..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

Przeczytałam urodzinowy wpis sprzed roku.
Niby tylko 12 miesięcy, a jestem w zupełnie innym miejscu.
I nie mam na myśli tylko narodzin Poli, bynajmniej.
12 miesięcy temu byłam córeczką swoich rodziców, mentalną dziewczynką, która unika zobowiązań w imię fałszywie pojętej wolności. Ten rok wiele zmienił: dzięki pani Poli - terapeutce - przywróciłam należne miejsce Endriuszy, oczyściłam swoje serce z wielu starych żali, zaopiekowałam się wewnętrzną skrzywdzoną istotką. Ciągle się nią opiekuję, bo to długi, trudny, ale bardzo fascynujący proces.

A dziś:
o 6.30 Antek z Endriuszą zaśpiewali mi sto lat i wręczyli prezent: nową płytę ZAZ (uwielbiam!) i spódniczkę z Redi Design (TU) - pełen szacun dla Andrzeja, który sam wybrał dla mnie prezent, trafił w 10 z fasonem i rozmiarem.
A potem była całkiem normalna niedziela, bo w tym roku ze względu na małą Polę odpuściłam sobie huczne imprezowanie.
Na tort się załapałam przy okazji imieninowej imprezki Babci, od której dostałam "Ości" Karpowicza i biografię Brzechwy. (Babcia jak zwykle literacko na czasie)

Moje 33. urodziny to również kolejny krok w stronę minimalizmu.
Kilka dni temu zrobiłam kolejne gruntowne wietrzenie szafy i poważnie zredukowałam garderobę. Zostawiłam na przykład tylko dwie piżamy (bo tak naprawdę, to po co więcej?), ale przede wszystkim złożyłam sobie solenną obietnicę:
MAŁO, ALE DOBRZE
i bardzo chciałabym, aby ta zasada rozszerzyła się nie tylko na ubrania, ale również na:
1. jedzenie (w przeddzień urodzin wpadła do Olsztyna Basia z Brusiem i nowym KUKBUKIEM)
2. kosmetyki (rodzice trafili z urodzinowym prezentem, bo dostałam od nich masło shea)
3. buty (max 5 par)
4. i co najważniejsze - stosunek do świata

w myśl zasady: mniej znaczy więcej.

Ale najlepszy urodzinowy prezent podarowała mi Pola. Bo Pola podarowała mi szczyptę wolności. A to dlatego, że po kilku tygodniach treningu zassała smoka. Smok to ulga dla piersi i chwila oddechu dla matki.
Dziękuję Ci córko:)

***
przed chwilą dostałam trzeci prezent od Endriuszy.
12 miesięcy temu byłam w zupełnie innym miejscu:)

dobrej nocy!

czwartek, 27 czerwca 2013
Trzy lata temu byłam bardziej niecierpliwa. W pierwszych miesiącach życia Antka, czułam jakbym wylądowała na odległej planecie, a życie, to prawdziwe, fascynujące, cudowne życie, płynęło dalej beze mnie.
Spieszyło mi się. Żeby nic nie przegapić, nic nie stracić. 

Z Polą jest inaczej. Przestałam się spieszyć. Nie mam presji, aby jak najszybciej wrócić do magla towarzyskiego, nie przebieram nóżkami z myślą o weekendowym nocnym szlajaniu, nie mam ciśnienia, aby Kropelka już spała we własnym łóżeczku.  
Skłamałbym, gdybym powiedziała, że umiem delektować się macierzyństwem. Nie umiem. Ale mimo wszystko cenię ten czas i cieszę się z drobnych przyjemnostek (dziś nowy film Ozona "U niej w domu"). 
Wiem, że na wszystko inne będę miała resztę życia, bo dzieci więcej nie planuję. (wiem, wiem, człowiek strzela, ale to Pan Bóg kule i plemniki nosi)

Ale pozwólcie, że jeszcze ponurzam się w tym brodziku niemowlęco-matczynych uniesień i trosk, a do życia wrócę trochę później.
Piszę właśnie wniosek o dodatkowe tygodnie urlopu macierzyńskiego.
A kiedy już się otrzepię z hormonalnej mgły - znów będę pić, tańczyć, śpiewać i podbijać nowe lądy.
Albo i nie:)


środa, 26 czerwca 2013

Mam chwilę to opowiem historię o kleszczu.
W niedzielne popołudnie mieliśmy jechać na zakupy, wsiadamy do auta, zerkam na nogę Antola, a tam ugyzienie, wokół obrzęk, jakby rumień, a w środku coś czarnego. Dotykam, nie chce się odczepić. Kleszcz?
- Jedźmy od razu do Szpitala - zarządza Endrju, więc jedziemy.
Endrju prowadzi, a ja przyglądam się kleszczowi.
- Mi się wydaje, że to nie jest kleszcz, może coś mu wlazło? - snuję pełne nadziei domysły, ruszać tego nie chcę, bo jeśli wyrwę, to już zupełnie nie będzie wiadomo, co tam było i skąd obrzęk. 

Trafiamy na SOR.
- Z kleszczem to  do pediatry - informuje nas pielęgniarka.
Pediatra ogląda:
- Na pewno kleszcz. Jest odczyn, ale niewielki. Czekamy trzy dni. Jeśli pojawi się duży rumień to znaczy, że trzeba podać antybiotyk przeciw boreliozie.
- A odkleszczowe zapalenie opon mózgowych? - pytam.
- Jeśli doszło do zakażenia, za jakieś 3 tygodnie powinny pojawić się objawy.
- A kto nam może wyjąć tego kleszcza?
- Ja nie
- wzdryga się doktor - proszę do gabinetu pielęgniarki na przeciwko.
Na przeciwko gabinet pobrań krwi. W środku pielęgniarka. 
- Ja tego nie wyjmę! - wzbrania się pielęgniarka. - Przecież nie będę takiemu małemu igłą grzebać! Takie rzeczy to na chirurgii.

Chirurgia zamknięta na głucho. Pukam.
- Nie widzi pani, że jest napisane od poniedziałku do piątku - fuka na mnie jakaś strzykawa.  - Proszę iść na SOR.

Wracamy na SOR. Mamy czekać na lekarza. Czekamy. Kiedy już Pola traci cierpliwość, fukająca lituje się nad nami i bierze nas do gabinetu:
- Lekarz zaraz przyjdzie, ale proszę pokazać.
Ogląda kleszcza:
- O! Już odczyn boreliozy się zrobił!
- Ale doktor u góry powiedział, że to jest za mały odczyn, musi być duży rumień.
- To chyba zmieniły się zasady - prycha pielęgniarka - gdyby to było moje dziecko, podałabym już antybiotyk!

Odkaża kleszcza i zaczyna go powoli wykręcać:
- O! - wykrzykuje zdziwiona - To nie kleszcz! To tylko jakieś żądło. Coś innego go ukąsiło.
Oddycham z ulgą. Żądło wyjęte, wracamy do domu.
Przy wysiadaniu zerkam na ugryzienie.
Znów jest tam coś czarnego!
Dotykam. 
I już wiem.
Ani nie kleszcz, ani nie żądło. 
Paprochy od bawełnianych spodenek!

 Ocierały się od rozdrapane ugryzienie i przysychały na nim - ot cała historia:)

A to dzisiejszy świt.

wtorek, 25 czerwca 2013
Spacer nad Długim. Antek z przodu na rowerku. Endrju woła na niego, żeby się zatrzymał i na nas poczekał. Ale Młody olewa i pędzi. Endrju go dogania i żywo dyskutują. Podchodzę i pytam:
- Co się dzieje?
Antek wzrusza ramionami i obwieszcza ze stoickim spokojem:
- Histeria.
- Czyja? Twoja?
- dopytuję.
- Nie - wzrusza ramionami - Andrzeja.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Fazy mam na pochłanianie.
Niekoniecznie jedzenia.
Bywam łasuchem, ale żarłokiem nigdy.
Chyba że mowa o żarłoczności doznań.
Po serialu Scandal i lekturze Wałkowania Ameryki - z apetytem pochłaniam amerykańskie thrillery. Ostatni, The Call (Połączenie) oglądałam dwuetapowo, skacząc z emocji jakbym usiadła na parzących gwoździach.
A do tego śliczna Halle Berry. Piękne aktorki w thrillerach są niczym wisienki na torcie. Polecam też Arbitraż z podstarzałym, ale wciąż atrakcyjnym Richardem Gere - przystojniak w filmie to wisienki zaledwie pół.

Oto, co pochłaniam.

A co mnie pochłania?

Ano proza, proza kochani - prosta, banalna, urokliwa, choć z niespodziankami, nie myślcie sobie.
Dziś Antek pierwszy dzień w przedszkolu - podejście drugie.
Z drżeniem serca czekamy na pierwszego gila.


Żarłoczność doznań wysysa z mlekiem matki.
niedziela, 23 czerwca 2013

Dwa dni a taki patchwork zdarzeń, że nawet nie próbuję tego relacjonować.

Weekend zaczęłam cudną pierwszą kąpielą w jeziorze, a kończyłam w Szpitalu Dziecięcym. Gdzieś pomiędzy było pożegnanie z Martą-opiekunką, wizyta u ginekologa, który wie, jak zrobić dobrze kobiecie ("Agniecha, jaka Ty chuda!"), poranny wypad na wieś i fajne gadanie z mamą, rodzinne spacerki i włóczęgi oraz wieczorne gadanie przy kieliszku wina.

Były też totalne zastoje, bo Polcia miała bardziej marudne momenty i wtedy leżałyśmy obie na kanapie, a ja zamiast myśleć o tysiącu rzeczy, których nie mogę zrobić, choć bardzo chcę, trenowałam odwrotne podejście do świata.
Leżałam z dzieckiem przyssanym do piersi i wyliczałam powody do szczęścia: jestem zdrowa,  najedzona, nic mnie nie boli,  leżę wygodnie, lato w pełni, Polka cudna, Antek i Endrju w zasięgu wzroku. Wystarczyło, aby wyluzować i ugasić nierealne pragnienia:) 

A to bardzo realny kawałek dzisiejszego poranka


 

czwartek, 20 czerwca 2013
Dawno nie donosiłam co w mojej kuchni.
Ano testuję kolejne przepisy i skrupulatnie dodaję je do mojej Kulinarnej Księgi.
Aby tam trafić, przepis musi spełniać następujące kryteria:
- składniki dostępne w osiedlowym Bławatku
- czas przygotowania nie dłuższy niż godzina
- pichcenie można w dowolnym momencie przerwać, ruszyć biegiem na kanapę do kwilącego pisklaka i po jakimś czasie wrócić, aby kontynuować.

Co nowego?
Pyszne ciasteczka kajmakowe znajdziecie
TU, a totalny hit, czyli domowa kostka rosołowa - gratka dla tych, którzy nie mają czasu, a lubią zupy na prawdziwym wywarze - TU

i wreszcie palmiery - coś na totalny kryzys w lodówce - świetne jako przekąska do piwa.
U nas zaś wystąpiło w charakterze... obiadu.
Ze znanych mi mężczyzn, chyba tylko Endrju był w stanie zadowolić się takim obiadem. Cała reszta wystawiłaby moje walizki za próg.

Wyobrażacie sobie taką kampanię w obronie wyrzuconych z domu kobiet?
"Bo na obiad były palmiery"


środa, 19 czerwca 2013

Po mojej lewej stronie (czytaj: lewej piersi) komputer z odpalonym milutkim filmem pt. "Trener bardzo osobisty", po prawej (piersi - rzecz jasna) świetna książka pt. "Wałkowanie Ameryki".

Usypianie Poli to czasem kilkugodzinne przerzucanie jej "lewy do prawego" i z powrotem. Ona ssie, a ja wyrywam chwile na film lub lekturę, w zależności od piersi.
W międzyczasie toczą awanturki, podczas których młoda  drze się jak opętana, a wygląda niczym rozgrzana do czerwoności płyta kuchni węglowej.

A poza tym sielanka - dziś za mną spacer z Alutką, kolejna lekcja portugalskiego i postanowienie: nauczymy się kiedyś tego języka!, szczypta pracy, żeby starczyło kasy na kawę, książki i modowe kaprysy, a na koniec popołudnie z Endriuszą i dziećmi.

***

Antek z trudem wspina się na oparcie kanapy i dysząc, mamrocze pod nosem:
- Ciężkie jest życie artysty..[tu westchnienie]... cyrkowego.

poniedziałek, 17 czerwca 2013
Nasze wieczory - dzień w dzień - to tragikomiczna walka z potomstwem. Antek przez dobrą godzinę, a czasem dwie wyskakuje z pokoju pod rozmaitymi pretekstami, (jestem Bobem! Jestem Królem! Jestem Kotkiem itd., itp.) mimo że wcześniej usypianie poprzedzone jest rytualnymi bajkami.

Dziś Endrju wychodzi z pokoju Antka z miną człowieka głęboko dotkniętego.

- To było bardzo przykre!
- Ale co? -
dopytuję zaniepokojona, bo zza ściany słyszałam pogodne chichotanie.  
- Opowiadałem mu śmieszną bajkę i co chwila innym głosem robiłem "ha, ha, ha", a Antek za każdym razem śmiał się ze mną. I wiesz, co się potem okazało?
- Co się okazało?
- Że on nie śmieje się z bajki!!!
- żali się zraniony do żywego  Endrju - ale z tego, że sobie położył krecika na pupie!




w nocy czasami Antek przychodzi do naszego łóżka.
Śpiąc w czwórkę, tworzymy tzw "dynamiczne łóżko":
kiedy wstaję w nocy do toalety, wolne miejsce po mnie zostaje natychmiast zagospodarowane i nie ma dokąd wracać:)

Ostatnio każdy weekend przypomina pudełko z atrakcjami - przede wszystkim dla Antka. Przestaję się dziwić, że pierwsze pytanie Groszka tuż po przebudzeniu brzmi:
- Czy dzisiaj mamy wolne?

WOLNA SOBOTA
W sobotę pojechaliśmy z Asią, Markiem i małym Michałem pod Olsztyn do parku rozrywki. Pełen wypas - wielki plac zabaw, dmuchańce, kulki, trampoliny. A wszystko na fajnym zielonym terenie idealnym na przedpołudniowy piknik.

Na ławce wydałam się w rozmowę z jakąś przypadkową panią:
- Nie udała nam się ta wiosna, prawda? - zagaduje ona.
- Yyy, a czemu? - pytam, bo słońce nade mną i we mnie. I nie wiem, o co jej chodzi.
- Te powodzie!
Ja wybałuszam oczy. Od miesiąca nie oglądałam żadnych wiadomości, z gazet czytałam jedynie Wysokie Obcasy.
- Praga zalana, Budapeszt zalany, w Niemczech fatalnie, w Warszawie pozalewało!
- No tak, tak - maskuję stan swojej niewiedzy i dopiero teraz sobie uświadamiam, że nie wiem nic, co się dzieje na świecie poza moją lokalną zagrodą.

Popołudniu lądujemy na sympatycznej dużej rodzinnej imprezie, na której Polka obłaskawia wszystkich swoim uśmiechem. Lubię te spotkania - ten gwar i zamieszanie, pewnie dlatego, że moja rodzina zawsze była mała, a w moim domu spotkania z dalszą familią traktuje się niemal jak zło konieczne:)

WOLNA NIEDZIELA
Już zwyczajem się staje to, że w niedzielny poranek, ja z Polą opuszczam mansardę, a Chłopaki sprzątają. Ten czas spędzam na starówce z Janiś i Dianą, która wpadła na chwilę z Dubaju. Fajna kawa, jak zawsze za krótka, ważne tematy zaledwie dotknięte.

Potem razem z Antkiem i z Endriuszą ruszamy na Święto Ulicy Dąbrowszczaków - festyn, którego bezkonkurencyjną atrakcją okazał się...balonik:)



Wieczorem jeszcze rytualny wypad nad przydomowe jezioro z balonikiem w roli głównej...






Tyle z wierzchu. Pod spodem drugie pudełko wrażeń mniej oczywistych i nienazwanych niuansów...ale o tym kiedyś albo w ogóle:) 

czwartek, 13 czerwca 2013

Ja do Endrju:
- Kochanie, mam wrażenie, że masz mnie dzisiaj dosyć.
- Ciebie?! To tylko złudzenie!

a po chwili dodaje:
- Mam dosyć was wszystkich!

Dzieci intuicyjnie odgadły kryzys ojcowski i pięknie o 21.00 zasnęły.
Matka Polka włączyła sobie film "Arbitraż" z Richardem Gere, a Ojciec Polak pognał do kina na Star Treka.

Tak wygląda łaska dzieci:)

a tu:
a! kuku!

środa, 12 czerwca 2013
ponad dwugodzinny rytuał usypiania dzieci po całym długim dniu to dla mnie istna mordęga. Wszystkie dotychczasowe eksperymenty - skracanie popołudniowych drzemek, 1,5 godzinna głodówka, wyciszanie - zawodzą. Tutaj potrzeba cierpliwości.

Więc leżę i usypiam,
a usypiając, uwieczniam chociaż zachodzące słońce, które widzę z łóżka.

Boa noite as minhas amigas!

wtorek, 11 czerwca 2013

Ostatnio M. pokazała mi swoją fałdę na brzuchu:
Też taką mam! Spójrz! - odsłoniłam swój brzuch.
- Ale Ty jesteś 2 miesiące po porodzie, a ja 3 lata!
- Eee tam - machnęłam ręką. - Czego nie zrobią z nami porody, zrobi w końcu starość. Nie ma się co przejmować.

Bo ja z wiekiem, jakoś mniej się wiekiem przejmuję. 

Wczoraj obejrzałam sympatyczny francuski film pt. "Zamieszkajmy razem" o paczce starzejących się emerytów, którzy postanawiają zamieszkać razem, aby  wzajemnie sobie pomagać.

Kilka dni temu widziałam się z moją babcią, która im starsza, tym bardziej mi imponuje. Pomimo zaawansowanej osiemdziesiątki ma wigor i dyscyplinę. W jej rozkładzie dnia nie ma ani krzty rozmemłania. Jest czas na audycje w radiowej Trójce, stałe punkty na TVN 24, pora na słuchanie audiobooka (prawie nie widzi, więc lektura prasy i książek odpadła), obowiązkowy spacer, zakupy.

Z okazji Dnia Dziecka wręczyła Antkowi pakiet książek - świeżutkich, wybornych nowości, wyjętych wprost z literackich audycji Michała Nogasia. Mnie jak zwykle uraczyła dowcipem - bo poczucie humoru ma. Najbardziej bawią ją dowcipy polityczne i antykościelne.

Za młodu była zgorzkniała i pełna pretensji, na starość zyskała zbawienny dla niej dystans. Ku mojemu zaskoczeniu stała się wesołą staruszką.

Też tak chcę.
Zdrowa starość (no dobra - umiarkowanie zdrowa) wcale mnie nie przeraża, a nawet ekscytuje.
Kojarzy mi się z powrotem do dzieciństwa  - znowu nic nie trzeba, znowu wszystko wolno.

Jak widać poniżej, nie tylko ja mam takie skojarzenia.

Rysunki wyszły spod ręki Inge Löök.
Boskie, prawda?

Jeśli doczekam - tak widzę swoją starość:)





poniedziałek, 10 czerwca 2013

Zaraz idę do Marty po Groszka. Zobaczymy, czy dobra wróżka Dominika zdziałała cuda.

W piątek usłyszałam, że Antek zachowuje się fatalnie - nie słucha, złości się, zabiera zabawki.
Podczas drogi do domu, ja  nawijam:

ja:
Antku, ale tak nie można. Trzeba się dzielić zabawkami i trzeba słuchać Marty. Obiecujesz, że będziesz słuchał Marty?
Antek: Obiecuję.
ja: I obiecujesz, że już nie będziesz trzaskać drzwiami?
Antek /coraz bardziej znudzony/: Tak. Obiecuje.
ja: I nie będziesz zabierał Ince zabawek?
Antek: Nie będę!!! Ale teraz już cisza!

niedziela, 09 czerwca 2013

Takiego weekendu dawno nie było!
Wrażeń a wrażeń.
Sobota upłynęła pod znakiem spotkań rodzinnych. Polcia zachwyciła całe towarzystwo przy stole, a dziadka uwiodła bez reszty, racząc go pięknym bezzębnym uśmiechem.
Natomiast niedziela była jednym wielkim prezentem dla Antka. Już dawno nie widziałam go tak szczęśliwego.
Rano wyrwałam się na śniadanie KGM-u, a potem poszliśmy na festyn dla dzieciaków organizowany przez radę naszego osiedla.
Były i lody, i skakanie w basenie pełnym piłeczek, i loteria, w której Antek wygrał kije golfowe i już do końca dnia paradował z nimi pod pachą niczym prawdziwy zwycięzca.
Popołudniu natomiast pojechaliśmy do Alutki i Andrzeja na urodziny ich córki Anielki. Istnie dziecięce bachanalia! Była dobra wróżka Dominika, i bańki mydlane, i tort z wróżką, i własnoręcznie zdobione korony, i lody, i konkursy, a nasze dziecko (tak głodne grup rówieśniczych) zostało królem gości. Za dobrą wróżką - animatorką imprezy - chyba skoczyłby w ogień.

Wieczorem wykorzystałam fascynację wróżką Dominiką i opowiedziałam mu, że dobra wróżka będzie go obserwowała teraz, czy słucha się opiekunki (ostatnio było z tym fatalnie), czy dzieli się zabawkami z Inką i czy nie trzaska drzwiami i nie krzyczy, a po każdym dobrym dniu, zostawi mu w nocy pod poduszką papierek w kształcie cukierka.
Jeśli zbierze 5 takich papierków, wówczas dobra wróżka zostawi mu w nocy pod poduszką jakiś smakołyk.
Zobaczymy, czy zadziała. Wszystko w rękach dobrej wróżki:)

A tu, migawka z dzisiejszego śniadania:

piątek, 07 czerwca 2013
Antek nakłada słuchawki i mówi do mikrofonu:

Antek: Dzwonię do Ciebie mamo! Halo, halo!!!
Ja: O, jesteś reporterem radiowym!
Antek: Nie! Jestem dzwoniarzem!

czwartek, 06 czerwca 2013

Dobre dwa tygodnie byłam wyjęta z życia przez serial "Scandal" - ostatnie odcinki tak zszargały moje nerwy, że zazdrościłam wszystkim wokół. Co za beztroska codziennych problemów! Ja, tymczasem, byłam w oku cyklonu! Tak, Kochani, przed moim nosem ważyły się polityczne losy Ameryki, ba! świata!
Ale już koniec.
Trzeci sezon rusza we wrześniu, a zanim trafi do sieci, będzie kilka miesięcy spokoju:)

Wracam zatem do świata żywych - kończę czytać powieść o Zeldzie Fitzgerald i dzielnie trzymam się zasady, że dopóki nie zamknę jednej książki, nie otwieram drugiej.
Kronos Gombrowicza cierpliwie czeka.

Wciąż trzymam się też zasady - żadnych nowych ciuchów podobnych do tego, co mam w szafie. A to na razie oznacza brak zakupów.

I wreszcie trzecia zasada. Wciąż działa. Kolejny wypróbowany przepis. Dziś padło na zupę, którą na własny użytek nazwałam "kryzysową", bo składa się z ziemniaków, porów i soli. Plus pietruszka do posypania. Przepis znalazłam we wspomnianym już kilkakrotnie blogu Mleczna Krowa, ale ponoć pochodzi on z książki Julii Child. Bez szału, ale na pustki w lodówce - jak znalazł.

I tyle u mnie.
Czas bez serialowych intryg płynie inaczej, ale póki co nie tęsknię za taką dawką filmowych wrażeń.
Dobrej nocy!

środa, 05 czerwca 2013
Z Tymisiową i przede wszystkim z gwiazdą mediów - Polą:))

we wczorajszej migawce TV - 6.27-7.17
Link
TU


wtorek, 04 czerwca 2013

niesamowite, jak historia lubi zataczać koło.
Wybraliśmy się dziś wreszcie na wystawę ilustracji Wilkonia do BWA.
Sześć lat temu na pierwszej warszawskiej randce z Endriuszą odwiedziliśmy tę samą wystawę. W Zachęcie. (Link do tamtego wspomnienia 
TU)

/na marginesie, to dość zabawne, że ta wystawa "szła" do Olsztyna aż sześć lat:)/


Gdyby ktoś mi powiedział, że za sześć lat znów będę zachwycać się tą samą ilustracją, tyle że z jednym dzieckiem przytroczonym do piersi, a drugim gadającym jak katarynka - nie uwierzyłabym.

I nie mówcie mi, gdzie będę za kolejne sześć lat, bo i tak nie uwierzę:)


A oto i ta ilustracja.
Wtedy nie miałam aparatu:)


***
A teraz niecenzuralnie, bo to się kiedyś zdarzyć musiało.

Jedziemy na wystawę.
Przede mną jakiś kierowca wlecze się niemiłosiernie. 
ja: No jedź! (tu gryzę się w język, ale Antek podchwytuje)
Antek: No jedź, kurwa, jedź! Tyyy... (chwila zastanowienia) Ty mały kłamczuchu!

poniedziałek, 03 czerwca 2013

Od kiedy poszłam do psychoterapeutki w celu "odcięcia emocjonalnej pępowiny" (a było to jakieś pół roku temu), wspomnienia z dzieciństwa ciągle się we mnie kłębią. Co chwila wykopuję w pamięci nowe obrazy, a im głębiej kopię, tym więcej zaskoczeń, ale i spokoju.
Bo im więcej sobie przypominam, tym lepiej wiem, kim jestem.

Ostatnio zastanawiałam się, dlaczego wieloletnie żale do moich rodziców, przeszły jak ręką odjął, od kiedy zaczęłam psychoterapię i pochłonęłam kilka zbawiennych lektur m.in. wspomnianego Johna Bradshawa.
I już wiem! Banał.
Żeby móc wybaczyć i zrozumieć, trzeba najpierw uznać swoją krzywdę. Nie wypierać jej, nie mówić do siebie cytatami ze swoich rodziców: "przesadzasz", nic się nie stało, inni mieli gorzej, jesteś niesprawiedliwa, niewdzięczna nawet! itd. Najpierw trzeba dopuścić do głosu wszystkie tłumione przez lata uczucia żalu. Nie jest to łatwe, bo przecież rodzice nas kochają, starają się, więc trudno tak otwarcie, nawet przed samym sobą powiedzieć: ale mimo wszystko czułam się skrzywdzona. Wtedy, i wtedy, i wtedy. 
Ale dopiero wówczas, gdy przestajemy bagatelizować nasze krzywdy, gdy przestajemy zamiatać pod dywan to, co bolesne i wreszcie pozwalamy sobie na złość, na żal, na wściekłość, a nawet odrzucenie, zupełnie nieoczekiwanie przychodzi... oczyszczenie. Kiedy już przyznamy sobie rację: tak byłam skrzywdzona, nie dostałam tego, i tego, i tego, czasami czułam się niekochana, zraniona, bo to i owo, dzieje się mały cud. Złość i żal pryskają, a zaczyna się etap, kiedy możemy na naszych rodziców spojrzeć obiektywnie - zobaczyć cały kontekst, zrozumieć ich motywacje, wyobrazić sobie, co byśmy zrobili na ich miejscu. Czy bylibyśmy doskonalsi? 
Może tak, może nie. 
Mam sporo deficytów, ale i ogromny kapitał. 
Wykopuję kolejne wspomnienia jak skarby-niespodzianki. I dobre, i złe.
Strasznie mnie to ekscytuje, bo któż może być dla nas bardziej  interesujący niż my sami?

***
dziś przetestowany kolejny przepis. Znów Mleczna Krowa. Mniam!


niedziela, 02 czerwca 2013
ten weekend był wyjątkowy.
I to wcale nie dlatego, że oba dzieci chore - Polka kicha i prycha, Antek ciągnie za sobą infekcję sprzed tygodnia, a ja się tym nieco stresuję.

Weekend był wyjątkowy, bo mogłam odpocząć od dzieci.
Całkiem? Ależ skąd! Mogłam odpocząć od dzieci w duecie.
W sobotni poranek chłopaki zajęli się sprzątaniem, a ja wyskoczyłam na spacer z Polą i Ramsikiem, który zrobił mi cudnie nie tylko na nogi - jakby dobrze policzyć, to zrobiłyśmy z dziesięć kilometrów - ale przede wszystkim ukoił moją duszę. Oj tęsknię za Ramsikiem. I za Ewką, i za Walerką i jeszcze za kilkoma osobami, które znają mnie na wskroś i z którymi można konie kraść i podbijać świat.

Z kolei dziś porwałam tylko Antka, a Endriu i Polka poszli na spacer. Przeszliśmy z Młodym starówkę wszerz i wzdłuż - zjedliśmy lody, napiliśmy się kawy, zajrzeliśmy do kawiarnio-księgarni, posiedzieliśmy na ławce, delektując się porankiem na starówce.

- Ciekawe, jak sobie tata radzi z Polą, co? - zagaduję, popijając kawę.
- Noo, byłabyś zdenerwowana, gdy sobie nie radził - bystro konkluduje Antek.
-
Byłabym zmartwiona.
- Ja też. Martwię się bardzo
- westchnął i z błogim wyrazem twarzy zanurkował w wafelku z lodami czekoladowymi.


SOBOTA - chłopaki wkopują prezent z okazji Dnia Dziecka. Piaskownica od Dziadka.



Polka coraz częściej zainteresowana światem


Antek z Bobem wyhaczonym na moim ulubionym bazarku. Jedyne 6 złotych.

Gdy chłopcy machają łopatami, ja karmię Polę, żołądek i głowę


NIEDZIELA
Antek przed Tajemnicą Poliszynela
- Mamo, czytaj mi!
- Ale ty teraz układasz puzzle.
- Chcę układać puzzle i czytać jednocześnie!


*uaktywnił się gen nerwicy wieloczynnościowej


i kawa w House Cafe

- Antek, daj buziaka. Czy Ty wiesz, że ja Cię bardzo kocham?
- Ja też Cię kocham! Powiedzmy, średnio.