..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 27 czerwca 2014
Wieczór w pojedynkę.
Endrju w Mikołajkach do niedzieli komentuje Rajd Polski.
Duet za ścianą śpi i śni. 
Kot snuje się po mansardzie. 
A ja leżę i słucham koncertu "na żywo" z Poezji Śpiewanej w Olsztynie.

Wspólne bycie serc
Nas dwoje
Nastroje
W bicie serc
Na cztery się zmienia
Szukam cię
Liczę sny
Boję się
Ukrytego we śnie
Westchnienia

(...)
Wspólne bycie serc

Nas dwoje
Nastroje
W bicie serc
Na cztery się zmienia
Szukam cię
Liczę sny
Boję się
Braku twego cienia
czwartek, 26 czerwca 2014
A dziś (dzięki inspiracji Ali) uciekłam ze swojego życia w życie zmyślone,
 w "Grę o tron".
Dobry serial, który zasysa,  jest lepszy niż butelka wina.




A to moja ulubiona bohaterka - ulubiona od pierwszego odcinka. 

Kto pierwszy podnosi powieki Waszego domu?
Kto zapala światło, otwiera okna, budzi resztę domowników?

U nas skowronkiem jestem ja. 
Bo choć wolę wstawać o dziewiątej niż o szóstej - zawsze budzę się w dobrym humorze. Każdy dzień jest jak nowe życie.
Zaczynamy od zera i wszystko może się zdarzyć. 

I tylko rano można sycić się takimi widokami. 

Księżniczka z pupą w górze:



wtorek, 24 czerwca 2014
Jak ja to lubię!
Ten stan po - takie energetyczne delirium, kiedy w żyłach płyną endorfiny, apetyt kolonizuje wszystkie wewnętrzne organy, a kabelki w mózgu aż iskrzą się od pomysłów. 

Uwielbiam spotkania z charyzmatycznymi, ciekawymi ludźmi, którzy rozsiewają inspirację jak słodką zarazę.  
Przez bite cztery godziny siedziałam na wykładzie Pawła Fortuny i patrzyłam na drobnego niezwykle magnetycznego człowieka jak ciele w malowane wrota. A moim chichotom wtórował śmiech czterdziestu chłopa, którzy też siedzieli zaczarowani. Facet ma dar.

Ze spotkania wróciłam roztelepana dobrą energią  i jeszcze mnie trzyma.
Jeśli kiedykolwiek spotkacie tego człowieka na swojej drodze - zatrzymajcie się. Warto.
A ja sięgnę wreszcie po jego książkę, którą kiedyś kupiłam Endriuszy.
"Pozytywna psychologia porażki, czyli jak z cytryn zrobić lemoniadę".
Jak przeczytam - dam znać. 
 
***
Moje szczęście dopełniła paczka z Poznania, którą rozpakowałam z ekscytacją dziecka otwierającego gwiazdkowe prezenty.  
To Mareczek - przyjaciel z dawnych czasów - wysłał mi moc kosmetyków ze swojego nowego sklepu. A są to kosmetyki, które ja bardzo lubię. 
Same naturalne. Wśród nich moje ostatnie odkrycie - cudne tubki i tubeczki by Tołpa:)

Jeśli też lubicie - zajrzyjcie. 

www.kropleurody.pl



już nikt mi nie zarzuci, że używam jednego kremu do wszystkiego:)

poniedziałek, 23 czerwca 2014
Dziś krótko. Bo tak. 
Sobotnia psia szkoła z moim bratem przyrodnim - owczarkiem środkowoazjatyckim - Jamalem i jego bratem, czyli też moim - Wasylem. 

A wszystko po to, aby mnie nie pożarł, gdy moi staruszkowie pojadą na urlop. 


Jamal - szczeniaczek, 5 miesięcy



I Wasyl - brat bliźniak Jamala, którego uczę się sprowadzać do parteru. 

***
A dziś:
Podaję chłopakom bitą śmietanę z malinami. Antek chce bez malin. 
- A może chcesz spróbować z malinami? - zachęca Endrju. 
- Nie! I możemy już o tym nie deskutować?
niedziela, 22 czerwca 2014
Żyjemy w erze zagłuszaczy. Zagłusza nas miasto, media, nowe technologie. W takim zgiełku ciężko usłyszeć siebie.
Mimo że kocham szum miasta - jego energię, kolory, rytm - równie mocno potrzebuję natury, bo tylko ona prowadzi mnie do siebie samej.

Już jako dziecko, małe, sześcioletnie może, miałam swoje miejsca samotnych ucieczek - w dolinach za saneczkową górą śmierci, na zielonych wzgórzach wzdłuż torów kolejowych z widokiem na jezioro Kortowskie, na polanach lotniska i nad Zatoką Miłą nad Krzywym. Otoczona lasami i jeziorami, wśród łąk, strumyczków i bagien mogłam przyrodę czerpać garściami. I czerpałam - gdy było mi źle, gdy było mi dobrze, gdy chciałam spotkać się tylko ze sobą. Miałam dla siebie ziemię i jej owoce, powietrze, wiatr, deszcz i wreszcie niebo z księżycem, w którym widziałam anioła stróża. 

Lata spędzone w Poznaniu i Warszawie, choć cudne przecież, naznaczone są wyrwą, jakby mi coś zabrano, wycięto. Rekompensowałam to sobie weekendowymi wypadami, syciłam się w wakacje, ale to było tak mało, o wiele za mało. 
Nigdy nie zapomnę tej tęsknoty, kiedy po filmie "Duma i uprzedzenie" wyszłam z Multikina prosto w rozedrgane miasto, szłam ulicą Półwiejską  i tak cholernie łaknęłam tej ciszy, tak bardzo pragnęłam biegać po łąkach jak Elizabeth. 

Piszę o tym dlatego, że głęboko wierzę w naszą pierwotną więź z naturą. Więź, którą dziś wielu z nas ma wykastrowaną przez cywilizację. Ludzie poruszają się w zamkniętym krwobiegu miasta - dom-samochód-biurowiec - najlepiej z klimatyzacją. 

W betonowej przestrzeni nie mogą poczuć tętna ziemi, w hałasie nie usłyszą ptaków, ani świerszczy, oślepieni przez światła wieżowców nie zobaczą gwiazd. 

W ten sposób ich wszystkie zmysły odcięte są od tego, co pierwotne, co nas stwarza, co jest naszą integralną częścią. 

- Idź nad jezioro - mówię do P., który przyjechał z Wawy do Olsztyna na chwilę. 
- Zimno i wieje - odpowiada i patrzy na mnie jak na wariatkę. 

Co on, jeziora nigdy nie widział?

Czym się tu ekscytować - a ja się ekscytuję.
Codziennie i niezmiennie. 



z filmu I am Dina. 

Książki i filmy, w których moc i piękno kobiety splata się z mocą i pięknem natury uwodziły mnie szczególnie. Celowały w tym powieści XIX wieku, którymi zaczytywałam się jako nastolatka  i całą seria o Ani z Zielonego Wzgórza oczywiście. 
sobota, 21 czerwca 2014
Czego to ja wczoraj nie robiłam!

Najpierw odwiozłam dzieci do teściów, zrobiłam zakupy, wróciłam do chaty, żeby  przesiąść się na rower i popędziłam do Alcatraz, gdzie kleiłam, zginałam i szyłam. Flagi szyłam. Igłą i nitką. Po dwóch godzinach moich krawieckich mąk przyjechali chłopcy i powiedzieli, że paździerz, maskara i trzeba pruć, więc ja prułam, a Piter obdzwaniał sklepy z flagami i wieszał na mnie psy, że ciamajda jestem. 

Potem jechałam w deszczu na uczelnię, żeby kumplowi indeks oddać - taka jestem dobra koleżanka. Zmokłam jak kura. (tak swoją drogą, czy kura moknie bardziej niż inni?)

Prosto z deszczu wpadłam do Sisi na kawę i tartę, a jeszcze bardziej na gadanie. Popijałam więc machiato i słuchałam, jak mój dobry warszawski znajomy opowiada:

- Problem polega na tym, że ja jestem absolutnie monogamiczny! Zawsze 90% poświęcam jednej kobiecie, a te 10% to przelotne fascynacje, incydentalny seks czy drobne przygody.

:))

Wróciłam do domu, wzięłam szybki prysznic - zamieniłam ponownie środki transportu - i ruszyłam na korty, gdzie mój osobisty rodzony brat Kris właśnie rozkładał na łopatki swoich rywali i w ten sposób stałam się świadkiem meczowej piłki o złoto. Kris po raz drugi z rzędu został mistrzem ogólnopolskiego turnieju rzeczoznawców:)

Zajarałam fajkę z moim bratem, żałując, że nie mamy przed sobą długiej, ciepłej nocy na gadanie przy browarze, pogrzałam mordkę w słońcu i pomknęłam po moje dzieciątka.

A wieczorem wypiłam piątkowe rytualne piwo z moim współlokatorem.
A dziś rano pojechałam na szkołę dla psów. 

A przedwczoraj nie robiłam nic. 
I właśnie z tego nic nierobienia na wsi u teściów Tymi mam kilka fot:


foto na ganku



maluchy są przy nas, a starszaki ganiają. Antek albo się śmieje do łez, albo płacze krokodylimi łzami - choroba dwubiegunowa jak nic:)

  Tomka musiałam uciąć, bo miał gołą klatę. Klata fajna, więc nie wiem, czemu, ale tak sobie zażyczyli:)




- Tymi? Włoch czy Wiking?
- Jasne, że Wiking!
- Ja też:)



czwartek, 19 czerwca 2014
Pierwszy dzień cyklu.
Czuję przyjemne łaskotanie płynących w moich żyłach endorfin.
Jak one się mnożą!
Dziś nie rozumiem frustratów, melancholików, zmęczonych, znudzonych, apatycznych, wypalonych i wszystkich, którzy nie jarają się banalnym faktem istnienia:)
środa, 18 czerwca 2014
Już prawie miesiąc upłynął, od kiedy śmigam na Błękicie i moja podjarka dwukołowcem zamiast mijać, nasila się.
Dziś kilka słów o nim. 

Niebieski dwukołowiec zjawił się w moim życiu jak nieplanowane dziecko. Do tej pory nosiły mnie stopy i nawet nie pomyślałam, że mogłabym je oderwać od ziemi.
Aż tu pewnego dnia wpadł do firmy Jarek z rowerem do sprzedania.

Obejrzałam i kwadrans później dobiliśmy targu. 

Przez następny tydzień pierwszą myślą po przebudzeniu było olśnienie:
 "Mam rower!".

Ktoś się zaśmiał nawet, że mam więcej frajdy z tego starego roweru niż żona mojego szefa z nowego Infinity:)

Tak więc co dzień śmigam do pracy i z pracy rowerkiem, Antek dzielnie jeździ na bagażniku, a ja dopiero teraz doceniam rowerowych aktywistów, którzy walczyli o ścieżki dla dwukołowców. Dzięki nim od samego domu aż do centrum mam bezpieczną trasę dla pedałujących.

I pedałuję ochoczo aż wiatr hula mi we włosach. 



wtorek, 17 czerwca 2014
Od kilku tygodni rano wskakujemy na rowery. Antek jedzie ze mną, a za nami Endrju, który dalej pędzi do radia. Zwykle rozstajemy się pod drzewem tuż obok przedszkola, gdzie następuje rytualny pożegnalny buziak. 
Dziś dojeżdżamy już pożegnalnego drzewa, gdy Antek drze się na całe gardło:
- Caałowalnia!
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Za oknem piękne słońce, zaczął się dobry tydzień, a ze mnie energia odpływa i nijak zatrzymać jej nie potrafię. Jestem taka wiotka, papierowa, łatwopalna.
Odwracam się i odsuwam, zamykam się i chowam w barwach wojennych i pstrokatych pióropuszach.

Ale wiem, że to tylko hormony, bo kiedy wzbijam się ponad siebie i patrzę z dystansu - wiem, że jestem w dobrym miejscu. Po raz kolejny ruszam w  podróż -  mam lekkie ramiona i świeżą wiarę w jutro.

Obejrzę się za siebie nie raz, ale wczoraj zawsze będzie o jeden zakręt za mną.


niedziela, 15 czerwca 2014
Grażyna Plebanek napisała "Bokserkę" dla siebie. 
Napisała ją też dla mnie. 
Swoją ostatnią powieścią wyrwała mnie z osamotnienia, poklepała po ramieniu i szepnęła: ja to znam. 
To ścieranie się biegunów, to wieczne szarpanie się między dziką a łagodną, to wzbijanie się i opadanie, głód domu i głód szlajania, tę niemożność poprzestania na tym, co jest, jak jest.

"Jest czas skrzydeł i czas korzeni" mówi Dunia, ale u mnie te czasy zwykle płyną równolegle, przecinają się jak helisa DNA. 

Jestem podwójna, sprzeczna, niesklejona, ale innej siebie nie znam, i choć to karkołomne - w tej wewnętrznej walce żyje mi się najlepiej. A czasem paradoksalnie właśnie ta batalia sprzeczności przynosi mi harmonię. 
Trudna to harmonia, ale moja własna. 

Plebanek zamyka to jednym zdaniem: "znajdź swój środek". 



i jest piękna, a ja uwielbiam piękne kobiety:)

 
piątek, 13 czerwca 2014
W firmie pusto, kumulacja wyjazdów taka, że ja - osóbka od kreacji, nie od akcji - ruszyłam zadek, osiodłałam Błękita i popędziłam skoordynować wodne prawników zabawy. Prawnicy tak napaleni, że ściana deszczu nie była dla nich przeszkodą i tak głodni wrażeń, że trzeba było ściągnąć aż cztery firmy ze sprzętem wodnym. 

Na miejscu, z organizatorów byłam więc ja i blisko tuzin chłopa.
Stężenie testosteronu takie, że można by zawrotów głowy dostać. 
I dostałam zawrotu głowy, ale nie od testosteronu wcale. Chłopcy - konkurujący ze sobą w branży eventowej - prześcigali się w autoreklamie.  Każdy tylko czyhał na moment, aby mnie dopaść na osobności i w intymnej zaufanej rozmowie powiedzieć, że to on i jego sprzęt są the best:)

Po tym dniu jeszcze teraz chichoczę i mam w głowie mętlik i sama nie wiem, który z nich skradł moje serce. Muszę je chyba ostudzić dogłębną analizą cenników:)



***
dziś piątek z winem, kotem i listą w Trójce. 
Na pierwszym miejscu Syreny Rojka. Śpiewa Rojek, a śpiewa tak trafnie, jakby śpiewał do mnie. 
czwartek, 12 czerwca 2014

Ja czytam "Bokserkę" Grażyny Plebanek, Endrju nowego Kinga (przy okazji obalając słoik nutelli - 350 ml, natomiast Antek od ponad godziny co kilkanaście minut wychodzi z łóżka i swojego pokoju pod różnymi pretekstami, że siku, że głodny, że nie wie, czy budzik nastawił. itd. 
Przed chwilą znów słyszę tupanie:
- Mamo! Już ostatni raz wychodzę. Mam jedno ważne pytanie.
- No? Słucham? - pytam zniecierpliwiona.
- Kto ładniej tańcował: igła czy nitka?

Umarliśmy.

środa, 11 czerwca 2014
Kiedy Antek bywa niegrzeczny, wtedy często kwituję to tekstem.
"Oho, to pewnie wpływ tego łobuza Gabrysia". 
Ostatnio znów młody źle się zachowuje:
ja: Antku, taki jesteś fajny chłopak, a tak brzydko się zachowujesz!
Antek: (żarliwie) To nie moja wina! To Gabryś ze mnie spływa!

***
A to migawka z obiadu. Co było na obiad chyba nie muszę mówić:





wtorek, 10 czerwca 2014
A dziś był cudny poranek - zamiast do pracy i przedszkola pojechałam z rańca na nasz ryneczek. A tam jak zwykle gwar i centrum świata. Kupiłam sukienkę z cyklu "wór pokutny" - bardzo fajna!, szparagi, czereśnie, świeże bułeczki z budyniem, zapakowałam Młodego na bagażnik i ruszyliśmy dalej - na poranną kawę na starówce. 

Budzące się stare miasto, leniwie przeciągające się w czerwcowym słońcu to widok, który od lat mnie hipnotyzuje, uspokaja i sprawia ogromną przyjemność. Uwielbiam siedzieć i patrzeć, jak otwierają się kramy i rozstawiają ogródki. 

Ja siedziałam, Cygan grał, a Antek biegał za gołębiami. 

A wszystko dlatego, że kolejnym punktem wycieczki miał być logopeda. Wpadliśmy o 10.00 do poradni i okazało się, że pomyliłam terminy. 
- No pięknie Mamo - skwitował synek - potrąbiłaś dni!

Ano potrąbiłam. Młody znów wskoczył na bagażnik i wystartowaliśmy w drogę powrotną do przedszkola. Tymczasem w przedszkolu okazało się, że Motylki wyszły na lody na starówkę. 

Co było robić?
Ruszyliśmy w pościg. 
A że Motylki są odblaskowe, znaleźć je nie było trudno:)




Kaczuchy z dedykacją dla Antka

Dwukołowy Błękit - miłość od pierwszego wejrzenia





poniedziałek, 09 czerwca 2014
Pustka wokół mnie. 
Pustka i przestrzeń jakbym dostała nowy pokój w stanie deweloperskim. 
Trzeba się jakoś ogarnąć, ściany pomalować, meble wstawić, dywan na podłogę rzucić, bo na razie cicho i chłodno jest. 

Taki biały pokój niczym z domu wariatów, który trzeba oswoić, zamieszkać, urządzić od nowa.
Czym?
A gdyby tak pisaniem?


Gdy głowa pracuje, nogi leżą w stokrotkach:)


ps. Moje dzieci zaliczyły wczoraj pierwszą kąpiel w jeziorze. 
Święty Jan się w grobie przewraca:)
niedziela, 08 czerwca 2014
- Wedżajna - zamyśliła się Bacha. - Wedżajna brzmi dużo lepiej niż wa-gi-na. 

Siedziałyśmy na warszawskim bruku między tęczą a Planem B. i dryfowałyśmy po oceanach tematów, w których można by nurkować bez końca gdyby nie noc, taka krótka!  

Pojechałam do Wawy o świcie, opękałam trzy korpospotkania i zanim oni odeszli od biurek, ja już siedziałam na fotelu w Kapslach i Kuflach, do których zaprowadził mnie Krzysiek. 
Dwa piwa później dołączyła do nas Basieńka - wypiliśmy trzecie, obejrzeliśmy na żywo jej wytatuowane grządki, Krzysiek się rozpłynął, a Basia zabrała mnie na szamę do Bejrutu. Przy falafelach i piwie z octowym posmakiem zrobiłyśmy pobieżny przegląd faktów z ostatnich lat i ruszyłyśmy dalej. 
Basia umie się szlajać jak mało kto. A ja kocham szlajanie i Basię też kocham. 

- Idziemy do Planu B. - zarekomendowała - Toczy się teraz gorąca dyskusja, czy Plan B. jest jeszcze IN czy już OUT. Chyba jest już OUT, ale nie ma innego miejsca, które byłoby IN. 

Po drodze opowiedziała mi jeszcze o zimnej wojnie na Placu Zbawiciela - pomiędzy hipsterami z Planu B. i towarzystwem sączącym prosecco w sąsiedniej Charlotcie, a także zabiła newsem: już nie gender! Kościół ma nowego wroga! Animal studies i walka o równouprawnienie zwierząt. 

Zaś na miejscu, czyli w samym Planie B, zrobiłam huczny IN, bo na schodach pociągnęłam z bara kelnerkę, która runęła z tacą szkła. Chwyciłyśmy więc za szklanki i zrobiłyśmy szybki out na chodnik. Chwilę później dołączyła Haneczka - nie widziałam jej z 5 lat, a ona ciągle bez makeupu wygląda olśniewająco. Gadałyśmy o apostazji, feminizmie, hipnozach, byciu w procesie, odrywaniu się od matki, zapuszczaniu ogrodów, chłopcach i wikingach oraz tym, co nas bardziej jara: czułość czy drapieżność. 

Kiedy przy tęczy zastał nas mrok i byłyśmy gotowe na więcej, przeszlajałyśmy się na Oleandrów do Latającego Obiektu, gdzie zupełnie przypadkiem wpadłyśmy na Asła, Pineskę i Hrabinę Fo. Co za spotkanie! Niczym ustawka po latach!

Tam już zostałyśmy do końca, a ja z chichotem i wielką przyjemnością nurzałam się w tym koktajlu dekadencji-euforii-i kulturowego miksu. 
Skośnooki o nienagannej polszczyźnie mówił coś o krwi, która "płynie w jego jebanych żyłach", Amerykanin John zdradzał open secret Kevina Spacy, dwóch kumpli beztrosko rzucało na ulicy friesby kosząc dachy zaparkowanych aut, a "Jezus" z kolegą zza baru wirował między stolikami do wzruszającego hitu Whitney Houston. 

Kiedy już słaniałam się na nogach, przyszedł po nas Fiołek, który porwał nas na Bagatelę, gdzie spałam krótko, ale sny miałam czarodziejskie.









fotka zatytułowana BH90210 - Bacha w roli Kelly:D


czwartek, 05 czerwca 2014
Bardzo przyjemne sąsiedzkie piwo - siedzieliśmy na balkonie z widokiem na jezioro i las,  gapiliśmy się na biegaczy i gawędziliśmy wesoło, a zmrok powoli opadał i tylko białe łabędzie stawały się jeszcze bielsze. 

Jutro pobudka po piątej i start do Wawy. 
Będzie intensywnie - 3 korpo spotkania, a potem część nieoficjalna. 

Wrócę z plotkami z wielkiego świata. 

Pa, pa!


środa, 04 czerwca 2014
"Żona Niklausa często jedzie bez celu do obcego miasta, żeby płakać. Na autostradzie nastawia głośno radio i krzyczy. Niklaus mówi:
- Jesteś zawsze taka spokojna. Uwielbiam to."

tak pisała moja ulubiona Aglaja Veteranyi

wtorek, 03 czerwca 2014
Pogańska godzina, a ja nie zrobiłam nic, co zrobić planowałam. 
Nie skończyłam czytać powieści, którą chciałam skończyć, nie pouczyłam się angielskiego na jutrzejszą klasówkę, ale za to:
obejrzałam moją Ciotkę w TV - tak, tak, mam taką Ciotkę, co tłumaczy Baraka Obamę i nosi czerwone szpilki:), napiłam się wina, odpisałam na intrygującego mejla z kosmosu, a teraz zamiast pisać dalej, to jednak zerknę na angielskie słówka. 

najciekawsze to - 
nip sth in the bud
be on cloud nine or feel over the moon
flog a dead horse:)

A kto nie chce na słówka, niech zerknie na moje dwa "toddlersy":)






poniedziałek, 02 czerwca 2014
kochany weekend, weekend gadany, weekend szwędany, pijany też. 
Następny szykuje się jeszcze bardziej gęsty.

A w tle gadania, szwędania i kochania, tuż za rogiem dzieją się katastrofy.

Ale wygrywa 
życie 

i to jest chyba w życiu najważniejsze:
 - co by się nie działo,
słońce wschodzi i zachodzi

a jest na tyle bezczelne, że zachodząc, wdzięczy się i rumieni
przepięknie