..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 28 lipca 2006
Za 13 minut zaczynam urlop!

Może coś skrobnę z podróży.
A może nie.
Do napisania za 10 dni!


Schladming
Tam będę:)

Jutro o świcie wyjeżdżamy w Alpy, po drodze Salzburg, a w powrocie Praga, gdzie koniecznie chcę odwiedzić Hrabalowskie miejsca.
Czy może być lepiej?
Nasza baza wypadowa to kamping w Schladming w Austrii.
Nie byłam przekonana do tego wyjazdu, ponieważ zdecydowanie bardziej wolę klimaty wschodnie, egzotyczne i prymitywne, ale teraz jestem tak podniecona, że już liczę godziny do wyjazdu.
Teraz rozumiem, co to znaczy potrzebować urlopu.

A góry?

Góry to idealne miejsce, aby dotrzeć do prawdy w sobie, która na co dzień zagłuszona jest przez hałas miasta.
Góry to czas, gdzie można szczerze ze sobą pogadać.
Góry to przestrzeń inspiracji.
Góry to życiowe decyzje, wyznaczanie sobie celów i zastrzyk życiowej energii na następne tygodnie.

Ech...!


***
Pakujemy się. Frr zastyga i patrzy na moje dłonie.

F
rr: Zaraz, zaraz, ale mam nadzieję, że tego pierścionka nie weźmiesz w góry.
Ja:
Dlaczego? A właśnie, że wezmę.
Frr: To weź jeszcze prostownicę, lakier do paznokci i pantofelki, wtedy wszystkie alpejskie owce zbaranieją na twój widok.

Kiedy ostatnio byłam w Olsztynie i zobaczyłam widok z nowego domu rodziców, który rodzi się i pięknieje z dnia na dzień, pomyślałam sobie, że to straszne mieć tylko 26 dni urlopu, że ja się nie zgadzam, że ja chcę tam być częściej!

Dom stoi na skarpie - z jednej strony roztacza się jezioro, z drugiej las, a na wprost piętrzą się wzgórza i pagórki obsypane kwiatami, powleczone zbożem, pomazane tysiącem barw i odcieni. Gdzieniegdzie wychylają się tylko czerwone dachy domów. Jak z bajki.

Wtedy właśnie dobitnie uświadomiłam sobie, że ja nie będę pracować od 8 do 16-tej, ani od 9 do 17-tej, że takie życie mnie nie interesuje i zrobię wszystko, aby udowodnić sobie i światu, że można inaczej.

Ale na tym koniec. Przynajmniej tak mi się wydawało. Myśl się pojawiła, a potem wkręciło mnie życie - remonty, związki, praca i inne drobiazgi.
Okazało się jednak, że owa myśl jedynie zdrzemnęła  się na chwilę albo może przyczaiła się tylko, aby poczekać na lepszy moment i kilka dni temu przypomniał mi się mój stary pomysł na własne i ciekawe zarabianie pieniędzy.
Przenanalizowałam sobie go jeszcze raz i stwierdziłam, że jestem gotowa, że tego chcę i że spróbuję.
Bo wtedy mogłabym żyć swoim rytmem, znaleźć miejsce dla nowej istotki, być sobie sterem, żeglarzem i okrętem.
I z tą myślą chcę zacząć!
Na razie tyle.

A jak mawia pani Bogusia, dobra nazwa to połowa sukcesu.
I to już mam. O!
:)

Z chatką wyszłam na prostą. Moje rzeczy już tam są, drzwi od łazienki zrobione na cacy, parkiet wyceklinowany i już po powrocie można zamieszkać:)

Co prawda muszę się przyznać do pewnego występku, który miał miejsce przedwczoraj.

Poszłam sobie grzecznie do Mega avansu, żeby zakupić lodówkę, pralkę i kuchenkę. Na raty. I tak sobie chodzę i chodzę i pomyślałam, że skoro na raty, to może sobie jeszcze coś dorzucę za kilka stówek, bo jak raty to dużej różnicy to nie zrobi. No i kupiłam.
Telewizor. 
No co? Pomyślałam sobie, że gdy już mnie rzucą wszyscy faceci i będę zgorzkniałą starą panną, to sobie chociaż obejrzę brazylijską telenowelę o miłosnych porywach.
Więc proszę mi nie zarzucać, że zdradziłam moje anty-telewizyjne ideały.
To po prostu takie drobne zabiezpieczenie na przyszłość.
Jasne?

A tak szczerze?
Wczoraj włączyłam go po raz pierwszy i obejrzałam dwa odcinki pod rząd "Magdy M."
Owszem, też jestem sobą zażenowana.
Teraz pewnie będzie już równia pochyła.
I koniec alternatywy, życia pod prąd, wysublimowanych doznań artystycznych.
Niech żyje plastik;))))

czwartek, 27 lipca 2006
No i nadszedł dzień mojej przeprowadzki. W ciągu ostatnich 12 miesięcy to już 4 raz, ale prawdopodobnie na dłużej. Póki co nie zamieszkam jeszcze w "Marcince", lecz mam nadzieję, że po powrocie z urlopu już tam zjadę na dobre. Natomiast oficjalne otwarcie - we wrześniu.

Wczoraj do północy pakowałam moje graty i co znalazłam?
Znalazłam list, który napisałam do siebie w wieku 12 lat. List zatytułowany jest:

"Od Agnieszki 12-letniej do Agnieszki 20-letniej"

A brzmi on tak:

"Olsztyn, 9 kwietnia 1993

Właśnie jest przerwa świąteczna. Już święta Wielkanocne zapasem. Dziś właśnie byłam u okulisty profesorka mam –1. Uważam, że to kompletny idiota, ale mniejsza z nim.
Kochana Agnieszko, czy nadal jesteś z chłopakiem swojego życia? Chodzi mi oczywiście o Wojtka Wykowskiego. Pamiętaj, ty jesteś jemu przeznaczona i nie możesz wiązać się z nikim inny! I tak wiadomo, że prawdziwie kochasz tylko JEGO!!!
Jak tam studia? Poszłaś do liceum jedynki czy dwójki? Mam nadzieję, że nie było tam Baśki! Czy Solmińska i G.Jagiełło nadal rywalizują z tobą o Wykowskiego?? To kompletne idiotki, a on ma rozum i wybierze ciebie.
Powiedz mi jeszcze, ile miałaś dotychczas adoratorów?
Zniknął Ci trądzik z twarzy?
Nosisz szkła kontaktowe? Mówiłam Ci masz ich nie nosić!!!
Nadal pragniesz być aktorką? Mam nadzieję, że tak, bo to wspaniały zawód.
Obgryzasz paznokcie? Jeśli tak to radzę Ci się odzwyczaić.
Masz jakieś nowe przyjaciółki?
Zerwałaś już przyjaźń z Moniką Ćwiklik i Magdą Ruszkowską?
Czy masz już miejsce na swój domek? Pamiętaj ma być piękny widok!
No i mam nadzieję, że nie przeprowadziłaś się z domu do bloku???

Pamiętaj o przysiędze! Do 18 roku życia nie mogłaś ściąć włosów.
Teraz też ich nie ścinaj!
I pamiętaj, z nikim się nie żeń, Ty należysz tylko do niego!!!

                        Podpisano Agnieszka lat 12 i 8 miesięcy. "


Przeczytałam go z pewnym zdumieniem dlatego, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło.

- Nadal utrzymuję kontakt z Moniką i Magdą
- Wciąż marzę o domku z sielskim widokiem
- Paznokcie przestałam obgryzać raptem kilka tygodni temu
- Noszę soczewki
- Trądzik młodzieńczy zszedł, ale buźki alabastrowej nie mam
- Poszłam do liceum "dwójki"
- Wyrażenie "kompletny idiota" wymieniłam na inne
- Moje marzenia o aktorstwie są wciąż świeże, choć przeszłe
- I tylko ów wyśniony Wykowski przeminął wraz z podstawówką i pewnie gdybym go dziś spotkała, mogłabym tylko pobłażliwie uśmiechnąć się do tamtej 12-letniej Agnieszki.

Tak czy siak fajnie znaleźć coś takiego po tylu latach!

Aż mam ochotę coś napisać do Agnieszki...hmm..40-letniej?


12-letnia Agnieszka:)
środa, 26 lipca 2006

Pamiętacie, jak byliście dziećmi?
Wtedy, gdy się miało coś takiego bardzo ukochanego, mówię o przedmiocie, wówczas nie można się było z tym rozstać.
A najgorzej, jak szkoła lub przedszkole zakazywało przynoszenia własnych zabawek. Wówczas siedziało się cały dzień jak na szpilkach, jednym uchem słuchało nauczyciela i co rusz spoglądało się na zegarek, żeby wreszcie móc iść do domu.

Oczywiście pewnym standardem było znoszenie ulubionych przedmiotów do łóżka.
Do dziś zdarza mi się sypiać z ukochanymi książkami, a mam także w pamięci obrazek zapatrzonej we mnie druhenki z  drużyny harcerskiej taszczącej co noc do łóżka gitarę, którą  podarowałam jej w prezencie.

Ale do czego dążę?

Ano do tego, że patrzę sobie na ten bursztyn, który od rana wzbudza sensację, bo każdy próbuje się w nim dopatrzeć zastygłego życia sprzed milionów lat i jest mi tak jakoś miękko w sercu, bo ja nie widzę w nim historii ludzkości, ale pewną, wcale nie tak dawną i wciąż dziejącą się, opowieść o dwojgu ludzi. Tą jedną, niepowtarzalną, bo moją. 

I w całym tym mentalnym zamieszaniu,  cieszę się, że mam taki drobiazg, który jest ze mną wtedy, gdy zostaję sama i mogę sobie spoglądać, dotykać i tak grzecznie, po cichutku tęsknić. I mogę nawet zabrać go do pracy i do łóżka.
I jest jak dawniej, gdy się było małym rozmarzonym dzieckiem.

wtorek, 25 lipca 2006
W czwartek zwożę do mojej nowej chatki rzeczy, ale póki nie skończę ceklinowania, będę spać u Frr. Z kolei w piątek już muszę się spakować, bo w sobotę z rana wyjeżdżamy na urlop.

Frr: Tylko ja Ciebie proszę, sama jedź do siebie i się spakuj, bo ja nie chcę na to patrzeć.
Ja: Dlaczego?
Frr: Bo już widzę jak rzucasz kurwami i przekopujesz te kartony, bo tu bluzeczka, tam majtki, gdzie indziej skarpetki, nic nie będziesz mogła znaleźć i oczywiście mnie się oberwie.
Ja: Nie panikuj, dam sobie radę.
Frr: No, no tylko pewnie o świcie jeszcze będziemy zahaczać o Twoją chatę, bo sobie przypomnisz, że nie wzięłaś jeszcze jakiejś rzeczy, bez której nigdzie się nie ruszasz.
Ja: Dramatyzujesz.
Frr: Nie dramatyzuję, tylko wiem, że potem jeszcze na koniec usłyszę, że gdybym był prawdziwym facetem to sam bym zadbał, żebyś miała wszystko spakowane na wyjazd.
  
Typowe dla mnie.
Najpierw po troszku zaczynam się sypać, jakoś mi niewyraźnie i smuteczkowo, potem spadam po równi pochyłej i na końcu jest wielkie bęc, czyli totalny rozpad.
Wtedy jednocześnie złoszczę się na świat, płaczę - średnio co dwie godziny wybucham krokodylymi łzami bez powodu.
Wtedy nagle wszystko, co do tej pory mnie cieszyło, zupełnie traci barwy i nic nie ma już sensu.
To taki moment, kiedy mam ochotę się położyć i w udręce poczekać na śmierć.
Na szczęście zwykle po takim upadku, gdy już nie może być ze mną gorzej, jakoś wstaję, otrzepuję się i znów spoglądam na świat z ufnością.
I tak jest właśnie dziś.
Co prawda wkurza mnie, że nie domykają się drzwi do łazienki, że moja ekipa schrzaniła mi kilka detali, że nie zdążę się przeprowadzić przed urlopem, że Wilk tak daleko, a moja praca nadal jest bez sensu.
Ale czy to powód do smutku i rwania włosów z głowy?
Absolutnie nie!
poniedziałek, 24 lipca 2006
Niby nic takiego się nie dzieje, a przeżarta jestem beznadzieją, apatią i smutkiem.
I najchętniej bym sobie rozpruła klatkę i wyrwała wszystko, co mnie boli, męczy i uwiera.
Uwolniłabym łzy i wypłakała wszystko.
Pozwoliłabym sobie krzyczeć i walić pięściami na oślep.
Ale nawet na to nie mam siły.
Nie mam siły żyć.

Weekend był. I już po. Kiedy stanęłam dziś pod budynkiem mojej firmy, chyba po raz pierwszy  tak mocno odczułam, że powinnam stąd wiać i to jak najszybciej. Pracuję tu 8 miesięcy ze świadomością, że 90% moje pracy jest bez sensu, że tworzę jakieś pomysły, które z góry są skazane na niepowodzenie, że moja szefowa zamiast dążyć do celu, skupia się jedynie na tym, aby budować wizerunek. Mamy udawać, kolorować, doczepiać piórka, aby robiło wrażenie atrakcyjności, a ostatecznie i tak wszystko pójdzie do kosza.
Cholernie frustrująca robota. Zero konkretu, nieustanne tworzenie pozorów. Ale nazywa się szumnie: product managment.
Jaka nazywa, taka praca. Jedna wielka ściema.

Ale miało być o weekendzie.

W PIĄTEK zrobiliśmy z Frr grila dla Walerki, Szymona, Pauli i Kuby. Jak zawsze było nam wesolutko - faceci "jechali" na babeczki, babeczki szturmowały krytyką facetów i wieczór upłynął nam w śmiechu, rozmowach o kulturze, polityce i pracy. Oczywiście nie ominięto kwestii mojego mieszkania i zgodnie stwierdzono, że mój przypadek jest przekazywany z ust do ust i fajnie mieć taką ekscentryczną znajomą, bo można opowiadać o niej wszystkim innym.
Nad nami, zupełnie nisko wisiało podziurkowane niebo i gdy wszyscy już poszli, pokazywałam Frr jak znaleźć na niebie wielką niedźwiedzicę, mały wóz, kasjopeę i smoka. Ale smoka można zobaczyć dopiero wysoko w górach. On nie lubi miejskich świateł i potrzebuje spokoju.

Gdy zasypialiśmy, położyłam sobie na twarzy jego dłoń i pomyślałam, że to właśnie ta dłoń codziennie głaszcze mnie po głowie, ściska mnie za rękę, ta dłoń ociera moje łzy i spoczywa na moim ramieniu. Ta dłoń, a nie inna. I powinnam ją kochać, a o reszcie dłoni zapomnieć. A jednak bywa, że tęsknię.

SOBOTĘ spędziłam na samotnych miejskich włóczęgach, leżeniu na trawniku pod Operą, słuchaniu Czyżykiewicza, który swoją poezją albo kroi serce na kawałki, albo sprawia, że ziemia z lekkością sprężynuje pod stopami.
Potem pojechałam z W. na kolację do Sorelli (tam są pyycha sałatki) i wieczorem udaliśmy się nad jezioro. Bardzo chciałam uniknąć dwuznacznej sytuacji i los pospieszył mi z wybawieniem, wplątując nas w jakąś dziwną przygodę z pijanymi gimnazjalistkami, a jeszcze potem popsuł się samochód i ratowało nas 7 chłopa w jednym rozgruchotanym meredesie i wieczór, ku mojemu zadzwieniu, okazał się niezwykle ekscytujący, a przy tym erotycznie - całkowicie niewinny. Nie powiem - dumna jestem z siebie.

W NIEDZIELĘ od rana zajęłam się pakowaniem. To znaczy w sobotę wywaliłam wszystkie rzeczy na środek tak, że nie dało rady przejść swobodnie przez pokój i kiedy położyłam się do łóżka, miałam wrażenie, że znajduje się na jakimś okręcie. Od rana natomiast, próbowałam jakoś ów chaos ujarzmić. Wyrzuciłam kilka worków makultury i nawet postanowiłam wyrzucić mój rękopis "Kliniki..", ale w drodze do śmietnika rozsypał mi się na ulicę i pomyślałam, że to znak, że on nie chce iść na wysypisko. 

Popołudniu spotkałam się na piwku z Gochą. Za tydzień robi urodziny, ale T. już zastrzegł, że jako jej kuzyn ma pierwszeństwo do zaproszenia i że się nie zjawi, jeśli ja też tam będę. Żałosne.  

Gdy wróciłam do domu. Pustego, bo wszyscy wyjechali na wakacje - znalazłam na podłodze w korytrzu wielki metalowy klucz, jakby od jakiejś bramy. Weszłam do kuchni, a tam palił się gaz, mimo że ja nie korzystałam z kuchenki. Dziwnie się poczułam. Sprawdziłam okna i drzwi. Wszystko w porządku.
W mieszkaniu chyba musiały zamieszkać duchy...


piątek, 21 lipca 2006
A to, przed chwilą, w ramach pocieszenia, dostałam na GG od Wirtuoza Limeryków:)

"Oniryczny Wilk"

Z dzikiego snu się wynurza
i chociaż zły ma wzrok
pragniesz zatrzymać intruza
nim znowu w nicość da skok
Chcesz by swym szarym wzrokiem
rozbierał Cię długo co noc
i nie dopuszczał do okien
Amora co miłość śle z proc
Niech będzie pożądliwy
niech na Twej straży trwa
i niech Cię uszczęśliwi
tuż przed rozbłyskiem dnia
A gdy już odejdzie daleko
na wieczny swój wilczy szlak
niech w snach Twoich zostawi
swój oniryczny znak

Jest mi trochę smutno, trochę czuję się rozbita, nieposkładna, zawieszona w próżni.
Przez ten cholerny remont utraciłam harmonię życia.
Wcześniej równoważnią dla pracy był mój czas wolny - ludzie, wystawy, koncerty, filmy. Teraz jest tylko praca, w której zamiast pracować, nieustannie zastanawiamy się, czy jest w ogóle sens pracować. Po pracy zaś remont - codziennie do 23.00. Reszta zostaje na sen.
Nie mam o czym gadać, bo jedyny możliwy temat to remont albo beznadzieja w firmie. 
Nic mnie nie podnieca, bo skąd brać bodźce przy takim trybie życia?
Nieustannie czuję się zmęczona, mam puste myśli, jałowe marzenia i najchętniej wzięłabym urlop...
od życia.
A żeby tego było mi mało - wżera się we mnie tęsknota za Wilkiem - takim z szorstką sierścią i dużymi łapami. Wżera się we mnie tęsknota za normalnością, tęsknota za więcej i więcej, tęsknota za tym, aby wiecznie nie tęsknić.

Kręcę się po firmie, bo mi się nic nie chce.
Zachodzę do Gruszki.

Ja: Nie wiem, co mam robić? Czuje się zagubiona, nie mogę odnaleźć priorytetów w życiu - ani zawodowym, ani osobistym.
Ania: No wiesz, bo my jesteśmy w takim wieku.
Ja: W jakim wieku?
Ania: W takim, że powinnyśmy rodzić dzieci i nic lepszego nam już do głowy nie przyjdzie.
Ja: Czyli co?
Ania: Czyli możemy zrobić sobie dziecko albo lifting.

czwartek, 20 lipca 2006

Janiś, moja jedna z najulubieńszych licealnych duszyczek, a pierwsza z naszego kręgu basieńkowych wiedźm, we wrześniu wychodzi za mąż. Wczoraj dostałam zaproszenie na ślub i straszliwie mnie to ucieszyło, ponieważ miałyśmy z Janiś kilka zawirowań, ale jednak okazuje się, że stara przyjaźń ma mocne fundamenty.
Rok temu wychodziła za mąż Walerka ze studiów i wtedy byłam zestresowana i przerażona tym nagłym wejściem w dorosłą formę. Wówczas wydawało mi się, że formę pustą.
Teraz już się nie boję i potrafię się cieszyć.
Niech się dzieje wola nieba.
A co będzie jutro?
A czy to ważne!


Mam już lampy!
Nie powiem - było ciężko. Najpierw znalazłam fajną lampę w Olsztynie, ale tata stwierdził, że wygląda jak do pokoju kurtyzany. Kiedy ją opisałam w pracy, Radek dodał, że to lampa kurtyzany z tureckiego burdelu.

Potem w Poznaniu objeździłam kilka sklepów i nic. Nic mnie nie uwiodło. A ja mam tak, że albo zakochuję się od pierwszego wejrzenia, albo nie zakochuje się wcale. Oczywiście mowa o przedmiotach, bo z facetami bywa różnie. Wreszcie ostatecznie wybrałam lampy w Liroy'u i pytam Frr:

- Ale jak myślisz ta lampa ładna?
- No ładna, ale tylko Ty mogłaś taką lampę kupić.
- Jak to tylko ja? Co? Uważasz, że jest dziwna?

- Taka dziwna jak Ty. Wygląda trochę jak z jakiegoś cygańskiego pałacu.

Tak czy siak lampy są. Nie tureckie, nie cygańskie, ale moje własne. O!

środa, 19 lipca 2006

Ostatnio dzieją się wokół mnie same dobre rzeczy.
Moje koleżanki depresyjko-desperatki, ale jednocześnie cholernie atrakcyjne i ciekawe kobietki rzuciły się w wir życia, a życie wreszcie im sprzyja.

Jozi jest już w Finlandii. Fin przeszedł najśmielsze oczekiwania - ponoć jest wspaniały, wiecznie nienasycony i kroi się między nami love story, że hej! W tajemnicy powiem, że Jozi chyba tam już zostanie.

Adunia, z kolei - moja ukochana gwiazdeczka kabaretu - spotkała na swojej drodze, pewnego świetnego filmowca - idealistę, który postawił sobie za cel, udowodnić jej, że istnieje coś takiego jak miłość na całe życie.
A wydawało się, że po trzydziestce, to gatunek ludzi zupełnie wymarły.

Nie wiem, co się dzieje, ale nagle, zupełenie z dnia na dzień, im obu zawirowało wszystko.
I tym razem chrzanię, nie będę złym prorokiem, nie będę zastanawiać się, co będzie, gdy opadną skrzydełka i zakrzyknę tylko: Chwilo trwaj!

wtorek, 18 lipca 2006
Chciałabym napisać o jakiejś ciekawej książce, wzruszającym filmie, o koncercie, który rozłożył mnie na łopatki, ale nic z tego.
Od powrotu z Olsztyna moje życie znów kręci się jedynie wokół remontu, wychodzę po pracy, załatwiam, kupuję, trwonię pieniądze i słaniając się na nogach, wracam do domu w nocy, padam na łóżko i zasypiam.

Kasa mi topnieje w zastraszającym tempie i już wiem, że na wszystko mi nie starczy. 
Ale trudno.

Poza tym wraz z nowym mieszkaniem zrobiłam sobie rachunek sumienia i znów opracowałam plan naprawczy w stosunku do mojej osoby.

Acha, wpłynęła na to jeszcze jedna refleksja. Kiedy zobaczyłam dom moich rodziców, osadzony w tej baśniowej, sielskiej scenerii, pomyślałam sobie, że ja NIE MOGĘ pracować od 8.00 do 16-tej, mieć 26 dni urlopu w roku.
Pomyślałam, że to nie dla mnie, bo ja chcę podróżować, chcę spędzać w tym domu lato, chcę być wolna. A żeby być wolna muszę się rozwijać.

A zatem plan naprawczy to:
- pisać, kurcze blade, pisać!!!!
- od września intensywny kurs francuskiego (najwyżej nie kupię pralki)
- zdrowiej żyć (bo jakby nie patrzeć - tylko zdrowi mogą być wolni:)

Nic wygórowanego, więc dziewczę drogie - koniec z głupotami i do roboty! Ale już!



 
Radek: Kiedy słucham, jak ty gadasz ze swoim Łukaszem to sobie myślę, że on jest całkiem  fajny.

Ja:
Może i fajny, ale wiesz, ja mam duże wymagania.

Radek:
Moja droga nie zapominaj, że pierwsza młodość już za Tobą.

Ja:
Po sobotniej historii z Romeo, który stał dwie godziny pod moim oknem i sypał mi kwiaty, czuję, że w moim przypadku na miłość nigdy nie za późno.

Radek: A ja ci jednak przypominam, że w Twoim wieku trzeba myśleć, co włożyć do garnka. Bo kwiatami i komplementami dzieci nie nakarmisz.

Ja: Następnym razem poproszę, by jakiś amant obsypał mnie kiełbasą.
poniedziałek, 17 lipca 2006
Jak bolą mięśnie twarzy to znaczy, że weekend był naprawdę udany, a bateria śmiechu naładowana jest do pełna. Gorzej z baterią snu.

Wczoraj znow w drodze powrotnej zagotowało się między nami, ale żadne z nas nie miało odwagi walnąć pięścią w stół i powiedzieć: koniec.

Ok. Podejmujemy ostatnią próbę, bo chyba już oboje jesteśmy wykończeni nieustanymi nerwami, wyrzutami i wzajemną krytyką.

Najbardziej zadziwiająca jest ta huśtawka i popadanie ze skrajności w skrajność.
Najpierw awantura, dużo przykrych słów, a potem jakiś niesamowity spokój między nami, dziki, cholernie namiętny seks i cudny poranek - wypełniony czułością, żartami i bliskością, jakiej dawno nie było.
To już moje ostatnie podejście do walki o tę relację.
Czasem wydaje mi się ona totalnym absurdem, a innym razem mam wrażenie, że to najlepsze, co mogło mi się w życiu trafić.
Gdzie w tym wszystkiem jest prawda?
Nie mam pojęcia.

Walerij Welkow
niedziela, 16 lipca 2006
Właśnie wróciliśmy z działki. Nasz dom rośnie w całkiem zadawalającym tempie i już można wejść do środka i zobaczyć widok z okna.
Bajeczny pejzaż!
Cisza, spokój, dookoła malownicze wzgórza, lasy, jezioro, a ponad nimi hula sobie letni wiatr, głaszcząc zielone trawy, marszcząc taflę wody i czesząc łąki, lasy i pojedyńcze drzewa.
Jak myślę o powrocie do Poznania, chce mi się wyć z żalu.

Wczoraj tradycyjne spotkanie z babeczkami.
Ilekroć się spotykamy, tylekroć doświadczamy uczucia, jakby czas się kompletnie zatrzymał. Nieważne czy nie widzimy się tydzień, czy rok, zawsze jest tak samo. Zawsze jest świetnie.

Oczywiście zawsze wracamy nad ranem i zawsze moja mama wita mnie z wyrzutem i obrazą, że nic się nie zmieniłam i czas byłoby dojrzeć.
Ale, cóż ja poradzę, że tu czas stoi w miejscu i zupełnie po licealnemu nie mam za grosz rozsądku, za grosz umiaru i wciąż czuję się tu jak na wakacjach?

Dziś w nocy znalazł się jeszcze jeden powód do bury.
Wróciłam koło czwartej nad ranem, odprowadzona przez pewnego całkiem fajnego faceta, który mnie porwał do tańca i nie odstępował przez resztę nocy. Pożegnałam się z nim niczym grzeczna panienka przed moimi drzwiami, umyłam się po omacku, żeby światłem nie drażnić rodzinki i zasnęłam.
Okazało się jednak, że ów amant zamiast odejść w siną dal, stał pod moim oknem i nawoływał mnie po imieniu. Braciszek tak się rozwścieczył, że miał już ochotę wyjść i go obić. Ja zaś
niczego nieświadoma, spałam sobie snem rozkosznym i pijackim, dopóki zniecierpliwiona rodzinka nie wyrwała mnie z błogiego snu i nie rozkazała przepędzić niesfornego adoratora. Nieprzytomna podeszłam do okna, a przez nie wpadła świeża gałązka czerwonych pachnących kwiatów.
Czyż to nie urocze?
Mój braciszek tymczasem nie mógł powstrzymacj irytacji i zdumienia:
- Czy ty zawsze musisz się plątać w jakieś afery?! Dwudziesty pierwszy wiek, ty prawie z trzydziestką na karku, a pod twoim oknem
waruje jakiś Romeo i sypie ci kwiaty przez okno!

sobota, 15 lipca 2006
Jestem w Olsztynie - muszę tu uzupełnić baterię snu, akumulator śmiechu i spiżarnię pozytywnych wibracji.
***
Dziś spałam na łóżku brata i przyśnił mi się bardzo przyjemny sen.
Z kim?
Ano z moim szefem. A zdążyłam już zapomnieć, że on mi się podoba.
Podświadomość jednak czuwa:))
Mówią, że sny na nowym miejscu się sprawdzają. Hi, hi:)))


ps. Wczoraj był cudny księżyc - takie wielki, pomarańczowy i wygryziony.
Nie mogłam się oprzeć, żeby Ci o tym nie powiedzieć.  Mam nadzieję, że zrobiłam to wystarczająco sprytnie.
piątek, 14 lipca 2006
Dziś w nocy była rozkoszna burza. Nie obudziłam się, ale ponoć bałam się przez sen tych grzmotów i Frr był cały szczęśliwy, że może mnie przytulać taką wystraszoną.


"...dzisiaj tak cudnie
i męsko się czułem, jak Ty się tak bałaś i tak mocno,mocniutko się do mnie
przytulałaś!;-)"
-
napisał do mnie z rana.
Rozwala mnie takimi esemesami.

Mnie tymaczesem pół nocy się śniło,  że poleciałam w kosmos szukać płytek do łazienki:))))


Moje mieszkanie powoli nabiera kształtu, gruz z mieszkania zalega w śmietnikach po obu stronach Warty, Remoncikowi są świetni i bardzo ich polubiłam. Robota idzie, kasa w niebotycznym tempie topnieje, a ja...

ja jadę odpocząć do Olsztyna.
Na dwa dni zapominam o tym całym bałaganie.
Niech się dzieje, co chce!

czwartek, 13 lipca 2006
Limeryki od kogoś, kto się tu wdrał,
zadomowił
i okazuje się, że Humanista.
Nie, nie z wykształcenia, z duszy oczywiście:)


raz pewien Pr0myk z Olsztyna
osuszyć chciał butlę wina
i chociaż robił to z gracją
racząc się przy tym kolacją
to rano to ciężko wspominał

***
Pewna Agnisia w Poznaniu
Marcina trzymała w mieszkaniu
i nic w tym nie było dziwnego
chociaż trzymała Świętego:
on chciał być w jej posiadaniu

Wczoraj wieczorem powłóczyłam się z M. na Dziedziniec Zamkowy na koncert Mariusza Lubomskiego. Bardzo sympatycznie.
Wróciłam w środku nocy, księżyc spojrzał na mnie srogo i pogroził mi palcem.
Dobrze już dobrze - Będę grzeczna, obiecuję. Zawsze od jutra:)

Przyłożyłam głowę do poduszki i od razu zasnęłam.
Nie wiem, co mi się śniło, ale obudziłam się z ogromnym niedosytem.
Niedosytem jego.
***
Mało mi, mało - jestem tak spragniona. Mięsistego dotyku. Takiego jak tylko on potrafi.
Mało mi, mało - jestem tak zachłanna. Spojrzenia. Tego, które tak czule osiada mi na powiekach. 
Mało mi, mało - chcę leniwych pieszczot i pospiesznych pocałunków.
Chcę się zagubić w jego ramionach.
Chcę być wiotka, bezradna i naga. Bez pancerza, bez zbroi, bez ochronnej tarczy.
Chcę zanurzać palce w jego włosach - takich szorstkich i gęstych, chcę położyć dłoń na jego udzie i spoglądać na jego profil,  chcę obrysować mu linię ust, czekając na pocałunek, chcę przyłożyć mu głowę do piersi i słyszeć harmonię serca. Chcę się z nim śmiać, tak głośno i beztrosko, żeby płynęły nam łzy. I chcę się popłakać przy nim i w nim, żeby wylać z siebie to, czego chcę, a czego nie mogę.  

A mówią, że jak się czegoś bardzo chce, to wtedy to się spełnia.

Zdycham z tęsknoty, mam ochotę jak małe dziecko tupnąć nogą i powiedzieć: "ja chcę!",
 ale w tym wszystkim śpi jakiś wewnętrzny spokój.
Kocham mój świat takim, jaki jest. I czuję jego wzajemność.
Dmitrij Uchow

środa, 12 lipca 2006

Jak tak dalej pójdzie to wypłaczę cały zapas łez.
Łez złości, bezradności i tęsknoty.

Przeraża mnie ten remont. Zamówiłam hydraulika. Przyjechał z obstawą czarnym BMW, waliło od niego alkoholem: "Nie martw się mała" - powiedział - "rury Ci wymienimy, sprzęcik zamontujemy, piecyk gazowy też" po czym wziął 600 złotych zaliczki i zniknął.
Dziś o 10.00 ma wrócić, ale czy wróci? Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Więc ryczałam mamie do słuchawki, że ja się nie znam, nie wiem, czy mnie ktoś nacina, czy nie i w ogóle jestem nieporadna. I w ogóle się boję. I w ogóle najlepiej jakbym umarła.
A mama tylko się śmiała i mówiła, że będzie dobrze.

Potem z Frr bawiliśmy się w podrzucanie gruzu do różnych śmietników w Poznaniu, bo moich Remoncikowych spłoszył nieco sąsiad inwigilator.
 Jak znajdziecie jakieś cegły i w Waszym, to się nie zdziwcie.
"Zobacz jak fajnie!Twoje mieszkanko jest już w całym mieście"- powiedział tylko Frr.

A w nocy mieliśmy rozmowę.
I tym razem wiem, że zbyt wiele rzeczy to ja popsułam między nami.
Wszystkie toksyny, jakie otrzymałam w poprzednim związku, oddałam w tym. Zraniłam tak, jak ja byłam raniona, w myśl zasady, że energię, którą otrzymujesz od świata, światu oddajesz. To akurat ta zła energia.
Wiem, że wszytkie nieporozumienia między nami, blokady, które się wytworzyły mają jedno źródło - mój nieustanny bark akceptacji dla niego, krytyka, dołowanie, bolesne słowa rzucane w złości.
I chcę to zmienić, bo w głębi duszy uważam go za świetnego człowieka, za silnego interesującego faceta, a przede wszystkim kogoś, kto akceptuje mnie w pełni, z moimi chimerami, histeriami i chandrami.  

Teraz natomiast nasz związek opiera się na jednej chwiejnej nodze i albo trzeba tę nogę utrącić albo naprawić. I wiem, że wszystko zależy ode mnie.  

 

 
1 , 2