..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 30 czerwca 2006

A to poemat urodzinowy od moich jajcarskich babeczek z pracy. Okraszony  fotkami jak ta poniżej.

 Frakalupa fajna dupa
Wciąż przez chłopców oblegana
Bez rozstępów jędrna pupa
Wszystkich rzuca na kolana!!!

 Seks uprawia bardzo chętnie
W tataraku, na jeziorze,
Rusza zawsze się ponętnie
Rucha się gdzie tylko może.

 Cycki dziarsko ma sterczące,
Cipka mokra w gotowości,
Myśli w głowie wciąż płonące,
Aby posiąść wielu gości.

 Więc życzymy Ci zespołem,
Niech Ci piczka mokrą będzie
Byś z poślizgiem, nie z mozołem
Rżnęła się zawsze i wszędzie!

Dziś w lipcowym Zwierciadle przeczytałam, że kobieta musi stać się na tyle dojrzała, aby sama móc w sobie utulić małą dziewczynkę, tylko wówczas będzie dla mężczyzny partnerem, a nie słabym stworzonkiem uczepionym jego ramienia. 

I ja moją dziewczynkę tulę, dopieszczam, ale nie potrafię jej usamodzielnić, nie potrafię nauczyć jej chodzić o własnych siłach. Kupuję jej książki, zabieram na filmy i koncerty, opowiadam jej bajki, ale zupełnie nie pracuję nad ukształtowaniem jej charakteru, nad poukładaniem priorytetów, nad świadomym jej byciem w świecie.

Ale spróbuję. I może mi się to kiedyś uda. Bo przecież zawsze można coś w sobie zmienić, prawda?

Nawet w moim starczym wieku:)

Dziś kończę 26 lat.
Moi chłopcy z pracy, kiedy się dowiedzieli o urodzinach, w popłochu pobiegli do automatu (zwanym "rozkoszomatem") po słodkie prezenty. Są uroczy. Szczególnie, że kilka minut później wrócili również w popłochu, prosząc, żebym tam przyszła, bo "coś się zepsuło":)))
 
czwartek, 29 czerwca 2006

Nie było ósmej, zdążyłam siąść do komputera, żeby jeszcze przed rozpoczęciem pracy skrobnąć jakiś zapisek i oczywiście rozlałam kawę. Wszystkie papiery są mokre, utytłane, a moje biurko teraz już naprawdę wygląda tragicznie...ale nie o tym chciałam.
***
Wczoraj podpisałam akt notarialny i stałam się szczęśliwą posiadaczką 18 metrowej kawalerki w samym sercu Poznania. Aby to uczcić umówiłam się na obiad z Wojtkiem, w ogródku świetnej kawiarenki "Bordo" na ul. Żydowskiej  i było bardzo sympatycznie, potem na chwilę dołączyła do nas jeszcze Gra-Kasia - gadaliśmy i gadaliśmy i do 17.30 we dwoje z Wojtusiem (Gra-Kasia jako młoda matka nie pije) obaliliśmy dwie butelki wina. Wojtek namawiał mnie na kontynuację u niego, ale ja już biegłam na spotkanie z N., którego nie widziałam wieki.
On natomiast wpadł jak po ogień, powiedział, że chce mnie tylko pocałować, zadał trzy krótkie pytania i rozmył się tak prędko, jak się pojawił. Grzeczny piesek z zaciśniętą na szyi pętlą miłości. Nie wiem, po co się w ogóle fatygował.

Żeby tego było mało przyjechał po mnie Frr i gdy wracaliśmy już do domu, zauważyłam jadącego przed nami T., którego od momentu naszego rozstania ani razu przypadkiem nie spotkałam. Niespełna rozumu poprosiłam Frr, aby go dogonił, bo miałam ochotę. No właśnie. Nie wiem, na co miałam ochotę. 

Z  każdą minutą coraz bardziej bolała mnie głowa, a jeszcze na domiar złego zadzwoniła mama z jakimiś pretensjami, potem ojciec dołożył swoje i już byłam tak wykończona, że całe kilkudniowe napięcie związane z mieszkaniem, pracą i  atakami cholernego bólu w klatce piersiowej wyładowałam na Frr.

Były łzy, zamykanie drzwi,  próba porozumienia, były pocałunki, podniesiony ton i czułość i zimno i ciepło i gorąco i męcząco. Jak w każdej kłótni, gdy są emocje, temperatura i jeszcze się chce.

Wtedy uświadomiłam sobie, że tak pieprzę na łamach tego dziennika o niezależności, że niby jestem taka wyzwolona i nowoczesna, ale to wszystko to głodne kawałki, na które nabieram samą siebie.
Rzeczywistość bowiem jest drastycznie inna. Od 16 roku życia jestem nieustannie uczepiona jakiegoś męskiego ramienia. Nie potrafię funkcjonować bez mężczyzn, nie potrafię skupić się tylko na sobie - jestem słaba, beznadziejna i żałosna.
A do tego piję coraz więcej i coraz bardziej bez sensu.

I gdybym miała wystarczająco sił - odstawiłabym na bok wszystkich samców i wreszcie zaczęła poruszać się po świecie o własnych siłach. Ale nie mam. I co najgorsze chyba nie chcę mieć.
Póki co zdobędę się na co innego - dwa tygodnie abstynencji.  
Bo ja naprawdę chcę być lepsza.
I twarda.
Jak diament.

Z galerii Slepeckiego

środa, 28 czerwca 2006
Tak sobie pomyślałam, że z miłością to jest tak:

najpierw jest Zakochanie,
a potem...Decyzja Na Miłość.

Bo na miłość trzeba się zdecydować, trzeba się na nią zdobyć, trzeba sobie powiedzieć:

będę go kochać, chcę go kochać, świadoma jego tysiąca wad i dwóch tysięcy zalet, wybieram jego i tylko jego. I wiem, że przyjdzie dzień, że nie będę mogła na niego patrzeć, dzień, w którym nasz seks przestanie budzić emocje, że przyjdzie czas trudny i trudniejszy, ale jako dorosła i świadoma osoba chcę kochać jego i tylko jego. 

Decydując się Na Miłość, trzeba kontrolować fantazje, ucinać w zalążku marzenia, trzeba być twardym i nie poddawać się ulotnym pokusom.

I kiedy wszystkie zmysły i cała uwaga ogniskuje się na nim, wówczas budzi się w nas coś na Kształt Miłości. 

I może dopiero trwając w Decyzji Na Miłość, pewnego dnia można dojść do ... Miłości.

Bo wszystko, co dzieje się w naszym sercu jest tak naprawdę sterowane naszymi wyobrażeniami, snami, fantazjami i tym, na co sobie sami pozwalamy.
I według mnie nic nie dzieje się wbrew nam.
Nie ma zauroczeń przypadkowych, silniejszych od czegokolwiek.
To my decydujemy, czy kolejnej miłości otworzymy drzwi, czy raczej odprawimy ją z kwitkiem.

I ja to wszystko wiem. I co z tego?
Skoro w moim sercu otwarte drzwi i okna i nie mam tyle siły, aby pozamykać wszystko i podjąć Decyzję... Na Miłość.

Z galerii Slepeckiego
wtorek, 27 czerwca 2006
Wczoraj w Poznaniu na dziedzińcu "Pod pretekstem" wystąpił duet Andrzeja Poniedzielskiego i Magdy Umer ze spektaklem muzycznym "Chlip hop". Siedziałam w jednym z pierwszych rzędów, wokół mnie zaklęta muzyką i słowem publiczność, nade mną  skrawek granatowego nieba nakropionego drobnymi gwiazdami, a we mnie?

Lekkość i upojenie.

Uśmiech nie schodził mi z ust i po raz kolejny obiecałam sobie, że nie opuszczę żadnego takiego koncertu.
Ci ludzie, te słowa, ta muzyka i ten nastrój są najlepszym lekarstwem na naszą groteskową codzienność, na banalne kłopoty, jałowe kłótnie i absurdalne nerwy. To dwie godziny totalnej magii, rozderganych wewnętrznych nut, to poetycko-muzyczne katharsis, które sprawia, że wracasz z koncertu i nic nie jest ważne.
Albo inaczej: wreszcie ważne jest to, co ważne naprawdę.
***
No i oczywiście te rewelacyjne gry słów Poniedzielskiego!

"opowieści o pisaniu do szuflady to mitologia rozpuszczana  przez lobby stolarzy"

"mężczyzna szukając kobiety swojego życia, czasem trafia na kobietę cudzego życia"

"kobiety nie zmienisz, ale możesz zmienić kobietę, choć..to niczego nie zmienia"

"Swój stan nazywam stanem stabilnej młodości, może się przyjąć, bo w skrócie to SMS. W stosunku do świata objawia się on brakiem wzajemnego zainteresowania"

"Środki musowego przekazu - jest oglądalność, słuchalność, ale brak poczytalności."
Plaża jest miejscem wyjątkowo rozbudzającym zmysły. I już nawet nie chodzi o półnagie panienki, które przemykają, kusząc swoimi ciałkami (bo prawdę mówiąc oszałamiająca większość znacznie lepiej wygląda w ubraniu niż bez), lecz raczej o cały kontekst bycia nad morzem.
Kiedy jeździliśmy z T. co roku nad morze na kilka dni,  nasze życie seksualne ożywało tak drastycznie, że kochaliśmy się wszędzie i co chwila - w wodzie, na plaży, w lesie, w samochodzie, w namiocie i gdzie się tylko dało. Po roku bycia razem, po dwóch i prawie trzech.
Bo bycie na plaży to leżenie, czyli pozycja niezwykle kojarząca się z intymnością,
Bycie na plaży to słońce - czyli coś, co niezwykle wyostrza zmysły i podgrzewa temperament
Bycie na plaży to nagość i bliskość...

I właśnie. Okazało się, że nieopodal Kołobrzegu bawią się moi znajomi. Przyjechał W.
Bliska mi osoba, ale mimo wszystko spotkanie na plaży to zupełnie co innego niż knajpa czy nawet własny dom. Położył się obok. Dziiiwnie. Ciało koło ciała. Strzepywał mi piasek z ramion, niby mimochodem, przypadkowo odgarniał włosy z czoła, potem skakaliśmy w morzu i wszystko było takie niewinne, a jednocześnie cholernie podszyte erotyką. I ten nieustanny przypadkowy dotyk, lekkie muśnięcie, nieznaczące nic, a mówiące tak wiele.
Nawet teraz, kiedy to piszę, czuję ciepło od brzuchem.
A przecież nic się nie wydarzyło.
I właśnie to, że się nie wydarzyło najbardziej podsyca wyobraźnię i smakuje najlepiej.
***
A propos zmysłów jeszcze...
Pociąg.
Przedział.
Kobieta i mężczyzna.
Nie znają się.
Jest upał.
Siedzą na przeciwko siebie. Jej nogi rozchylone lekko i wciśnięte pomiędzy Jego - po męsku rozłożone na 120 stopni. Czytają.
Są sami, więc gdy odrywają się od lektury, ślizgają się wzrokiem po sobie. Co myślą?
Ona zasypia wściśnięta w kąt przy oknie, on przy wyjściu, po linii przekątnej też zamyka oczy.
Potem Ona rozkłada się na czterech siedzeniach. Zdejmuje buty. Zasypia.
Gdy Ona się budzi, On śpi tak samo, na przeciwko. 
Leżą twarzami do siebie. Dzieli ich niespełna pół metra.
Jest gorąco. Ich ciała lśnią od potu, wnętrza ich dłoni tęsknią za dotykiem.
Wszystko rozgrywa się w milczeniu z wyjątkiem wymownej mowy ciała.

O czym śnią nieznajomi podróżni w takich chwilach?

Postanowiliśmy z mamą i Krzyśkiem pojechać do Kołobrzegu. Raz - zadbać o grób Babci Basi, dwa - odpocząć trochę nad morzem. Umówiliśmy się w Białogardzie i dalej mieliśmy już razem jechać na miejsce. Ale, żeby od razu nie było za słodko - pomyliliśmy pociągi i pojechaliśmy w odwrotną stronę. Zamiast być nad morzem w południe, byliśmy pod wieczór. Oczywiście winnego nie było, bo jak jest trójka, to każdy myśli, że kto inny pomyśli.

Morze cudne, choć spokojne, piasek miękki, a wokół niesamowity spokój - mimo turystów, mimo rozmaitych dźwięków, kolorów i chaosu.
"Na domu nie zaważy" to hasło tego wyjazdu, tekst, który padał przy każdej kolejnej roztrwonionej stówie.
Obawiam się, że z takim podejściem w naszym nowym rodzinnym domu dachu nie będzie. Ale co tam! Nie zaważy:))

Było dużo śmiechu, były też niesnaski i stwiedziłam, że z taką rodzinką częściej niż raz w miesiącu nie powinnam się widywać. Krzychu non stop narzekał, że plaża jest najbardziej jałową rozrywką dla biernych mas bez fantazji, ja się wściekałam, że nie pozwalają mi się nasycić morzem, a marzę o nocnym spacerze po plaży, Mama zaś próbowała wypracować jakiś kompromis, a w efekcie obrywała z dwóch stron za brak zdecydowanej postawy.

Bywało też wesoło, szczególnie, gdy w pierwszą noc obaliliśmy gorzką żołądkową w rodzinnym gronie i już tradycyjnie zaczęliśmy grać w kalambury. Potem wszystkim rozwiązały się języki i zostałam zmuszona do wyjaśnień w związku z jakimś moim rozebranym zdjęciem, które znalzł mój tatulek w trakcie przeprowadzki. Mama zasypała nas opowieściami "z krypty" o swoim dzieciństwie w Kołobrzegu, potem było jeszcze coś o naszym dzieciństwie i o tym, że jako mała dziewczynka zaczepiałam wszystkich w autobusie i na ulicy i tak mi już zostało.

Drugiej nocy zupełnie niespodziewanie poznałam swojego wuja i ciotkę, których mama ukrywała przed nami 26 lat mojego życia i 23 lata życia Krzyśka. Wujostwo okazało się świetne, na poziomie, a przy tym nieprzeintelektualizowane jak rodzinka z ojca strony i do tej pory nie mogę mamie wybaczyć, że tak wiele lat straciliśmy bez nich.

W międzyczasie okazało się również, że w pobliżu Kołobrzegu są moi znajomi, ale o tym później, przy okazji rozważań na temat plażowej zmysłowości.

Wróciłam z uroczego weekendu - chciałabym tyle napisać, ale tę przyjemność muszę odłożyć na koniec pracy, bo trzeba nadrobić zaległości.
Powroty, nawet z tak krótkich urlopów bywają koszmarne.

piątek, 23 czerwca 2006
Szłam dziś rano do pracy z ogromnym słonecznikiem, który całkiem fajnie się komponował z moją czernią i kiedy przechodziłam przez jezdnię, gdzie nie ma przejścia dla pieszych, pomyślałam, że ładnie bym wyglądała, ginąc pod kołami jakiegoś samochodu.
To nie była myśl samobójcza bynajmniej, ale taki czysto estetyczny obraz - ja w długiej czarnej spódnicy, czerwone buty i gdzieś w pobliżu porzucony słonecznik.

A potem uwolniłam moją fantazję i zaczęłam sobie wyobrażać, co by było dalej.

Na przykład, kto by przyszedł na mój pogrzeb.
I czy wyszłyby na jaw moje wszystkie sekrety i jakie by z tego powstało zamieszanie.
I czy rodzice przeczytaliby moje dzienniki skrzętnie schowane i zaklejone w kartonie.
I czy ktoś z bliskich zrobiłby mi pośmiertny prezent i wydałby moją powieść.
I na przykład, ilu ludzi po mojej śmierci całkowicie zmieniłoby o mnie swoje zdanie.

Oj działoby się trochę, działo i w sumie mogłby być całkiem zabawnie. 

No i umarłabym jako młoda, piękna i rokująca na przyszłość i może ktoś by powiedział:
"ech, gdyby nie umarła, mogłaby tyle dokonać"


Ale póki co żyję..
i próbuję czegoś dokonać i niech tak zostanie aż do śmierci:)

Za 30 minut weekend!
Radziu: Nie mógłbym żyć tak jak Magda, wiesz, że ona spała dziś trzy godziny.
Ja:
To, co mówi Magda, podziel przez dziesięć, wtedy dojdziesz do prawdy.
Radziu: Trzy godziny to 180 minut, podzielić przez 10, wychodzi, że spała tylko osiemnascie minut!
ja: ale mam fajnie jutro jadę nad morze
anka:
no tak, ale z mamą
monia: a
ja jadę na spływ
ja:
z kim?
monia: z mężem...to prawie jak z mamą

No to dały wczoraj dziewczynki czadu.
Jak zawsze grzecznie i kulturalnie: ja, Walerka i pani Bogusia poszłyśmy sobie na małe piwko do kawiarnianego ogródka. Z jednego małego zrobiły się dwa duże, a z dwóch trzy, a potem czwarte, bo to już mała różnica.

Oczywiście powrócił temat zakładania agencji artystycznej i jak zawsze pani Bogusia z uporem idealistycznej maniaczki powtarzała nam, że teraz już naprawdę bierzemy się za to. Bo przecież najważniejszą rzecz już zrobiłyśmy. Jest nazwa! A przecież to najtrudniejsze!

Potem zeszło na związki małżeńskie i pozamałżeńskie i również po raz kolejny usłyszałam, że Frr to nie jest facet dla mnie, bo mnie trzeba krótko za buźkę trzymać i tzw. "zamordyzm" jest jedynym sposobem, abym nie zawinęła ogona i sobie nie poszła. 

- Nie jestem przekonana, czy to dobry sposób - mówię do p. Bogusi - T. mnie trzymał i mu zwiałam.
- Bo on cię źle trzymał kochanie
- wyjaśnia p. Bogusia - nie wystarczy chwycić, trzeba to zrobić umiejętnie.

Potem było o świetnych ludziach, którzy stąpają po tej samej ziemi i jak to określa pani B. "coś im w duszy gra" i że tak naprawdę nic nie jest ważniejsze od relacji z najbliższymi.
Otoczyć się ciekawymi ludźmi to uczynić swoje życie ciekawszym.
Ich blask tworzy naszą osobistą aurę. Odbijamy światło, które nam przekazują, promieniejmy nim i podajemy dalej.
Było też o seksie i o tym, że nawet najbardziej ognisty ogier, gdy jest już udomowiony, nagle okazuje się rutynowym gościem "od czasu do czasu", było też o moim mieszkaniu, było o dzieciach, było o pracy, którą warto połączyć z pasją.

I finał był taki, że po zmroku rozeszłyśmy się w trzy strony świata i każda zataczając koła i spirale, jakoś wężykiem dotarła do domu...

Dziś rano dostałam esemesa od Walerki, że ledwo żyje, położyła się spać w sukience, a jej mąż wściekły przestał się odzywać.

Mój Frr zaś spojrzał dziś rano na mnie pobłażaniem i powiedział:

- w sumie skoro Szymon się wkurzył, to ja też powinienem. Mężczyźni muszą się trzymać razem. Nawet byłem trochę zły na Ciebie, ale kiedy patrzyłem jak zasypiasz taka bezwładna, a potem chrapiesz tak, że cały dom się trzęsie, to jakoś zaraz mi przeszło.

Poranek w pracy.
Gadamy o naszym szefie.
Ja: Nie dziwię się, że gościu zestresowany. Mieliśmy mieć w tym półroczu 6 nowych produktów, a mamy dwa.
Radek:No ma nacisk z góry.
Ja: Nie chciałabym być w jego skórze.
Radek: A ja bym chciał być w jego koncie.
czwartek, 22 czerwca 2006

Trochę jestem senna, trochę mnie pobolewa, trochę tęsknię z moim Frr, trochę mi się chce, a trochę mi się nie chce.
Ale generalnie dobrze mi.
Poddaje się prądowi życia, zdaje się na los, bo jak mówi Mama ktoś tam u góry prowadzi nas za niewidzialne nitki i będzie, co ma być.


Fajna perspektywa - zrzucić odpowiedzialność za życie i po prostu żyć.

Miałabym ochotę zamknąć oczy i zwyczajnie iść przed siebie, ale zamykanie oczu jest tylko dla tych,  których cudza ręka poprowadzi przez życie.
A ja tej ręki nie mam i dlatego muszę mieć oczy szeroko otwarte.

Tak czy inaczej - jutro zaczynam krótkie wakacje, jadę nad morze z Mamulką i Krzychem i zamierzam całkowicie zapomieć  o wszystkim, co tu zostawiam.
Chcę się napawać wolnością, tarzać w miękkim piasku, kąpać w morzu i w nieskończoność patrzeć na rozkołysane morskie pejzaże.

O!

Acha, byłabym zapomniała:
DOSTAŁAM KREDYT! JUHUUUUUUUU!

środa, 21 czerwca 2006

autor:Paweł Stefaniak

Przeszła mi senność i znów mam żywy motylkowy nastrój..
Kiedy spojrzę wstecz, widzę, że najgorsze są po-poranki - wtedy boli autentycznie, potem, boli tylko wtedy, kiedy obrazy zerwą się z uwięzi. Przestaje boleć całkowicie, gdy wsysa mnie świat. A o to na szczęście nietrudno.
Najważniejsze, aby przetrwać po-poranek i uświadomić sobie, że życie do jasnej cholery jest prezentem, a nie bagażem. I niezależnie, co się wydarzy i tak stąd zejdziemy, więc zamiast się udręczać, trzeba wreszcie wycisnąć z tego życia, ile się da.

A czasem jak na siebie patrzę, odnoszę wrażenie, że ja może lubię się tak udręczać - naciąć skórę, zdrapywać strupy, zadawać sobie ciosy i rany?
Potem jest heroiczna walka o przetrwanie, gojenie się udręczonych kawałków duszy i znów euforyczne smakowanie życia.

Taki huśtawkowy cykl - zupełnie w moim stylu.

Najlepiej rzec, że hormony i cześć. W ogóle najlepiej zwalić na chemię i powiedzieć sobie:

"eee to nie magia, to zwyczajna iluzja".

Ale ja tak nie chcę.
Bo takie ujednolicenie, sprowadzenie do nauki, statystyki, średniej krajowej zabija we mnie poczucie, że dzieje się coś wyjątkowego. Więc póki w tym trwam, póki mnie to spala, nie mam zamiaru znajdować prozaicznych teorii wyjaśniających "dlaczego?"
Jest. Zdarzyło się. Trwa. Nie potrafię tego traktować jako przeżycia masowego mieszczącego się w standardowych ramach. Nawet jeżeli tak jest.

Z drugiej strony czuję, że moja natura domaga się klarowności. Albo w tył, albo w przód - byle było czysto. Przodu nie ma. Zostaje więc tył. Na to z kolei ja nie mam siły, więc ograniczam się do tego, że czekam, aż wreszcie ktoś trzeci podetnie gardło tej relacji.

Z trzeciej strony wywraca mi się żołądek, kiedy myślę, że nadejdzie moment, kiedy po prostu coś się skończy i nie będzie to bynajmniej naturalna meta, ale coś wymuszonego przez okoliczności zewnętrzne.

Ale tak naprawdę, to cholernie chce mi się spać i najchętniej zakopałabym się w chłodnej pościeli, przyłożyłabym głowę do poduszki i rozkosznie zasnęła na jakiś czas.

Reszta póki co schodzi na drugi plan.

wtorek, 20 czerwca 2006

Tym razem już Jozi  nie musiała mnie molestować.
Fotka tak rewelacyjna, że nie mogłam jej  ukryć przed światem.
Jeszcze trochę, a dziennik zmieni się z "pr0myczkowa" na "jozankowo"
- permanentną reklamę uroków Jozanki.
  

Właściwie nie wiem, o czym chciałabym napisać najpierw:

- czy o tym, że jeszcze gdy byłam w domu niesamowicie wzruszyło mnie, kiedy mój kot pierwszy raz od jego dzieciństwa położył mi się na głowie i wtedy strasznie za nim zatęskniłam i obiecałam sobie, że już żadnego innego zwierza nie oddam nigdy nikomu.

- czy o tym, że wczoraj z A. spotkałyśmy się na typowo babskich pogaduchach, gdzie jedną trzecią spotkania zajęła nam dyskusja o kutasach, drugą trzecią rozmowa o pisaniu piosenek, a trzecią trzecią gadanie o Poniedzielskim należącym do tego typu facetów, przed którym nie sposób trzymać kolan razem:)

- a może o tym, że dowiedziałam się, że Janusz Strobel - kompozytor i wybitny wirtuoz  gitary klasycznej mieszka w Warszawce w 17 metrowej (sic!) kawalerce, a zatem moi Państwo, kapelusze z głów! Mogę  okazać się prekursorką nowego trendu wśród artystycznej bohemy (hi, hi) i  jeszcze będziecie się w kolejce ustawiać do mojego mieszkania.

Niech żyją gniazdka, dziuple i klitki, wiwat garsoniery, poddasza i klaustrofobiczne przestrzenie!

- przydałoby się jeszcze napisać o tym, że po ostatniej wizycie w domu, jak również podczas rozmowy z Frr, kiedy wracaliśmy do Poznania znów dowiedziałam się, że: jestem zapatrzona w siebie, uważam się na najfajniejszą osobę pod słońcem, jestem arogancka i mam przesadnie dobre samopoczucie.
Jeśli do owej rodzinnej krytyki dołączę głosy tych, którzy czytają ów dziennik i  są zdania, że nie emanuje z niego nic poza samouwielbieniem, to ja chyba dziękuję za taki wizerunek, choć oczywiście sama sobie winnnam.

A zatem spieszę ze sprostowaniem:
Owszem lubię siebie i bywam dla własnej osoby dość pobłażliwa, ale to nie znaczy, że ludzi, którzy mnie otaczają uważam za gorszych! Wręcz przeciwnie! Myślę, że właśnie to, jaka jestem, zawdzięczam wszystkim cudnym istotom, które mnie otaczają, które sycą moje życie rozmaitymi pierwiastkami, które mi imponują i pokazują nowe ścieżki.

No i przy całej sympatii dla siebie samej, naprawdę mam tę szczyptę samokrytycyzmu i potrafię spojrzeć na siebie cudzym okiem:

że jestem niedyskretna papla,
że histeryczka,
że obgryzam paznokcie
że brak mi konsekencji i dyspliny w działaniu
że bywam niewierna książkom i mężczyznom
że mój kręgosłup i silna wola bardziej są z gumy niż ze stali
że nie próbuję specjalizować się chociażby w jednej dziedzinie
że, że, że
jak mi się w ciągu dnia przypomni, dopiszę.

Podpisano
Wasza Narcyza:) 

niedziela, 18 czerwca 2006
Niedzielka - dwunasta.
Chyba dobrze, że już wracam do Poznania, bo jeszcze jedna zarwana noc i mój organizm odmówiłby mi posłuszeństwa.

Dobrze mi tutaj. Dobrze mi w moim kameralnym Olsztynie, który na czas lata staje się urokliwym turystycznym miastem kipiącym splotami obcych języków. Dobrze mi tutaj z moją rodzinką - zwariowaną do bólu i do bólu kochaną. Dobrze mi tutaj ze znajomymi ryjkami wśród licealnych wspomień, zastygłych w pamięci miejsc, właśnie tu w Olsztynie, gdzie czas się zupełnie zatrzymał, a ja czuję się tutaj jakbym wchodziła do swojego dziecinnego pokoju, gdzie wciąż leżą te same zabawki.

"Kocham Olsztyn - moja małą Amerykę" - śpiewa Czerwony Tulipan.
I ja Olsztyn też kocham.
I wcale nie mam ochoty go dzisiaj opuszczać.



autor: Foquet
www.onephoto.pl
sobota, 17 czerwca 2006
Sobota dziewiąta rano.

Miało być jedno piwko, spokojnie, bo przed nami jeszcze dziś wieczór, ale zasiedziałyśmy się do godziny, kiedy niebo powoli jaśnieje, przygotowując się do nadchodzącego świtu.

Dianę ostatnio widziałam ponad rok temu, ale już po kilku minutach miałam wrażenie jakbyśmy się rozstały nie dalej niż wczoraj.

A zatem gaworzyłyśmy sobie, siedząc pod parasolami w parku i nie wiadomo kiedy, czas uciekł nam i skurczył się do kilku chwil.

Przed momentem mama spytała mnie, co tam u dziewczynek i o czym gadałyśmy, a ja zastanowiłam sie chwilę i ... nie wiem...
Jak zawsze o wszystkim, jak zawsze o niczym, jak zawsze gadało nam sie świetnie i o to chyba chodzi, prawda?
Każda z nas zupełnie inna, każda z odrębnej planety, a jednak łączy nas znacznie więcej niż dzieli i nawet jeśli nie widzimy się rok czy dłużej, wiem, że będzie dobrze.

Dianka oczywiście nie omieszkała dać mi surowej reprymendy za kilka moich wybryków opisanych w blogu, nie powstrzymała sie również od tego, aby mi powiedzieć, że przez ten dziennik przebija samolubne "JA", ale no cóż, jak się chce mieć prawdziwych przyjaciół, trzeba być gotowym, aby przyjać na klatę ich prawdę.

Tak czy siak było super, a dziś wieczorem powtórka z rozrywki, lecz już bez Diany.

A póki co jadę do tatulka na działkę podsmażyć trochę ciałko.
Cmoczek!

piątek, 16 czerwca 2006
A teraz jestem już w Olsztynie - cały dzień biegałam z mamą po mieście, zaraz lecę na spotkano z Ramzesikiem, Zasinką i Dianą, a jutro pieprzę wszystko i zamierzam wylegiwać się cały dzień na słońcu.
Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Póki co, adieu
i przyjemności na wieczór!

Wczorajszy cały dzień spędziliśmy nad jeziorem Szeląg. Fruwaczek naszą rocznicę potraktował niemalże jak święto narodowe i nie przestawał powtarzać, że jestem najwspanialszą istotą na świecie, która nawet, kiedy zatruwa mu życie i jest krwio-psujem, wciąż pozostaje najwspanialsza.
Chyba lubię ten jego brak krytycyzmu dla mojej osoby:))))

Siedzieliśmy sobie nad jeziorkiem, piliśmy piwko, na grillu robiło się mięso, a las szumiał nam nad głowami, a słońce muskało nam twarze i było tak lekko i jak gdyby nigdy nic...


Jako jedyna kobieta w towarzystwie skazana byłam na mundialowe dyskusje: że Janas jest głupi, PZP trzeba zlikwidować, a Jeleń geniusz, a Boruc świetny, a dlaczego nie było wcześniej zmiany, a wiadomo, że Sobolewski gra na faul i czerwona kartka była do przewidzenia.
Spogladałam na nich ze swojej kobiecej perspektywy, słuchałam jednym uchem ich męskich wywodów i patrzyłam na mojego Fruwaczka.
Wtedy pomyślałam, że choć straszny z niego dzieciak, choć wkurza mnie straszliwie, choć momentami nie daje mi nic, czego potrzebuję od faceta, to straszliwie mnie rozczula i chyba go kocham.
To z kolei nie przeszkadza mi tęsknić za wszystkim, co odległe, wiecznie niedosycone i ciągle ulotne.
Dziwna jest ludzka konstrukcja i niepojęte są hieroglify moich uczuć.
A jednak zawsze są to uczucie prawdziwe.

Jestem już w Olsztynie i nie mogę się nacieszyć  urlopem..Tyle tutaj słońca i świeżości!
....reszta niebawem:)*
środa, 14 czerwca 2006

Za dwie godziny zaczynam długi weekend.
Za dwie godziny znikam z tego dziennika i zajrzę tu najwcześniej w piątek.

Jutro z samego rana wyjeżdżamy w stronę Olsztyna, zatrzymujemy się na jedną noc, gdzieś w lesie, nad jeziorkiem, bo właśnie jutro mija rok od mojego pierwszego spotkania z Frr...

A było tak:

Ramzesik zaciągnęła mnie na piwo ze swoimi znajomymi, z którymi nie do końca miałam wspólny temat, więc siedziałam sobie przy stole, lekko zdystansowana, paliłam papierosa i  tak dla zabawy co jakiś czas zerkałam na tego, który wydał mi się najciekawszy, a przy tym najbardziej niedostępny. Trochę dla sportu, żeby sprawdzić, czy się da złowić.

Nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.

Tego samego wieczoru, gdy już leżałyśmy z Ramsikiem w łóżkach, ona zapytała:
-
Poznałaś Fruwaka? Co o nim sądzisz..
- Hmm..fajny, ale nic więcej..
- Na pewno nic?
- Na pewno. Zresztą nawet mnie nie zauważył.

I dokładnie w tym momencie dostałam esemesa od Fruwaczka z zaproszeniem na następny wieczór.

Potem Duhu opowiadał, że gdy tylko rozeszliśmy się do domów, Fruwak wysłał mu na obie komórki całą serię esemesów z pytaniami: kto ja jestem, czy kogoś mam, no i jak mnie znaleźć.

Później było piwko, a potem spacer nad Maltą..i mój słodki Frr był jeszcze wtedy takim macho, który miał góry i piłkę, a kobieta, puch marny, stanowiła jedynie pewien dodatek. Niekonieczny.

O dalszych naszych dziejach traktuje poniższy poemacik, który napisałam kilka miesięcy później i który zrobił furorę w towarzystwie Frr.


„O pewnym Casanovie z Akademii Ekonomicznej i głupiej gąsce z Teatru"

Pewna mała dzieweczka
Pana  raz zapoznała
Jestem Pan Kosteczka
A Ty moja Mała?

Pewniak był z niego nie lada
męskie bajery zapodał
Mówił: fast-foodów nie jadam
Laski są głupie aż szkoda!

I tak było raz, drugi i trzeci
A panna wdzięcznie słuchała
Wiedziała, że na nią poleci
I jeszcze zmięknie bez mała

Ja jestem facet z pasjami
Modniś czarował niezłomnie
A z Wami kobietami
Wy przecież takie ułomne

Może przelecieć chciał tylko
Może był twardym maczo
Do łóżka jej wszedł na chwilkę
Nie wyszedł - Państwo wybaczą.

Został i wciąż jest przy niej
Choć laska - wiadomo - głupia!
Lecz już nie tak pewną ma minę
I już nie Don Juan -  a dupa!

 

Zaczynam trzeci raz i nie wiem jak to opisać, więc może najprościej. 

Są trzy warstwy:

pierwsza zupełnie naskórkowa( ale i najbardziej namacalna) -  to wszystko, co zamyka się w sferze przyjemnych doznań, w obszarze słów, śmiechu i pogodnego spędzania czasu we dwoje.

druga podskórna - to wszysto, co gra wewnątrz, to struny, które wybrzmiewają melodią odzwierciedlającą emocje, przeżycia i całe osobiste odczuwanie świata.

trzecia też podskórna, ale skoncentrowana na ratio - to perspektywa, dystans oraz chłodna i obiektywna ocena sytuacji. 

i co dalej?

Mój naskórek jest odżywiony i zdrowy,
Moje struny są rozstrojone i poszarpane
A moje chłodne ratio zblazowanym tonem powiada: "a nie mówiłem?"
i niefrasobliwie dodaje: "dasz sobie radę, bo nie masz innego wyjścia" klepiąc mnie po plecach, niby dla otuchy.

Wiem, że dam radę, kurwa, bo rzeczywiście nie mam innego wyjścia,
lecz wczoraj przyszedł taki moment, że jeszcze ułamek sekundy, a wszystko by we mnie pękło. Miałam taką ochotę poprostu się rozkleić, rozryczeć, rozsypać w proszek.

Dlaczego ja ciągle muszę być silna?

 Slepecki

 
1 , 2