..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 maja 2012

- Antek, czy Ty wiesz, że Cię kocham?
- Nie wiem.
- A co mam zrobić, żebyś wiedział.
- Kochaj mnie.

***

Byłam dziś w Warszawie, gdzie poznałam bardzo fajną dziewczynę. Gadałyśmy trochę o biznesie, dużo o kobietach w biznesie. Opowiedziała mi, że na studiach jedna z jej nauczycielek, położna, powiedziała zdanie, które ona zapamięta pewnie do końca życia.
"Poczucie winy jest nieodłącznym elementem macierzyństwa". Z chwilą, gdy kobieta rodzi dziecko, zaczyna balansować na równoważni: z jednej strony jej potrzeby, z drugiej potrzeby dzieci.
I ciągle trzeba wybierać - coś dla mnie, coś dla dziecka.
I ciągle jest to poczucie: a może dla dziecka za mało?

Z poczuciem winy jakoś sobie radzę, ale z tęsknotą nie za bardzo.
Jestem nieustannie stęskniona za Antkiem, głodna go i spragniona, choć jednocześnie, gdy wybija 21.00, marzę, aby już spał:)

W czerwcowym Zwierciadle świetny temat - "Dziecko to bogactwo".
Podpisuję się pod tym obiema rękoma, a od siebie dodam, że za bogactwo płaci się słoną cenę.
A mimo wszystko - większość o nim marzy:)

***

Foto by Betka.

środa, 30 maja 2012
- ja stawiam! - powiedziała Beta, gdy napomknęłam o moim bankructwie. - Ale masz mi poświęcić więcej niż jedno zdanie na blogu, bo od wielu lat otwieram codziennie trzy strony: fejsa, pocztę i na deser Twojego bloga.

Więc poświęcam:

Betki nie widziałam dobry rok. Biegnąc na spotkanie, byłam ciekawa, jakim przywita mnie tekstem.
- A Ty co? Masz jedne buty? - zapytała, spoglądając na moje czerwone ciżemki, z którymi się nie rozstaję.
No tego nie przewidziałam.
- Cześć Muzo Złotopolska! - powitała mnie wreszcie, gdy już padła rytualna złośliwość, a my mogłyśmy paść sobie w objęcia.

Podreptałyśmy do Młynka, gdzie nastąpił kolejny rytuał: ja przyniosłam Becie polskie książki, a ona - jak na dobrą ciocię z zagranicy przystało - upominek. Ale jaki! Mini książeczka,którą można zmieścić w garści, w której zebrane są porady z 1913 roku "DON'T for WIVES".
 

Przegadałyśmy prawie dwie godziny, żonglując swobodnie tematami: od naszych facetów po tyłki bliższych i dalszych znajomych. Jak zawsze był czas i na chichoty, i na poważniejsze gadanie, choć trochę za mało i za krótko. Ale jeśli to tylko przystawka przed głównym daniem, to akurat.


Sałaty w Młynku - niebo w gębie:)

poniedziałek, 28 maja 2012
Oto fota z boską Fridą, czyli panną B., z którą od jakiegoś czasu siedzę przy jednym biurku. Na potrzeby fotografii próbujemy zachować śmiertelną powagę.



A jego imię czterdzieści i cztery.
Z tejże okazji wylądowałam w sobotę na imprezie pod tytułem "Artyści i świry" - gdzie zjawiło się szalone grono osób mi znajomych i tłum wariatów, których znam jedynie ze słyszenia. Impreza pyszna, bo pysznie wylądować na obcej planecie, gdzie można się przyglądać, podsłuchiwać, prowadzić badania terenowe, zwiedzać nowe lądy, a przy okazji zjeść i wypluć największe świństwo świata (szwedzki kiszony śledź), schrupać potem ze smakiem kurze łapki, a w międzyczasie delektować podniebienie boską wołowiną jubilata i nalewkami jednego z Gości. Mniam!

A to niedzielna majówka lotnicza, na której został mi kapelusz z wczoraj:))




- Antek, opowiedz mi bajkę!
- Dawo, dawo temu w domku chopiec mieśkal.
- O! jaka ładna! A co było dalej?
- Nić.
- No to opowiedz mi jeszcze raz bajkę.
- Dawo, dawo temu w domku chopiec mieśkal.
- I co dalej?
- Nić.
- To opowiedz mi jeszcze raz!
- Dość bajek!

niedziela, 27 maja 2012
Budzi mnie dzwonek telefonu. Zrywam się jak oparzona. O co chodzi? Gdzie jestem? Dlaczego w ubraniu i nie w swoim domu?
- A Ty do cholery gdzie się podziewasz? - pyta mnie Endrju.
A ja dukam:

- Jezu nie wiem, u Agi zasnęłam chyba, nie pamiętam, jak to się stało.
Zasnęłam jak stałam. Drugi raz w życiu zdarzyła mi się taka akcja.
W ubraniu, w kolczykach, dobrze, że buty mi same z nóg spadły, a może zdjęły mi je panny?


Przetarłam oczy. Było rano. Obok mnie przebudziła się Iwo, a dziewczyny powychylały głowy z sąsiednich pokoi.
Poranną herbatą zakończyłyśmy boską parapetówę Iki i kolejny fantastyczny sabat KGM-u. Bo wracamy do źródeł i spotkań w babskim gronie - one jednak dają nieporównanie więcej satysfakcji niż szlajanie się po mieście w poszukiwaniu wrażeń. Nie ma chyba nic bardziej ładującego niż kobiecy krąg śmiechu i zapomnienia, gadania o duperelach i o sprawach ważnych, zwyczajnego bycia ze sobą. Po raz kolejny mam wrażenie, że więź, która nas łączy, jest wyjątkowa. Bo czasem padają trudne słowa. A i tak jest super.

- Dziewczyny - odzywa się któraś znad porannej herbaty - ale gdyby mój mąż pytał, to powiedzcie, że ja naprawdę tutaj spałam, dobrze?



Kulinarne szaleństwo - kilka pysznych sałatek - Iki, Ani i Iwy, pizzeriny Marty, babka kochanka, koperty z jabłkami Iwy W. i ciasto z lodami by Monia




Dziewczęta biorą udział w sztafecie charytatywnej. Dziś, czyli w niedzielę 27 maja podbijają Warszawę.

ćwiczymy z Martą powstrzymywanie siku - skomplikowany patent Iwy


widok na Łynę - cudnie!










Jak na prawdziwego Kopciuszka przystało - po północy odpadałam. A wiedźmy położyły mnie spać, a same piły dalej:)




To nie koniec weekendowych wrażeń. W sobotę poszłam na imprezę "Artyści czy świry" - o niej w następnym odcinku:))

czwartek, 24 maja 2012
Weekend nadciąga z wielką mocą. Będzie się działo.
Ale ja póki co zbieram siły. Delektuję się wieczorem z dzieckiem śpiącym jak aniołek za ścianą - piję wino, poprawiłam piosenkę dla Piotrka, coś tam sobie dłubię. Mam kilka grubych tematów do poruszenia, ale jakoś nie mogę się zebrać, dlatego dziś tylko kilka krótkich zajawek:

MATKI MATKOM WILKIEM
Mam wrażenie, że w żadnej innej sferze życia nie jesteśmy tak bardzo krytyczne wobec siebie. Widzę to na własnym przykładzie  - mam ogromną tolerancję dla moich przyjaciółek w kwestiach religii, obyczajowości, nawyków, ale gdy widzę jak ktoś przesadnie chucha i dmucha na swoje dziecko albo przeciwnie - olewa je - od razu poddaję to ocenie. Dlatego też mam wrażenie, że cała presja pod tytułem "dobra matka" to nasze kobiece dzieło. Bo każda z nas swoje metody uważa za najlepsze. Kto jednak powiedział, że najlepszy musi być tylko jeden?

ŻONY SWOICH MĘŻÓW, czyli jak to zgrabnie określiła panna B. "przykleiło się gówno do okrętu i krzyczy: "płyniemy!""
Zastanawia mnie fenomen kobiet bogatych mężów. Szczególnie te, które nie dbają o swoją niezależność, nie zabezpieczają się na przyszłość, nie inwestują w siebie. Do pracy nie chodzą, bo im za bogato, aby pracować za dwa tysiące. Ja się za nie o nie boję. Może dlatego, że boję się o siebie, choć nie mam ani męża, ani bogatego.
A może właśnie dlatego?

A W OGÓLE W ŻYCIU..
można się z tych samych powodów cieszyć albo smucić.
Zależy od dnia. Czasem od dnia cyklu.




a jeszcze niedawno było tak:
http://kielkowanie.blox.pl/2010/04/Dziecko-w-zlewie.html



Nigdy wcześniej nie sądziłam, że coś takiego sprawi mi frajdę, ba! radość i  szczęście nawet.
A co?
Ano pierwsze siku do nocnika.

Macierzyństwo to jednak ciężka odmiana schizofrenii. Mówi się jednak, że wariaci widzą ciut więcej i więcej czują.

Groszek na przykład od trzech dni świruje totalnie - nie chce spać i buszuje do północy. My zaś niby się wściekamy, że odbiera nam  cenny wieczorny czas, ale tak naprawdę mamy ubaw po pachy.

A schemat co wieczór wygląda tak:
Antek idzie sam do łóżeczka, żegna się ze mną słowami:
pa, pa mamusiu, po czym po trzech minutach wyskakuje jak oparzony z pokoju i krzyczy.
"Gila mam!"
albo
"Zamknąć okna zimo!"
albo płacząc:
- Krew leci!
- Gdzie krew leci??
Antek dotyka się po zalanych łzami policzkach i krzyczy:
- Z oczu krew!
albo z troską:
- tato, reka boli? (Endrju miał kontuzję na aikido)
- boli.
- do lekarza isc! trzeba!
albo oświadcza:
- wstalem! Jest dzien.
albo:
- jestem glodny! jesc musze!
albo wbiega do pokoju burcząc jak piła tarczowa:
- jestem bob!drzewa cinam!

A ja w tym chaosie próbuję czytać i pisać i złoszczę się trochę, a trochę chichoczę, bo wiem, że tak naprawdę to są cudne ulotne chwile, które już wkrótce będę wspominać z rozrzewnieniem.

poniedziałek, 21 maja 2012
Jak wiecie, mój młodszy brat 6 tygodni temu został ojcem.
Dla zodiakalnego byczka, który najbardziej uwielbia się byczyć, to wyzwanie nie lada.

Ale Kris walczy i nieźle mu idzie.
Tylko ta powieka sama czasem opadnie:)

*uwielbiam tę fotę, rozczula mnie bardzo, więc dzielę się nią z Wami, choć bohater zdjęcia może mi nastukać za to przy najbliższej okazji.



Kris i Olga

Kris: Nie uwierzysz! Odkąd zostałem ojcem, po raz pierwszy w życiu  zjawiam się w pracy dziesięć minut przed czasem!


niedziela, 20 maja 2012
Kończy się dobry weekend.
Wczoraj fantastyczny kameralny wieczór w Zaułku przy migdałowym grzańcu. Z Asią i Monią próbujemy nadrobić 15 lat, płyniemy lekko przez chaos opowieści i wspomnień, gadamy o tym, co było, co jest, co będzie. Dobrze mi. Na tyle dobrze, że wracam do domu z niedosytem.

Niedziela wypełniona po brzegi.
Przedpołudniem kibicujemy Marcie, Tomkowi i Tymkowi w biegu Copernicusa. Gdzieś w międzyczasie znów się ścinamy z Endriuszą o jakąś głupotę. Gadamy potem w domu - i jest to rozmowa dobra i ważna. Endrju się wkurza, że z tego naszego gadania to za wiele nie wynika, bo i tak ciągle łamiemy wzajemne obietnice. A ja uważam, że dopóki gadamy, dopóki nie mamy w sobie zgody na bylejakość, to jest dobrze. Mimo że czasem bywa źle.

Popołudnie już lekkie, przyjemne, idealnie niedzielne.
Robię gulasz z serc, koszę trawę w ogródku, sadzę pierwsze kwiaty, Antek mi pomaga, a potem szaleje z dzieciakami sąsiadów. Przychodzi Marta z Tymkiem, potem dobijają do nas panowie. Sączymy sobie bezalkoholowe piwo, jest ciepło, zwyczajnie, leniwie.
Ot łagodne zakończenie naprawdę pysznego weekendu.
Oby więcej takich.

GULASZ Z SERC krok po kroku:)








sobota, 19 maja 2012
Wczoraj fajny wieczór w Pozytywce z Martą i Tomkiem.
Antek pożegnał nas tekstem:
- Mama piwko iść, tata piwko iść, syscy piwko!

Upiłam się na wesoło, chichotałam jak głupia, a smak wiśniówki (prawie tak pysznej jak Jin-Jingia) wciąż czuję na podniebieniu. Niestety nie pamiętam zbyt wiele, ale dziś idę w miasto po nowe wspomnienia z Monią i Asią.
U mnie w głowie już wakacje:)
Miłego!

MARTA I TOM


4 OBLICZA ENDRIUSZY

W OBIEKTYWIE TOMKA

czwartek, 17 maja 2012
Jest lepiej, dobrze jest.
Wczoraj ważna rozmowa, kolejne decyzje, znów wywracamy wszystko do góry nogami. Powoli staję się mistrzynią od radykalnych zmian życiowych - na razie ciągle na etapie myślenia i gadania:)

Dziś dzień lekki, przyjemny, jak droga usłana cukierkami. Szłam sobie powoli, schylałam się po każdy z nich, szeleściłam papierkami, aby potem delektować się słodkim smakiem własnego podniebienia.

Popołudnie spędziłam w BWA z Antkiem na wystawie ilustratorów dziecięcych i w interaktywnym placu zabaw.

Ktoś kiedyś mi napisał:
fajnie jest obserwować Twoje przemiany zwłaszcza w świetlistą stronę.

Znów jestem po lepszej stronie lustra. Znów mam w sobie moc i dobrą energię. 
W Olsztynie znów na niebie słońce, a u Was jak?


Antek w galerii


i ja - po lepszej stronie lustra


środa, 16 maja 2012
Po takim dniu, najlepiej położyć się spać.
A gdy się obudzę, zacznę nowe życie.

Każdego dnia można zaczynać na nowo żyć, prawda?


ulubiona Yelena Bryksenkova po raz kolejny

**
Endrju siada na fotelu.
Antek: To mamy fotel.
Endrju: Ale mama siedzi na kanapie.
Antek: Fotel mamy! Mykaj kakuś.  Ciasiu nie mam!
(tłum. : Zmykaj tatuś. Czasu nie mam !)

wtorek, 15 maja 2012
Ratuję się piciem i pisaniem. Piszę powieść, piję wino.
Gdyby nie picie i pisanie rozpuściłabym się w powietrzu.

Poza piciem i pisaniem są na tym świecie ludzie,
wspaniali ludzie, którzy mnie wyciągają za uszy.


Dzięki Wam za to.





foto by Antek
poniedziałek, 14 maja 2012
Ten poniedziałek zaczął się zbyt pięknie, żeby równie pięknie się skończyć.
Miałam siłę, aby wstać po szóstej rano i rozpocząć dzień od biegania nad jeziorem, w którym przeglądały się chmury, a mgła sunęła po tafli, kłębiła się bajecznie jak w czarodziejskiej opowieści.
Miałam przyjemność ze słonecznego spaceru do pracy - zrywaliśmy z Groszkiem dmuchawce, było rześko i cudnie.
Po pracy odebrałam Antka, miałam ochotę na tatara i pogawędkę u Alutki. Miałam też jeszcze resztki energii, aby po powrocie do domu upiec z Groszkiem marchewkowe ciasto.
Miałam dobry humor i dużo pozytywnej energii.


A potem przyszedł do domu mężczyzna - zjawił się niczym dementor z Harrego Pottera, który zdmuchuje ze świata szczęście.
Teraz jest mi zimno i źle.
Znów pewne rzeczy widzę jaskrawiej.

niedziela, 13 maja 2012
To był bardzo dobry dzień!

Może dlatego, że zaczęłam go wcześnie rano?
A może dlatego, że gwoździem programu była impreza u Moni i Błażeja, gdzie czułam się tak jakbym po stu latach podróży znów trafiła na drogę do domu. Tak czuć się można chyba tylko z przyjaciółmi - nawet jeśli to przyjaźń dawna, zagubiona gdzieś w biegu. Stare szkolne przyjaźnie i wspólne dorastanie to fundamenty, o jakie trudno w dorosłym życiu. To chyba jedyna relacja, która może przetrwać niepielęgnowana i odrodzić się po latach. Był też Marek, Asia i mały Michałek. A na stole duuużo wina, jeszcze więcej jedzenia (naleśniki ala teściowa, sałata z brzoskwini i kapusty oraz ciacho -pyycha, na resztę nie starczyło mi miejsca:)
Istne bachanalia!

Na dobitkę ruszyłam jeszcze w miasto. Ale dziś miasto nie było w stanie dorównać klimatowi imprezy u Moni, a ja po hektolitrach wina najbardziej marzyłam o łóżeczku, więc zawinęłam się grzecznie do domu jak stuprocentowy Kopciuszek.
Wprawdzie bez księcia i karety, ale nie bądźmy drobiazgowi:)

Grunt, że to był naprawdę cudny, przecudny dzień!


chłopaki u Moni oglądają TV:)


A tu Chilli. Zdjęcie zatytułowane: "Kobiety esemesy piszą":)))

sobota, 12 maja 2012
Macie pomysł na wiosnę?
Ja mam mnóstwo.
Chciałaby skończyć powieść, zasadzić kwiaty w ogrodzie, odpalić wreszcie moją maszynę do szycia i zrobić jeszcze kilka innych rzeczy, które przyniosą mi szczyptę zwyczajnej radości.

Jednym z pomysłów jest też zabawa w szukanie domu.

Jeździmy po powiecie i oglądamy stare, zrujnowane chaty  - strasznie to fajne. Poznaję w ten sposób bliskie okolice, o których wcześniej nie miałam pojęcia - a im dłużej jeżdżę, tym bardziej upewniam się, że żyję i mieszkam w jednym z najbardziej uroczych zakątków świata. Zaś każdy z tych domów to ogromna pożywka dla wyobraźni. Jak tu było, ja tu będzie, jakby potoczyło się moje życie, gdybym tu zamieszkała.

I tak sobie jeździmy, i tak się jaramy. Bo codziennie mieszkamy gdzie indziej. A wieczorem i tak wracamy do serca miasta, w bezpieczne objęcia mansardy:)

   

a to dom po Dywitami:)

czwartek, 10 maja 2012

Przyjdź do mnie jawnogrzesznico
będę cię rozdzierał powoli
na wszelkie nadzieje kolorów i zespolenie

może zakwitniesz nad ranem
piękną duszą słonecznika

świetna płyta duetu Babu Król, którzy wskrzesili Stachurę, odkopali nie tylko  zakurzone już teksty, a przede wszystkim udowodnili, że Stachura to niekoniecznie brzdąkanie przy ognisku na trzy gitarowe chwyty.

Nie wiem jak Wam, ale mnie się bardzo podoba.

Dziś spośród rzeczy ważnych, najważniejsze jest wyznanie Groszka.

- badzo kocham ci mamo!

Pierwsze "kocham" z ust każdego mężczyzny pamięta się chyba do końca życia.
Z ust syna tym bardziej:)


środa, 09 maja 2012
Równo rok temu Antonio zwycięsko przeszedł operację serca.
To zdjęcie zrobiłam dzień po wyjściu ze szpitala, a fotomontaż wisi w szpitalu, aby przynosić otuchę innym rodzicom, których dzieci czekają na chirurgiczny skalpel.



wtorek, 08 maja 2012
Dziś będzie wpis wspominkowy, bo maj to dla mnie dwie ważne rocznice, miesiąc dwóch serc.
Pierwsza - coś dla mojego serca, czyli wyjście z trudnego toksycznego związku.
Druga - 9 maja - coś dla serca Groszka, czyli operacja i łata!


Z tej okazji, pewnie już przytaczany, fragment dziennika sprzed 7 lat, bo co roku chcę dziękować  wszystkim, którzy mi wtedy pomogli. Chcę też podziękować sobie, że umiem kochać siebie bardziej.


06.05.2005
Jadę do domu -- pół nocy siedzimy z mamą i gadamy. Wreszcie nie jest to gadanie dla gadania. Jeden papieros za drugim, hektolitry herbaty, księżyc wędruje nad naszymi głowami. Dom śpi. Śpią koty i psy, a my gadamy... Musisz wreszcie to zrobić. Dla siebie, Twojego szczęścia, przyszłości... Ekscytacja i stres. Euforia i strach. Muszę to zrobić... muszę, muszę, muszę -- powtarzam to jak mantrę, kiedy prawie o świcie kładę się spać, a nade mną już niebo bez księżyca.


07.05.2005

Od rana skręcam się z bólu -- teraz już zamiast gadania, trzeba działać. Czas na wypróbowanie przyjaciół i znajomych. Nie zawodzą. Mam nocleg, transport, opiekę nad kotem.
Nie wiem, skąd wokół mnie tylu cudnych ludzi. Specjalne podziękowania dla: Ramzeska, p.Bogusi, Walerci, Tadeusza, Sebusia, Jordana. Alutki, Kasiuli, Elu i Zdzicha -- za wsparcie.

08.05.2005
Wczoraj zgubiłam świętego Benedykta. A było tak.
Jesienią zeszłego roku mama Tomka przywiozła z Rzymu każdemu z nas po medaliku ze świętym Benedyktem, który chroni od złych ludzi. Jako zagorzała ateistka uśmiechnęłam się pobłażliwe, ale umieściłam Benedykta w portfelu, żeby nie robić jej przykrości. Niedługo po tym dostałam pracę w Teatrze, gdzie spotkałam ludzi, których ot tak zwyczajnie na tej planecie nie sposób znaleźć. I przez ten cały czas nie zaznałam nic złego od innych. I właśnie wczoraj, kiedy podjęłam decyzję, że kogoś skrzywdzę w imię własnego szczęścia, Benedykt wyskoczył z mojego portfela, potoczył się w nieznanym kierunku i zapadł się pod ziemię. Szukało go kilka osób. Bez skutku.
Kilka razy wracałam w to miejsce. Niestety.
Może Benedykt spełnił swoją misję i odszedł do kogoś innego?

09.05.2005
Cały dzień muszę grać. Na jutro wszystko przygotowane, niemalże zapięte na ostatni guzik. Wysiada mi organizm, chudnę w oczach -- przez ostatnie trzy dni -- dwa kilo.
Wieczorem Kubuś zaciąga mnie na Targi Sztuki do Starej Rzeźni -- nakręcamy się niesamowicie nowoczesnymi instalacjami i w drodze do kawiarni zagorzale dyskutujemy o granicach w sztuce. Jest fajnie. Jeszcze można z kimś pofilozofować.
(...)
10.05.2005
O 8.00 rano już jest Ramzes. Pakowanie. Punkt 10.00 wpadają chłopcy z teatru niczym brygada antyterrorystyczna walą do drzwi. W siedem minut mam zapakowane wszystko do samochodu.
Kot zostaje w Teatrze, moje graty piętrzą się pod sceną, a ja z jednym plecaczkiem wędruję zamieszkać u Ramsika.
Obiad, w ramach oszczędności i nowej strategii życiowej za tysiąc złotych miesięcznie, jem w barze mlecznym „Pod arkadami". Chłodnik 1,64 zł i placki ziemniaczane po cygańsku 3,40 zł. Pycha:)
Jakbym znów była na pierwszym roku i zaczynała studiować.
Jakbym się narodziła na nowo.

poniedziałek, 07 maja 2012

ps. na szczęście dzień taki jak dziś zdarza się tylko raz na jakiś czas
niedziela, 06 maja 2012
Uff!
Nareszcie koniec.
Ile można imprezować, odpoczywać, pić, spać, nudzić się, nadrabiać zaległości, spotkać się z rodziną, albo zwyczajnie trwonić czas w łóżku do południa. Koniec, basta. Czas wrócić w ramy rzeczywistości, w imadło obowiązków, regulowanych przyjemności i cotygodniowego oczekiwania na weekend.
Zbyt długie święto to brak święta.


Co warte odnotowania z ostatnich dni?

- Ważna decyzja, która wcale nie była tak katastroficzna, a może uchroniła nas od katastrofy
- Kilka dobrych rozmów - z Basieńkami i wczoraj z dziewczętami z KGM-u
- Inauguracja ogródka z Asią i Markiem
- Fajna, niespodziewana wizyta warszawskich znajomych z "branży"
- Dużo świetnego czasu z Groszkiem - mojego zachwytu i śmiechu, czasem złości
- Kilka mocnych chwil z Endriuszą
- Krótkie, ale potrzebne spotkania z Krisem
- Pisanie (dziś dotarłam do przedostatniego zakrętu)
- Sen, seks, relaks, nuda i odpoczywanie, i jak zawsze tęsknota za tym, czego się nie ma na wyciągnięcie ręki.


sobota, 05 maja 2012
Ilekroć idę w miasto, wydaje mi się, że nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć, bo te miejskie szlajanki bardzo są do siebie podobne. Ale od czasu do czasu zdarza się miła zaskoczka. I wczoraj się zdarzyła.
Na tradycyjnym szlaku: Pozytywka - Awangarda Bis - Sznaps trafiliśmy na retro imprezę w klimacie starej Teatralnej. Były tańce hulańce swawole, a ja już dawno tak przyjemnie nie tonęłam w objęciach Endriuszy.


 a to dziś.
Antek i motory:)

piątek, 04 maja 2012
Jan Jakub Kolski, choć pewnie o tym nie wie, robi filmy z myślą o mnie. Jego baśniowe opowieści - tak poetyckie, delikatne i okrutne zarazem, trafiają we mnie jak złote strzały Amora. Zakochuję się w jego obrazach od pierwszego wejrzenia i już na zawsze.
Podobnym uczuciem obdarzam kreacje aktorskie jego żony. Grażyna Błęcka-Kolska która wprawdzie zawsze jest taka sama, uwodzi mnie swoją łagodnością. Patrzę na nią z uwielbieniem i zazdrością, patrzę i też tak chcę:
do diabła, skąd ona bierze ten spokój i harmonię?


Wczoraj na dobranoc obejrzałam "Wenecję", która ciągle jest we mnie i już pewnie zostanie. Bo opowieści Kolskiego nie ulatują mi z głowy tak łatwo, a wiele kadrów kradnę sobie na dłużej.
W końcu Jan Jakub Kolski robi filmy z myślą o mnie:)


Najlepsze jednak jest to, że ten wpis nie miał być wcale o Kolskim, tylko o pasji życia. Najwyraźniej dziś moją pasją życia jest jego dzieło i... knajping.

Ruszam w miasto z konkubentem pod rękę, a jutro poszlajam się z panienkami, aby dwoma drobnymi akcentami zakończyć najdłuższy weekend świata.
Wy też się szlajajcie - bon voyage!


czwartek, 03 maja 2012
Mam dziś wolną chatę i długi wieczór.
Nałożyłam ulubioną piżamę i oblekłam świeżą pościel.
Prawie jakbym czekała na kochanka.
A ja dziś randkuję sama ze sobą - są smakołyki, alkohol, dobre kino, nastrój i wszystko, co potrzeba do szczęścia.

Na niebie księżyc tuż przed pełnią.
Zupełnie jak ja.

środa, 02 maja 2012
Jak mi dobrze! Wróciłam właśnie z kolacji z Krisem - bratem mym, wskoczyłam do łóżka, otworzyłam zimne piwo i napawam się myślą o czterech kolejnych wolnych dniach - bez żadnych wielkich planów, ciśnień i takich tam.
Endrju zapakował teleskop i pojechał odwieźć Krisa na wieś, a przy okazji pooglądać gwiazdy. Więc siedzę sama w mansardzie, nie licząc Groszka za ścianą oraz kota, siedzę -  leżę właściwie - i delektuję się byciem.

Dziś będzie wieczór oświadczeń:

Oświadczam, że:
*mam zajebistego brata, który potrafi dokonać rzeczy niemożliwych, ma też kilka wad - a jakże!, ale i tak jest najfajniejszy pod słońcem.

**mam też świetnego faceta, zwanego potocznie konkubentem, który poza mnóstwem przywar - hihi!, ma kilka mega zalet. Jedną z nich jest to, że umie przy mnie być. Umie być blisko w trudnych sytuacjach i jest wspaniałym wsparciem.

***mam jeszcze równych staruszków, którzy czasem potrafią dopiec - oj tak, tak!, ale są naprawdę nietuzinkowymi i fajnymi rodzicami.


****mam super babki wokół siebie - poniedziałkowe piwko z Magdą i Natalą dało mi bardzo, bardzo dużo satysfakcji i naładowało mnie pozytywnie.

*****mam też wielu innych ludzi wokół siebie, których nie będę wymieniać

...dążę jednak do tego, aby uroczyście oświadczyć, że cudnie jest
żyć ze świadomością, że obok nas są ludzie, z którymi można kraść konie, pić na umór, czytać wiersze, kochać się, razem iść na wojnę i rabować na banki.
Ot co.

A to foty z wczorajszego kameralnego spotkania w ogródku:




Menu wieczoru:
szaszłyki i sałatka - Asia,
ja - babka biednego kochanka, zwana potocznie babką ziemniaczaną, warzywa z sosami, ciasto marchewkowe.


Pierwsza kropka ospy wietrznej. Dziś już jest ich więcej.