..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 29 czerwca 2007

Dostałam płytkę z nagraniem. Film. Ja dwa lata temu. Zupełnie inna ja. A przecież tak niedawno. Mam wrażenie, że tyle się zmieniło.

Byłam wtedy świeżo po rozstaniu - wygłodniała miłości i czułości gubiłam się w uczuciach. Potrzebowałam akceptacji i bliskości i wiedziałam, jak ją dostać. Wystarczyło być kociakiem, spełniać oczekiwania. Wystaczyło być śmiałą, pozbawioną zahamowań, seksowną i uśmiechniętą. 

Patrzę na siebie i widzę smaczny kąsek. Ale ten kąsek jest tylko towarem. Zabawką, która kusząco wygląda i ładnie się porusza. Po to, aby ktoś ją pokochał. Ale tego na filmie już nie widać.
Nie jest to uczucie komfortowe i przyjemne. Mam ochotę wyłączyć ten film i puścić go w niepamięć, bo wstydzę się takiej siebie. 
 A jednak oglądam, bo nie chcę uciekać od prawdy.

To było dwa lata temu.

Dziś nie jestem już kociakiem, który żyje, aby spełniać czyjeś oczekiwania. Jestem taka jaka jestem. Z moim sposobem myślenia, wrażliwością,  stylem ubierania, włosami i brzuszkiem, z piersiami o rozmiarze - gimnazjum i zaczątkiem cellulitis na pośladkach.
Nie chce miłości desperackiej i wyżebranej czułości. Nie zamierzam się dla nikogo zmieniać, dopóki sama nie znajdę w tym racji.

Chcę być sobą. Podmiotem, a nie przedmiotem. Nie mam ochoty być czyjąkolwiek laleczką.

Mam na imię Agnieszka i jestem taka jaka jestem.
Jak się komuś nie podoba - to zjazd!


Taka ja. Ta sama, ale nie taka sama.

środa, 27 czerwca 2007

Popołudnia mam wolne i okazuje się, że wcale nie spędzam ich tak jak bym chciała. Póki, co tłumaczę sobie, że to przez pobyt mojego braciszka. Zresztą chyba zaczynamy powoli działać sobie na nerwy - w końcu dorosłe rodzeństwo na 18 metrach to lekka przesada, jeśli nie patologia. Na szczęście jeszcze tylko dwa dni.

Zaczęłam czytać Świat u stóp Lokko, nadrobiłam kilka zaległości filmowych, robię regularnie brzuszki, ale jakoś nijak nie mogę się zmobilizować do pisania Matyldy. Wiem, że powinnam, ale jak się cały dzień klepie na kompie w robocie, to nie ma się potem ochoty znów siadać do pisania.

Kupiłam dziś kolejną grę towarzyską - tym razem RUMMY - świetna gra logiczna oparta na roszadach cyferkowych. Naprawdę fajowska - zapraszam na partyjkę!

Acha, z ostatnich obserwacji:
- okazuje się, że potrafię być zazdrosna. Kiedy usłyszałam, że mój ukochany umówił się z jakąś swoją kumpelą ze studiów na kawę, wcale nie było mi z tym dobrze. Musiałam to przetrawić przez noc, a kiedy już jakoś to przełknęłam i przeszłam nad tym do porządku dziennego, dowiedziałam się, że nie udało im się zgadać i spotkania nie będzie.
Czyli mój cały wysiłek poszedł na marne!
Ech jak to się trzeba czasem namęczyć w związku.

wtorek, 26 czerwca 2007

Kochani, właśnie ukazał się Dziennik Ciężarowca Tomasza Kwaśniewskiego. Książka niesamowita, wciągająca i porywająca. Książka przy której płakałam i śmiałam się do łez. Cudowna.
Najpierw był blog www.dziennikciezarowca.blox.pl , a teraz całość ukazała się nakładem wydawnictwa WAB.

"Dziennik ciężarowca to bezpretensjonalny, zabawny i ogromnie sympatyczny zapis przeżyć trzydziestolatka, który ma zostać ojcem. A ponieważ ciąża dawno już przestała być sprawą wyłącznie kobiecą, nowoczesny tata towarzyszy swojemu dziecku i jego mamie od samego początku: od niebieskiej kreski na teście ciążowym, pierwszego USG, pierwszych życzeń na Dzień Dziecka składanych brzuchowi. Nowa sytuacja to oczywiście nowe problemy: Ile powinien przytyć facet w ciąży? Jak wygrać w męskim konkursie wiedzy o laktacji?"
http://serwisy.gazeta.pl/cjg/1,50500,4227979.html

Polecam gorąco!

Dziennik Ciężarowca obok Polki Gretkowskiej to dwie obowiązkowe pozycje dla każdego, kto zapragnie kiedykolwiek potomstwa.

Mówię Wam to ja:
żywe ucieleśnienie Matki Polki:)

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Ale się burza rozszalała!
Pioruny walą, na niebie się błyska, a my sobie siedzimy z Walerką i panią Bogusią pod parasolami "Pod Pretekstem" i sobie gaworzymy o tym i o tamtym.
Walerka skarży się, że nie potrafi rozmawiać z mężem. To znaczy potrafi, ale nie tak jakby chciała:

Walerka: Kurcze brakuje mi rozmowy w związku. My z Szymonem tak mało rozmawiamy.
Ja: [nic nie mówię i uważnie słucham.]
Walerka: To znaczy, nie myśl sobie, no wiesz jakoś porozumiewamy się ze sobą!

niedziela, 24 czerwca 2007

Nadajnik zakonserwowany - przynajmniej na najbliższy tydzień:)

Andrzej pojechał, Kris wrócił - czas zacząć nowy żmudny tydzień.
Weekendzik minął mi spokojnie i sielankowo. Byliśmy na nudnym filmie w Multikinie - "Zodiak" - nie polecam. Poszwendaliśmy się po Poznaniu, pomemłaliśmy się w Marcince. I było bardzo przyjemnie i bardzo leniwie.

Teraz oglądam sobie film o Sylwi Plath na jedynce, ale Kris gada ze swoją ukochaną i dudni tym swoim dudniącym głosem.

Rozmowy weekendowe:
I.
Jemy na śniadanie serki waniliowe:
A: uważam, że heteroseksualiści są w tym kraju dyskryminowani.
Ja: Dlaczego?
A: No bo widziałaś w jakimś sklepie serek heterogenizowany?

II.
Stoimy na światłach w Poznaniu. Jesteśmy po obiedzie i Andrzej jak zwykle podziwia swój wielki brzuszek. Ja próbuję przejść na czerwonym, bo wkurza mnie gdy wszyscy stoją - i piesi i samochody.
A: Gdzie się wyrywasz?Poczekaj na zielone.
Ja: No chodźmy, proszę!
A: Nie! Bo zostaną z nas dwie mokre plamy. Jedna będzie śliczna, a druga...gruba.

piątek, 22 czerwca 2007

Przerwa w emisji z powodu konserwacji nadajnika.

Przepraszamy za usterki.

czwartek, 21 czerwca 2007

Lubię czwartki popołudniowe, bo to już taki przedsmak weekendu. I jest na co czekać. A dzisiejszy czwartek lubię szczególnie, bo za godzinkę przyjedzie A.
Chociaż, żeby nie było za różowo, wczoraj się dość mocno pokłóciliśmy. Poszło o moją nadopiekuńczość wobec brata i to, że Kris jest ważniejszy od Andrzeja.

A ja bardzo nie lubię zazdrosnych i zaborczych facetów. Bardzo!
No i mam fioła na punkcie mojej familiji. Ja mogę mówić o nich wszystko, ale niech tylko ktoś inny rzuci choć jedno krytyczne słówko - nie daruję. Tak mam. Mam również tak, że rodzina zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu i nikt nie ma szans, aby się wepchnąć na podium. Przynajmniej póki nie stanowi rodziny. Niestety.

No i o to z grubsza poszło. I było ciężko. I trochę smutno.

A potem A. napisał esemesa, czy w tej sytuacji nadal chcę, aby szukał pracy w Poznaniu, czym mnie jeszcze bardziej wkurzył łoś jeden. Co on sobie myśli? Że przez jedną kłótnię się ode mnie uwolni?
O nie:)


***
A to dialog z przedwczoraj:

Kładziemy się spać i Kris mówi:
- Ty wiesz, a moja Aśka to tylko przyłoży głowę do poduszki i już śpi.
- Jak ona to robi?
- Kiedy ją o to pytałem, to powiedziała, że przecież po to się kładzie, żeby zasnąć, więc zasypia.
- He, he dobre..
- Może i dobre, ale wiesz jakie to wkurzające? Może kiedyś na starość będzie miała problemy z zasypianiem i wtedy też jej tak powiem!

środa, 20 czerwca 2007

Spotkanie z Jozi, ryneczek, piweczko, przekąska i jak zawsze gorące dyskusje o reklamie, pracy i nowych pomysłach na życie. Nagle Jozi wypala:

Jozi: A ty mnie w ogóle wkurzasz z tym blogiem!
Ja: O co znów chodzi?
Jozi: Wkurza mnie, że jak przychodzi weekend i przyjeżdża Andrzej to Ty nic nie piszesz!
Ja: Nie piszę, bo jestem zajęta!
Jozi: No to napisałabyś chociaż: przerwa w emisji z powodu bzykania!

- Albo - myśli dalej Jozi - przerwa z powodu konserwacji nadajnika!

wtorek, 19 czerwca 2007

Na murze wprost przed moją klatką pojawił się napis:
"Aga, ty szmato zgniesz tu."
Zadrżałam.
A potem pomyślałam sobie:
W sumie...
Fakty TVN, Wiadomości TVP, Wydarzenia Polsat, Uwaga, Interwencja.
I wszystkie jednym głosem:
"Nowo wschodząca gwiazda polskiej prozy zginęła  z ręki nieznanego zbrodniarza, który poczuł się urażony treściami publikowanymi na blogu. To pierwsze morderstwo w Polsce spowodowane blogiem."

No i jakby się wtedy moja powieść sprzedała! ho, ho!

Żyła szybko, umarła młodo.
Może gdyby nie umarła...

No dobra koniec tego czarnego humoru - chcę jeszcze pożyć, chcę się nałykać świata, chcę szczęście czerpać garściami i uczyć się i upadać i podnosić i biec.
Chcę jeszcze smakować życia.


poniedziałek, 18 czerwca 2007

Dobrze, że już się kończy poniedziałek - po poniedziałku jakoś życie nabiera tempa i kolorów.

Kris był dziś pierwszy dzień w pracy. Poszedł odpieprzony w nowym gajerku bez żadnej torby ani plecaka (bo plecak ubabrany rybim śluzem po ostatnim wędkowaniu) i jedynie sobie jakiś napój wziął w rękę. Szef, gdy go zobaczył, najpierw osłupiał, a potem powiedział, że jest niesamowity.

Nie wie, jeszcze, że owa Krisowa nonszalancja to wynik dziedzicznego lujostwa w linii męskiej.

Ze strachem myślę, cóż się stanie z moją Marcinką podczas jego dwutygodniowego pobytu.
Bo mój Braciszek ma taką tendencję, że jest jak czołg. Wielki kanciasty czołg, który taranuje i rozwala wszystko, co stanie na jego drodze. Ale najlepsze jest to, że nigdy się nie przyznaje do poczynionych szkód. Kiedy pierwszy raz przyjechał tu miesiąc temu na rozmowę to ledwo usiadł, zahaczył zegarkiem o blat barku i oderwał okleinę. Wróciłam z roboty, patrzę i mówię:
- kurczę, a co to się stało?
- co?
- pyta niby zdezorientowany.
- Nie widziałam tego wcześniej, oberwane jest.
- Pokaż? Gdzie?
- dalej pali głupa - a rzeczywiście, ciekawe, co to się stało, musiałaś nie zauważyć.

Kiedy odnotował, że nie zrobiłam afery i jakoś to przełknęłam, mówi do mnie następnego dnia:
- Wiesz, przyznam Ci się do czegoś. To ja oberwałem tę okleinę. Gówniana jakaś. Ledwo usiadłem i się oberwała.

Sama się oberwała! Na szczęście póki co nic nie zostało od wczoraj zrujnowane. Albo jeszcze ja o tym nie wiem:)

No więc mam na karku Braciszka, który chrapie jak smok. I tak będzie przez następnee dwa tygodnie...
a zatem jestem niedospana i zmęczona, a jeszcze w pracy totalny zawrót głowy.
Ale to nic - za chwilę poniedziałek się skończy, a potem już pójdzie z górki!

Weekend był z Warszawą. Znów nie pojechaliśmy do Łazienek (A. obiecuje mi to od stycznia). Byliśmy za to w Teatrze Rozmaitości na sztuce Rene Pollescha. Sporo interesujących rozwiązań formalnych i dość ciekawie, ale na pewno nie okrzyknęłabym go papieżem teatru postdramatycznego. A zresztą, co tu kurka jest teatr postdramatyczny? Jak zawsze przerost formy nad treścią. Wolę Jandę i Teatr Polonia.
Ale jedna myśl spektaklu podobała mi się bardzo:
Kiedy człowiek może wszystko, co może człowiek?

Ładne, prawda?
Potem cały wieczór dyskutowaliśmy, co może człowiek, gdy już może wszystko. Ja twierdziłam, że wygoda i dobrobyt zabijają w nas inicjatywę, rozwój i duchowość, zaś A. niezłomie się upiertał, że on tam woli żyć w komforcie, bo właśnie komfort sprawia, że mamy warunki, aby się rozwijać.

I chyba każde z nas miało trochę racji.
piątek, 15 czerwca 2007

No dobra Jozanka czeka na wpis, więc piszę. Tym razem będzie to wpis pijany.
Dziś zgodnie stwierdziłyśmy, że babskie spotkanie panienek w apartamencie Jozi,  a do tego spotkanie panienek, które pracują w reklamie, wygląda zupełnie tak, jak...odcinek Magdy M.!
Bo Jozi ma chatę, że ho, ho. Ostatnie piętro wieżowca, śmiałe rozwiązanie architektoniczne, nowoczesny design i po prostu mówiąc krótko - highlife!

No więc my w tym highlifie, sączymy sobie winko, spoglądamy z balkonu na miasto i do pełnego lifestylowego wizerunku brakuje nam tylko geja w towarzystwie.

Jak przystało na baby, toczymy również babskie pogawędki.
Do Jozi wpada Ann i już w progu krzyczy:
- Ale ja jestem szczęśliwa!
Czekamy w pełnym napięcia milczeniu.
- Wyobrażacie sobie, że od 4 lat pierwszy raz ktoś się we mnie zakochał?!!!
Po czym siada i mówi dalej:
-
Od czterech lat jak jestem z D. nikt się we mnienie zakochał . A teraz... ech...jestem jak ta róża, która miała swojego księcia..Co on robi? pracuje ze mną. Tak - jest grafikiem... Ale to nie jest jego powołanie...on się interesuje muzyką i poezją...
Ech!
[ tu Ann dalej rozmarzona wzdycha] Ale wiecie, ja bym nie mogła z nim być. Ale on jest taki niesamowity, jest..  jest... jest taką... Krainą Łagodności!

I w tym momnecie obie z Jozi wyobrażamy sobie zarośniętego gościa w rozciągniętym swetrze, z gitarą na plecach, na której za pomocą trzech akordów uwodzi Ann balladami Starego Dobrego Małżeństwa.

Ale to był początek.
Potem jeszcze gadałyśmy o reklamach w TV, fenomenie śpiączki, zwyczajach kopulacyjnych ptaków i nie tylko. A potem... potem nie pamiętam. Chyba obrobiłyśmy komuś tyłek, na pewno w miedzyczasie do każdej z nas dzwonili panowie, bo wiadomo, że nie ma większego zagrożenia dla faceta niż przyjaciółki jego kobiety.

A jeszcze potem zaczął się świetny etap wzajemnego komplementowania.
Baby to naprawdę potrafią:

Mówi Ann:
- Ech Jozi, wyglądasz pięknie i bardzo zeszczuplałaś.
- Zaraz - wścieka się Jozi - to znaczy, że wcześniej byłam gruba???

I wtedy  zaczynają się wzajemne ochy i achy, że ty masz ładną sukienkę, a ty bluzkę, a twoje włosy, a twoja figura i tak sobie szczebioczemy, dopóki nie wejdziemy w etap kolejny:

- hehe Jozi wcale nie jest szczupła, tylko przez te wielkie cycki wydaje się, że chuda, bo jest duży kontrast.
- oo, a ty rzeczywiście masz te wałeczki.
- wiesz, przydałoby się, żebyś zrobiła coś z tą grzywką.

I tak sobie gadamy i gadamy. Wino się niewinnie sączy, a czas leci, dopóki któraś z nas nie weźmie na siebie zdroworoządkowej decyzji, że koniec.
Ale końca nie ma - bo takich wieczorów jak ten jeszcze dużo.
W końcu Magda M. miała aż trzy serie po kilkanaście odcinków:)

czwartek, 14 czerwca 2007

Już po północy, a ja dopiero skończyłam pracować!!!
Czy to nie skandal?
Ale spoczko - powoli finalizuje moje dodatkowe prace i już niedługo zacznę normanie żyć po 16.30:)
Na razie odczuwam cholerny głód normalnej, czyni nie-genderowej literatury.
W kolejce czekają Dzienniki Sylwi Plath, romasidło Lesley Lokko "Świat u stóp", "Mysza i niedźwiedź mają dziecko" oraz "Pan raczy żartować panie Feynman".
Poza tym zamierzam normalnie w tygodniu wybrać się do kina na coś dla mnie(w weekendy z A. chodzę zwykle na multikinowe hity-shity i już mam pewien przesyt) i w ogóle chciałabym sobie wyjść na piwko z babeczkami, popieprzyć o tym i o tamtym.
Dlatego jutro jadę sobie do Jozi, która zrobi mi i Gruszce pyszną kolacyjkę (prawda Jozi?). My zaś dowieziemy winko i pogadamy o wielkim świecie reklamy.
Wielkim świecie reklamy w Poznaniu - hihihi...

Dobra, zmykam spatki! Przyjemności moje dziatki!

ps. O tej porze nawet mi rymy wychodzą, kurna chata...:)

wtorek, 12 czerwca 2007

Byłam kiedyś z pewnym chłopcem. Ja miałam 22 lata, on 16.
Niesamowita przygoda i niesamowita namiętność. Kąpaliśmy się w bieliźnie w śniegu w miejskim parku, wskakiwaliśmy do jeziora w ubraniu, żeby potem móc się rozebrać i suszyć przy ognisku, kochaliśmy się na dachu wieżowca i wyczynialiśmy głupstwa, w które dziś aż nie chce mi się wierzyć.

Oprócz wieku dzieliły nas jeszcze miasta, a jeszcze wtedy nie należałam do zbyt cierpliwych istot.

Kuba, bo tak ma na imię, pasjonował się strasznie działaniami antyterrorystycznymi, biegał w moro i kominiarce po bagnach i lasach z atrapami karabinów i bawił się z chłopakami w skompliwane gry wojenne. Chciał wstąpić do GROMU. Jego ulubionym ubrankiem maskującym w lesie był Ghilak, czyli taki płaszcz z przyszytymi szmatkami, które udają liście.

Wczoraj przesłał fotki misia, którego mu uszyłam na Mikołajki 5 lat temu i zupełnie o nim zapomniałam.
Ponoć do dziś miś siedzi sobie u niego w pokoju. Miś ma atrapę karabinu i kurtkę -Ghilak.
Czyż nie jest paskudnie uroczy?!



MIŚ I JEGO SPRZĘT:)

poniedziałek, 11 czerwca 2007

Byłyśmy sobie z Jozi  na Jarmarku Świętojańskim, gdzie nabyłam:
- fajowskie kolczyki i wisior,
- bardzo uroczy ręcznie oprawiony notesik z Małą Mi (już kilka osób zapytało mnie, po jaką cholerę ten notesik i najgorsze, że sama nie wiem, ale ładny jest:)
- i nalepsze! - dziesięć małych kaktusików, w bardzo maleńkich doniczkach (złotówka za sztukę), które dołączyły do mojego parapetowego buszu:)

Cóż oprócz tego? Szukam dla mojego bystrego braciszka i jego dziewczyny jakiegoś lokum w Poznaniu. Gdyby ktoś coś wiedział, proszę o kontakt. Kawalerka w centrum:)

A poza tym nawala mnie główka jak cholera i idę spać.
Jakoś średnio chce mi się żyć przy migrenie. No i znów mnie deczko nudzi to poniedziałkowe życie. Oj wiem, wiem, marudzę i dlatego zmykam do łóżka.

Adieu!

No i pstryk! Koniec weekendu.

Już po północy, w TV leci namiętne, ale i przerażające "9 i pół tygodnia", a szara rzeczywistość doprasza się, aby iść spać, bo jutro poniedziałek.

Ale chyba dobrze, bo jeszcze kilka dni lenistwa i byśmy - jak nic - zgnili z moim ukochanym.
Wczoraj na przykład siedzieliśmy cały boży dzień w chacie, bo ja pracowałam, a Andrzej postanowił, że zrobi naleśniki z serem. Siedział w tej kuchni dobre 3 godziny i pluł sobie w brodę za ten durny pomysł. Okrzynęłam go prawdziwym władcą naleśników, gdyż wyglądał przeuroczo w tej maleńkiej kuchni na stołeczku, rozebrany od pasa w górę, z petem w zębach, wywalonym brzuchem i totalnie zblazowanym spojrzeniem. Nie da się ukryć, że smażenie naleśników jest zajęciem niesłychanie frapującym, a władca wyglądał naprawdę seksownie:))) 

Potem poszliśmy do wypożyczalni i cały wieczór oglądaliśmy filmy. Najpierw "Amelię" - Andrzej po raz pierwszy, a ja jakiś osiemnasty, a potem Zatochi - niezły, niezły.
Oczywiście non stop obżeraliśmy się chipsami z sosem serowym i zapijaliśmy wszystko piwkiem, który dostałam w prezencie od naszego klienta i w ten sposób zakończyliśmy wczorajszy dzień, kładąc się spać z poczuciem winy, że jesteśmy wielkimi spasionymi, gnijącymi z lenistwa potworami.

Więc teraz chyba już każdy rozumie, dlaczego wcale nie rozpaczam, że oto nadchodzi poniedziałek:)
Przyjemności wszystkim Wam,

idę spatki, a do snu ukołysze mnie sam Krzysztof Kowalewski czytający "W dolinie Muminków"
Dobranoc!

sobota, 09 czerwca 2007

Długi weekend trwa! Co prawda bliżej już niż dalej do końca, ale jest fajnie.

Piknik okazał się wyśmienitym pomysłem.
Przyszła Walerka z Szymonem (Szymon upiekł pyszne paszteciki z pieczarkami), zawitała Puleńka z maleńką i Edi też z maleńką, potem doszedł jeszcze Waldek, a potem Paula z Kubą.
Ja zrobiłam sałatkę, były ciacha, wino, wino i wino. I naprawdę błogo było na tej trawce. Piknik też przebiegał swoimi fazami, bo najpierw było pro-rodzinnie, a potem było już bardzo pro-imprezowo, więc skończyliśmy na Starym Rynku. Tam jednym z kilku wiodących tematów były gorące dyskusje o serialach.
I tak:
- okazało się, że ja z Szymonem oglądaliśmy zapamiętale ostatni odcinek Magdy M., nie mogąc wyjść ze zdziwienia nad jego beznadziejną tandetą, ale...Oglądaliśmy!!!
-  Wszyscy przypomnieliśmy sobie kultową pierwszą sensację: Dembsey and Makepeace (miałam nawet plakat)
- Mnie się przypomniało, jak byłam zauroczona rodziną Billa Cosbiego i po każdym odcinku robiłam rodzicom awanturę, dlaczego nasza rodzina nie jest taka fajna.
- A Kuba opowiedział, że jak wszedł na ekrany Klan to nawet najwięksi twardziele i przestępcy z dzielni, punkt 17.25 siadali przed telewizorami.
- na tapecie były jeszcze: Doktor Quinn, Domek na Prerii, Szkoła Złamanych Serc (są powtórki), oczywiście Beverly Hills (w 5-tej klasie podstawowki kochałam się w Dylanie) i Pełna Chata.

To były czasy!
***
Znacznie gorszy okazał się poranek po pikniku
...bo przesadziliśmy z używkami i głowa mi okropnie pękała, ale że mieliśmy już kupione bilety do Kórnika - pojechaliśmy.
Poszewndaliśmy się po Kórnickim arboretum, a potem zwiedziliśmy zamek, gdzie A. się strasznie podniecił, bo zobaczył, że w Bibliotece Kórnickiej są oryginały "O obrotach ciał niebieskich" ( jedyny zachowany egzemplarz), atlasy z XV wieku i działa Kochanowskiego. Na mnie to wrażenia nie robi, ale on wyglądał tak jakby miał zaraz zbić tę gablotę z książkami i zgwałcić każdą z nich po kolei.
Na deser, jak na prawdziwych turystów przystało, zrobiliśmy sobie rejs stateczkiem, zjedliśmy lody i...

wróciliśmy do Poznania.
A tam spotkaliśmy się na chwilkę z Monisją, z którą obrobiłyśmy tyłek Kroolevnie:)
KROOLEVNA?! Słyszysz?
No!
Monisja trochę opowiedziała o swojej tajemniczej pracy i powiedziała, że wciąż czeka aż ktoś ją odkryje.
Więc ja proszę tego KTOSIA: Odkryj już tę kobietę, bo ona pokój zabrała bratu i dzieciak musi z mamą mieszkać.

A wieczorkiem...
wieczorkiem poszliśmy do kina na Piratów z Karaibów i jak słowo dajęe - na czwartą część nie wyciągniecie mnie nawet zaprzęgiem bawołów.
Trzy godziny totalnej nudy. Non stop się leją, nie wiadomo o co, śliczna Keira Knightley tylko zaciska usteczka i swój wysunięty zgryz, a nawet rewelacyjny Johnny Deep robi się nudny, bo ile można znosić te same chwyty. Generalnie tragedia. O!

A dziś jest sobota i nigdzie nie idziemy i będziem się obijać.
Tak!

środa, 06 czerwca 2007

Jak świętować, to świętować!

A zatem, kto ma ochotę, zapraszam na piknik.

Jutro, czyli w czwartek, o godzinie 17.00 na Cytadeli pod dzwonem.

Proszę wziąć jedzonko, picie (z procentami lub bez) oraz kocyk!

ZAPRASZAM!

Moje życie ostatnimi czasy to tygodniowa forma przetrwalnikowa i weekendowe cieszenie się życiem. I to nawet nie z powodu, że tęsknię za moim lubym, ale dlatego, że w tygodniu wracam z pracy i siadam od pracy, wyłączam komputer w robocie i włączam w domu. Totalna beznadzieja. W efekcie moja "Marcinka" prezentuje obraz nędzy i rozpaczy. Przestałam ścielić łóżko, na ziemi walają się ciuchy, kosmetyki, gazety, nie mam czasu zmyć naczyć, które piętrzą się z zlewie i generalnie RUINA.

Chociaż muszę przyznać, że kiedy za każdym razem sprzątam przed weekendem to wreszcie widać efekt:))

W każdym razie - zamierzam się tak  katować jedynie do końca czerwca, a potem funduję sobie porządne wakacje - jedną pracę i boskie lenistwo codziennie po 16.00, a co?!
Dla niektórych to kurna chleb powszedni.

Acha, a dzisiaj perełka, wiecie, że ten budynek znajduje się nieopodal mojego domu i jest w samym sercu Poznania??? Dobre, co?



poniedziałek, 04 czerwca 2007

Wróciłam. Padam na ryjek zupełnie!
Za mną naprawdę pyszny weekendzik.
- bardzo udane wyjście na sobotnie piwko do pawilonów z moją kuzynką i jej facetem i świetne rozmowy z Emilą o gender-sensitive i gender-blindness.

- bardzo miluche chwile z A., kiedy popijaliśmy sobie piwko, obżeraliśmy się smakołykami i graliśmy w Jengę, a potem pieściliśmy się do upadłego;

- przyjemne, aczkolwiek rujnujące mnie zakupy w Złotych Tarasach. Kupiłam sobie w Zarze dość oryginalną skukienkę na lipcowe wesela. Sukienka jest w kształcie bombki i wygladam w niej jak czarna beza:) Kosztowała mnie jedyne 200 złotych, ale potem jeszcze musiałam dokupić do niej staniczek - za prawie tyle samo, a potem to już było mi wszystko jedno, więc jeszcze skoczyłam do H&M i na Empik nie zostało ani grosza pannie intelektualistce  ogarniętej konsumpcyjnym szaleństwem;

- no i perełka weekendu, aż wstyd, że tak późno.
Monodram Krystyny Jandy w Teatrze Polonia "Oko, ucho, nóż"! R E W E L A C J A. Należę do osób, którym rzadko kiedy brakuje słów, a tym razem naprawdę nie mam słów, aby to opisać. Dwie godziny publika wmurowana w fotele. A genialna Janda robi z nami, co chce, w sekundy doprowadza do histerycznego śmiechu, aby kilka minut później zafundować taki kaliber powagi, że siedzimy w kompletnej ciszy. Nawet nikt nie kaszlnie. Mistrzowska interpretacja świetnego tekstu. A Janda okazuje się taką profesjonalistką o wielkim wachlarzu możliwości, że ... co tu gadać! Owacja na stojąco! Bez dwóch zdań.

Kurcze, a miało być krótko - spadam spać, w końcu tydzień czas zacząć!

piątek, 01 czerwca 2007

Spadam do stolicy - wrócę w poniedziałek,

adieu Robaczki!

Byłam na spotkaniu z Michnikiem. Nie będę się powtarzać - uwielbiam tego faceta.
Jeśli komuś to nie pasuje, niech najpierw pójdzie na spotkanie z nim na żywo , a jeśli nadal się nie przekona, proponuję pojedynek na gołe klaty.

ZE SPOTKANIA
W pewnym momencie wstaje jakaś pani i pyta Michnika:

- Na poznańskim uniwersytecie aż 90% naukowców złożyło oświadczenia lustracyjne przed orzeczeniem Trybunału. Co Pan sądzi o ich postawie?
- A co mam sądzić - odpowiada uśmiechnięty Michnik - mnie to w ogóle nie dziwi, jesteśmy w Poznaniu, a tu Ordnung must sein. Kazano, to złożyli. Nie znacie Państwo tego dowcipu?

Rozmawia warszawiak z poznaniakiem w czasie wojny. Warszawiak mówi:
- u nas w Warszawie działamy w podziemiu, jest AK, szare szeregi konspiracja, a wy w Poznaniu, co robicie?
- my w Poznaniu nic - odpowiada poznaniak - bo u nas to zabronione.

Ale to była tylko anegdota wprowadzająca, potem Michnik powiedział bardzo dużo rzeczy mądrych i pięknych i gdyby chcieć wyciągnąć z nich esencję brzmiałyby tak:

Heroizmu masz prawo oczekiwać tylko od siebie
i od siebie zaczynaj zmieniać świat.

Niby takie banalne, a jakże trudne!