..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
wtorek, 31 maja 2011

Mam ołów w żołądku. Stop przygnębienia z domieszką stresu.  
Ale żyję. Chce mi się żyć.

Czuję smak lata.
Na słonej parującej w upale skórze.
Na zimnym betonie.      .

Zasadziłam w ogródku kolejną porcję ziół. Chyba się starzeję
(nie, dojrzewam!)
- wzrusza mnie rozkwitające wino, które zasadziłam kilka tygodni temu. Delektuję się każdą gałązką, każdym liściem.

Delektuję się też ciepłym popołudniem w dobrym towarzystwie.
Tymisiowa i Tomek - lubię ten duet, ich niezobowiązujące towarzystwo, ich poczucie humoru.

Antek zapatrzony w Tymka, czego niestety nie udaje mi się uchwycić.
Zbyt mocno zajęta jestem oglądaniem nowego biustu Marty:)

no i chichramy, ale z czego?:)




Tomek&Tymek



Endrju& Antol


Tomek z czupurkiem


Tymisiowa

poniedziałek, 30 maja 2011

A dziś jest mi źle.
Spieprzyłam coś w robocie przez moje roztrzepanie i wieczne szybko, szybko. Bo ja wolno nie lubię. Nie umiem.

Żeby to chociaż było śmieszne, jakaś wpadka, którą po latach wspomina się z chichotem. Ale nie. Zwykła proza, banał. Ble!

Jestem wściekła na siebie, a jednocześnie próbuję się utulić, ukołysać i nawet to mi nie wychodzi. Wszystko jakieś koślawe.

I jakoś tęskno mi jeszcze na dokładkę.

I nic z tym wszystkim zrobić nie mogę. Muszę przeczekać.
"Wolno" i "czekać" to nie moje słowa.

Ale przeczekuję najlepiej jak umiem.
Leżę na golasa zagrzebana w pościeli, upajam się upałem i upijam się winem. Zaraz wrócę do lektury "Transu" Gretkowskiej, która mi dziś miło wpadła w ręce.

I będzie mi trochę smutno, a trochę dobrze pewnie.
Bo w życiu zwykle jest wszystkiego po trochu.
Dziś mam TROCHĘ braków.

***
A tu wrzucam fotkę, której objaśniać nie będę.
A wrzucam, bo trzeba zadbać o historię:)

niedziela, 29 maja 2011

Wczoraj - bardzo fajny wieczór przy winie, jedzeniu i gadaniu.
Paweł opowiada o tym, jak zabrał 5-letnią Gabrysię do ZOO.
Oglądają zwierzęta, po czym Gabrysia staje przed klatką z dzikimi kotami. Kręcą sie tam pumy i lamparty. Gabrysia wpatruje się zafascynowana i mówi:
- Antkowi z przedszkola by się podobało!
- A dlaczego Antkowi by się podobało?
- On lubi zło.

***
Moją kumpelę jak grom z jasnego trafiło... zauroczenie.
-  Z tego wszystkiego nie mogę jeść i spać, ale są też plusy!
- Dawaj!
- Tak mnie nosi, że wysprzątałam dziś całą chatę.  Nigdy nie miałam tak czysto w mieszkaniu. No... i chudnę w oczach!

Wniosek?
Jeśli Wasza kobieta zaczyna sprzątać więcej niż zwykle, a facet po pięciu latach bierze się za usuwanie usterek w domu albo czwarty raz w tym sezonie maluje płot to... bądźcie czujni - ich myśli mogą być baaardzo daleko:)))

sobota, 28 maja 2011

I co ja będę opowiadać.
Wysyłam puste widokówki znad morza.
Pozdrowienia każdy może sobie dośpiewać sam.
Oto morze możliwości:)




 




czwartek, 26 maja 2011

Jutro zmykam nad morze.
Wrócę w sobotę.

Na bałtyckie widokówki proszę nie liczyć.

A to fota zrobiona w przerwie na papierosa, co by w robocie kota nie dostać:)



- No i zobacz! Co o tym sądzisz? - rzuciła Tymisiowa w drzwiach.
- Rozbieraj się, obejrzymy!
- Nie za bardzo spiszczaste i jakieś takie odstające?
- Zajebiste!

W ten sposób wczoraj nie tylko wymacałam Martę, ale i dowiedziałam się, jak bezboleśnie powiększyć sobie piersi o dwa rozmiary. Wystarczy pójść do sklepu gorseciarskiego, a nie zaopatrywać się w bieliznę w H&M:)

Dziś natomiast dowiedziałam się, że otwieranie białego półsłodkiego (blee!) wina musującego, gdy już wyczerpie się czerwone, nie jest dobrym pomysłem.
Ale, cóż zrobić, skoro przypadkowe motto  wieczoru brzmiało:
jeśli wszystko w  życiu działoby się rozumnie, nic by się nie działo:)

Grunt, że spotkanie było udane.
Endrju taktownie zamknął się w pokoju z colą i konsolą, skąd dochodziły głośne strzały zagłuszające nasze tajemne babskie szu, szu, szu.

Kiedy późnym wieczorem weszłam do niego, westchnął tylko:
- Udawanie Jasona Bourne'a jest strasznie męczące!

***
6 godzin później...próbuję posklejać się w całość. Antek strzela jakieś fochy.
- Antek, uspokój się. Dziś jest Dzień Matki. Wydaje Ci się, że zrobisz z nianią laurkę i to załatwi sprawę?
- Od nas już dostałaś prezent - wtrąca się Endrju.
- Tak? Jaki?
- Nie zrobiliśmy Ci performance'u w środku nocy. A mogliśmy:)

środa, 25 maja 2011

pilnujmy marzeń, żeby sen miał po co przyjść,
pilnujmy marzeń, dusza musi z czegoś żyć,
pilnujmy marzeń

............................

..................

........

....

..

..

poniedziałek, 23 maja 2011

 
Robię tylko to, co sprawia mi przyjemność.
Sycę zmysły i odpoczywam.
Jem, piję, dotykam, słucham, czytam.
Dogadzam sobie i się rozpieszczam.

Piszę. Szczęśliwie żadnych chałtur.
Jedyne, czego mi brakuje to snu i dokończonych scenariuszy.
Choć niedokończone mają smaczek.


Oto moja poszpitalna rekonwalescencja:)

niedziela, 22 maja 2011

Wczorajszy wypad z panienkami do browarii okazał się pyszny jak zawsze i jak wypite wczoraj piwo "1715" - słabe, lekkie i smakowicie gorzkie. 

Wydawałoby się, że gdy pięć babek spotyka się na piwie, to będą gadać o kutasach. Nic bardziej mylnego! Tym razem pół wieczoru poświęciłyśmy gadaniu o cipkach - a ile było wzajemnego zdziwienia i jaka pouczająca wymiana doświadczeń! A od cipek, już całkiem niedaleko do seksu oczywiście.
- Ej dziewuchy, a wam też tak się nie chce seksić? - zapytała któraś.
- Nie chce Wam się w ogóle, czy ze swoimi facetami? - dopytałam.
- Tak uczciwie? Ze swoimi facetami! - odpowiedział chórek, a zawtórował mu chichot.

Potem były jakieś tematy poboczne, gdzieś w międzyczasie pojawiła się na stole wielka micha frytek, było coś o zmarszczkach i menopauzie.
Każdą następną godzinę pamiętam coraz mniej.  
Z Browarii powędrowałyśmy do Szafy na ostatnie rozchodne.
Ktoś zadał pytanie:
- A z iloma facetami całowałyście się, od kiedy jesteście ze swoimi mężami?

I znowu chichot. 
I  szerokie zdziwione oczy. Kto się komu dziwił - nie zdradzę:)

Potem były tańce, odpłynęłam po ostatnim Desperadosie, ale były i takie, które bawiły się do świtu. Bo majowe noce są coraz krótsze:)

***
Po sobocie nastała niedziela.
Pojechałam na wieś do rodziców, bo dziś Kris i ojciec wracali z wędkowania w Szwecji.
Mama pod nieobecność tatusia nie próżnowała - wymalowała pół chaty i zrobiła małą rewolucję. Tatuś oczywiście ledwo wszedł i zaczął coś marudzić.
Mama: Ty mnie nie denerwuj! Wiesz jak się sharowałam przy tym remoncie?! Gdzie Ty znajdziesz drugą taką durną, która sama zajmie się remontem i od świtu do nocy będzie zasuwać?
Tata: A gdzie Ty znajdziesz drugiego takiego durnego, który będzie tyle kilometrów do Szwecji jechał, wstawał codziennie o świcie, żeby jakieś głupie ryby ciągnąć?!

Kris wyświetla nam na kompie zdjęcia ze Szwecji. Oglądamy. Mama oczywiście bardziej zajęta jest dogadzaniem Antkowi.
Kris: No Mamo! W ogóle nie patrzysz!
Mama: No przecież widzę: prom, prom i woda!


sobota, 21 maja 2011

Kuchnia wygląda jakby odbyła się tu krawa jatka, czerwone kropki są wszędzie, ale opłacało się urządzić taką rzeź - barszczyk na młodej botwince wyszedł bajeczny, a za chwilę dorzucę jogurt, kefir, rzodkiewkę, ogórek i szczypior i powstanie kolejna bajka - chłodnik. 

Lubię się budzić w słoneczną sobotę, po pięknej burzliwej nocy z piorunami,  i nic nie musieć. Wziąć prysznic, odpalić rowerek Antka i pójść z nim na rynek.
A na rynku jest gwarnie, kolorowo, przypadkowe spotkania, kolejkowe pogawędki. Kupujemy kolejną porcję trawy do naszego ogródka, zioła do zasadzenia, botwinę, szczaw (mam wielką ochotę na zupę szczawiową) i rabarbar. Jutro upiekę ciasto rabarbarowe.

Oglądam "Schronienie" Ozona. Nie wiem, jak on to robi, ale robi świetnie:)
Porzucam dwie marne książki i zaczynam Andruchowycza "Rekreacje" - wartkie i zabawne.

Nic specjalnego się nie dzieje, a mnie jest tak dobrze. Czuję się syta i pełna.
I cieszę się na dzisiejszy knajping z panienkami z KGM-u. 

Właśnie dowiedziałam się, że o 18.00 będzie koniec świata.
Jeśli to prawda - umrę prawie spełniona.
Jeśli nie - jest szansa, że jeszcze będę się śmiać, płakać, pić, kochać się i kłócić.

Obie opcje są równie atrakcyjne:)

czwartek, 19 maja 2011

Wróciliśmy!
Dziękuję Wam wszystkim z całego serca za pozytywną energię, bo u mnie już bak był pusty.
Antek zasnął pięknie, a my otwieramy wino, układamy się w pozycji horyzontalnej i... włączamy PLAY.

***
A to jeszcze w szpitalu...









- Jakie szczeście, że Antoś ma taki widok z okna, to taka dla niego frajda te koparki - westchnęła nasza niania.
- O tak - przytaknęłam. - Gdyby tu był zielony park, to byłoby strasznie nudno!

***
I dziś...









***
Endrju: Ty naprawdę zamierzasz iść jutro do pracy?
ja: Tak.
Endrju: A czemu nie wzięłaś sobie zwolnienia do końca tygodnia?
ja: Bo mam ochotę wrócić do pracy. Tak wiem, że to dziwne, ale lubię moją robotę.
Endrju: Myślałem, że chcesz sobie zrobić dzień bez Antka.
ja: Tak, zrobię sobie dzień bez Antka, idąc do pracy właśnie.
Endrju: (z przekąsem) To tak jakby leczyć kiłę cholerą.

środa, 18 maja 2011

Gdybym usiadła do komputera dziś w środku nocy, to usłyszelibyście rozpaczliwe wycie zmęczonego człowieka. Tym zmęczonym człowiekiem jestem ja oczywiście, bo Antek  - wręcz przeciwnie - postanowił zacząć dzień o drugiej w nocy, a humor miał szampański. Między czwartą a piątą puściły mi nerwy i szlochałam w poduszkę, a on  śmiał się do rozpuku, bo myślał, że to kolejna zabawa.

Jutro wychodzimy.
Ja już lecę  na rezerwie. Palą się wszystkie kontrolki: zmęczenie psychiczne, niedospanie, niedomycie, niedojedzenie, niedotulenie, niedoczytanie, niedożycie.

Chociaż gdy patrzę na ten maleńki wulkan śmiechu, który przetawia w sali szafki, śmietniki, stojaki na kroplówki, z wypiekami na twarzy wywala wszystko z walizki i z szelmowską miną zakłada czapkę na głowę, po czym bije sobie brawo, dostaję kolejną porycyjkę siły.
I dzięki niej pojadę na tej rezerwie dalej.
Bo mam inne wyjście?

poniedziałek, 16 maja 2011

Mogłabym napisać o tym, że Antek właśnie radośnie piszczy,skacząc w szpitalnym łóżeczku i że od kiedy ma zdrowe serce, nie potrzebuje już snu. (Zgroza!)


albo o tym, że Młody zgrzyta zębami, a gdy mówię: "nie zgrzytaj zębami!", wybucha szatańskim śmiechem

albo o tym, że właśnie dostałam zjebę od pielęgniarki za zagłuszanie ciszy nocnej (to tylko ich przywilej)

albo o tym, że jutro będą badania, po których może zabłyśnie jutrzenka nadziei i dowiemy się, kiedy nas stąd zwolnią,

Ale nie napiszę o tym, bo ile można o tym samym.

Dziś napisze,  że... schudłam!
I waże tyle, ile wtedy, gdy zakochałam się Krzyśku Vardze:)

niedziela, 15 maja 2011

Od wczoraj było mi jakoś nijak. Ustąpił stres związany z operacją, a w zamian przyszło znużenie. Mam dość szpitalnych lochów, kretyńskich procedur, bezmyślnych pielęgniarek (nie wszystkich), które w nocy palą światła, trzaskają drzwiami i traktują oddział jak hodowlę baranów.
Groszek też ma jakiegoś nerwa - sypia po siedem godzin na dobę. Co prawda gęba mu się śmieje niemal na okrągło i tylko, gdy widzi biały kitel, robi podkówkę, a potem drze się wniebogłosy.

Ale nie chciałam o tym.

Chciałam napisać, że znów uratowało mnie kino.
Uciekłam dziś wieczorem, aby odciąć się do rzeczywistości, uciszyć apetyty, ukoić tęsknoty, odsapnąć. Uciekłam na "Żonę doskonałą" Ozona i był to wybór genialny. (Choć tak naprawdę wyboru w repertuarze nie było:)

Film fantastyczny - bo fantastyczna Catherine Deneuve, świetne dialogi, zdjęcia, zgrabna fabułka. Dużo humoru i dużo prawdy. I lekkość, czyli to, co w sztuce cenię szczególnie.




Ale najważniejsze teraz:
wiadomość z ostatniej chwili

Dziś o 9 rano na świat przyszła czarna łepetynka, czyli Wojtuś, czyli syn pierworodny Walerki i Szyma. Koleś dał im popalić, przeciskając się na świat dobre 12 godzin, a że waży 3900, więc lekko nie było.
Najważniejsze jednak, że są już razem i że na łamach bloga mogę powitać Malutkiego na świecie!

sobota, 14 maja 2011

- Mogę rozłożyć fotel - zapytałam ratowników, sadowiąc się w karecie.
- Może Pani robić, co chce - odpowiedział - Tylko proszę nie strzelać się defibrylatorami.

Więc zamiast się strzelać, poszliśmy spać.



Z gdańskich gadek:

Łazimy po outlecie, ja już puściłam trochę forsy, Endrju jeszcze nic nie kupił. Ogląda spodnie, po czym odkłada je z grymasem niezadowolenia:
- A co z tymi spodniami było nie tak? - pytam.
- Nie wiem, ale wydawały się jakieś nieproporcjonalne.
- Rany, jaki ty jesteś wybredny!
- Prawda? A jak się już ubiorę, to zupełnie tego nie widać.


***
Jedziemy windą, patrzę w lustro i wzdycham: 
- Wkurza mnie, że gdy tylko robi się ciepło, strasznie się świecę na gębie.
- Ty się nie świecisz kochanie. Ty promieniejesz!

czwartek, 12 maja 2011

Jutro o 9.00 jedziemy do olsztyńskiego szpitala... karetą!
Nie wiem, ile ma koni, ale najważniejsze,że zabieram królewicza na ojczystą ziemię;))

Od wczoraj jesteśmy razem.
Antka już nic nie boli, tylko spowity jest kabelkami, które monitorują pracę serca, oddech, tęstno i ciśnienie. Jego największym cierpieniem jest pragnienie. Może pić bardzo mało, żeby nie obciążać serca - rzuca się na butelkę jak szalony, a kiedy po kilku łykach dociera do dna, wścieka się starsznie.
Ale jest dzielny.
Nie ma w nim strachu, ani niepokoju.
Bawi się już ładnie, lekko się uśmiecha.
Mam nadzieję, że lada dzień wróci mu poczucie humoru. 

Spałam dziś może ze trzy godziny na cholernie niewygodnym fotelu, monitor regularnie robił kłujące w uszy pi, pi, pi (wyrafinowana tortura), a gdy tylko wzrastał jakiś parametr, wył opentańczo. Antek trochę posypiał, a trochę się wiercił.  
To była jedna z najszczęśliwszych nocy w moim życiu.
Jak widać - warunki potrzebne do szczęścia zmieniają się w zależności od okoliczności.
Nie wiem, jak brzmi oficjalna teoria względności.
Ale ja odkrywam względność własnych potrzeb.
Wczoraj nie potrzebowałam nikogo poza Groszkiem:)

środa, 11 maja 2011

Gosia i Rafał oraz ich dwie szalone cudne córy: Paula i Lena sprawiają, że dużo łatwiej, a na pewno weselej przetrwać mi oczekiwanie, aż znów będę mogła być z Antkiem.
W ich domu panuje atmosfera przyjemnego chaosu - 3-letnia Lena przebiera się kilka razy dziennie, ma zdanie na każdy temat i jest szatańską mieszanką księżniczki i łobuza. 12-letnia Paula już dorasta i można z nią prowadzić całkiem poważne rozmowy, choć co jakiś czas wychodzi z niej malutka dziewczyna. Ich mama - Gocha - jest ciepła i wesoła, a Rafał niezależnie, czy mówi coś serio, czy nie - gdy go słucham, to ciągle chichoczę.

Wczoraj zabrali nas do Sopotu, gdzie spędzilismy bardzo fajny czas.


A dziś jest rano. I za godzinę się dowiem, czy już dziś będę mogła wziąć Groszka w ramiona.

***

Pod Żurawiem




Zajadamy, zapijamy i przepalamy stres, gdy Antek  na bloku operacyjnym


Mariacka, na której jest fajna Galeria Swetra

Klimatycznny plastyk



Wracamy do szpitala po dobre wieści:


Zakupy - kolejne lekarstwo na stres:

Wieczorem jedziemy z Rafałem i Gosią do Sopotu na przystań - na pyszną kolację.
Tuż po telefonie do szpitala i wieściach, że Antek spokojny, ogląda bajki i gada z pielęgniarkami.  



i finał w Lasach Oliwskich na Pachołku


wtorek, 10 maja 2011

Wczoraj po północy przyłożyłam głowę do poduszki i zapadłam się w miękką dobrą otchłań - sny miałam lekkie i błahe. Odpoczęło moje ciało, umysł i podświadomość.

Wczoraj był chyba najtrudniejszy dzień w moim życiu, choć pozornie było spokojnie. Po ciężkiej nocy, Groszek rano zasnął jak zabity, więc nie czuł głodu, ani pragnienia przed operacją. Potem dostał ogłupiający syropek i siedział jak na haju - uśmiechnięty i bujający w obłokach. Na blok operacyjny wjechał, siedząc sobie w łóżeczku i bawiąc się smokami.

A my poszliśmy w miasto. Zahaczyliśmy o księgarnię, połaziliśmy po starówce, zjedliśmy pyszny obiad i nawet śmialiśmy się, żartowaliśmy. I niby nie było tak strasznie, choć było najstraszniej na świecie.

Potem najgorsza godzina czekania już w szpitalu. Groszek wrócił z bloku po czterech godzinach. Okazało się, że ubytek w sercu był duży, czego echo nie wykryło, bo zasłaniała go zastawka aorty. To był najwyższy czas na operację, bo dziura uszkadzała zastawkę i wtedy już Młody miałby problem do końca życia.

Lekarze zaprosili nas na rozmowę - powiedzieli, że wszystko się udało, że Antol silny i że da radę. Potem pozwolili nam wejść do niego.

Widok trudny - małe zaintubowane ciałko przywiązane do łóżka oblepione elektrodami, a z ciałka wystają rury i rurki. Widok trudny, ale krzepiący - bo Antol trochę jak żołnierz po bitwie - ranny, ale zwycięski. Kiedy usłyszał nasze głosy, zaczął się już wybudzać.
Wczoraj wieczorem zadzwoniliśmy na oddział - już odłączyli go od respiratora i samodzielnie oddycha.

Te dni są bardzo ważne i decydujące - wszystkie narządy muszą od nowa zacząć pracę i wejść w rytm. Jeśli wszystko będzie dobrze, już jutro będziemy razem na oddziale.
Te dni są również trudne, o czym pewnie przekonam się za chwilę, kiedy pojadę go zobaczyć, bo dzieci choć ogłuszone przeciwbólami, nie wiedzą o co chodzi, gdzie są, cierpią. Musi się zabliźnić rana, zrosnąć mostek.

Ale jest dobrze.
Nocujemy u Rafała i Gosi, którzy wczoraj zrobili pyszną kolację i do późna gadaliśmy, piliśmy wino i śmialiśmy się jak gdyby nic.
Bo nic złego się nie dzieje, a powody do świętowania są.
Choć walka wciąż trwa.

ps. Jeśli Antek szalał z taką dziurą w sercu, to z łatą na sercu będzie torpedą:)

ps. 2

Gadanie pod blokiem operacyjnym:

- Zastanawiam się, co moglibyśmy kupić lekarzom w podziękowaniu.
- Alkoholu chyba nie wypada.
- Może filmowy pakiet: Doktor House, Chirurdzy i Ostry dyżur?
- Trzeba wspierać rodzime produkty. Kupmy im "Na dobre i na złe".

:)

ps. 3 No i byłabym zapomniała!
Weszłam tu tylko na chwilę, żeby WAM podziękować. Wszystkim, którzy byli myślami z nami. Dzięki za komentarze, za esemesy, za telefony.
Dzięki za wszystkie dobre fluidy!

niedziela, 08 maja 2011

Wyciągnięta na superwygodnym rozkładanym fotelu, w całkiem luksusowych warunkach, gdzieś na ulicy Kartuskiej w Gdańsku, melduję, że żyjemy i mamy się dobrze.

Oddział kardiochirurgiczny w Pomorskim Centrum Traumatologii to naprawdę miłe zaskoczenie dla wszystkich sceptycznie nastawionych do polskiej służby zdrowia.


W ciągu dwóch godzin zrobiono małemu wszystkie badania, które Antek zniósł bardzo dzielnie. Wkłucie do żyły okazało się lekko traumatyczne, bo szarpali się z nim dobre pół godziny. To nie jest facet, który łatwo się  poddaje:) Ostatecznie znaleźli żyłę w stopie, więc mamy zakaz chodzienia i stawania.
Antek choć dość szybko się rozchmurzył, to ilekroć potem spojrzał na zabandażowaną stopę, robił żałosną podkówkę i wybuchał płaczem.
Na szczęście na krótko.

Pokazano nam salę, gdzie Groszek trafi po operacji, doktor opowiedział nam dokładnie, jak będzie wyglądał zabieg i czas po. Odpowiedział na wszystkie nasze pytania i dodał, że w każdej chwili można zajrzeć do jego gabinetu, aby  rozwiać wątpliwości. O pielęgniarkach nie wspominam, bo to złote kobiety.

Z ciekawostek:
- łata, którą jutro przyszyją na Antkowe serduszko, będzie z... goratexu!
- świat jest mały: okazało się, że dyżurujacy doktor, który jutro będzie na bloku operacyjnym, chodził ze mną do LO, do równoległej klasy. Obiektywnie nie zmienia to nic, subiektywnie bardzo się cieszę. To dobry znak:)
-załoga na sali operacyjnej to aż 12 osób!


***
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro około 13.00 zabiorą nam Antka i dopiero w środę/czwartek będę mogła znów z nim być.
Dlatego prośba do gdańszczanek:
bardzo proszę o listę miejsc i knajp z dobrym jedzeniem, gdzie przez najbliższe dni będę się mogła zapomnieć i zająć czymś umysł, uwagę oraz podniebienie:)

sobota, 07 maja 2011

Przed podróżą jest trochę jak przed śmiercią - człowiek insynktownie próbuje uporządkować przestrzeń wokół siebie.
Ujarzmiłam chaos na służbowym komputerze, dziś od rana zabrałam się za mansardę: umyłam okno, wytarłam szafki w środku (a robię to nadzwyczaj rzadko), sprzątnęłam lodówkę i zmierzyłam się z nieładem na moim książkowym regale.

Potem wyjechałam z domu, czego szybko pożałowałam. Mnie puściły nerwy, a w odpowiedzi znów usłyszałam, jaka jestem zła.
Lepsza już nie będę. Mogę tylko być dalej.
To chyba najlepsze lekarstwo na rodzinne żale.

Potem przyszła Alutka  z upomnikami dla Groszka (jej to należy się pomnik za pamięć - naprawdę!) Alutka przyniosła  serce na jego serduszko i telefon, żeby mógł do mnie dzwonić.

Bo jutro...
Jutro jedziemy do Gdańska.
Jeśli wszystko się uda, w poniedziałek Antek będzie operowany.

Ale to jutro.
Dziś Młodzian śpi sobie błogo w swoim łóżeczku, a my czekamy na Gości.
Przed taką podróżą trzeba się napić wina:)

czwartek, 05 maja 2011

Dawno, dawno temu

chciałam zmieniać się dla mężczyzn
być taka, jaką oni chcieli mnie widzieć
Ostatnim był Oprawca

Od tamtego czasu zmieniam się dla siebie

ale coś mi zostało
Wciąż
cierpliwie znoszę
nieustanne pretensje pod moim adresem
(Że szafka, że półka, za głośno, za cicho, za dużo, za mało
sio, sro. Mówiąc w skrócie to, co kiedyś zachwycało, dziś wkurwia)

a ja to biorę,
bo wiem, że nie jestem aniołem

rozładowuję napięcie humorem
wygłupiam się
ale czasem ręce mi opadają
i coraz częściej mam ochotę wyjść po zapałki
z Antkiem pod pachą,  z kotem
pod drugą
i nie wrócić.

***
I nie ma w tym żadnego dramatu
nawet łez nie ma
jest szczypta złości i znużenia
zaledwie.

Dobranoc Fistaszki!:)

środa, 04 maja 2011

Wpadłam dziś do Pozytywki na dwa podpiwki i stypę. Przy świeczce do złudzenia przypominającej znicz, grzebaliśmy ideę, która choć jeszcze dycha, to już resztkami sił.

Potem pogadałam z Przemkiem - moim ulubionym z dwóch ulubionych barmanów i adrenalina mi się strasznie podniosła, bo znów nasze boskie miasto rzuca fajnym ludziom kłody pod nogi. Ech, szkoda gadać.

Ale mimo dość ponurych okoliczności, wieczór w Pozytywce był jednak pozytywny. I ten, i ten kilka dni temu, gdy zawędrowałam tam z panienkami. 
A oto i zaległa fota z minionej soboty:

Iwo II, Aga, Tymiś i ja w Pozytywce ofkors:)

***
Hot news od kumpeli z Wawy:
"Nie pisałam Ci jeszcze, ale zostałam okrzyknięta przez niego królową loda. Teraz X. ciągle mówi do mnie: Królowo:)"
[personalia Królowej oraz Iksa do wiadmości redakcji:))]

wtorek, 03 maja 2011

Dziś nie będzie o mnie, bo zbyt wiele się dzieje rzeczy, o których pisać nie potrafię. Mam mętlik straszny - choć na wierzchu panuje spokój - jak flałta na jeziorze. Wszystko dzieje się pod wodą, w środku, tak głęboko, że sama nie umiem tego dotknąć.

Dziś będzie o filmach, bo drugi wieczór z rzędu raczę się kinem sąsiadów.

Wczoraj Butelki zwrotne - typowy, udany czeski obrazek.
Dziś niemieckie młode kino - Wszyscy inni. Film, w którym nic się nie dzieje, choć dzieje się bardzo dużo.

Oba filmy mają coś wspólnego. To opowieści o przepaściach. I o braku symetrii w miłości. I o tym jeszcze, że kiedy przekroczymy granicę bliskości i wzajemnego poznania, zaczynamy się gwałtownie oddalać: fascynacja zmienia się w znużenie, czułość w zniecierpliwienie, wspólny śmiech ustępuje miejsca irytacji. 

A najgorsze chyba jest to, że tak po prostu musi być.
Możemy to łagodzić, walczyć, starać się, ale jest to nieuchronna kolej rzeczy.
I albo trzeba się na to zgodzić, albo zrezygnować. Albo obśmiać.
Bo śmiech jest dobry na wszystko:)


Wszyscy inni

poniedziałek, 02 maja 2011

Ach, co to był za ślub!
Moja mała siostrzyczka wyglądała piękniej niż brytyjska Kate, a Łukasz... Łukasz ma znacznie lepsze włosy niż Wiliam.

Hitem ślubu okazał się fakt, że mój tato zjawił się bez czapki z daszkiem, zaś ciotka, mama panny młodej, zrobiła sobie make up. Jak się okazuje, wystarczy raz w życiu zdjąć czapkę lub robić sobie makijaż co kilkadziesiąt lat i...sensacja gotowa!:)

W kościele - jak na porządnych ateistów przystało - usiedliśmy na bocznej oślej ławce - moja ciotka Magda zabijała czas, tłumacząc sobie mszę na angielski, ja robiłam foty. Potem nastąpił konflikt wewnątrzławkowy, bo część z nas klękała, a część nie.
Gdzieś w połowie mszy, ojciec - od miesiąca zapalony działkowiec - wypalił głośnym szeptem:
- A mówiłem już, że rzodkiewka wzeszła?
Marek natomiast pocieszał nas, że ślub katolicki to bagatela przy ślubie protestanckim, bo tam ceremonia odbywa się na stojąco i trwa ponad dwie godziny. 

Gdy już państwo młodzi zaprzysięgli sobie dozgonną wierność, Marek podsumował to tak:
Jak na pierwszy raz Emilce bardzo dobrze poszło.


Emilka i Łukasz

A potem było dużo jedzenia, picie, szlugi na tarsie z widokiem na jezioro i tańce, tańce, tańce. Przypomniałam sobie jak bardzo lubię cudze wesela i jak uwielbiam tańczyć z moim konkubentem. To chyba jedyny facet, z którym nie gubię rytmu. Bo jak wszyscy z mojej rodziny, należę do tych, co im muzyka w tańcu nie przeszkadza:)

Było też kilka fajnych rozmów, kilka bardzo wzruszających scen, które dowodzą, że monogamia może być piękna, było duużo ciepłych gestów i świetna atmosfera. A mały 5-letni Szymek niemal do północy wymiatał break dance na parkiecie.
Tymczasem nasze dziecko słodko spało w objęciach niani, abyśmy mogli z przyjemnościa wrócić do pustego mieszkania, co też uczyniliśmy.
Więcej grzechów nie pamiętam, reszta pewnie będzie na zdjęciach :)


Pierwszy taniec - "Perfect Day"

A to ślubny prezent od Norte:

(Myszy jeszcze w fazie "szycia")

I foty z cyklu "Marry Poppins" albo "Reklama rozgłośni radiowej"
zrobione na szlaku kościół-knajpa:



 
1 , 2