..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008

PIERWSZY DZIEŃ CAMPU
W poprzedni czwartek spod Agory wyruszyły dwa autokary blogowiczów. W jednym - tym z czarnym nosem - zebrała się szóstka dziewcząt, czyli ja, BasiaStar, Uparte, Pinesek, Wiolinka i Qqina. Sącząc dyskretnie piwko oraz balsam pomorski, prowadziłyśmy iście kobiecą konwersację o: serialach, sukienkach, stanikach& stringach, facetach i wszystkim, co zajmuje piękne, mądre i wrażliwe kobiety przed trzydziestką.  
Siedzący tuż za nami SayItAgain oraz JeżHodowca, słysząc co ostrzejsze teksty, wznosili czasem oczy do nieba lub zatykali uszy słuchawkami, aby przypadkiem nie dowiedzieć się o kobiecym świecie ciut za dużo. (Na przykład tego, że batonik 3 BIT to po francusku "trzy chuje:)))

Na miejscu byłyśmy po północy, pogadałyśmy chwilę na balkonie (nie bardzo pamiętam, o czym) i padłyśmy do łóżek.

DZIEŃ DRUGI
O poranku było ciężko. Balsam pomorski, choć na pewno jest balsamem dla duszy, to ciało poniewiera dość solidnie. Dlatego postanowiłyśmy wymigać się z Basią Star od poszukiwania skarbu i poszłyśmy na wagary... na plażę. Słonko nieśmiało przedzierało się przez chmury, plaża była prawie pusta, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że uwielbiam nasze polskie morze - jego zapach, chłodną wodę i miękki skrzypiący piasek pod nogami. Niestety, kiedy namówiłam Basię do opalania się topless, słońce się zawstydziło i ukryło za chmurami. A my ruszyłyśmy do Jastarni na rybkę.
Gdy wracałyśmy, zagrzmiało raz, drugi i trzeci, i rozpętała się burza. Bacha wpadła w histerię, że na pewno piorun gruchnie prosto w nas, więc skryłyśmy się pod wiatą z piwem i przeczekałyśmy gromy, aby potem, w deszczu, wskoczyć do morza. Kołysałyśmy się na falach, piszczałyśmy z zachwytu i miałyśmy frajdę jak cholera.

Wróciłyśmy dopiero na kolację, a po kolacji...
podbijałyśmy parkiet, popijałyśmy pysznego jagermaistera, integrując się z resztą campowiczów. Jednak prawdziwa integracja miała nastąpić dopiero nazajutrz.

DZIEŃ TRZECI
Trzeciego dnia o godzinie 10-tej ruszył maraton. Niestety łącza rwały się i strajkowały, nie wytrzymując takiego natłoku twórczej weny, dlatego poczyniłyśmy notkę inicjującą i zerwałyśmy się na plażę. Tam właśnie pojawił się pomysł, aby założyć bloga rowy.blox. ze zdjęciami damskich rowków wychodzących ze spodni biodrówek. Jest to bowiem zajwisko stosunkowo nowe i jak dla mnie - potwornie aseksualne. (patrz: zdjęcie niżej)

Po obiedzie powędrowałyśmy na basen, gdzie stoczyłyśmy mecz piłki basenowej, a po kolacji znów uderzyłyśmy w wygłupy i tańce hulańce, które uwieńczył dopiero rześki świt na plaży w kameralnym gronie.

DZIEŃ POWROTU, czyli mała makabreska
Jechaliśmy autokarem, kiedy coś nagle potwornie gruchnęło. Widząca to Qqina wrzasnęła:
- To był ptak!
Rzeczywiście, cała długość szyby obryzgana była świeżą krwią. Dziewczyny zaczęły krzyczeć i zasłaniać wszystko kotarami, aż wreszcie odezwała się Basia:
- Nie rozumiem. Jak w ogóle można przyjebać prosto w autokar?!

KOGO POZNAŁAM? Z KIM CAMPOWAŁAM?

Poza naszą szóstką, poznałam:
Yeża Hodowcę, który pisze o Łodzi i towarzyszył nam dzielnie podczas campu
www.hodowca.blox.pl
Przed_sie_ wzięcie. To ona poczęstowała mnie w sobotę pysznym winem, po którym nic już nie było takie jak przedtem:)

Autorka limerykowej plotki:
Pewna Leelooo w miejscowości Jurata
Oświadczyła, nie bacząc na katar:
"Debergerac, człowiek uroczy,
gdzież, ach gdzie miałam ja oczy
Postradałam najlepsze swe lata"
 

www.iluzjonaria.blox.pl

Ciężkie dni, czyli mały r. w wielkiej korporacji.  Niekwestionowany król parkietu i autor zdjęcia naszych dekoltów. Prawdopodobnie szpieg z konkurencyjnej blogosfery - wrzucał YouTuby, żeby zamulić maratonowe łącze. 
www.ciezkiedni.blox.pl

Debergerac - autor rewelacyjnych liryków i limeryków. Niestety nie chce opublikować "papierowego" tomiku swoich poezyj, bo twierdzi, że w Internecie ma więcej czytelników niż Szymborska. Co prawda to prawda.
Poczynił nawet limeryk o mojej rodzinnej wsi, ale nie mogę go znaleźć w natłoku maratonowych notek:
www.debergerac.blox.pl

Pharlap - rocznik 40., przyjechał na camp z Austarlii. Niesamowita, ciekawa, otwarta i pełna energii postać.
www.polakdogorynogami.blox.pl

SayITAgain - sympatyczny ktoś, kogo chcemy zaangażować do tajnego prodżektu.
www.englishrules.blox.pl

Ninga - posiadaczka kotki, która mimo sterylizacji, posiada nieziemskie libido i kolejka kocurów ustawia się pod drzwiami. A kotka ponoć stara i brzydka, tyle że zawsze chętna. Jak widać szata nie zdobi również kota.
www.kaliningrad.blox.pl

I...
MICEtime, czyli Ci, którzy wespół zespół z Agorą zadbali o nasze dobre, bardzo dobre nawet samopoczucie.
www.micetime.pl

*******



Basia



Basia&Wiola


Nie przy rurze, lecz z rurzą:)




Uparciuch






Pinesek, ja, Uparte, Qqina i Basia


Materiał do pierwszej notki na row.blox

niedziela, 29 czerwca 2008

Wróciłam z Campu Blogerów. Ale było fajnie! 
Jakby ujęła to Hanula 1950  - "na campie było wesoło!".

Co zapamiętam najbardziej?
Boskie kobiece rozmowy, sporo zadziwień, piękny Hel i pewne szare oczy.

Reszta wrażeń i zdjęć już jutro, bo dziś padam z nóg.

hasło wyjazdu: Nie przejmuj się. Nic nie wyjdzie poza Internet.



od lewej:
Pinesek, czyli www.raindrops.blox.pl
ja
Basia Star, czyli www.basiasuperstar.blox.pl
Wiolinka, czyli www.wiolinka9.blox.pl
Uparte vel Aseł, czyli www.aselniczka.blox.pl,
od której dostałam dziś urodzinowy prezent - rewelacyjną książkę "Zrób to w Warszawie".
Dzięki Uparciuchu - cudo niespodzianka!!!!

sobota, 28 czerwca 2008
czwartek, 26 czerwca 2008

- To Ty weźmiesz suszarkę - powiedziała Basia.
- Ok, a Ty szampon i pastę do zębów.
- I ja kupię flaszkę na drogę.
- A ja zrobię kanapki i kupię coś do pogryzania.

Ale fajnie, fajnie! Czuję się jakbym jechała na kolonie! Bo to takie typowe kolonijne smaczki: jazda autokarem, ludzie, których nie znam, przygotowane przez organizatorów atrakcje i... morze! Camp blogerów 2008 czas zacząć!

Od wczoraj dopisuje mi dobry humor.
Udało mi się napisać spory fragment "Matyldy", a popołudniu pojechałam do centrum z zamiarem kupienia jakiejś sukienki, lecz kiedy zobaczyłam załadowane wieszaki i pomyślałam o kolejnej szmatce, która mi się za chwilę znudzi, skierowałam kroki w stronę Trafficu. I tam uległam wielkiej smakowitej pokusie, kupując książkę Kena Wilbera "Śmiertelni nieśmiertelni".
Na k
olację udaliśmy się z Endrjiuszką do Woku, bo dają tam pysznego kurczaka po seczuańsku i szpinak z tofu, potem zaś powędrowaliśmy do Kulturalnej, gdzie zorganizowaliśmy burzę mózgów, która zaowocowała trzema fajnymi nazwami.
I... Uwaga! Nie ma ich w necie!

A sny?
Wciąż nieparwdopodobne. Dziś na przykład śniło mi się, że Warszawa, Praga i Lubliana są trójmiastem w samym centrum Polski i wszędzie jest rzut beretem. A potem przyszedł do mnie kot. Czarny piękny kot. Okazało się, że to mój znajomy grafik, który nigdy szczególnie mi się nie podobał, ale we śnie uwiódł mnie swoją zdolnością do metamorfozy. Raz był kotem, a raz mężczyzną. Wtedy tłumaczył mi, jakie pieszczoty lubią koty  i że głaskanie ich po brzuchu nie sprawia im żadnej przyjemności.
Ostatnio moja podświadomość dziwnie się okociła:)

środa, 25 czerwca 2008

Od czasu powrotu z Olsztyna harmonia poszła się paść na zieloną łączkę. Nic nie wskazuje, aby w moim życiu miał zapanować cudny błogi spokój sprzed miesiąca, bo powoli zaczyna się rozkręcać młyn. Jutro wyjeżdżam do Juraty na Camp Blogerów i obiecuję sobie, że po powrocie biorę się do roboty, ponieważ stres zaczyna mnie paraliżować. Myśl o tysiącu formalności wywołuje gęsią skórkę nawet na łokciach i kolanach. Ale to nic - muszę być dobrej myśli.

Pamiętam, że Ela - poznańska szamanka, wyczytała z mojej numerologii, że od 28 roku życia zaczynam swoją dobrą passę, a że moje numery to zbiór samych 9, owa świetna passa ma potrwać do końca życia:D To taka nagroda za pierwsze 28 lat, bo wg numerów przeżyłam już tyle doświadczeń, że starczyłoby do śmierci.  Z zasady nie wierzę w horoskopy, ale ten wyjątkowo postanowiłam zapamiętać i podświadomie wdrożyć w życie.
Dlatego po powrocie znad morza świętuję moje 28 urodziny i zaczynam numerologiczną dobrą passę:)

Na razie jednak odczuwam totalny chaos i  straszną intelektualną jałowość. I jedynie moje sny zaskakują mnie swoją barwnością.
Dziś śniło mi się, że:

- Jozi miała dwa yorkshirki, które chodzą w różowych szpilkach
- Nocowała u mnie Beta i kiedy ścieliłam jej łóżko, tapczan pochłonął mojego laptopa.
- Mój Brat kupował krótką broń palną z zamiarem zabicia kogoś z rodziny
- Ciotka przyniosła Babci na imieniny bukiet białych tulipanów z odciętymi łodygami. Więc właściwie była to garść samych kwiatowych główek.
- W moim domu schroniła się narkomanka przeistaczająca się w czarną kotkę i musiałam ją ukrywać przed bandą, która wyważała mi drzwi do mieszkania.

 To tylko niewielka część nocnego kłębowiska z mojej głowy. Reszta będzie mi się przypominała w trakcie dnia albo na zawsze odejdzie w niepamięć jak to zwykle bywa ze snami.

*****************************************************************************
Z LISTÓW BEKSIŃSKIEGO:
...a dlatego upierdliwe, że wcale nie kocham stać przy sztalugach na obolałych nogach, czy nawet siedzieć z bolącym kręgosłupem. Poczucie spełnienia jest takie same jak przy budowie willi z parkiem, basenem i kortem tenisowym w warunkach polskiego partactwa i nieterminowości. Chcę mieć obraz, podobnie jak ktoś chce mieć willę, i na końcu go mam: nie taki, jaki sobie wymarzyłem, lecz nieco "w bok", wymęczony i czasami wręcz znienawidzony, przy czym pamiętając, jak wyglądał zamysł, widzę na skutek przemęczenia tylko niedoróbki, a nie osiągnięcia. Zmaltretowany jestem psychicznie do granic możliwości całą tą robotą i oczekiwaniem na efekt, sumą rozczarowań i kompromisów, które musiałem zawrzeć z własną nieumiejętnością i możliwościami materii: w basenie żaby i liście, na korcie słońce w oczy, dach willi od razu przecieka, podłogi trzeba było zrobić dębowe a nie bukowe, drzwi się zdeformowały i nie chcą się domykać i tak dalej.

Liliana Śnieg-Czaplewska
BEX@.
Korespondencja mailowa
ze Zdzisławem Beksińskim, s. 20.

Trafione w sedno. Ja, osobiście, podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami.

wtorek, 24 czerwca 2008

Pobyt u rodziców rozbił mnie całkowicie. Ciągle jestem głodna i krążę wokół lodówki jak hiena wabiona zapachem padliny, odczuwam jakieś bezsensowne zmęczenie i mam totalną blokadę twórczą. Nie potrafię sklecić zdania, zawodzi mnie wyobraźnia i tłukę się po domu, od ściany do ściany, w poszukiwaniu zagubionej weny. Zaczęłam czytać listy Beksińskiego do Liliany Czaplewskiej, próbuję wymyślić nazwę firmy. Kolejny pomysł "Bo tak!" - okazał się zajęty i mam wrażenie, że już wszystko powstało na tym świecie, poza słowem "Frakalupa", które na ziemię przyniosłam ja, przybywając tu z planety Frakalupa. Niestety do firmy słowo "Frakalupa" pasuje jak świni siodło, więc wciąż jestem w kropce.

Co robię?
Ano wymyślam kolejne nazwy i je gugluję, piszę "Matyldę" na półbloku, czytam listy i oglądam filmy.

Po filmach s-f ("Zdarzenie" - 2008 i "Coś" - 1982), które nieźle trzymają w napięciu, ale ulatują zaraz po napisach końcowych, obejrzałam piękny film Jacka Borcucha "Tulipany".  

"Tulipany" to ta kategoria kina, które jest o niczym i zarazem o wszystkim. Nie ma tu zawiłej intrygi, ani mocnych scen i właściwie niewiele się dzieje. A jednak film jest do bólu prawdziwy, bo dotyka najbardziej czułych strun naszego życia - tych trudnych związanych z samotnością i starością oraz tych najpiękniejszych - miłości, przyjaźni, bliskości. Piękne zdjęcia, poruszająca muzyka, Jan Nowicki w roli podstarzałego amanta i Małgorzata Braunek - olśniewająco świeża i trykająca energią to wszystko sprawia, że "Tulipany" działają jak balsam, choć nie są przecież cukrowaną bajeczką dla smutnych dziewczynek.



poniedziałek, 23 czerwca 2008

Mam teraz taki czas, że się boję. Przewróciłam nasze życie do góry nogami i z lękiem spoglądam przez palce, co się będzie dalej działo. Nowe miasto, nowi ludzie, nowa praca i jeden wielki znak zapytania. Najbardziej jednak boję się braku inspiracji, którą w dużej mierze czerpię z otoczenia. I pewnie dlatego moje olsztyńskie spotkania towarzyskie były tym razem jedną wielką obserwacją: jak im się tutaj żyje, jacy oni tu są, czego pragną i jakie mają ograniczenia.
Wnioski?
W sumie pozytywne.
Ludzie sami kreują swoje życie niezależnie od miejsca, w którym się znajdują.

Ale mimo pocieszającej konkluzji ja i tak się dalej boję.
Zmora, która najbardziej mnie przeraża to mieszczańska mentalność społeczeństwa. Im mniejsze miasto, tym większe prawdopodobieństwo, że mieszczanie tam rządzą.
- O co Ci chodzi z tym mieszczaństwem? - pyta w końcu Endriuszka.
- Nie wiem, jak to zdefiniować, ale to się czuje - odpowiadam. - W skrócie mówiąc, mieszczańscy są dla mnie Ci, którzy funkcjonują w pewnych schematach myślowych. I nie ma to związku z wykształceniem.

Owe schematy są w nich tak silnie zakorzenione,  że nie wyobrażają sobie funkcjonowania poza narzuconymi ramami. Ewentualne przełamywanie schematów zawsze wiąże się z konfliktem wewnętrznym i poczuciem dyskomfortu. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć, ale kiedy poznaję ludzi, już po kilku rozmowach, albo wyczuwam ich wewnętrzne granice, albo nie. Co więcej wśród moich bliskich przyjaciół są i tacy, i tacy. A jednak myśl, że mogłabym wylądować tylko wśród "mieszczan" napawa mnie przerażeniem. Bo rozwój to przekraczanie granic. I ja tego bardzo, bardzo potrzebuje.
***
A propos przekraczania granic.
Siedzimy  w knajpie z Markiem i Sylwią i znów pojawia się wątek nazwy firmy, i znów jest z tego dużo śmiechu:
- Imprezex - wykrzykuje Marek.
- Nie, lepiej jakiś skrót. Na przykład WBO.
- WBO? A co to?
- Wychlejem, bo ocipiejem!
***
- A CBU?
- ?
- Chluśniem bo uśniem.


***
- A może Fantazja?
- To już lepiej Fakazja.

***

To się nazywa pijackie przekraczanie granic. A nazwy jak nie było, tak nie ma.
Ach, no i Tata też się zaangażował w kreowanie wizerunku. Wymyślił nam slogan:
"z każdego chama zrobimy Pana.":)))

niedziela, 22 czerwca 2008

Wróciłam na duszne, ale i wystęsknione już łono stolicy.
Strasznie mnie wyczerpał pobyt w rodzinnych stronach. Choć przecież spędziłam bardzo miły tydzień.
Bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
A mój dom jest tam, gdzie ja i moje reguły.  
Z własnym stołem, łóżkiem i lodówką. Z radiem i bez telewizora. Z ciszą.
Tam czuję się wolna i spokojna.
Mam już swój tryb życia, nawyki i z zadziwieniem stwierdzam, że ciężko znoszę wszelkie zakłócenia.  

Dlatego wykończona rzucam się w ramiona mojego łóżeczka, a resztę opowiem jutro.

piątek, 20 czerwca 2008

Zasypiam w osobnej sypialni przygnieciona sztywną blachą wykrochmalonej kołdry. Jestem w rodzinnym domu Andrzeja. Tutaj dostaję kapcie, kolację pod nos i dwa ręczniki, bo jak można wycierać się jednym? - dziwi się Mama Andrzeja i dziwię się ja, bo całe życie używam jednego ręcznika. 
Zasypiam i myślę o tym, jakie to niesamowite, że wciąż w wielu rodzinach funkcjonują skostniałe schematy. Nie można spać razem przed ślubem. Bo spanie nie kojarzy się z bliskością, z równym oddechem kochanej osoby, z gniazdkiem ramion, w które można się bezpiecznie wtulić, gdy przyśni się coś złego. Nie. Spanie jest brudne, lubieżne i skażone grzechem. Oczywiście tylko do ślubu. 

Nie buntuję się już i nie wszczynam rebelii. Szanuje inne domy, ich zwyczaje i tradycje. Lubię czasem sypiać sama, bo mogę słuchać radia i się kołysać.
Niemniej zdziwienie pozostaje i z nim zasypiam w pachnącej wykrochmalonej pościeli. 
 
Ta pościel ma dla mnie wymiar co najmniej symboliczny:)

środa, 18 czerwca 2008

Tata: Co robisz?
Ja:
Próbuję pisać bloga, ale jesteście wszyscy tak nudni, że pierwszy raz od roku nie mam, co napisać.
Tata: To napisz, że jesteśmy nudni i w dupie.

***
A to wesoła łabędzia rodzinka:)

I leśny żuk


***
Sarnie zrobić foty nie zdążyłam, tak jak i lisowi, którego pogonił Lolek.

Nic się nie dzieje.
Poza tym, że miło wyjść o poranku na balkon i popatrzeć na zielone wzgórza zakończone ciemną falbaną lasu. Cudownie poleżeć na pomoście i wsłuchać się w wodę, która uderza o brzeg. Wypić herbatę przy stole otoczonym kompanią dostojnych świerków, a nocą spojrzeć na skropione milionem gwiazd niebo. Kasjopea, Duży Wóz, Mały Wóz, więcej nie potrafię. Księżyc nabrzmiały pełnią zagląda mi do sypialni.
Nic się nie dzieje.
Mam wakacje. 

Wieczorem siedzimy z Endriuszką na rodzinnym poddaszu i wymyślamy nazwę firmy:
Fakap end zonk?
Przypał i paździerz?
Bawimex?

- Nawiążmy do warmińskich stron - prosi Andrzej.
- Czyli co?
- Na przykład Kłobuk.
- Kłobuk to nazwa co drugiej pijalni piwa na Warmii.
- Ale moglibyśmy zapisać Quo book!
- Dokąd książka?
- próbuję tłumaczyć.
***
***
STROFA O PIJAŃSTWIE
Na tym polega kłopot z piciem, pomyślałem, nalewając sobie drinka. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby się coś działo.
Charles Bukowski "Kobiety"

poniedziałek, 16 czerwca 2008

No i jestem bezrobotna. O! Zarejestrowane, przypieczętowane i jeśli się postaram, to jeszcze zasiłek dostanę. Lecz, aby otrzymać dotację na założenie firmy, urząd nie może mieć ofert pracy w moim zawodzie.
Urzędnik:
Pani będzie szukać pracy w zawodzie wyuczonym? (nauczyciel j. polskiego)
Ja: Wolałabym pracy nie znaleźć, więc będę szukać w zawodzie wykonywanym.
Urzędnik: A jaki to zawód?
Ja: Event Coordinator:D 

W urzędzie pracy spotkałam zatrudnionego tam Maka. Nie widziałam go kilka lat, choć długo byliśmy baaardzo dobrymi przyjaciółmi. Jak miło było go ujrzeć! Przypomniało mi się tyle wspólnych chwil: biwaki, obozy, rajdy. Przypomniał mi się Londyn i noce, kiedy Mako przyjeżdżał po mnie na Camden Town i wracaliśmy do domu czerwonym autobusem, a ja zasypiałam mu na ramieniu. Przed oczami stanęły mi wesołe, poważne, intymne - wielobarwne migawki sprzed lat.
I zrobiło mi się bardzo ciepło na sercu.

Dlatego ten poranny mak z naszej wsi jest dziś właśnie dla Maka.


***
IWENT?

Gadamy z rodzicami o agencji eventowej.
Tata:
To się wymawia "iwent"?
Ja: Tak, "iwent".
Tata:
O kurczę, a ja wszystkim znajomym mówiłem, że pracujesz w agencji adwentowej!


DOBRE RADY ZAWSZE W CENIE
Rodzice oglądają "W11". Jest motyw, że córka z mężem, zamordowali matkę.
Mama: Ty też mnie pewnie kiedyś zamordujesz.
Tata:
Ale spoko, dostaniesz najwyżej 3 lata w zawiasach za nieumyślne spowodowanie śmierci.
Mama: Najlepiej zrzucić ze schodów, że niby w kłótni, przypadkiem.
Tata: Bo najważniejsze, żeby Ci nie udowodnili morderstwa z premedytacją.  

niedziela, 15 czerwca 2008

Ja to jednak jestem kompletna trąba.
Aż dziw, że prawie 28 lat żyłam w przekonaniu, że co jak co, ale bystrość umysłu posiadam.
A tu taka niespodzianka!
Od kilku miesięcy odwiedzam bowiem blog
www.zacisze-wysnione.blogspot.com i dopiero teraz oświeciło mnie, że jego autorką jest Magda - redaktorka mojej książki, którą co prawda spotkałam tylko raz, ale miałam wrażenie jakbyśmy się znały wiele lat. Przegadałyśmy wtedy ponad cztery godziny i pamiętam, że czytając jej uwagi do "Kliniki", śmiałam się do łez, bo doskonale wykryła wszystkie absurdy, nieścisłości tekstu i prostowała moją niefrasobliwość dotyczącą na przykład liczby bohaterów, których po drodze albo gubiłam, albo mnożyłam:)

***
Od wczoraj jestem w rodzinnych stronach i tak pozostanie do końca tygodnia.
Jedziemy z Endriuszką PKS-em do Olsztyna i kierowca nadaje przez 4 godziny. Jak każdy kierowca zna się oczywiście na wszystkim, orientuje się w każdej dziedzinie i zawsze ma rację.

Endriuszka: (z przekąsem) Zauważyłaś, że taksówkarze i kierowcy autobusów zawsze na wszystkim się znają i wszystko wiedzą?
Ja: A nie słyszałeś?
Endriuszka: O czym?
Ja: Mówią, że podróże kształcą  :D

piątek, 13 czerwca 2008

Świtało.
Obudziła mnie jakaś szamotanina w sypialni.
Otworzyłam jedno oko, potem drugie, lecz przy wadzie minus cztery świata prawie nie widać. A jednak zauważyłam.
Na szafie, tuż nad łóżkiem siedział ptak. Żywy!
- Ptak, ptak - nakryłam kołdrę na głowę i wydarłam się wniebogłosy, budząc Endriuszkę.
- Jaki Ptak? - zamamrotał, ale już chwilę później też narzucił na siebie kołdrę i krzyczał razem ze mną. - Ptaaak!!! Co on tu robi?! Zaraz nas podziobie!!!
Tymczasem ptak siedział na szafie i się na nas gapił.
- Co robimy? - zapytałam wciąż pod kołdrą.
- Może przeczekamy? - zaproponował Endriu, nakrywając się szczelniej. 
- Kochanie zawsze wiedziałam, że jesteś supermanem. Możemy dotrwać nawet do rana pod kołdrą, ale nie wyjdziesz do pracy, dopóki on tu będzie - oświadczyłam. 
- To co mam zrobić? 
- Nie wiem, Ty jesteś mężczyzną i musisz mnie obronić.

Delikatnie odchyliliśmy kołdrę. Ptak właśnie wychodził z sypialni i niespiesznie wędrował do dużego pokoju. Endriu wyskoczył z łóżka i zatrzasnął za nim drzwi. Odetchnęliśmy z ulgą.
Endriuszka jednak postanowił doprowadzić misję do końca, odział się w slipy, żeby mu ptak nie zaatakował "ptaka" i ruszył do drugiego pokoju. Ptak najpierw obijał się o zamknięte okna aż wreszcie znalazł sobie miejsce pod stołem.
Ubrałam się w szlafrok, założyłam okulary i ruszyłam na pomoc. Ptak okazał się sroką, która teraz wdzięcznie skakała po pianinie, monitorze, suszarce do bielizny i meblach. Endriu blady z przerażenia ściągał rzeczy z parapetu, aby otworzyć wszystkie okna, ja zaś - w niemniejszej panice - zdawałam mu relację z każdego ruchu sroki.
- Uważaj zbliża się, skacze w Twoim kierunku...
Zaczęło się wielkie przeganianie sroki kapciami, narzutą na fotele, ale sroka miała nas głęboko pod ogonem i dopiero kiedy sama stwierdziła, że zabawa już dosyć nudna, poderwała się do lotu i wyfrunęła przez jedno z otwartych okien. 
Zostały po niej tylko mokre srocze  gówienka. I nawet Bogu ducha winnemu Herkulesowi oberwało się białym glutem. Prosto w siodło!

W ten sposób na piątym piętrze na warszawskiej Ochocie rozpoczęliśmy piątek trzynastego. 

I kto mówił, że w centrum Warszawy nie można być blisko natury?:)))
 

czwartek, 12 czerwca 2008
Nie mam telewizora, więc meczu słucham i na bieżąco notuję uwagi komentatorów:

I połowa

- My tu w studio wyrywamy sobie systematycznie włos po włosie.

- Mamy dziury w obronie jak w szwajcarskim serze!

- Kibice są oniemiali, polskie trybuny nie wiedzą, co się dzieje...

- Jak długo możemy liczyć na Opatrzność, to cud, że jeszcze jest 0:0

- Tylko błagam, niech Ci stoperzy nie grają między sobą.
- Boże jak źle gramy, Boże jakie mamy szczęście!

- Bąk wybił piłkę głową, ale jak zwykle trafiła do Austriaka.
-
Gooool!!!
- To nie była taktyka, to gigantyczny uśmiech losu

- To jest niesprawiedliwy futbol, ale co nas to dziś obchodzi, kochamy taki niesprawiedliwy futbol!!!
-
Wróciliśmy z dalekiej podróży.
-
Kibice austriaccy czują się fatalnie i mamy nadzieję, że tak pozostanie.
- Niewykorzystane przez Austriaków okazje się zemściły. I niech mszczą się dalej!!!

Dziennikarz nadający na żywo z Pól Mokotowskich: Tak na chłodno, jak Pan ocenia pierwszą polowę?
Kibic: Pierwsza połowa była nasza, od początku mieliśmy przewagę!!! Polska!!!
Kome
ntator w studio: Cieszę się, że na polach mokotowskich tak to wyglądało :D

II połowa

- O tak, Brazylijczyk zaczyna swoją sambę!
- Przy naszych piłkarzach Brazylijczyk wygląda jakby był z innej planety. Ma tyle luzu w sobie!

- Przez 3 minuty Borcuc nie miał pracy, to znaczy, że wreszcie akcja nie toczy się pod naszą bramką.

- Jacku, Jacku, mówię to do Bączka, tego nie można było nie strzelić, aż się prosiło! Byłoby 2:0 i byłoby pozamiatane.

- Próbował, próbował, ale brzęczał jak komar zamiast huknąć z armaty. 

- Błąd Krzynówka! Nie może Jacek takich błędów popełniać.

- Artur Boruc krzyczy na naszych piłkarzy, ustawia ich, widać, że coś mu się nie podoba.

- Na boisku ani polka, ani wiedeński walc, ale brazylijska samba!  
- Boruc obtarł piłkę rękawicami jakby chciał jej przekazać dobrą energię!

- Co z tym technicznym? Jak wiem, że Anglicy są flegmatyczni, ale puszcza ten rożny czy nie?
- Niech Łobodziński szarpie, niech robi zamęt, zostało siedem minut spotkania!
- Musimy zmienić Rogera, nie możemy pozowolić sobie na to, że ktoś zapędzi się pod bramkę Austriaków i nie będzie miał siły wrócić.
- Widzimy taniec obu trenerów - jeden stoi z założonymi rękami i nie wie, czy jego piłkarze coś jeszcze zrobią, a nasz Leo ma ręce w kieszeni.
- Trzy minuty jeszcze będziemy przeżywali nerwy.

- Co ten mały Ebi robi? Tatusia naśladuje! Ech, niedaleko pada jabłuszko od jabłoni.
- Rzut karny dla Austrii, 92 minuta, co za straszna decyzja!!! Panie sędzio, to dramatyczna sytuacja, przecież wszyscy się ciągają za koszulki!!!
- 1:1 jak grom z jasnego nieba, to jest niesprawiedliwość! Nie można tak zrobić, żeby karny w 92 minucie pozbawiał nas 3 punktów.

- Łobodziski wchodzi w pole karne, strzelaj chłopie!!!!

- Rzut rożny, nasza ostatnia szansa. Ojojojojoj!
- Dostać gola w 93 minucie to potworna wiadomość!!! Bramka w 93 minucie boli potrójnie!

Wymęczyłam się okrutnie. Śniło mi się, że gram w najnowszym filmie Rodrigueza i cały czas ktoś chce mnie zabić. Co prawda miałam amanta, który - ilekroć znalazłam się w opałach - zawsze przychodził mi na ratunek.
Ale wiadomo jak to z facetami.
Nigdy nie można liczyć na 100%.

Z innych wieści - odwiedziłyśmy z B. ponownie PDW w jego kanciapce na Hożej, gdzie posłuchałyśmy trochę barwnych opowieści z początków "Lampy i iskry bożej", wychyliłyśmy po łyku chłodnego piwka i pokazałyśmy mu  nasz "tajny projektII". Powiedział, że fajny i obiecał, że ukaże się w najbliższej "Lampie".
Ale wiadomo jak to z facetami.
Obiecanki macanki i każdy obchodzi się smakiem.

Na pożegnanie dostałyśmy po egzemplarzu "Lampy" jeszcze w starym formacie i tak się zaczytałam, że przegapiłam przystanek. Ech ta siła dawnej kultury!

Kiedy wróciłam do domu, mój Chłopak całkowicie pochłonięty był grą komputerową. Dopiero kładąc się spać, zapytałam go, co to za gra.
- Wyobraź sobie - zaczął Endriuszka. - Że dostałem się do szkoły chińskiego mistrza Li i kroczę teraz ścieżką Otwartej Dłoni, czyli wiesz, jestem waleczny, prawy i nie żądam zapłaty za udzieloną pomoc.

Uśmiechnęłam się w ciemnościach,
Bo wiadomo jak to z facetami,
gorzej niż z dziećmi:))

***************************************************************
BOJKOT EMPIKÓW pod hasłem:
"Nie kupuję mięsa w markecie, ani książek w Empiku"

Pojawiła się idea, aby zacząć bojkotować Empiki, które już tak się rozpanoszyły w mniejszych i większych miastach, że totalnie wykańczają konkurencję. 

Oto zarzuty pod adresem Empików:
1. ZARZUTY WYDAWCÓW:
- jak każda duża korporacja - opóźniają wydawcom płatności za sprzedane egzemplarze nawet do pół roku!!!
- korzystając ze swojej pozycji, negocjują barbarzyńskie dla wydawców warunki.

2. ZARZUTY CZYTELNIKÓW: 
-  Można tam kupić przede wszystkim bestsellery - wciąż nie jest to kompletna księgarnia, gdzie znajdą się zarówno pozycje nowsze, jaki i starsze, bardziej popularne, jak i niszowe.
- Coraz więcej powierzchni księgarni zajmują kubki, bibeloty, artykuły piśmiennicze, ewentualnie poradniki, natomiast regały dla literatury z każdym rokiem kurczą się coraz bardziej.
- Niekompetentna obsługa, sprzedawcy nie mają pojęcia o tym, co stoi i półkach, a ich wiedza ogranicza się do zawartości bazy w komputerze, rzadko kiedy zgodnej ze stanem faktycznym.

3. ZARZUTY KSIĘGARZY
- Empiki niestety rujnują konkurencję i sieją totalne spustoszenie na rynku. W ten sposób z miejskich map znikają małe księgarenki prowadzone przez pasjonatów.

4. MÓJ OSOBISTY ZARZUT
- w niektórych Empikach moja powieść stoi na półce z... romansami!:)))

POSTULAT?
Stwórzmy listę fajnych księgarni w naszych miastach.

POZNAŃ
- Bookarest - Stary Browar
- Kapitałka - PTPN
- Księgarnia Powszechna - Stary Rynek. 

A co z Warszawą, Wrocławiem, Łodzią, Gdańskiem, Krakowem i innymi? 
Pomożecie? 

środa, 11 czerwca 2008

Najfajniejsze są poranki.
W mieszkaniu panuje chłód, ja biegnę na skwerek przy dworcu zachodnim i tam wyciskam z siebie ósme poty - samochody stoją w korku do pracy, ludzie tłoczą się w autobusach, osiedlowe pijaczki śpią jeszcze na trawie, a ja pomiędzy nimi rach ciach - skłony, przysiady, brzuszki. Potem już może być tylko przyjemniej.


Wykąpię się, zjem śniadanie i podręczę trochę "Matyldę". Biedaczka nie ma ze mną lekko - cały czas wrzucam ją w jakieś tarapaty. Bycie demiurgiem pisanego świata jest cholernie demoralizujące.

Ach, właśnie, ja Wam jeszcze nie mówiłam!
Pod koniec czerwca miła Agora, która użycza nam swojego portalu organizuje w Juracie 3-dniowy Camp Blogerów. Czy to nie piękna nagroda za publikowanie swoich bazgrołów?
Zostało jeszcze kilka miejsc, więc zachęcam:
www.campblogerow.blox.pl

A dla tych, którzy mają obraz i dźwięk w swoich komputerach, koniecznie do obejrzenia:
krótka historia balonika a może wielka historia wszechświata.
Nie wiedzieć czemu - strasznie wzruszająca:
http://www.boardsmag.com/screeningroom/commercials/6096/

***
URLOP
Planowanie z Endriuszką jest koszmarne, bo jego leksykon sprowadza się do słów: zobaczymy, może, to się okaże, wyjdzie jak wyjdzie.
Rozmawiamy o urlopach:

Endriuszka: Ech, coś czuje, że pierwszy tydzień urlopu zejdzie nam na przeprowadzkę.
ja: Nie ma mowy. Jak remontowałam Marcinkę, nie poświęciłam na to ani dnia urlopu. Urlop jest po to, żeby odpoczywać. Musimy tak zrobić, żeby się wyprowadzić przed urlopem.
Endriuszka: No dobrze tak zrobimy... chyba, że zrobimy na odwrót.

poniedziałek, 09 czerwca 2008

Po takim emocjonalnym zjeździe, mam tylko jedno wyjście.
Wstać i otrząsnąć się jak mokry pies.
Tak też uczyniłam. 
Tyle że dla podtrzymania dekadenckiego nastroju czytam Bukowskiego.

Dziś jednak chciałam Wam napisać o innym literackim smakołyku. Mowa tu o "Gottland" Mariusza Szczygła, czyli zbiorku reportaży o Czechach.
Historie, do których dotarł Szczygieł, są tak niemożliwe i tak absurdalne, i tak zadziwiające, że całość czyta się jednym tchem i tylko oczy rozszerzają nam się ze zdumienia. Jest tu historia szewca, który zapoczątkował rozwój butów Bata i stworzył totalitarne miasteczka robotników rodem z Orwella, jest tu opowieść o Vondrackowej, której zazdrosna kobieta wybiła butelką wszystkie zęby, jest też niesamowity dokument o tym, jak w Pradze powstawał pomnik Stalina tak duży, że sama stopa mierzyła dwa metry oraz historia, jak potem cichaczem ten pomnik burzono. (Odłamki zbierano po Pradze jeszcze kilka następnych lat). Znajdziemy tu wiele opowieści, które potwierdzają szwejkowską mentalność Czechów, ale również sporo historii o szczytach absurdu, do których doprowadzał komunizm w czeskim wydaniu. Gottland to naprawdę nie byle gratka literacka. A smak pozostawia na bardzo długo.
Rozszerzone ze zdziwienia oczy również. 

***
A propos smakołyków:
Sobota, przygotowujemy się kulinarnie do pikniku. Ja lepię paszteciki, ciasto mi się rozłazi i jest dramat, Endriu robi koreczki.

Ja:
Te moje paszteciki wyglądają jak efekt zabaw dzieci ułomnych.
Endriu: A mi ładnie wychodzi nadziewanie. O popatrz, ser, papryka i kabanos.
Ja: No coś Ty? Żółty ser, żółta papryka i kabanos! Koniecznie dodaj tam zielone oliwki. Jako mężczyzna, wzrokowiec, powinieneś wiedzieć, że ważne są kolory! Ludzie smakują również oczami!
Endriu: O cholera, nie sądziłem, że zostanę kulinarnym malarzem.

10 minut później Endriu patrzy na moje bezkształtne paszteciki, każdy  jest inny, po prostu wizualny dramat:
Endriu: Ehmm, pozwolisz, że Twoje paszteciki będę smakował wyłącznie podniebieniem.


W horyzontalnej dekadenckiej pozycji - mojej ulubionej.

niedziela, 08 czerwca 2008

Nie wiem, co mam napisać.
Że weekend był świetny?
Był.
Że piknik się udał?
Udał.

A ja siedzę i wyję, i już nic mi się nie chce.
Bo nic nie ma sensu.
Bo nie chce mi się żyć.
Tak bardzo, bardzo nie mam siły.
I tak bardzo, bardzo brakuje mi odwagi. 

***
Na szczęście

kilka godzin później zawsze ratuje mnie złość.
Bo złość ma w sobie siłę.
Aby żyć, aby iść.
Zawsze do przodu.

Widziałam dziś "Kochanice króla". Poszłam na ten film z tęsknoty za mocnym obrazem, pełnym rozmachu, porywających monumentalnych scen, pięknych kobiet i galopujących koni. Potrzebowałam czegoś, co potrafią tylko holywoodzcy filmowcy: gładkiej, lecz doniosłej opowieści, pięknych baśniowych landaszaftów, szelestu sukien, namiętności i zdrady, i wreszcie finalnej sceny chwytającej za serce. To akurat Amerykanie potrafią.

Natalie Portman w roli charyzmatycznej Anny - rewelacyjna.
Natomiast Scarlett Johanson odgrywająca postać Marii cały film opękała jednym wyrazem twarzy.
Cielęcym.
Może tylko tego wymagała rola.


sobota, 07 czerwca 2008

Byłabym zapomniała! To ja  - Wasz kaowiec.

Gdyby ktoś z Was nie miał planu na wieczór,
zapraszam od 18.00 do Parku Skaryszewskiego na kameralny piknik.
Wpisowe to:
własny kocyk, zakąska oraz zapitka wg uznania.

***
Z innej beczki...

MEJL OD KAOWCA

Tak już się zrobiło, że weekendy z Endriuszką staramy się spędzać razem.
Wczoraj Andrzej, którego w pracy nazywają Młodym, dostaje mejla wysłanego do kilku chłopaków z radia od ich kaowca - inicjatora wszelkich bibek:

To, co? Może jutro wyskoczymy gdzieś na miasto?
Wasz Kaowiec.
*
*Młody, Ciebie też to dotyczy! Nie bądź PANTOFEL, jedną sobotę wytrzyma bez Ciebie.

Jak myślicie, co odpisał Endriuszka?

Endriuszka odpisał tak:

Pantofel srofel.

czwartek, 05 czerwca 2008

Oczywiście do lasku kabackiego nawet nie dotarłyśmy. Chmury były i zmęczenie powczorajsze, i pewnie jeszcze jakiś powód by się znalazł.

Szłyśmy sobie natomiast ursynowskim hajłejem przez Imielin, Natolin aż na Kabaty i delektowałyśmy się wolnym przedpołudniem. Po drodze zanurkowałyśmy w księgarni wydawnictwa Stentor i tam kompletnie przepadłyśmy. Uwiodła nas bardzo przyjemna atmosfera niewielkiej księgarenki oraz pięknie wydane bajki dla dzieci. Oglądałyśmy ilustracje, wertowałyśmy tytuły z naszego dzieciństwa, okraszając każde odkrycie melancholijnym westchnieniem. Wynurzyłyśmy się jakiś czas później z naręczem książek. Ja poleciłam Pannie S. Wiktora Pielewina i Ota Pavela, a ona mi Bukowskiego. Natomiast bezsprzeczną perłą zakupów okazała się maleńka książeczka dla 3-latków autorstwa Stiny Wirsen pt. "Kto jest samotny". Kilka stron tak sugestywnych i wzruszających, że w drodze powrotnej zaszłyśmy po raz drugi, aby nabyć jeszcze jeden egzemplarz.

Oto okładka:


Kolejnym przystankiem była urocza włoska knajpka, gdzie przysiadłyśmy na obiad. Panna widziała tam kiedyś Waglewskiego z Fiszem i Emadem, a że ona ma podjarkę Waglewskim, a ja jestem platonicznie zakochana w Fiszu, nie mogłyśmy przejść koło tego miejsca obojętnie. Zostałyśmy na kufelek piwka i przekąskę.
- Ja stawiam - oznajmiła Panna - w końcu tyś bezrobotna.
A ona bądź co bądź wciąż się nieźle trzyma na korporacyjnym stołku.

Ostatnią przystanią naszej wędrówki po ursynowskiej riwierze stał się ciucholand (o Zarach i Solarach czas powoli zapomnieć), gdzie nabyłam lniany chałat za 22 złote. Będzie mi pasował do torebki, którą Panna przywiozła mi z brytyjskich wojaży.

W ten sposób prysł kolejny dzień. 
Rozkoszne chwile nie mogą przecież trwać wiecznie.  

Bardzo miłe popołudnie, które przeciągnęło się prawie do północy.

Po wielu miesiącach urywkowych kontaktów i przelotnych spotkań, wreszcie miałyśmy trochę więcej czasu dla siebie. Ramzes, bo o niej mowa, zaciągnęła mnie do bardzo przyjemnej miejscówki "No bo" na Wilczej i tam przy dwóch-trzech piwkach przegadałyśmy bite sześć godzin. I powiem szczerze - mogłabym gadać jeszcze następne sześć. Strasznie się za nią stęskniłam! 
Magia takich przyjaźni polega na tym, że nawet po kilku miesiącach rozłąki, nie trzeba się oswajać na nowo czy zagajać o pogodzie. Fundament, jaki zbudowałyśmy wiele lat temu, jest za mocny, aby brak codziennego kontaktu mógł go nadkruszyć. 
Co prawda pojawiają się wśród nas głosy, że ta przyjaźń nam się rozjeżdża, że nie ma czasu, że brak mobilności, ale wczoraj z Ramzim byłyśmy zgodne co do jednego - nasza "basieńkowa", licealna relacja to wciąż unikat na wielką skalę. Od doraźnych problemów są nasi chłopcy, ludzie z pracy czy z najbliższego otoczenia. Natomiast basieńkowa przyjaźń to skala makro, nie ma sensu jej obciążać codziennymi duperelami, które w gruncie rzeczy nie mają żadnego znaczenia.
Dlatego jest postulat:
zamiast biadolić nad nieuniknionymi uszczerbkami, celebrujmy nasze wspólne chwile.
/tu ostatnia wspólna basieńskowa fota:
http://pr0myczek.blox.pl/2006/11/Fotki-Basieniek.html#ListaKomentarzy/

Przed północą uściskałyśmy się serdecznie jakbyśmy nie widziały się ze 20 lat.
- Oho! - ucieszył się kierowca, kiedy weszłam do taksówki. - Będzie lało. Jak się baby całują, to jak nic: będzie lało!
I zarechotał radośnie.

***
A wiecie, co teraz robię?
Myju, myju, amciu, amciu
i zmykam do lasku kabackiego na piknik z Panną S.

środa, 04 czerwca 2008

Rośnie we mnie mobilizacja do pracy. Skończyłam wszystkie zabawy okołoliterackie i poganiam "Matyldę". Niestety dopiero po zachodzie słońca robota nabiera tempa. W dzień rozleniwia mnie upał, rozprasza huk miasta (słyszycie jak Warszawa huczy? Aż do zwariowania!). Wychodzę wtedy do parku, na basen, robię zakupy, czytam. Nie jestem w stanie wyprodukować z siebie żadnej sensownej myśli, wszystkie pomysły drzemią i budzą się dopiero po zmroku. Za to w dzień mogę  pofantazjować kulinarnie. Wczoraj na przykład przyrządziłam pyszny chłodnik z tłuczonymi ziemniakami polanymi tłuczykiem i skwarkami. Kaloryczny rarytas.

Skończyłam też czytać "Obywatelkę" Gretkowskiej, którą delektowałam się od dwóch tygodni. Niełatwa to lektura - głównie ze względów emocjonalnych. Gretkowska bowiem porywa i wkurza. Owładnięta ideą, traci czasem umiejętność empatii. Bywa zarozumiała i roszczeniowa wobec świata. Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie - zdaje się krzyczeć z każdej zapisanej kartki. Wpada w histeryczne tony, ale ta histeria ma głęboką postawę: rzeczywiście we współczesnej Polsce nie da się godnie żyć. I ona nam o tym ciągle przypomina. Trudno lubić człowieka, który na każdym kroku psuje nam dobrą zabawę, uświadamia, że świat wcale nie jest taki fajny jak się wydaje i siłą zdziera nam z nosa różowe okulary.
A jednak cenię ją za to, że się porwała na niemożliwe i dlatego, jeśli PK przetrwa do kolejnych wyborów, oddam na nią swój głos. A może i zrobię coś więcej, bo to sprawa godna głębszej refleksji.

wtorek, 03 czerwca 2008

PERFORMANCE

Pierwszy raz zasypiamy przy otwartym oknie, bo w nocy jest strasznie gorąco. Lepszy hałas Jerozolimskich niż duchota. Po 15 minutach Endriuszka pyta.

Endriuszka: Nie jest Ci zimno?
Ja w odpowiedzi zaczynam się trząść i szczękać zębami.
Endriuszka:
Czyli nie jest? Można to było powiedzieć prościej, ale wiem, wiem, jak się jest wielką gwiazdą, to przy każdej okazji trzeba robić performance.

KELNERKA

W zeszłym tygodniu jemy z Basią obiad w "Żywicielu". Basia zamawia lampkę wina, kelnerka przyjmuje zamówienie, a potem długo, długo nic.
W końcu zjawia się po 20 minutach.
Basia:
Przepraszam, co z moim winem?
Kelnerka: Ja pamiętam, ale jest taka sprawa, że nie mam jeszcze 18 lat, a jako nieletnia nie mogę go Pani nalać.

KĄPIEL

Tatko opowiada o Szwecji.
Tatko: I wiesz, przychodziliśmy wieczorem do domku i kładliśmy się spać we wszystkim, co mieliśmy na sobie, bo po całym dniu na jeziorze byliśmy strasznie przemarznięci.
Ja:
To trzeba było wziąć gorącą kąpiel.
Tatko (wzburzony): Gadasz jak twoja Matka!

To tyle na tę chwilę,
zaraz idę pobiegać, a potem prysznic
i wskakuję na Herkulesa.
Jedziemy na Chłodną - na śniadanie z Hanką.

Smaczego wszystkim, którzy coś przeżuwają przed monitorami,
a tym, którzy są na diecie (m.in. kopenhaskiej) sytego dnia!:) 

 
1 , 2