..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Kupiłam sobie wielką księgę "W oczekiwaniu na dziecko", po to, żeby nie grzebać w necie i nie popadać w paranoję, czytając różnych oszołomów internetowych.

Siedzimy z Endriuszą na materacu i studiujemy w podręczniku przebieg trzeciego miesiąca. W końcu podnoszę książkę, tak żeby Endrju nie widział, co jest tam napisane i udaję, że czytam:
- Teraz kiedy jesteś w ciąży, nie miej oporów, aby wydawać rozkazy ojcu twojego dziecka. To czas dla Ciebie, dlatego masz święte prawo do kaprysów i zachcianek. Nie bierz się za żadne prace domowe. Przez najbliższe miesiące, aż do porodu nie powinnaś sprzątać, prać, gotować czy zmywać.

Endrju rzuca mi nienawistne spojrzenie, po czym przechwytuje książkę i mówi:

- Popatrz, a ja znalazłem taki fragment. - zaczyna udawać, że czyta - "Kobieta w ciąży powinna pracować dwa razy więcej, a szczególnie wziąć na swoje barki wszystkie obowiązki domowe. To jeden z niezawodnych sposobów, aby jak najdłużej zachować figurę."

***
Dziś kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam przy łóżku piękny statyw.
Czy może być lepszy prezent dla narcystycznej panienki, która najbardziej lubi fotografować siebie?

"Żeby długość Twoich rąk nie ograniczała Cię w robieniu autoportretów" - głosiła dołączona dedykacja.

Dziś kończę 29 lat. 9 jest moją cyfrą. Kilka lat temu czarownica Ela przepowiedziała mi przełom właśnie po 29 roku życia.
Wedle jej przepowiedni do 29 roku życia doświadczę wszystkiego, co u innych rozkłada się czasem na całe życie. Natomiast po 29 urodzinach czeka mnie równy dobry kurs przez życie, mniej przeciwności, mniej bitew, a więcej sukcesów i powodów do radości.
Jeśli jej wierzyć - wkraczam w czas szczęśliwości.
I wiecie co?
Niezależnie od autentyczności tej wróżby, dziś zamierzam w nią wierzyć.

niedziela, 28 czerwca 2009


Wczoraj mój ulubiony doktor pokazał mi na ekranie, jak bije serduszko.
W moim brzuchu.
Jeśli los okaże się pomyślny, zimą przyjdzie na świat Nowa Istotka:)

U cioci na imieninach
Są goście i jest rodzina,
Więc program się rozpoczyna
Do śmiechu i do łez.

Wczoraj na imieninach u cioci Danusi, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że ciepłe gesty są znacznie więcej warte niż wysokie przelewy.
Wujostwo i kuzynostwo Endriuszy okazało wielki entuzjazm i było to baaardzo miłe.
Dobre słowo obdarzone jest mocą.

sobota, 27 czerwca 2009

Wczorajszy zwierzyniec


- Ciesz się, Zuźka, że mam do Ciebie świętą cierpliwość.
- Bo odgryzę!


- Co tam się do licha dzieje, Blackie?
- Psy się ganiają.
- Kiedy oni wreszcie wydorośleją?!



- Ocho, starzy przyjechali, będzie kolacja.
- I wreszcie mnie wpuszczą do chaty. Ile można sterczeć na parapecie?!

piątek, 26 czerwca 2009

Piszę, piszę, piszę,
szybko, szybko, szybko,
topór deadlinu wisi nad moją głową.

Dobry taki topór
zamiast siły woli.

Nie umiem pisać bez przerwy, dlatego krążę między stołem a łóżkiem.

W łóżku owijam się kołdrą i  kołyszę się dotąd, aż zmagazynuję tyle energii, żeby wstać i pisać.
Potem idę do stołu i piszę, dopóki nie wyczerpię mocy. Wtedy wracam do łóżka.
I tak w kółko.
Lubię takie piątki.

czwartek, 25 czerwca 2009

Hormony. Niewidzialne soki krążą w moim ciele, rozprowadzając do wszystkich komórek szczęście lub rozpacz. Płaczę i śmieję się na przemian. Bez powodu. Z hormonami nie sposób walczyć.
Dziś jest mi dobrze.
Przede mną miska bajecznie słodkich poziomek i kilka godzin pisania.

Dziś opowiem Wam o przyjaźni.

Moja mama wychowywała mnie w duchu, że najważniejsza jest rodzina i na rodzinę zawsze można liczyć, natomiast inni ludzie... są, dopóki jest zabawa. W obliczu problemów lub odwrotnie - sukcesów, zwykle rozmywają się i ślad po nich ginie. Mimo tych wieloletnich nauk m
am wielką ufność do ludzi - jestem otwarta i uparcie wierzę w czyste intencje. Co więcej - rzadko się zawodzę. 
Kilka dni temu pojawił się w moim życiu problem, którego nie mogłam rozwiązać sama, potrzebowałam bardzo konkretnej pomocy.  
Mama wtedy powiedziała: "Masz tylu znajomych, poproś kogoś"
I wtedy zdałam sobie sprawę, że nie potrafię prosić nikogo o rzeczy istotne.
Nie zawodzę się na ludziach, bo nie mam w stosunku do nich żadnych oczekiwań.
Są - świetnie, odchodzą - nie ma sprawy.
Nie miewam żalu, straconych złudzień.


Wychodzę z założenia, że każdy może dać nam coś innego. Jeden pożyczy nam kasę w kłopocie, inny poświęci swój czas i uwagę, ktoś jeszcze wypije z nami flaszkę lub zaopiekuje się kotem.
Mamy inne priorytety, odmienne osobowości, różne charaktery i to, co dla nas wydaje się drobną przysługą, dla kogoś może być trudnym poświęceniem.
A poświęcenia nie można wymagać od nikogo.
Może właśnie dlatego, że stosuję zasadę dobrowolności, a nigdy nie wymagam,  otrzymałam w życiu ogrom pomocy, nigdy o nią nie prosząc. I mogę śmiało powiedzieć - grono moich przyjaciół i znajomych to wspaniali ludzie.

Tymczasem nieoczekiwanie z kłopotu wybawiła zupełnie obca osoba - mama chłopaka, którego po wielu latach świetnej relacji porzuciłam tak beznadziejnie, że do dziś jest mi wstyd.
Kto by pomyślał, że historia tak właśnie zatoczy koło i jak tu nie wierzyć w ludzi...

ps. wpis "Bezinteresowne uczucia" kilka dni wcześniej dotyczył... rodziny:-) Na szczęście nie tej najbliższej, prawie nie mojej, ale jednak.
A zatem - jak widać - nie ma zasady.

środa, 24 czerwca 2009

maturzyści LO II w Olsztynie - coś około 2002 roku

Wczoraj zrobiłam braciszkowi psikusa i zamieściłam to stare zdjęcie w jego klasowym albumie na Naszej Klasie.

Wieczorem telefon:
Kris:
Grabisz sobie! Wypisujesz o mnie na blogu, a teraz jeszcze to zdjęcie!
ja:
No co? lansuję Cię! A słuchaj, czym wy się zasłaniacie? To podręcznik do fizyki?
Kris: Wszyscy zasłonili się fizyką, a wiesz, że u nas nigdy w domu nie było kasy na podręczniki, więc musiałem zakryć się "Chłopami".
wtorek, 23 czerwca 2009

Będąc w Poznaniu spotkałam się również z moim pięknym bratem - grubą rybą branży nieruchomościowej:) Brat za ostatnią złotówkę postawił mi pyszny obiad i powrócił do gorącego tematu, czyli wyprawy z ojcem do Szwecji na ryby.

Kris: To był naprawdę udany wyjazd, ale jednak spójrzmy prawdzie w oczy, zostałem brutalnie wykorzystany.
ja:
Chodzi Ci o to, że ojciec złowił 6 szczupaków, a Ty tylko jednego?
Kris:
Zapomniałaś wspomnieć, że te 6 szczupaków złowił na MOJĄ wędkę, MOJĄ przynętę, na jeziorze, które JA wybrałem i nawet odpoczywał w MOIM domku!
ja:
Czyli?
Kris: Czyli mówiąc krótko: wykorzystał cały mój KNOW-HOW!!!!

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Mówiłam już, że uwielbiam Poznań i sentymentalne podróże do serca Wielkopolski? Mówiłam.
A wspominałam o tym, że moi poznańscy przyjaciele i znajomi są najfajniejsi na świecie?
Ano są.

A zatem posłuchajcie:

Haszimoto czy Jamakaszi???
W piątkowy wieczór Jozi zorganizowała spotkanie panienek, których drogi kiedyś spotkały się w Wydawnictwie Forum, a potem rozeszły w znacznie lepsze strony. Od słowa do słowa zaczęłyśmy gadać o ciążach i chorobach, czyli topic number one wśród 30-latek.
Gruszka opowiedziała nam wstrząsającą historię o tym, jak dowiedziała się, że ma chorobę haszimoto, czyli zanik taraczycy.
- Przyjeżdżam do domu - mówi Gruszka. - A moja mama cała we łzach pyta: I co Ci powiedział lekarz? Mów, co Ci dolega. Na to mój  Damian z całą powagą oświadcza: Ania ma chorobę Jamakasi.
- Jamakasi?!
- mama powoli wpada w histerię -  Boże, co to za choroba?? Muszę poszukać w internecie.
Siadają z Damianem przed komputerem, Mama drżącymi  dłońmi wpisuje w google "jamakasi", a wśród rekordów pojawiają się zdjęcia kolesi, którzy skaczą po murach.
- O Boże! - wpada w panikę - Co to za choroba, że oni po murach skaczą???!


Nie ma się z czego śmiać
Popijając piwko oraz  inne alkoholowe i niealkoholowe mieszanki, gadamy też o pracy. Gruszka bowiem zamieniła swój dyrektorski fotel na status bezrobotnej i teraz jej główną rozrywką jest zmienianie zdjęć na goldenlinie. Potem wracamy do ciąż i dziewczyny opowiadają sobie, jak to było, kiedy dowiedziały się, że są w ciąży.
- Nie zdążyłam dobrze nasikać, a już były wielkie dwie czerwone krechy! - opowiada P. - On bardzo się ucieszył i mnie przytulił. A ja na niego spojrzałam i powiedziałam: I z czego się kurwa cieszysz? 

Chichoczemy, bo  jesteśmy duże i już wiemy, że życie nie zawsze jest tak romantyczne jak nam się kiedyś zdawało. A miłość do dziecka  wcale nie musi przyjść od razu z dwiema kreskami.
- U mnie też były od razu dwie wielkie krechy - przypomina sobie Jozi - ale w instrukcji było napisane, że trzeba czekać 3 minuty. Więc czekałam 3 minuty w nadziei, że może jedna z kresek zniknie. A potem wyczytałam w necie, że 2 kreski na teście ciążowym mogą oznaczać raka. I wtedy dopiero na maksa się przestraszyłam.
Potem poruszamy już tylko tematy wyłącznie naukowe: "grawitacja piersi po porodzie" lub "związek czasu wycieku nasienia po stosunku a budowa waginy tudzież wielkość męskiej moszny"

Nie jestem spontaniczna

Sobota jest już bardziej leniwa i spokojna. Chora Igła budzi nas po szóstej rano, ale na szczęście czopek paracetamolu ratuje sytuację i dziecko zasypia na kilka godzin, a my z nim. Na śniadanie jem pyszną jajecznicę - dzieło Darka, gawędzę jeszcze trochę z Jozanką i zostaję odwieziona do Głośnej Samotności na spotkanie z Adunią.
U Aduni zaś jak zwykle egzystencjalne niepokoje i damsko-męskie rozterki. Wspólnie utalamy strategię działania, ale czy obrany kod dostępu jest tym właściwym, nie wiadomo. Co intymniejszy szczegół z Adusiowego życia zawsze poprzedzony jest zdaniem: Ale nie pisz tego na blogu:))
- Doszłam ostatnio do wniosku - mówi Ada -  że ja wcale nie jestem spontaniczna. Ja po prostu bywam głupia.

Oaza na Wichrowych Wzgórzach
Późnym popołudniem trafiam na Wichrowe Wzgórza do Walerków. Asia pichci pyszną taratę Ratatuj, którą wciągamy ze smakiem, a potem wędrujemy na Cytadelę. Na małą chwilę zostajemy z Asią sam na sam - i jest to dla mnie ważny moment, bo mogę ją przytulić i zapewnić, że jestem z nią i że będę i że wszystko potoczy się dobrze. Rok bawoła się wreszcie skończy. Nocą dojeżdża Endrju i już w pełnym składzie weryfikujemy wakacyjne plany, popijając piwko i zajadając pyszniaste banany w cieście kokosowym. Gadamy dopóki nie powali mnie zmora senności, i nie padnę na buźkę. Zasypiam szczęśliwa.

Ideał Rubensa
Niedzielne przedpołudnie upływa nam leniwie. Jemy śniadanie, a potem z lubością oddajemy się mieszczańskim spacerom po Starym Rynku. Trafiamy także na Plac wolności i mecz roznegliżowanych siatkarek, gdzie spotykamy Mareczka.
- Też im się uda trzęsą - zauważa z przekąsem Walerka, obserwując siatkarki.
- Phi - prycham wyniośle - za chude! Z wiekiem dochodzę do wniosku, że ideałem kobiecości są jednak rubensowskie kształty.

Tour the Poznań kończymy w Sorelli i ruszamy w drogę powrotną. Już dawno nie spędziłam tak uroczych chwil w gronie ludzi, którzy pomimo odległości są mi bardzo bliscy i choć widuje ich rzadko, zawsze czuję się z nimi świetnie.
Dziękuję Wam.



Jozanka

Gruszka

Igła o poranku - najsłodsze dziecko świata, w którym nie można się nie zakochać.


Niespontaniczna Adusia w Głośnej Samotności


Szymi tłumaczy mi HDRy


Na Cytadeli


Szymi & Walerka w Gołębniku


Marek fotografuje siatkarki


pani Bogusia na kawie w Cocorico


Bębniarz na Starym Rynku, dla którego mogłabym stracić głowę

i...
śmietnik.
Takie rzeczy to tylko w Poznaniu:)

więcej: www.flickr.com/photos/pr0myczek

czwartek, 18 czerwca 2009

A dziś idę spać w wielkim smutku.
Moja naiwna wiara w życzliwość i bezinteresowność ludzką zostaje ostatnimi czasy wystawiona na ciężką próbę.

Z bezinteresownych uczuć tego świata na pewno istnieje jedno.
Zawiść.

A tak miło było tego nie dostrzegać.

Do poniedziałku.  

Facet przyjechał z Warszawy do Olsztyna po to, żeby napić się ze mną kawy.
Grubymi nićmi szyte.
Może kiedyś by mnie to ujęło.
Teraz wolę delikatniejsze ściegi albo w ogóle bez szycia, czyli prosto z mostu.

Z wiekiem kobieta robi się bardziej wymagająca.
Choć czasem pozory świadczyć mogą inaczej.

środa, 17 czerwca 2009

Znów mnie przywaliła robota.
No dobrze, może nie pracuje tak ciężko jak Wy - mrówki korporacji, niewolnicy prywaciarzy, prężni przedsiębiorcy. Ale mój wolny zawód, choć mniej czasochłonny, w istocie jest pracą non stop. Bo albo pracuję, albo o pracy myślę; o scenariuszu eventu, o chwytliwym haśle, o perypetiach powieściowej Irenki lub o tym, co uczynić z moimi dorosłymi bohaterkami, które męczą się w toksycznych związkach. Wybawić czy pogrążyć?
Myślę również o kramiku - tu przelać, tam zamówić, to i siamto opłacić, tylko za co?

I tak mi czas płynie - wciąż więcej na myśleniu o pracy niż na pracy jako takiej. Ale wierzcie mi, w obu przypadkach zmęczenie jest porównywalne.
I nie mogę się doczekac piątku, kiedy wraz ze wschodem słońca wsiądę w pociąg relacji Olsztyn-Poznań i poturlam się w moje stare kochane strony.

***
W sypialni mamy szafę z rozsuwanymi drzwiami. Ostatnio kot upodobał sobie odsuwanie tych drzwi i włażenie do środka, czego skutkiem jest sierść na wszystkich moich ciuchach. Nie pomagają groźby i prośby, więc zdesperowana, zakleiłam drzwi szeroką paskudna taśmą klejącą. Kątem oka wyłapałam zdegustowane spojrzenie Endrjuszy.

Kilka dni później leżymy już w łóżku i obserwujemy jak kot skrada się do szafy, po czym spogląda na taśmę i zaczyna się tak siłować z drzwiami aż w końcu odrywa taśmę i je rozsuwa. 
- To się nazywa prawdziwy BIN Design - odzywa się z przekąsem Endrju - Brzydkie I Nieużyteczne.

wtorek, 16 czerwca 2009

Ktoś nade mną czuwa - zawsze tak było. Ten ktoś jest bardzo fajny, bo daje mi ogromnie dużo wolności - mogę przekraczać granice, huśtać się między rozważnym a romantycznym, skakać nad przepaściami dobrych manier i obyczajów.
Mogę żyć po swojemu, nie zawsze tak jak inni by chcieli, zwykle bez troski o jutro.
Ten ktoś czuwa. I wtrąca sie tylko wtedy, gdy zrobię o krok za daleko, gdy coś mi grozi.
Ten ktoś dba również o moje finanse. Nigdy nie miałam dużej forsy, ale zawsze gdy pojawiała się czarna dziura, Ktoś zsyłał mi z nieba jakiś grosz.
Zawsze tak było i jest tym razem.

Dziś dostałam list, w którym Minister Kultury przyznał mi stypendium literackie.
Nie mógł wybrać lepszego momentu - ta kasa w kontekście najbliższych planów baardzo mi się przyda.
Dzięki Ty Ktosiu Stróżu Mój :)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Już dawno tak się nie śmiałam. I nigdy bym nie przypuszczała, że tym, który mnie tak rozbawi, będzie on. Wojciech Cejrowski i jego książka "Rio Anaconda".
W czasach, kiedy nowy bestseller pojawia się średnio co minutę, ta książka to relikt przeszłości. Kupili, przeczytali, zapomnieli.
Sięgam po nią dopiero teraz, gdy opadł medialny szum, wokół autora panuje względna cisza, ja zaś podróżuję po Ameryce Południowej i chichoczę na każdym kroku. 
Porównująć Cejrowskiego i Pawlikowską, nie sposób nie zauważyć dzielącej ich przepaści. On porywa, ona żenuje. Ona przypomina, że każdy powinien robić to, co potrafi i nie rwać się z motyką na Księżyc, on natomiast jest żywym dowodem na to, że świat nie może istnieć bez opowieści. Wszystko zaczyna i kończy się na języku. 
 

Dziś jestem w dżungli, a jutro pójdę do księgarni i kupię bilety na dalsze podróże z WC.
Tymczasem wracam, skąd przyszłam.


Acha, tylko jeszcze wspomnę, że...

w ubiegły piątek przyszła na świat ANIELKA - córka Alicji i Andrzeja oraz siostra Amelki i Mateusza. Waży 3800, ma 54 cm wzrostu, jest zdrowa i na razie wygląda jak Mała Mi. Jest ciut obrażona na świat, a co jakiś czas szelmowski uśmiech rozjaśnia jej buźkę. Natomiast Alicja - jak zawsze - wygląda kwitnąco, rześko i pięknie.
Gratuluję i ściskam:)

niedziela, 14 czerwca 2009

Spotkałyśmy się w wesołym trio - zjadłyśmy kolację w Wernadzie, a potem powędrowałyśmy do Alchemii, gawędząc wesoło o tym, że niektóre trzydziestolatki wiodą całkiem dorosłe życie i wyglądają bardzo poważnie, a u nas kalendarz się chyba zatrzymał.
No dobra, może czasem nam się czegoś nie chce, ale to zawsze jest na rzecz czegoś innego. 
Kiedy już omówiłyśmy bieżące sprawy, wymieniłyśmy najświeższe plotki towarzystkie, zeszło na romans X.

X: Jestem już taka zmęczona tym romansem.
A.: Bo taki układ jest męczący.
X: Jeden chce, żeby mu poświęcać czas, drugi chce, żeby się nim zająć. Masakra, mówię wam.

Trudny los kobiety. Ile to się trzeba namęczyć, chcąc zadowolić cały świat:)

A tak serio mówiąc - konkluzją naszej dyskusji o romansach, było stwierdzenie Moni, że przyjaźń jest uczuciem, które wiążę się ze szczerością i klarowną sytuacją. W przyjaźni gra się w otwarte karty.
Miłość natomiast zawsze pociąga za sobą jakieś niedopowiedzenie i tajemnice. W miłości zwykle czegoś się nie powinno mówić, coś trzeba zachować dla siebie. Miłość to gra w karty, gdzie wygrywa ten, kto ma szczęście, strategię, umie blefować i zachowuje pokerową twarz.

Dlaczego tak się dzieje?
Proste.
Przyjaźń nie ma klauzuli na wyłączność, zaś miłość chce zawłaszczyć.
A mało kto lubi być zawłaszczany.
I tak się  koło zamyka.

sobota, 13 czerwca 2009
Za 15 minut jadę na ważne spotkanie. 
W środku łaskocze mnie coś na granicy przyjemności i bólu. To się nazywa STRES.
Trzymajcie za mnie kciuki.

czwartek, 11 czerwca 2009

Dziś to kobiety zostawiają kochanków ze zdawkowym: "będziemy w kontakcie", a mężczyźni w skrytości ducha marzą o ślubnym kobiercu. Świat stoi na głowie.
Wczoraj wieczorem Endrju wybrał się na browara ze swoim kumplem i ten po raz kolejny namawiał go, abyśmy wzięli ślub.

- Kochanie, przerabialiśmy już ten temat - kręcę nosem i szukam w głowie coraz to nowych argumentów. - Tyle razy deklarowałam na blogu niechęć do małżeństwa, że teraz nie mogę wziąć ślubu, bo straciłabym szacunek czytelników.
- Właśnie byś zyskała -
przekonuje Endrju - wszyscy zastanawialiby się, dlaczego zmieniłaś zdanie.
- Nie kochanie, nie mogę tak po prostu porzucić moich ideałów.
- A moje ideały się nie liczą!?
- Ale Ty nie pisałeś na blogu, że marzysz o małżeństwie.
- To założę bloga i napiszę!
- O nie! Ja byłam pierwsza!


10 minut później.
- No dobra, zgodzę się na ślub, ale tylko w Las Vegas - idę wreszcie na ugodę.
- Z podobnych kurortów - mówi po namyśle Endrju - mogę zaproponować Augustów. No i Suchowola jest całkiem ładna.

środa, 10 czerwca 2009

Tydzień temu mój brat Kris wziął szybki ślub, na którym obecni byli jedynie świadkowie. Natomiast przedwczoraj wyjechał w podróż poślubną - tyle że zamiast swojej żony wziął ojca:)

/Wiem, wiem, gorzej niż w "Tangu" Mrożka:)/

Pojechali do Szwecji na ryby.
Gdyby ktoś nie pamiętał, rok temu też byli na rybach w Szwecji i nie złowili ani jednej:)

Dzień przed wyjazdem Kris szykuje sprzęt i mówi:
- Tym razem przygotowałem się na tę wyprawę. Dużo czytałem i rozwijałem swoje umiejętności wędkraskie. Nie to co ojciec - on jest zadufany i tak wierzy we własne możliwości, że nie szuka żadnych nowinek. Dlatego ten wyjazd ostatecznie pokaże, kto z nas potrafi łowić ryby. 

Tego wieczoru w poufnej rozmowie z mamą powiedział jeszcze:
- Zamierzam zrobić takie małe zawody: będę liczył w myślach, kto ile ryb złowi. Bo ojciec się mądrzy, a tak naprawdę w ogóle nie interesuje się wędkarstwem. Ja natomiast mam opracowane całkiem nowe techniki i ...

Wczoraj Kris z tatą po raz pierwszy wypłynęli na jezioro. Wieczorem dostaję od ojca MMS-a, na którym dzierży półmetrowego szczupaka.
Gadamy przez telefon:
ja:
Kto złowił tego szczupaka?
Tata:
jak to kto? Ja!
ja:
A Kris coś złowił?
Tata:
Nic!
ja:
To musi być wściekły.
Tata:
Chyba nie. Mówi, że przecież łowimy razem i każda złapana ryba to nasz wspólny sukces.

:))) 

wtorek, 09 czerwca 2009

Od kilku dni nie opuszcza mnie euforia.
Za dnia uśmiecham się do siebie, a w środku nocy budzę się z motylkami w brzuchu.
Mam w sobie siłę i entuzjazm - niespożytkowana energia aż we mnie kipi, a jednocześnie wewnątrz jest cicho i łagodnie. 
Spokoja radość...
myślałam, że to oksymoron, a jednak można.

Pieszczę moje ciało i dogadzam mu. Głaszczę z czułością i czułościom się oddaje.
Wdycham lato. 
Czuję jak otwiera się mój umysł: znów mogę pisać. Wychodzę z zaułków, w których utknęłam. 
Wszystko wydaje mi się jasne i klarowne. 
Mam nadzieję, że taki stan rzeczy jeszcze trochę potrwa.
Demony zapadły w mocny sen. 
 

niedziela, 07 czerwca 2009

Wczoraj wybrałyśmy się Asią do Bartąga na plenerowy festiwal, żeby przy okazji wystawić się z kramikiem.
Spędziłyśmy leniwe, boskie popołudnie, wygrzewając się na słońcu, zerkając na amatorskie spektakle grane pod chmurką, jedząc domowe smakołyki i gadając z przypadkowo napotkanymi znajomymi. 




Ten chłopiec nie lubi obiektywów, ale mój obiektyw bardzo polubił tego chłopca.

A tę rusałkę napotkałyśmy w Rusi.
Okazało się, że dziewczyny urządziły sobie sesję zdjeciową.
Przyłączyłam się więc do fotografowania:)



Więcej: www.olsztyn.blox.pl

www.flickr.com/photos/pr0myczek/

*******
A wieczorem, aby pozostać w teatrlanym klimacie skoczyłam na chwilę do Teatralnej.
Tym razem zebrało się tam festiwalowe towarzystwo. Niestety tym razem niczym Kopciuszek musiałam się stamtąd zmyć przed północą. Co też  z żalem uczyniłam.

sobota, 06 czerwca 2009

Fajnie wczoraj było.
Choć w sumie wieczór przebiegał standardowo:

Duet ja& Monia
Pierwsze piwko, drugie piwko, trzecie piwko i stwierdzenie, że jesteśmy pijane, więc napijmy się jeszcze po jednym.

Przy pierwszym piwku gadanie o szpitalu wojewódzkim w Olsztynie jako miejscu, z którego pacjenci jeśli wychodzą, to zwykle nogami do przodu. Gadamy też o efektach roku Bawoła, nawiedzonych babach i prawdzie jako wartości samej w sobie. Tu pojawia się pytanie, czy warto znać prawdę, jeśli nie można nic z nią zrobić?

Drugie piwko to Moniowa opowieść o wyprawie do Rumunii. I zaostrzenie mojego apetytu na nasz sierpniowy wypad do kraju Drakuli.

Trzecie piwko - obgadujemy naszych chłopców, gadamy o seksie, ślubie i naszym światopoglądzie na to i owo.
- Ostatnią osobą, której mogę zaufać, jestem ja sama - chichocze Monia.
- Skąd ja to znam? - zastanawiam się głośno.

Przy czwartym już bełkoczemy. Czas zatem na lżejszy kaliber: plotki środowiskowe. Obgadujemy naszych branżowych asów - z tym trzeba obchodzić się jak z jajkiem, tamten choruje na obsesję władzy, jeszcze inny jest tak introwertyczny, że należy się do niego dobijać kilofem. Na końcu z wielkim przekonaniem stwierdzamy, że nie ma nic gorszego niż człowiek, którego życie kończy się i zaczyna na eventach.

Na szczęście nasze życie nie kończy się i nie zaczyna na eventach.
Niestety nie zdążyłyśmy już odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym zaczyna i kończy się nasze życie, bo muza w Alchemii ucichła, a moja ulubiona barmanka dała nam do zrozumienia, że czas zmienić lokal lub iść do domu.
Grzecznie wybrałyśmy opcję drugą:)

czwartek, 04 czerwca 2009

Endrju ostatnio ma bardzo marudny okres. Włączyło mu się narzekactwo i zawsze dopatrzy się dziury w całym.

ja: Boże jaka z Ciebie męczybuła! Wszystko widzisz w czarnych barwach!
Endrju: Jakoś muszę odreagować ten radosny żółty kolor radia, w którym pracuję.

Przed chwilą.
Leżymy w łóżku, Endrju zasypia po wielogodzinnym wirtualnym podboju starożytnej Europy, a ja klepię prezentację dla klienta.

ja: Kurczę, fajna mi ta prezentacja wyszła. Naprawdę jestem z siebie zadowolona.
Endrju (zaspany): Też mi nowość, a Ty byłaś kiedykolwiek z siebie niezadowolona?

środa, 03 czerwca 2009

O szyby deszcz dzwoni deszcz dzwoni wiosenny.
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny...


U Was też?

Ale o dziwo mój kapryśny nastrój płata mi miłego figla i nie daje się zawładnąć smutnej aurze, choć Rok Bawoła nieustannie  dostarcza nam powodów do trosk. 

Po pierwsze mój braciszek, ten właśnie, o którego się martwiłam, kilka dni później wylądował w szpitalu, cudem uchylając się przed śmiercionośnym ciosem kosy.  Po drugie Walerka i jej zdrowotne przeboje, po trzecie Asia, która zmaga się z niespodziewaną chorobą Mamy.

Ten rok naprawdę jest zły i trzeba dbać o siebie bardziej niż zwykle i nieustannie mieć się na baczności. Najlepiej jednego oka nie zamykać wcale, żeby na bieżąco kontrolować bawole poczynania.

Tymczasem dwa doniesienia ze świata:
TELEFON
zadzwonił do mnie Pan reżyser o imieniu Rysiek (resztę zostawię w tajemnicy, a co) - i po raz kolejny zapewnił mnie, że działa, działa, działa. Tylko nie wiadomo, czy z tego działania coś wyjdzie. Na szczęście nie należę do osób, które spoczywają na laurach i dłubię sobie kolejne projekty, a co ma być to będzie.

E-MAIL
Fruwak nie omieszkał pozostawić bez komentarza moich zdjęć z dzieciństwa i napisał tak:

Nie mam pytań co do Twoich zdjęć. To jedno zdjęcie - ten uśmieszek, to spojrzenie, taka złośliwa niewinność Agnieszki - takie coś, że wie, że źle robi, że jest nieznośna przez 3 dni, ale na końcu załatwi w sekundę słowem "Przepraszam" i małym całuskiem, i jeszcze tym samym tchem powie: "No przecież cię przeprosiłam, więc czego jeszcze chcesz?!";-)))))))))

wtorek, 02 czerwca 2009

Ciało pielęgnuję, bo jest domem duszy - śpiewa Maria Peszek - i gdy jest mi dobrze, moja dusza mruczy.
Moja dusza też dziś mruczy.
Odebrałam badania - zdrowam jak ryba:)
Dobre wyniki są jak prezent od ciała dla duszy.

Dziś idąc brzegiem jeziora do kramiku, poczułam zapach dziecięcych wakacji, kiedy jeździliśmy z babcią i kuzynostwem do domku letniskowego w Mojdach. Babcia miała na głowie naszą czwórkę , a były to czasy, kiedy po wodę chodziło się do jeziora, a po zakupy aż dwa kilometry do sąsiedniej wsi. My natomiast byliśmy bandą roszczeniowych wnuczków. Każdy miał swój kubeczek, swój talerzyk i swoje kaprysy. I nie daj Bóg, żeby babcia pomyliła kubki - afera na cztery fajerki. Co pół godziny chodziliśmy się kąpać, a na śniadania i kolacje babcia musiała robić kanapki według zamówień. 
Na przykład: 1 kanapka z twarogiem i rzodkiewką, 2 kanapka pół na pół z wędliną i serem, na to keczup w kształcie kwiatka, 3 kanapka z dżemem, dżemu dużo, mało masła.
I tak każdy po kolei składał swoje zamówienie.

Nie wiem, jak ona dawała radę, bo z tego co pamiętam, to albo domagaliśmy się pływania, albo jedzenia i tak w kółko.

Co jeszcze robiliśmy?
Czytaliśmy pod gruszą książki, chodziliśmy na ryby i jagody, zakradaliśmy się do sąsiada po czereśnie i śliwki, robiliśmy psikusy innym wczasowiczom. Urządzaliśmy zawody np. skakanie przez krzaki pigwy lub rzut cegłą na odległość.  Zresztą ktoś z nas w końcu cegłą  oberwał.
Co noc planowaliśmy ucieczkę, ale po zmroku jakoś brakowało nam odwagi. A ja co sezon reżyserowałam spektakl. Kiedyś nawet wystawiłam musical po angielsku. Teksty, muzyka i wokal - ja, chórek i basy, czyli szarpanie rakietek od badmintona - moja kuzynka Emila i Kris.
Ech, boskie to były czasy - dziś pozostał po nich zapach, worek wspomnień i kilka zdjęć:)

MOJDY 1983 ja i mój kuzyn Mareczek



MOJDY 1986 - od lewej Emila, Kris i ja


MOJDY 1990 ja:)

ps. kiedy oglądam stare foty, nasuwa mi się jedno:
dopóki byłam zdana na swoich rodziców, zawsze miałam jakieś z dupy fryzury:)

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Sposób na niedzielę wolną od nostalgii jest dość prosty.

Wstać o świcie po upojnej sobotniej tanecznej nocy, wsiąść w samochód i pomknąć przed siebie. Po niespełna dwóch godzinach dotrzeć do wsi, w której kończy się droga, a liczba bocianów kilkakrotnie przewyższa liczbę mieszkańców. I właśnie tam zostawić samochód i ruszyć w plener. 

Można też czołgać się pod pastuchem, żeby z bliska sfotografować konie, a potem w popłochu uciekać przed napalonym ogierem. Można położyć się na łące, czyhając z aparatem na szmaragdową ważkę i daść się pogryźć mrówkom. Można patrzeć na chmury, marzyć i wdychać zapach nadchodzącego lata.

A wszystko za darmo.
Bo to, co najpiękniejsze, wciąż jest za darmo - tak rzadko się o tym pamięta.

http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/