..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 30 czerwca 2010

Endrju pracuje w mediach i jest to praca ciężka, bo także w co drugi weekend, wiecznie na sznurku, bez limitu godzin, bez możliwości planowania nawet kilku godzin wprzód. Wystarczy, że coś się zdarzy i plany idą w łeb. Jak nie trudno się domyśleć, taka praca rzutuje na całe nasze życie - spędzamy ze sobą mało czasu, a wszelkie pomysły cierpliwie muszą czekać na ów rzadki magiczny dzień wolny.

ja: Wiem, że dużo pracujesz i jesteś zmęczony, ale nie możemy naszego życia sprowadzać do twoich czterech wolnych dni w miesiącu. Jak tak dalej pójdzie, oddalimy się od siebie i zaczniemy wymieniać się suchymi komunikatami, co kupić, co załatwić, a za kilka lat okaże się, że nic do siebie nie czujemy, a łączy nas tylko opieka nad Antkiem i wspólne mieszkanie.

Endrju: Widzisz Antek, Twoja mama właśnie robi sobie sprytną podkładkę pod kochanka.
:)

wtorek, 29 czerwca 2010

Spacerując dzisiaj nad jeziorem w ciepłym słońcu, wdychając zapach jaśminu, dotykając stopami trawy, a potem chłodnej wody, pożerałam wzrokiem dryfujące po niebie kremowe obłoki i myślałam sobie, że niezależnie od zasobności portfela, stanu cywilnego, wieku i wyglądu, niezależnie od wszystkiego, warto żyć choćby dla tych kilku letnich doznań.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Najgorsze są noce, bo nocą wszystko jest bardziej jaskrawe. Mam złe sny, z których na szczęście wybudza mnie płacz Antka. Kiedy wracam do swojego łóżka, nie mogę zasnąć, świt wdziera się pod powieki. Mocuję się z bezsennością, zaczynam rozmyślać, coraz wraźniej widzę twarze moich demonów. Pamiętacie dementorów z Harrego Pottera? One również wysysają ze mnie radość i zabierają lekkość, przynosząc w zamian dotkliwy chłód i kosmiczne poczucie samotności. Znikają wraz z porankiem. Czasem nawet nie pamiętam ich wizyty.  

A poranek jest piękny i słoneczny. W takie poranki jak dziś czuję przypływ szczęścia i spokoju. Lato zatrzymało się chyba na dłużej - wreszcie odstawię trampki i odkryję ramiona.

Miniony weekend upłynął nam pod znakiem spotkań rodzinnych - tłumnych, gwarnych, ciepłych i dzieciowych.
A dziś poniedziałek i koniec laby. Niebawem kolejne spotkanie projektowe - dobrze, że wschodni biznes nie jest sztywny i napuszony, bo dzięki temu mogę zabierać ze sobą Antoszka. Zawsze znajdzie się jakaś dobra ciocia lub wujek do zabawy, nie ma też problemu, gdy chcę go nakramić, przewinąć czy uśpić na kanapie. 
Ciekawam, jakie są Wasze spostrzeżenia dotyczące przyjaznego biznesu.
Rzadkość czy reguła?

piątek, 25 czerwca 2010

Mój Drogi Pamiętniczku!

Nie mam dziś dla Ciebie czasu, bo znowu spadły na mnie jakieś podłe chałtury. Zamiast więc pisać o niezwykle porywajacych meandarch mojej duszy, siedzę i móżdżę scenariusze gier i zabaw dla zblazowanych korpoludków.

Taki to mój los podły i ponury.

Mam nadzieję, że mi wybaczysz tę chwilową absencję.

Twoja na zawsze,

A.

środa, 23 czerwca 2010

Poszłam za ciosem i w ramach urodzinowego prezentu zapisałam się na warsztaty, które prowadzi Katarzyna Miller w ośrodku TU i TERAZ  w Nowym Kawkowie.

- Dzień dobry, chciałabym się zapisać na warsztat "Gdzie jest moja mała dziewczynka"
- Niestety nie ma miejsc, ale mogę panią zapisać na warsztat o tym, jak znaleźć mężczyznę.
- No tak, ale mężczyznę już mam, teraz szukam małej dziewczynki:)

Cóż było zrobić? Zapisałam się więc na warsztat pod tytułem: "Jak znaleźć swojego mężczyznę, czyli tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną".

Teraz przynajmniej mam czym szantażować Endriuszę:

- Idę na warsztat, jak znaleźć faceta. Jeśli mnie wkurzysz, nie zawaham się użyć zdobytej tam wiedzy!

Niestety nie działa. Endriusza jest właśnie silnym mężczyzną i takie  pogróżki ma głęboko w nosie.

A propos mężczyzn, byłam dziś w Awangardzie na filmie "Samotny mężczyzna". Ładna, subtelna i daleka od stereotypu opowieść o gejowskiej miłości.

Pada tam ciekawe zdanie o tym, że mniejszość dyskryminowana jest wtedy, gdy wzbudza strach. Uzasadniony lub nie.  A strach budzi to, czego nie widać, to, co nieoswojone i nieznane.
Dlatego tak ważny jest coming out, który choć dziś jest trudny, stanowi jedyną szansę na to, aby w przyszłości mniejszości seksualne były traktowane jak inne zwyczajne mniejszości, na przykład piegowaci:)

A teraz jest wieczór, za oknem pada deszcz:
mój duży silny mężczyzna czyta "Politykę", a mały też silny mężczyzna ogląda Mysię i zapamiętale dyskutuje sam z sobą, śliniąc się po pachy. 
Natomiast  ja - duża dziewczynka -  razem z małą dziewczynką pójdziemy sobie pod prysznic. A co!

wtorek, 22 czerwca 2010

Ostatni raz  zarywałam noce przez dobrą książkę dawno, bo w liceum.
Potem bywało, że zapadałam z lekturą w fotelu na cały dzień.
Coraz rzadziej i rzadziej.

W ostatnim roku chyba ani razu.
Aż do chwili, kiedy sięgnęłam po stojącą w kolejce książkę Katarzyny Miller i Moniki Pawluczuk.
Zapadłam się na amen - to chichocząc na głos, to zamyślając się głęboko - pożerałam kartkę za kartką.
"Być kobietą i nie zwariować" to zapis warsztatu terapeutycznego, w którym bierze udział 12 babek - młodych i starszych, bogatych i biedniejszych, pochodzących z różnych środowisk. Warsztat prowadzi Kaśka Miller. Piszę o niej Kaśka, nie aby się spoufalać, ale dlatego że ani Kasia, ani Katarzyna nie pasują do tej kipiącej energią kobity, która życie smakuje wszystkimi zmysłami, z wilczym apetytem!

Ten apetyt udziela się w miarę lektury.  
Pozycja więcej niż obowiązkowa dla wszystkich babek. Tym, którzy wzdrygają się na myśl o czytaniu poradnika, spieszę wyjaśnić, że książka z poradnikiem nie ma nic wspólnego . "Być kobietą" to prędzej "inspirannik" do tego, aby skończyć z polityczną poprawnością, nie ulegać naciskom, nauczyć się mówić "NIE", a przede wszystkim zaufać SOBIE.

Zresztą, co tu dużo mówić - trzeba przeczytać.

A oto krótki fragmencik, spośród wybornych wybrałam akurat ten, bo... Ci, którzy mnie znają nie tylko z języka pisanego, wiedzą, że poniższa filozofia jest mi bliska:)

KASIA: "Przyszła do mnie kiedyś na wakacjach gaździna i mówi: "Tak nagadałam swojemu mężowi, tak mu nagadałam, że aż się trzęsę. Jezu jak ja się trzęsę, jak ja się tego boję." "A kiedyś już pani tak mu nagadała?" - pytam. "Nie". "W takim razie  teraz jest pani jak sprężyna, którą uwolniono po wielu latach zaciśnienia. Wie pani, co się robi ze sprężyną, którą sie puści wolno po tak długim czasie? Trzęsie się tak jak pani. Jest pani rewelacyjna! Umieć się  tak trząść to duża sztuka! (...)

Z niewyrażonymi emocjami jest  tak samo. Nie mówię "kurwa", nie mówię "pierdolę", nie mówię "chuj" (a "chuj" jest dobry, bo krótki i zwarty), bo jestem damą, a dama przecież nie przeklina. I skoro już tą damą jestem, muszę nią być zawsze. Dama to kobieta, która wie, że jest damą. A przecież przeklinanie to cudny sposób odreagowania. Nie po to ludzkość stworzyła w każdym języku takie jędrne, smaczne słówka, które wyrażają wściekłość, oburzenie, sprzeciw - ale też rozkosz, pociąg fizyczny, zdumienie, zachwyt - żeby ich nie używać. Są one tak nośne i tak wymowne, gęste od emocji i znaczeń, że nie przypadkiem, i tu będzie myśl nowa i odkrywcza, używa ich w takim zmasowaniu wszelkie jełopstwo. Bo wyrażają wszystkie silne emocje naraz. Jełopstwo, czyli naród prymitywny myślowo, aż kipi od emocji niewypowiedzianych, więc nic dziwnego, że "ja pierdolę" może oznaczać za każdym razem coś innego, zależnie od sytuacji i instencji.

Dama natomiast, która jełopem nie jest, wiele wykwintnych wyrażeń zna i ich używa, kiedy potrzebuje dać prawdziwy upust jakiemuś skumulowanemu napięciu, negatywnemu bądź pozytywnemu, także może podkreślić to grubym słowem. 
 
ZYTA: I nie będzie to słabość?

KASIA: Według jednych tak, według mnie nie. Można przecież żyć, nie bekając, nie puszczając wiatrów, nie ziewając, udając, że się nie sika, nie robi kupy, nie podskakując, nie podśpiewując z radości i nie płacząc ze smutku. Tylko, co to za życie!

Katrzyna Miller i Monika Pawluczuk: Być Kobietą i nie zwariować, Warszawa 2010, s. 280-282.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Cudnie wypoczęłam.
Nie tylko dlatego, że wyrwaliśmy się na jedną noc z miasta i nie dlatego, że spaliśmy w domku, w którym słychać świerszcze.

Wypoczęłam, bo spędziłam wieczór w wesołym towarzystwie, które rozbawiło mnie do łez.  Nie  gadaliśmy bowiem o pracy, kredytach i dzieciach, ani o filmach i literaturze, nie obgadywaliśmy nawet wspólnych znajomych.

Przedmiotem zagorzałej dyskusji było zagospodarowanie kilku hektarów ziemi, na którą gospodarze imprezy mają wielką chrapkę. Czują filing - jak wyjaśnił przyszły inwestor. Jednak w swojej fantazji nie chcą poprzestać na wybudowaniu domu, ale pragną stworzyć całą wioskę z własną infrastrukturą i zapleczem rekreacyjno-rozrywkowym. Projekt zagospodarowania przestrzennego tak wszystkich pochłonął, że nie poprzestali na prozaicznym polu golfowym i pędzarni bimbru. W planach uwzględniono też staw z kilkoma portami  (w każdym porcie dziewczyna), lunapark, kino oraz... metro, żeby nie trzeba było odśnieżać drogi dojazdowej. Samozwańczy sołtys z każdym kieliszkiem bardziej ochoczo rozdzielał funkcję, dzięki czemu załapałam się na szefową kultury, a Endrju zgarnął stołek rzecznika prasowego, zarząd lokalnych dróg i posadę kaznodziei. Pojawił się też pomysł postawienia piramidy, ale Michaś odmówił ciągania bloków i zadowolił się stanowiskiem szefa bimbrowni, zapewniając, że wszystko ferementuje, więc surowca nie zabraknie.
Nie ma nic bardziej odprężającego niż zapomnieć się w abstrakcyjnym wizjonerstwie:)

Były też  leniwe kawki na świeżym powietrzu, granie na gitarach i popołudniowy paintball dla chłopaków, którzy wrócili z gry ranni niczym weterani wojenni.

Wracając z imprezy zahaczyliśmy o sklep, aby kupić nowego laptopa. Poszłam za ciosem i przy okazji nabyłam małą cyfróweczkę, z której cieszę się najbardziej, bo będę nią mogła nagrywać filmy z Antkiem w roli głównej.

A wieczorem powędrowaliśmy na głosowanie. Swój stosunek do wczorajszych wyborów najlepiej podsumował Antonio, który przy pożegnaiu z komisją beknął spektakularnie. 

Tym akcentem kończę mój poniedziałkowy wpis i zabieram się do pracy.
Adieu Robaczki!

piątek, 18 czerwca 2010

Nie jest chyba tajemnicą, że należę do wielkich admiratorek kobiecego ciała. Wędrując wczoraj po księgarni, natknęłam się na znakomity album "Pier(w)si w Polsce". "Pier(w)si w Polsce" to zbiór fotografii, których wspólnym mianownikiem są właśnie kobiece piersi. W albumie zagościły znane Polki: aktorki, wokalistki, sportsmenki, dziennikarki, malarki, pisarki, pogodynki, fryzjerki i lektorki.

Młode, dojrzałe i dojrzalsze.

Wśród bohaterek albumu znajdą się te oczywiste jak Renata Dancewicz czy Anna Dereszowska, ale również zupełnie zaskakujące, na przykład Krystyna Czubówna, Hanna Bakuła, Marzena Rogalska, Katarzyna Grochola, Jaga Hupalo czy Kinga Baranowska.

Przejrzałam cały z wielką przyjemnością i wszystkim gorąco tę przyjemność polecam.

czwartek, 17 czerwca 2010

O ile polskie kino  ostatnimi czasy ma się nienajgorzej, o tyle polskie seriale to koszmar. Nie jestem wprawdzie specem od rodzimych tasiemców, ale to, co zdarza mi się zobaczyć, zwykle bywa siermiężne.
Polscy twórcy albo popadają w rodzinne martyrologie (Klan, M jak Miłość czy Barwy szczęścia - telewizja publiczna) albo mamią nas luksusowym światkiem pięknych młodych i bogatych, pracujących w agencji reklamowej lub redakcji kolorowego pisemka (Klub Szalonych Dziewic, Brzydula, Majka - TVN). Są jeszcze komedie - zazwyczaj żenujące.
Nuda!
Ale nawet w tym zalewie nudy znajdą się tytuły godne uwagi.
Na przykład niepozorny serialik dwójki "Licencja na wychowanie". Robiona niewielkim budżetem bezpretensjonalna opowieść o zmaganiach wychowawczych dwóch rodzin: konserwatywnych Barańskich i liberałów Leszczyńskich. Dobry scenariusz, niezła gra aktorska, humor, a przede wszystkim zero smutów i żadnego zadęcia.

Teraz w wakacyjnym sezonie ogórkowym lecą powtórki - w poniedziałek i wtorek o 20.10.
Jeśli przyjdzie Wam spędzić wieczór z telewizorem, włączcie dwójkę.

Mówię to Wam ja, która ma tylko te fał pe dwa:))

środa, 16 czerwca 2010

Jozi poznałam ładnych pare lat temu, kiedy porzuciłam głodową, ale boską posadę w teatrze dla korporacyjnego anglojęzycznego stanowiska. Jozi urzędowała piętro wyżej i na początku uznała mnie, cytuję, za "pierdolniętą", bo nosiłam wielki beret z pomponem. Ja natomiast byłam pewna, że Jozanka to jakaś mega undergroundowa panna, z którą nie znajdę wspólnego języka.

Po kilku miesiącach  nasze drogi się zeszły. Do grona dołączyła też Puleńka, Gruszka, Asia P. i w tym składzie poszerzanym czasem o różne osóbki wypiłyśmy hektolitry wina, a ze śmiechu zrobiłyśmy zapasy na kilka lat wprzód.

Dziś Jozi jest wciąż tą samą dziewczyną, która poza rozumem, ma w głowie również fiu bździu, ale doszła jej jeszcze jedna funkcja: Jozimamy. 

Funkcja to niebagatelna i zobowiązująca.
Dlatego Jozimama wkręciła się na dobre w świat hendmejdowych zabawek, które możecie podziwiać i zamawiać TU:

www.jozimama.blogspot.com

Serdecznie zapraszam! 

Jak widać po zmiennej długości moich włosów z Jozimamą już się trochę znamy:)

wtorek, 15 czerwca 2010

Wędrując wczoraj po necie natknęłam się na wywiad z Manuelą Gretkowską i jej partnerem Piotrem Pietuchą.

Pietucha stawia ciekawą tezę, że kobiety, które mają braci (najlepiej starszych) wchodzą w zdrowsze relacje z mężczyznami:

Mając brata, oswajasz się z samcem. Z tym, że pierdzi, śmierdzi, bywa egoistyczny, manipulujący, dominujący, agresywny i tak dalej. Uczysz się tego na co dzień i to jest świetny, bo realistyczny, trening relacji. Myślę, że kobiety mające siostry są bardzo fajnymi, potencjalnymi ofiarami - twierdzi Pietucha.

Nie wiem, czy mój młodszy brat oswoił mnie z samcem, bo przez długi czas byłam przekonana, że jego niechlujstwo to ewenement a nie znak płci:)

Ale na pewno dzięki bratu łatwiej będzie mi zrozumieć dorastającego syna - jego potrzebę alienacji, nastoletnią gburowatość, rolę idoli w kształtowaniu się osobowości.

Choć świat naszych dzieci będzie pewnie ciut inny niż świat naszego dzieciństwa. Dość powiedzieć, że popularną grę w butelkę zastąpiła teraz gra w słoneczko, o czym dowiedziałam się od mojej mamy.

- Teraz na imprezach nastolatki nie grają już butelkę, tylko w słoneczko - oświadczyła moja mama z miną osoby wtajemniczonej.
- A czym to się różni? - zapytałam.
- Dziewczynki kładą się po okręgu, a chłopcy je po kolei biorą.

Ładne, prawda?
Jako  fantazja erotyczna przepiękne, ale jako gra naszych dorastających dzieci? Przerażające.
W tym kontekście "pr0myczek" nabiera nowego znaczenia:)
a ja cieszę się, że mam syna i młodszego brata.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Pogoda barowa, butelkowa, pościelowa - zwał jak zwał.
Na dokładkę - poniedziałek.
To nie są sprzyjające warunki do jakiegokolwiek działania.

Snuję się senna po mansardzie - coś pozmywam, siądę do kompa i przeredaguję kilka akapitów powieści, zdrzemnę się, posłucham radia, zajrzę do lodówki (to wszystko przy jednoczesnym gaworzeniu i zabawach z Antkiem).

Melancholijnie jakoś - owoc nocnej bezseności, czuwania przy łóżeczku.

Zjadłabym czekoladę na wzrost poziomu endorfin, ale od kilku dni próbuję ograniczać łakocie.

Nie ma rady, trzeba ten poniedziałek przeczekać.

piątek, 11 czerwca 2010

Od kiedy Antek przyszedł na świat, moje kinowe wybory zdeterminowane są godzinami emisji i nie zawsze oglądam dokładnie to, na co mam ochotę.

Przesycona polską historią wojenną i powojenną, rozczarowana "Rewersem", pewnie nie wybrałabym się na polską "Różyczkę" i w ten sposób przegapiłabym świetny film.

Już dawno żadna opowieść tak mnie nie wciągnęła. Historia trójkąta miłosnego - esbeka, Różyczki i figuranta - po mistrzowsku odegrana przez Więckiewicza, Boczarską i Seweryna trzyma w napięciu, śmieszy i wzrusza. Reżyserowi udało się stworzyć dzieło na wskroś prawdziwe, w którym opowieść o Polsce komponuje się idealnie z opowieścią o ludziach uwikłanych w historię.

Zaskakująco piękny i dobry obraz. 


 

środa, 09 czerwca 2010

Przyfrunęła kolejna Mysz od Norte:)

A przede mną trzecia noc, od kiedy Antek śpi we własnym łóżku.
Już teraz wiem, co znaczą zarwane nocki przez dziecko. Nie wiem natomiast, skąd się wzięło powiedzienie: "śpi jak niemowlę"

Może wymyślił je jakiś klecha?

wtorek, 08 czerwca 2010

Kiedy wracam ze wsi do mansardy, paradoksalnie powracam ze świata makro do mojej mikroprzestrzeni - odciętej od tego co w Polsce, Europie, na świecie.

U rodziców jest ponad 100 kanałów, u mnie jeden, który oglądam bardzo wybiórczo. Radia słucham tylko o określonych porach, prasy codziennej nie czytam, Internet służy mi do komunikacji. Mówiąc krótko - dopóki gdzieś nie wyjadę, nie mam pojęcia, co w trawie piszczy. I dobrze mi z tym.

Dopiero podczas pobytu na wsi zobaczyłam rozmiar powodzi i wstrząsnęły mną obrazy zalanych terenów i walących się domów, przeczytałam stenogramy z tupolewa, posłuchałam Komorowskiego i Kaczyńskiego i już wiem, że od kiedy przysługują mi prawa wyborcze, tak patowej sytuacji jeszcze nie było. Z dwojga złego nie potrafię wybrać, więc w drugiej turze wybiorę dezercję.

(Polecam felieton Kingi Dunin: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53665,7942249,Zgola.html)

Dlatego cieszę się, że jestem już  w mansardzie i mój świat znów się skurczył do probemów ulicy, znajomych, rodziny. Nie odwrócę katastrofy Smoleńskiej, nie rozgonię chmury wulkanicznej, nie nadmucham elektoratu innych kandydatów, a powodzianom mogę co najwyżej dołożyć swoją cegiełkę i to akurat zrobię. Lubię mieć wpływ na rzeczywistość, kreować ją, a nie ograniczać się jedynie do roli biernego obserwatora. Dlatego na nic mi się nie zdadzą bieżące newsy - to, co odległe, a przybliżone jedynie przez ekran telewizora wciąż jest abstrakcyjne.

Z ulgą więc powracam do dawnej nieświadomości i zamiasy żyć światowymi kataklizmami, zajmę się własnym życiem.

poniedziałek, 07 czerwca 2010

Dziś łóżeczko Antoszka wyjechało do drugiego pokoju. A na swoje miejsce wróciło pianino, które dostojnie się u nas kurzy, bo nijak nie mogę zmusić mojego konkubenta, aby koncertował.

Przeprowadzka sypialni Antka miałaby doniosłe znaczenie, gdyby nie fakt, że Antek sypia z nami.
Ale w każdym tunelu jest światełko nadziei.

Na wsi Antek zasypiał w osobnym łóżeczku i brałam go do siebie dopiero, gdy się obudził w nocy. Więc może i tu załapie. Wtedy nasze życie nabrałoby ciut normalności - moglibyśmy w spokoju wieczorem obejrzeć film, zaprosić znajomych albo... Zawsze się jakieś albo znajdzie:)





niedziela, 06 czerwca 2010

Pobyt poznańskich gości na wsi minął spokojnie i bez dodatkowych fajerwerków. Duet Iga and Antonio dokazywał na tyle, że na nudę szans nie było żadnych.
Jednak co dwie gęby (do wrzasków), to nie jedna:) A ja miałam okazję przyjrzeć się temperamentowi niespełna dwulatki i baardzo cieszę się, że moje dziecko jeszcze nie chodzi:))

W nielicznych wolnych chwilach gotowałyśmy, piłyśmy wino, uczyłyśmy się szyć (Jozi uczyła mnie) lub po prostu wylegiwałyśmy się bezproduktywnie. Zaliczyłyśmy jedną wycieczkę do Olsztyna oraz do Olsztynka i tamtejszego skansenu. Zanim się obejrzałam  5 dni minęło. Po Jozi i Igę przybył Daro, a ja zostałam z Antolem na wsi.

Zostały mi ostatnie dwa dni, aby nasycić się latem na końcu świata, a potem wracam do naszej miejskiej mansardy.







piątek, 04 czerwca 2010

Jutro wracam z urlopu od blogowania.
A na razie jeszcze wypoczywam - choć to dość nietypowa forma relaksu: Antolo z Igą rozsadzają chatę w pył i testują wytrzymałość dźwiękową murów, a my z Jozi spełniamy się jako Matki Polki.

Istne szaleństwo:)

Dopiero o zmroku siadamy przy winku i mamy chwilę dla siebie. Niewiele trzeba, aby mieć kaca po rocznej abstynencji. 

Ale do zmroku jeszcze daleko, dlatego zmykam.
Do widzenia, do jutra!