Zakochałam się w człowieku, który mnie pociąga, daje poczucie bezpieczeństwa, a przede wszystkim akceptuje moje wszystkie fanaberie i dziwactwa. Wybrałam i chcę być wierna swojemu postanowieniu. Ale z naturą nie tak łatwo wygrać. Potrzeba namiętności tłucze się we mnie jak dzika bestyjka  spragniona mięsa. Oszukuję, rzucając jej na pożarcie niegroźne drobiazgi: zbyt długą wymianę spojrzeń lub uśmiechów, znacząco uniesioną brew, niewinny flirt. Bestyjka łapczywie pożera te nic nieznaczące namiastki, a ja odkrywam, że właśnie największa namiętność może się spełnić właśnie na odległość, kiedy tym jednym spojrzeniem trzeba pokonać dystans, zastąpić słowa i jeszcze zmaterializować pieszczotę.
Dlatego spojrzenia bywają przyjemnie wymowne i rozkosznie dotkliwe.

A nam - mądrym dziewczynkom - pozostaje obrócić się na pięcie,  odejść i niosąc na ramionach gorące spojrzenia, grzecznie powędrować do swojego łóżeczka.
Co niniejszym tak wczoraj, jak i dziś czynię.
Dobranoc.

 
1 , 2