..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 lipca 2007

No i ze mną tak jest. Huśtawka. Bo dziś na przykład czuję wielki przypływ energii i siły. Jest mi tak dobrze. Wróciłam po pracy do domku, zrobiłam obiad, wzięłam prysznic, powylegiwałam się, czytając "Niebo pod Berlinem", potem pobiegłam na bardzo sympatyczne piwko w "Starym Młynku" z Puleńką, która znów wygląda czarująco. Zeszło z niej poporodowe zmęczenie i teraz jest naprawdę piękną kwitnącą Mamą.
A wieczór spędziłam w Marcince, na totalnym luzie, oglądając pierwszą część Ani z Zielonego Wzgórza (od jakiegoś czasu dołączają wszystkie części do "Przyjaciółki") To jeden z tych filmów, obok Amelii, Samotnych, Ukrytych Pragnień i Masz Wiadomość, które mogę oglądać na okrągło. Uwielbiam tę postać, tak jak z całego serca kocham moją Pippi Langstrumpf i wszystkich bohaterów Jeżycjady i nawet jeśli to infantylne, mam to w nosie. To moja terapia, dopalacz i uszczęśliwiacz.
I dziś jest mi tak dobrze. Właśnie samej ze sobą. Gdy robię, co chcę, leżę sobie na kanapie, piję piwko, zajadam sery, wokół mnie bałagan, a ja czytam, oglądam i mam taki piękny błogostan wieczornego relaksu. Ech!

Acha, nie chwaliłam się jeszcze. Dostałam projekt okładki do mojej powieści. Bardzo, bardzo ładny. Taki jak chciałam, choć nie śmiałam marzyć.

niedziela, 29 lipca 2007

Wróciłam z Olsztyna. Lewdo żyję po wczorajszym weselisku (z którego dotarliśmy przed 6 rano kompletnie trzeźwi).
Idę zaraz lulu, więc krótko.
Zabawa była fajna, jedzonko super, a nawet momentami łza mi się w oku kręciła. Kiedy patrzyłam na młodych, ich rodziców, babcie i gdy widziałam ten kontrast między idealizmem i ufnością dzieci wkraczających w dorosłość, a zgorzknieniem i smutkiem rodziców, którzy już wiedzą, jak smakuje małżeństwo. Którzy ponieśli porażki, a teraz w tym jednym wyjątkowym dniu tak bardzo chcą być szczęśliwi i pragną wierzyć, że życie ich dzieci ułoży się inaczej.

Wróciłam do Poznania. Tęskniąca i nienasycona. Brakuje mi Andrzeja. Tak za nim tęsknię, że czuję, jak tracę siły i robię się łzawa i miękka. Tak bardzo chciałabym już z nim być, a z drugiej strony czuję, że tkwi we mnie lęk przed całkowitym oddaniem. A co jeśli on mnie zawiedzie, skrzywdzi i zrani? Tak bardzo pragnę zdjąć pancerz i jednocześnie tak bardzo się boję. Robię się wtedy zbyt delikatna i przewrażliwiona. Nieodporna na najmniejszy cios. Kiedyś, jeszcze niedawno, miałam w sobie silne przekonanie, że nie ma się co przejmować: jeśli nie ten, to inny. Dziś wciąż wiem, że o innego mężczynę nie jest trudno, ale ja już nie chcę żadnego innego mężczyzny. Chcę być tylko z nim. I dlatego tak bardzo boję się ciosu. Mimo że nie mam żadnych podstaw do obaw.

A teraz odrobina humoru, czyli coś z dialogów z moim Tatulkiem:

Jedziemy samochodem- ja, Kris i Tata.
Tata: Krzysiu, a za tydzień przyjedziesz do Olsztyna?
Kris: Nie, mam w sobotę dyżur w pracy.
Tata: A ktoś oprócz ciebie będzie w sobotę w pracy?
Kris: Nie. Będę sam. Muszę odbierać telefony od klientów.
Tata: No to nikt Cię nie sprawdzi. Powiedz tylko klientom, żeby dzwonili na komórkę. Ja to tak się nauczyłem kłamać przez te komórki, że teraz odbieram stacjonarny i odruchowo mówię, że wyjechałem i nie ma mnie w domu.

A to fotka mojego ziewającego o poranku kota, super co? 


czwartek, 26 lipca 2007

Jutro znów wybywam w rodzinne strony. Tym razem na weselisko.
Andrzej będzie świadkiem, więc mi przypadnie rola porzuconej księżniczki:)
Dziś, kiedy rozmawialiśmy przez telefon, jakoś tak zeszło na samochód, którym fajnie byłoby podjechać pod kościół. I już wiem, co bym chciała.
Na mój własny ślub chciałabym przyjechać w siodle na koniu. Tak, tak, tak! W sukni i na koniu.  Koniec, to już postanowione i zaklepane!!!

Fajnie, że jadę z Krisem, bo jednak pięciogodzinna podróż w towarzystwie jest znacznie przyjemniejsza. Przypomniał mi się ostatni dialog, jaki Kris prowadził ze swoją Asią na dworcu.
Asia: Oo, a jechałeś takim nocnym pociągiem?
Kris: Jakim?
Asia: No takim wiesz, z tymi, no z tymi... kuwetami zamiast przedziałów.

A to fragment mojego przystojnego braciszka z płatkiem na brwi. Nie mogę zamieścić całości, bo z jego umiłowaniem do anonimowości mógłby tego nie przeżyć:)

***
I NAJWAŻNIEJSZE!
Marcinka została wystawiona na sprzedaż.

Szczegóły tej niepowtarzalnej oferty są TU:
http://www.ober-haus.pl/pages.php/01020301?object_id=OH116651

Nie miałam, o czym napisać, to mam.
Mirosław Nahacz nie żyje.
Lubiłam go. Taki młody buntownik, ale jedyny w swoim rodzaju. Wchłonęłam jego "Osiem cztery", a potem kupiłam Krisowi, następny był "Bombel", a fragmenty "Bociana i Loli" czytałam już tylko w "Lampie".
Nie wiem, co powiedzieć.
Tak się czasem zdarza, że talent nierozerwalnie łączy się z wrażliwością.
I bywa ona tak wielka, że uniemożliwia życie.


więcej:
http://czytelnia.onet.pl/0,1578432,wiadomosci.html

środa, 25 lipca 2007

Jozi, mnie spiła, tak że padam na ryjek,
idę lulu i skrobnę coś z rańca!
Dobranoc Fistaszki!
aha, przypomniał mi się dialog, który mi sprzedała Jozi, która ma jeden tatuaż i około 8-12 kolczyków:

Jozi jedzie tramwajem i nagle zaczepia ją jakiś pijaczek:
Pijaczek: eee co robisz na gwiazdkę?
Jozi: Słucham?
Pijaczek: Pytam, co robisz na Gwiazdkę!
Jozi: Jeszcze nie wiem.
Pijaczek: Bo choinki już nie potrzebujesz! Sama jesteś jak ta choinka!

A to fotka Jozi, którą już kiedyś publikowałam.

Jozi jeszcze w fazie w sumie przedchoinkowej:)

Jozi w fazie choinkowej:)


wtorek, 24 lipca 2007

Smutno mi dziś. Nawet nie wiem do końca dlaczego. Gdy przychodzi noc, życie usypia, a w tle leci sączy się jedynie cicha muzyka, zjawiają się demony samotności. Siedzę w mojej kochanej Marcince, która mnie tuli co noc do snu, która jest moją oazą, kryjówką i najcieplejszym gniazdkiem świata i czuję się tak przeraźliwie smutna.
Mam takie wahania nastrojów...
Brakuje mi ciepła - tego na co dzień, na każdy poranek i wieczór. Brakuje mi silnych ramion i oddechu, który osiada na plecach, kiedy zasypiamy razem. Tak bardzo tęsknię za tą zwyczajną szarą rzeczywistością przy Tobie. Tęsknię za akceptacją i bezpieczeństwem. Dlaczego nie mogę codziennie spojrzeć Ci w oczy, dlaczego budzę się w nocy wyrwana w koszmaru i muszę się sama tulić do snu?

Jest mi tak cholernie smutno.
Gdzie jesteś mój Najdroższy? 
Jak wygląda Twój sen, gdzie płyną Twoje myśli?
Dlaczego nie ma Cię przy mnie? 

poniedziałek, 23 lipca 2007

Spotkałam się dziś z moją panią redaktor. Cudna kobietka. Trajkotałyśmy bez ustanku grubo ponad cztery godziny! Już dawno z nikim tak fajnie mi się nie rozmawiało jak z tą ciepłą i uroczą babeczką. A zatem pierwsza korekta autorska i analiza redaktora już za nami. Fajnie, że coś się dzieje. Choć nie powiem, lekki dreszcz strachu również mnie przeszywa.

Ale chcieliście o Tatulku, to będzie o Tatulku.
Prawie 20 lat mieszkaliśmy na obrzeżach Olsztyna i do centrum jechało się ponad pół godziny. Pamiętam, że zawsze kiedy jeździliśmy autobusem do miasta z tatą, to wsiadaliśmy na pętli i zajmowaliśmy wygodne miejsca. I potem już w trakcie jazdy, gdy robiło się tłoczno i na jakimś przystanku wsiadała staruszka, to mój kulturalny tatuś zniżał głos i wydawał nam rozkaz:
- Teraz patrzcie w okno!
***
Od kiedy Andrzej usłyszał tę historię, stosuje ją z powodzeniem.
Stronę moralną tej opowieści pozostawię bez komentarza.

***
A to obrazek, który dostałam od mojego ukochanego z listem:
ON

W jakimś takim dziwacznym nastroju się dziś obudziełm. Z lekka infantylnym, rzekłbym. I bardzo w Tobie zakochanym. Wyrazem tegoż nastroju jest obrazek, który załączam. Mam nadzieję, że się spodoba :)
Oczywiście nie chciałbym, żeby tak wyglądał nasz dom, ale klimat może być podobny :)

JA

ale żeś mnie teraz rozczulił !!!!
Chyba lubię "z lekka infantylną" stronę Twojej natury:))) Domek jest przeuroczy i możemy w takim zamieszkać. Ale...
jeśli Ci się wydaje, że nie zauważyłam w tym obrazku satanistycznego rysu dekandencji, to się grubo mylisz!!!
Dlaczego to słoneczko ma czarne promyki????
I co myślałeś? Że jak zrobisz co drugi to ja nie zauważę?

ON

No śliczne! Przyznam, że sam chciałem coś podobnego narysować, ale bałem się, że jak Ciebie narysuję, to się obrazisz :) Domek był bezpieczniejszy.
Cieszę się, że Ci się spodobało:)
I nie ma tam żadnych satanistycznych ani dekadenckich akcentów! Proszę zauważyć, że czarne promyki nie dość, że pojawiają się tylko co drugi, to do tego są krótsze od żółtych! A w ogóle to służą temu, żeby lepiej uwypuklić i wyeksponować te żółte! Naprawdę! Zawsze tak w przedszkolu rysowałem :)

:)*****

Wróciłam.
Marnowanie 10 godzin co weekend na przejazdy do Olsztyna trochę mnie męczy, ale tam jest tak pięknie i kojąco, że nie mogę się powstrzymać! Te zielone wzgórza, błoga cisza, wielkie połacie kolorowych łąk, a nocą świerszcze i zawieszone tuż nad głowami niebo - uprzstrzone milionami gwiazd, których w mieście nie widać. Cudnie. A do tego psy -
12-letni wielki Leon (od Leona Zawodowca) oraz dwa szczeniaki foxterriery: Lolek i Bolek. No i oczywiście moja kochana kocica, której pobyt "u dziadków na wakacjach" trochę się przedłuża. Kiedy tylko usłyszy mój głos biegnie i tuli się chwilę, aby za moment fuknąć i podrapać, pokazując mi, że jestem złą i wyrodną opiekunką. I potem dopiero w nocy, wchodzi do mojego łóżka, zaszywa się pod kołdrą, mruczy i tuli się do mnie spragniona pieszczot i głaskania. Ech, lubię te pobyty na warmińskiej prowincji, jakże kochanej prowincji!

Natomiast tym razem, w sobotkę przyjechał również Andrzej i pojechaliśmy odwiedzić jego znajomych. Bardzo interesujące postacie. Jacek - pisarz oraz para - Tomek i Iza - rodzice dwuletniej córeczki. Zajechaliśmy do nich jakoś przed 22.00, mała już spała, a im nagle bardzo zachciało się wyjść na miasto i zaczęli kombinować. Wreszie Tomek postanowił, że może zadzwoniłby po mamę, aby ta przyjechała i została z małą. Oto jego rozmowa, a raczej część rozmowy, którą my słyszeliśmy będąc swiadkami tego dialogu.

- Cześć Mamusia. Słuchaj jest taka poważna sprawa. Musisz do nas teraz przyjechać. Po co? Powiemy ci jak przyjedziesz. Musisz się zająć Gabrysią, wiesz? Dlaczego? No jak to dlaczego? Mamuuunia. No wiesz...wiesz przecież....PIWECZKO!!! Ja ci zamówię taksówkę, jutro zrobimy Ci śniadanko. Przyjedziesz? No, proszę, ubieraj się i wychodź z domu. Przebrać się? Przestań, jest ciemno! Taksówkarz nie zauważy. Kto zapłaci za taksówkę? Jak to kto? Taksówka się zatrzyma, a ty szybko spierdolisz. Nie, no coś ty, zaryglujemy drzwi, nie wejdzie do mieszkania. Musi mieć nakaz. No MAMA chodź natychmiast!!! Mówię - chodź!!! Wrrrr...Mamusia chodź, chodź, chodź. Na ile wyjdziemy, na chwileczkę, na piętnaście minut, jedno maaałe piweeczko!!! Mamunia, bądź dobrą babcią. No to ja już zamawiam taksówkę, 913 już pod Ciebie podjeżdża. Weź szczoteczkę do zębów, piżamkę, majteczki na zmianę... Jak to gdzie będziesz spała? Oddamy Ci swoje łóżko, a sami położymy się na materacu. A goście? Na kanapie. Tej rozkladanej. Belgijski system jedyne trzy dwieście w rabacie. No, to co Mamusia, przyjedziesz? No dobra, tylko szybko, ok? To zamów sobie taksówkę, będzie szybciej, co? Tak? No, a kasę, tam pożycz od Kasi, dobra? No super. Dziękuję Mamusiu, Twój syneczek bardzo Cię kocha.

My w tym czasie turlaliśmy się ze śmiechu.
Moja mama za takie pomysły jak nic dałaby mi w łeb. Okazuje się, że bywają rodzice jeszcze bardziej wyluzowani od moich.

piątek, 20 lipca 2007
Wczoraj wreszcie po kilkunastu dniach nieobecności pokazał mi się Księżyc - taki wąziutki - mój najuklubieńszy. Księżyc, ktory koi.

A wcześniej spotkałam się na małym piweczku z panią Bogusią, która ja wiemy, jest nieprawdopodobną i szaloną kobietką - lat sześćdziesiąt kilka. I ona nagle pokazuje mi... tatuaż! Zrobiła sobie wczoraj całkiem pokaźnego skorpiona tuż nad kostką. Czy ona nie jest szalona? I jeszcze mówi tak:
- Mojej mamusi (blisko 90-letniej) muszę powiedzieć, że to naklejany, bo zawału dostanie.

***
Wczoraj otrzymałam swoją powieść już po redakcji, a w poniedziałek mam pierwsze spotkanie z redaktorką "Kliniki...", jakoś wciąż nie mogę uwierzyć,
Rozmawiam na GG z Asią P.:
Asia P.: A wiesz dziś mi się śniło, że też napisałam powieść.
Ja: Naprawdę?
Asia: No i we śnie wymyśliłam tytuł, z którego byłam na maxa dumna, że taki świetny i trafny.
Ja: A co to za tytuł?
Asia: Jak się obudziłam, to sobie przypomniałam i umarłam ze śmiechu.
Ja: No?
Asia: "Wilgotny naleśnik!!!"
***

Dziś znów spadam do Olsztyna. Emisja na weekend zawieszona.


Sławek Gruca
środa, 18 lipca 2007

Może i jestem głupią cipą. I niedojrzałą. Jestem. Ale ani to stwierdzenie, ani zdroworozsądkowe tłumaczenie, że przecież nie ma problemu, wcale mi nie pomaga.
Po raz pierwszy w historii tej znajomości mi się odechciało. Po raz pierwszy poczułam, że wcale nie musi być na zawsze i na śmierć i życie. I że jest to kruche jak wszystko, co było przedtem i wszystko, co będzie potem.
Błaha sprawa.
Gadamy przez telefon non stop. Piszemy mejle i esemesy. Mówimy sobie, co będziemy robić za godzinę, po pracy, po południu i wieczorem. Gadamy ciągle i o wszystkim. A teraz dzwonię do niego, a on mi mówi, że wraca ze spotkania z koleżanką. Pytam, dlaczego nie mówiłeś wcześniej, że idziesz. No a po co miał mówić, skoro mówi teraz - rżnie głupa oczywiście, bo wiadomo, o co chodzi.

Ok. Jestem pod wpływem emocji. Ale kiedy daję z siebie wszystko i jestem na wszystko gotowa, nie potrafię znieść nawet najdrobniejszego krętactwa.
I znów refleksja. To może aż tyle siebie nie dawać? Może jak zawsze: być z kimś i nie być? Żeby nie bolało, żeby nie było łez i zawodu.
Jest mi dziś przykro.
To nie zazdrość chyba, ale świadomość, że niezależnie co zrobisz, ta druga osoba da Ci tylko tyle, ile będzie chciała. I nie ma znaczenia, jak bardzo Tobie zależy, ile Ty wniesiesz, czy będziesz dobry czy zły, uczciwy czy zakłamany. Niestety nie gra to żadnej roli.

Po raz pierwszy w historii tej znajomości chcę wrócić do siebie i do swoich samotnych marzeń o tych jednych jedynych niespełnionych męskich ramionach.

Sławek Gruca

wtorek, 17 lipca 2007

Uff! Wróciłam z mojego pięknego Olsztyna! Cała i żywa, choć ledwie żywa.
Tym razem przerwa w emisji nie wynikała z konserwacji nadajnika.
Mój ukochany został w Warszawie, a ja bawiłam się na szampańskim wieczorze panieńskim, który de facto był trochę udawanym wieczorem panieńskim. A to dlatego, że moja szalona Ewcia miesiąc przed odwołała swój ślub i po prostu zrobiła wielką babską imprezę w ramach rekompensaty dla wszystkich, którzy już się szykowali na weselną bibkę.

I tak w sobotę wieczór wynajęłyśmy żaglówki na przystani i wyruszyłyśmy w kilkugodzinny rejs. Ewcię przebrałyśmy w królowę jezior i w ramach kary za odwołany ślub nasza królowa musiała wykonać szereg zadań. Np. przybić do plaży i tam poprosić nieznajomego do tańca albo zrobić krótką prezentację siebie jako świetnej kandydatki na żonę.
Po rejsie, głodne i spragnione zajechałyśmy do wielkiego ewinego domu i tam zaczęła się właściwa imprezka. Było ognisko, sałatki, malibu w wydrążonym arbuzie (pychota!). Były też tańce i dużo, dużo babskiego gadania. W końcu zjazdy "Basieniek", czyli moich ukochanych babek z liceum, nie zdarzają się co dzień. I ściągnąć je z tych Dublinów i Londynów, Krakowów i Warszaw wcale nie jest proste.

A nie ma lepszego doładowania niż takie właśnie zloty. Bo wtedy zjawia się błogie poczucie, że wszystko ma sens, że mimo odległości i upływu czasu, wciąż jesteśmy takie same, tak samo świetnie się rozumiemy i możemy ze sobą gadać do białego rana.
Ech... cudnie było!
A potem przykleiła mi się do żołądka "skórka od pomidora", ale to już zupełnie inna historia, o której kiedyś napiszę.


ps1.
Ewcia oczywiście, żeby nie było tak całkowcie różowo, kiedy już ochłonęła po burzliwym rozstaniu, zaczęła się trochę martwić o swoją przyszłość. Wiadomo, zakończyć 5-letni związek to jedno, a znaleźć następnego faceta swojego życia to drugie. Dlatego na imprezce co jakiś czas Ewa serwowała nam pytania zupełnie w stylu Magdy M., czyli: "A jak ja już do końca życia będę sama?"
Wczoraj wieczorem zauważyłam nieodebrane połączenie od Ewy. Oddzwaniam:
ja: no cześć Maleńka, co chciałaś?
Ewa: mogę do Ciebie zadzwonić na stacjonarny?
ja: Nie ma mnie w Poznaniu, a tu nie posiadamy, a o co chodzi?
Ewa: (bardzo smutnym i zawiedzionym głosem) kurcze...
ja: A o co chodzi??
Ewcia: (rozpaczliwie) No bo ja chciałam, żebyś... żebyś ty mi powiedziała jak się podrywa facetów!


OTO I ONA:)

piątek, 13 lipca 2007
- A teraz? jaką ideą żyjesz? - zapytał mnie ostatnio Radek, kiedy do mnie zadzwonił.
- Jaką ideą? - zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi.
- No bo Ty zawsze żyjesz jakimiś ideami. Na przykład masz fazę, kiedy się zdrowo odżywiasz, albo chłoniesz kulturę, albo biegasz lub uczysz się czegoś nowego.

Bardzo mnie tym rozbawił, bo rzeczywiście ja mam takie okresy, kiedy zapalam się do jakichś pomysłów, na które zwykle starcza mi energii najwyżej przez trzy miesiące.
Zaraz, zaraz, a jakimi ideami teraz żyję?

- Siadłam do angielskiego, bo jednak monoglotyzm w XXI wieku to trochę obciach. Czytam właśnie w oryginale Olivię Joules and the Overactive Imagination Helen Fielding.
- Piszę Matyldę z przyrzeczeniem, że codziennie napiszę chociażby kilka zdań.
- Pracuję nad kilkoma strategicznymi zmianami, ale o tym na razie cicho, żeby nie zapeszyć.

Trochę nudne to moje idee, ale cóż poradzić?

Dziś zmykam do Olsztyna. Nie byłam tam 2 miesiące! Stęskniłam się za staruszkami, psami i moim ukochanym kotem, któremu nieco przedłużył się pobyt na wakacjach "u dziadków".

Acha, przypomniała mi się pewna historia z dzieciństwa.
Miałam może coś koło pięciu lat. Mama była w pracy, a ojciec miał swoją firmę i kursował między domem, a pracą. A u nas w domu wiecznie się oszczędzało na ogrzewaniu i wiecznie panował tam przeraźliwy chłód. Była zima. Wróciłam ze szkoły i czekałam na tatę. Wreszcie przyjechał. Poskarżyłam mu się, że mi zimno. A on na to:
- Wiesz co? pobawimy się w Indian. Przynieś koc.
Przyniosłam koc, a on mnie tym kocem owinął i posadził przy kaloryferze, mówiąc:
- Jesteś Indianinem na warcie, będziesz tu siedzieć i czuwać, a ja... ja muszę uciekać do pracy.

czwartek, 12 lipca 2007
Przyjemniutko było wczoraj. Kinga ma piękne mieszkanko urządzone z duszą i w klimacie.
Kiedy patrzę na ludzi wokół, to wiem, że wcale nie jest proste stworzyć sobie takie wnętrze, a jednak kilku ludkom się udało. Może, aby dać mieszkaniu duszę, po prostu trzeba tę duszę mieć?

Zjadłyśmy pyszną kolacyjkę, wypiłyśmy winko i powspominałyśmy stare dobre studenckie czasy. Przypomniałyśmy tych totalnie odpalonych ludzi z kosmosu - co jeden to większy oryginał - i odjechanych profesorów - zgodnie stwierdziłyśmy, że
wykładające kobitki były cholernie zaniedbane z wyjątkiem prof. Marii i Izoldy. Miałyśmy sporo śmiechu, kiedy zaczęłyśmy przypominać jakieś sceny z egzaminów - np. kiedy nasza koleżanka z grupy weszła na egzamin i napisała na kartce, że nie może odpowiadać, bo straciła głos albo gdy ludzie rzucali się ze łzami na prof. Zgółkową, aby przyjęła ich na specjalizację dziennikarską, albo kiedy mieszkałam na krzywy ryj w Akademiku Rolniczej i podrabiałam pięczątkę na lewą kartę wejścia, a moja współlokatorka pochodziła z głębokiej wsi i miała obsesję, że na 7 piętrze grasują diabły i trzeba ją było uczyć obslugi windy.

Ech..to se ne vrati...

To se ne vrati, ale powoli nastaje nowe.
Kochani!
Wystawiam moją cudną "Marcinkę" na sprzedaż. Cena zaporowa - póki co - tylko dla śmiałków. Ale powiem w tajemnicy -  dla mnie ona warta jest jeszcze więcej.

środa, 11 lipca 2007
Nie chcę zapeszać, ale znów  szykują się zmiany w moim życiu. Jak pisał Adam Ziemianin:
(...) więc tęskno mi
bo mnie nosi i wodzi
Na zatracenie
I na pokuszenie
Po całym domu
I po strychu
Też mnie nosi

Tylko czekać
Jak mnie rozniesie

Mam nadzieję, że mnie nie rozniesie. Wczoraj zrobiłam kolacyjkę dla Krisa, Asi i Frr. Kris z Asią przynieśli winko, a Frr domowe ciasto babci i było bardzo sympatycznie. Zagraliśmy dwie partyjki rummikuba i po raz kolejny okazało się, że nikt nie jest w stanie ze mną wygrać. Jeszcze został mi tylko ojciec.

ja: tato, jak przyjadę, to zagramy w rummikuba, bo ja ze wszystkimi wygrywam i to już trochę nudne.
tata: pewnie oszukujesz jak zwykle.
ja: wcale nie. Po prostu jestem najlepsza i mam nadzieję, że chociaż Ty mnie pobijesz.
tata: Pewnie, że Cię pobiję! Jeśli nie w rummikuba, to na przykład.. o ścianę!

poniedziałek, 09 lipca 2007

Oswajam się z Warszawą. Boję się jej, a jednocześnie jej pożądam. Pociąga mnie ta nieposkromiona przestrzeń, chaos i eklektyzm, fascynują mnie sprzeczności. Drażni mnie i zniewala - na przemian.

W ten weekend w związku z moją ascezą i w ramach programu oszczędnościowego postanowiliśmy nie szlajać się ani po księgarniach (nawet tych tanich), ani knajpach, ani teatrach. I dlatego pojechaliśmy do Łazienek.
Nie byłam tam 15 lat!
No i oczywiście przede wszystkim zachwyciły mnie wiewiórki. Te małe rude istotki tak mnie rozczulają, że mogę na nie patrzeć godzinami. Bo wiewiórki to takie dobre wróżki w wątłych ognistych ciałkach. A w Łazienkach one są takie oswojone i zadziorne! Obiecałam sobie, że ilekroć nadarzy się sposobność, będę im zanosić orzechy.


Wiewiórka i paw pospołu:)

A. próbuje zwabić wiewiórkę niewidzialnym orzechem.

A to ja - siedzę sobie i sycę się światem.

acha, jakby ktoś miał wątpliwości - zdjęcia pochodzą z LIPCA!!!

***
Wieczorami natomiast graliśmy z A. w rummikuba. Tak się zapamiętaliśmy w tej grze, że graliśmy aż do świtu, a potem śniły nam się dłuugie ciągi cyfr.
Obejrzeliśmy też po raz kolejny "Wszystko o mojej matce" Almadovara. Padło tam ładne zdanie:
sukces nie ma smaku ani zapachu.
Łatwo się do niego przywyka i potem jakby go nie było.

***
Ja: wiesz kochanie, chciałabym wygrać wycieczkę do Ameryki Południowej
A.: i co? sama tam pojedziesz? Tam są dzikie węże!
Ja: no, no i dzikie frytki!
A.: no właśnie i jeszcze... chuje muje!

niedziela, 08 lipca 2007

Nie lubię niedzieli wieczorem, niedzielnych powrotów z Warszawy i tej paskudnej świadomości, że jutro trzeba iść do pracy. Brr!
Wysiadam z pociągu w Poznaniu i idąc z dworca do chaty, rozmawiam z A. przez telefon:

Ja:
wiesz co? Mnie się wydaje, że ja jestem zagubioną księżniczką i nie jestem stworzona, żeby pracować tak jak inni.
A.:
Tak kochanie, a ja jestem zaginionym księciem i co teraz zrobimy?
Ja:
Nie wiem, bo królowa, której wypadłam z kołyski zapłakała się na śmierć, a król znalazł sobie inną babę i ma nową rodzinę. Musimy więc sami zbudować nasz pałac.
A.:
No tak kochanie i dlatego musimy pracować, żeby zarobić pieniądze.
Ja:
Nie! Musimy odnaleźć skarb!
A.: Ja swój skarb już odnalazłem. Właśnie idzie przez Poznań i pieprzy głupoty.

***
Nadajnik zakonserwowany. Kronika warszawkich wypadków miłosnych i nie tylko - jutro.

piątek, 06 lipca 2007

Wyjeżdżam do stolicy konserwować nadajnik:)
Bądźcie grzeczni!

Tę fotkę dedykuję Betce - chciała to ma!

Spotkałyśmy się wczoraj z Walerką i Kinią na obiadku. Było wesolutko, choć momentami dość trudno, bo wisiały nad nami tematy, o których ciężko się rozmawia. Oczywiście znów musiałam się ściąć z Walerką, bo od pół roku cały czas odwodzę ją od pójścia na podyplomowe z zarządzania projektami. Po pierwsze dlatego, że według mnie ten kierunek to takie sranie w banie. (Ciekawe, ile osób teraz się obrazi:))) Samo zarządzanie projektem to pewna umiejętność zdobyta w praktyce, a na takiej podyplomówce ludzie nauczą się co najwyżej kilku branżowych terminów. Po drugie kto jak kto, ale Walerka całe życie zarządza projektami, tyle że nie wiedziała do tej pory, że to się tak ładnie nazywa.

No więc ja oczywiście ją opieprzam za ten pomysł i namawiam, aby zdobyła sobie jakiś konkret - namacalną, narzędziową wiedzę. Ale głupia się tak uparła, że teraz to już chyba mi na złość robi.
Na razie ustaliłyśmy, że nie będziemy o tym rozmawiać, bo mi się podnosi ciśnienie. A zatem mamy jakiś temat tabu w towarzystwie. I kto by pomyślał, że będzie to hasło: "zarządzanie projektami":)))


Czytam i czytam te dzienniki i nie mogę się nimi nasycić. Tyle w nich prawdy i tak znajomych mi refleksji. I pomyśleć, że to dziewcze żyło w zupełnie innym świecie, w innej epoce, a jest mi tak bliskie.
...opisuj własne doświadczenia. Dzięki nim ktoś może się pewnego dnia odrobinę wzbogacić. Jak najwięcej czytaj o cudzych doświadczeniach, myślach i działaniach - staraj się dorównać innym, mimo że to męczy i boli i wygodniej byłoby się schować pod ciepłą kołdrą słodkiej ignorancji. Rzucaj się ku pozornie nieosiągalnym dla ciebie celom i cierpliwie znoś ból upadku i ośmieszenia. Zawsze próbuj, jak długo starczy sił, pójść trudniejszą drogą, jak Spartanie - i pracuj, pracuj, żeby uformować z siebie bogatą, ciągle rozwijającą się jednostkę!
DZIENNIKI SYLWI PLATH
***
ps.1. Babeczki! W Poznaniu powstał świetny ośrodek rozwoju osobistego kobiet Babiląd. Świetne dziewczyny i świetna inicjatywa. Zajrzyjcie koniecznie!
www.babilad.pl
ps. 2. Jeśli jesteście takimi ciamajdami jak ja i przypadkiem czytacie bloga www.rozmawiamy.blox.pl to pewnie się nie zorientowaliście, że owa Pani prowadzi równie powalajace rozmowy - tym razem ze swoimi dziciakami - na blogu www. przegadany.blox.pl.
Uśmiałam się wczoraj do łez - polecam gorąco!

czwartek, 05 lipca 2007
Dziś bardzo siebie nie lubię.
Po pierwsze dlatego, że wczoraj zupełnie bezsensownie się upiłam, wypaliłam paczkę papierosów i jeszcze zrobiłam Andrzejowi awanturę przez telefon o jakąś bzdurę, ale przewodnia myśl była taka, że jestem biedna i samotna. Żeby wszystko było jasne samotność stała się również doskonałym pretekstem do tego, aby ot tak - bez właściwej okazji się napić i wypalać jednego papierosa za drugim. Bez sensu.
Dziś boli mnie głowa i najchetniej spuściłabym samej sobie manto.

A wszystko zaczęło się od tego, że spotkałam się z W. na piwie - pogadaliśmy dobre dwie godzinki i było nawet miło, choć W. co czwarty łyk piwa zaparaszał mnie do siebie, a ja co piąty łyk - uporczywie odmawiałam. Ale nieważne. Wracając, zaszłam do spożywczego i kupiłam jeszcze jedno piweczko, chipsy i... jagody i postanowiłam, że zrobię sobie taki wieczór przyjemności bez ograniczeń. Zjadłam jagody z jogurtem i cukrem - pychota!, potem wciągnęłam chipsy z pysznym sosem wg receptury Jozi, a w między czasie popijalam piwko i oglądałam "Wyśnione życie aniołów". Boże, jak ja kocham filmy o outsiderach! Chyba dlatego, że realizują moje niespełnione marzenia i posiadają tę odwagę, na którą nigdy mnie nie stać. Żeby tak wszytko po prostu rzucić i dać się prowadzić przez los.
Film był jednak smutny, a potem zadzwoniłam do A.
I oczywiście nawet nie wiem kiedy, zaczęłam się na nim wyżywać o jakąś zupełną bzdurę. Potem się rozkleiłam, że mam już dosyć takiej rozłąki i że sobie nie daję rady. I że jestem taka biedna i że on ma coś zrobić - już, teraz, natychmiast, bo ja już nie mam siły!
Generalnie obraz nędzy i rozpaczy.

Jestem beznadziejna i oczywiście dziś mam totalnego kaca moralnego. I po raz kolejny obiecuję sobie, że żadnego picia i palenia w tygodniu, żadnych płaczy i awantur. Ale powiem szczerze - wychować tą zołzę, którą mam w sobie, to naprawdę niełatwe zadanie.

ps. A wiecie co jest najgorsze?
Że kiedy pytam czasem A., co mu się we mnie podoba najbardziej to odpowiada, że właśnie ta zmienność: że raz bywam kapryśna i nieznośna, a raz słodka, raz płaczliwa i słaba, a raz silna i racjonalna, że bywam bardzo wesoła i bez powodu smutna.

I jak tu nad sobą pracować? Skoro Ci durni faceci kochają zołzy?

środa, 04 lipca 2007
Zaczęłam czytać Dzienniki Sylwi Plath. Zaczęłam, więc Sylwia jeszcze jest młodziutka, nie ma dwudziestu lat, ale już czają się w niej demony, choć na razie myśli przede wszystkim o chłopakach. Przeczytałam wczoraj ładne zdanie:
"CHARAKTER JEST PRZEZNACZENIEM".
Bardzo wciągająca lektura.

A poza tym chciałam się pochwalić: napisałam kilka stron "Matyldy" i znalazłam sposób na nudę w pracy - robię refreshing angielskiego - wypełniam testy i czytam brytyjskie blogi.

Poniżej kilka fotek z karaoke na KICZ Party:)








wtorek, 03 lipca 2007
Żeby i u mnie nie było za różowo, wczoraj dopadł mnie wielki smutek.
- bo w pracy przyszła nuda (nie ma nic bardziej frustrującego niż bębnienie palcami o blat biurka przez 8 godzin!),
- bo potem wracam do pustego domu,
- bo z rozmów mojego ukochanego
o pracę w Poznaniu niewiele wyszło.

A za oknem szaro i deszcz i do tego minął pierwszy dzień mojej ascezy. Asceza jest przymuszona, bo do wypłaty, która nastąpi dopiero 10 lipca, zostało mi 70 złotych. Co prawda mogłabym pożyczyć, ale potem trzeba będzie oddać. Zresztą muszę zrobić sobie test na to, czy potrafię się ograniczyć i ukrócić swoje finansowe rozpasanie. Takie małe hartowanie ducha.

I jakoś tak smuteczkowo mi na duszy, a w nocy jeszcze przywędrowały do mnie jakieś koszmary. Obudziłam się z roztrzepotanym sercem i nawet nie było się do kogo przytulić. Zaczyna mi to doskwierać.
Potrzebuję A. tu i teraz.
Na co dzień i na codzienność. Na wspólne śniadanie i obiad, na powrót w pracy, na zasypianie w jego ramionach i po prostu na zwyczajne bycie.

A z drugiej strony - czuję, że bluźnię, że nie mam prawa do smutku, że życie jest dla mnie łaskawe i hojne.

I wtedy oprócz tego, że dręczy mnie smutek, to jeszcze dopadają wyrzuty sumienia.

Z pozytywnych akcentów:
doszły do mnie głosy, że KICZ PARTY udane i że mam fajnych znajomych:)
Nie dziwota, w końcu wszystko, co we mnie dobre zawdzięczam trzem czynnikom: rodzinie, literautrze i właśnie ludziom, którzy byli i są wokół mnie. A są to naprawdę rewelacyjne ludziska!
niedziela, 01 lipca 2007

Umieram, ale warto było!

Urodzinowa imprezka "Szczyty kiczu" naprawdę się udała.
Jozi użyczyła mi swój apartament, zrobiłam cztery michy sałatek,
goście dopisali, a ich kiczowate kreacje przeszły moje najśmielsze oczekiwania.
Było karaoke, które porwało tłumy. Babki darły się w niebogłosy "Babę zesłał Bóg", a boys band Andrzej&Szymon swoje występy okraszał również bogatą choreografią.
Zorganizowaliśmy także aukcję kiczowatych upominków, które każdy z nas ma w swojej domowej kolekcji. Jak się okazało, wśród nas znalazło się wielu miłośników kiczu, toteż licytacja rozbudziła naprawdę gorące emocje. Za uzbieraną kasę chłopcy nabyli na stacji paliw 10 Harnasi.

Było wesoło, śmieszniutko i fajnie. Ja ululałam się popisowo i końcówki za bardzo nie pamiętam, ale dziś niezależni informatorzy zapewniali mnie, że choć po północy nieco pogorszyła mi się dykcja i włączyła czkawka, to zachowywałam się dość grzecznie i niczym się nie skompromitowałam. Tak mówią.

***
Oczywiście prezenty też w przeważającej większości wpisywały się w klimat kicz party.
Patrz foto poniżej.
Od A. natomiast, jak przystało na oblubienicę Księżyca, dostałam piękny wisor - ręcznie robiony na zamówienie prasłowiański symbol księżyca - tzw. lunula

 
od lewej:
butelka od Kini, zegarek LOVE - Magda, serce pełne pereł - Adusia, długopis flaming - Gruszka i Damian, poduszeczka - Edzia i Kasia, dozownik do mydła - Walerka i Szymon, lampka - Jozi i Darek, "Przejrzeć facetów" - Gocha, "Sprawa niewiernej Klary" - Mareczek, i jeszcze od Asi opowiadania Filipak, ale Walerka już zdążyła pożyczyć.

A to ja - au naturel:)