..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 30 maja 2010
W Olsztynie otwarcie sezonu letniego. Na niebie piękne słońce.
Więc szwędamy się, włóczymy i wędrujemy - to tu, to tam.

A jutro jadę na wieś. I wiecie kto zjeżdża?
Jozanka z Iguaną:)









piątek, 28 maja 2010

Jeszcze tydzień temu narzekałam na nawał pracy.
W poniedziałek uporałam się z ostatnim zleceniem, nawałnica przeszła i nastała cisza, która chwilę później przerodziła się w melancholię.
- Chyba już lepiej, gdy mam za dużo pracy niż gdy nie mam jej wcale - pomyślałam.
Natłok pracy odrywa człowieka od rozmyślań, kotwiczy w teraźniejszości, wyznacza konkretny cel do zdobycia. Brak pracy powoduje niedosyt, coś by się zrobiło, ale nie wiadomo co. Brak pracy mnie dezorientuje, sieje pustkę, rodzi głód "dziania się", który nie może być w pełni zaspokojony przez różnorakie ograniczenia.

Tego głodu nie ukoją spotkania towarzyskie, filmy, spacery i książki.

A propos książek. Kupiłam wczoraj "Miłość po polsku" Gretkowskiej i dla Antka Wiersze Brzechwy ilustrowane przez Bohdana Butenko (w dzieciństwie miałam to samo wydanie). 

"Miłość po polsku" będzie pewnie pierwszą książką, którą uda mi się skończyć. Mam  z tym straszny problem. Sieniewicza porzuciłam na ostatnim okrążeniu, Dzienniki Anny Frank w połowie, a nowe czytadło Bakuły znudziło mnie już na starcie. Słabą mam silną wolę w czytaniu książek, które mnie nie uwiodą. Ale Gretkowska da radę. Tego jestem pewna.

czwartek, 27 maja 2010

Budzimy się przed czwartą nad ranem. Noc powoli odsłania żaluzje ciemności, przez okno wpada już szare światło, które z minuty na minutę przybiera cieplejszą barwę poranka.
Pod ręką mam przygotowany nektar, więc na pół śpiąco podaję Antoszkowi butelkę. Gdy zaspokoi głód i pragnienie, kładę go obok siebie, łapię jego małą dłoń. Zwróceni do siebie twarzami, zasypiamy, trzymając się za ręce. Jego okrągłe oczka wpatrują się we mnie z bezgraniczną ufnością. Zanim powieki opadną mu na dobre, uśmiecha się jeszcze do mnie, a ja rozmiękam, topnieję, rozpływam się totalnie i wreszcie zasypiam otulona jego słodkim niemowlęcym zapachem.
Tak wygląda esencja szczęścia o świcie.

środa, 26 maja 2010

Nie lubię romantyzmu i romantycznej poezji, ale kocham piękne fotografie, kobiety i kolory. Dlatego wybrałam się do kina na "Jaśniejszą od gwiazd" i przez dwie godziny w zaciszu niewygodnego fotela chłonęłam filmowe obrazy.
Jak namalowane.
Gdyby jeszcze dialogi wymienić na muzykę, byłoby idealnie;)


poniedziałek, 24 maja 2010

Dziesięć lat temu nikt by nie przypuszczał, że trzydziestka "Basieniek" będzie niemal w pełni abstynenckim kolorowym leniwym piknikiem w słońcu. Wtedy pewnie byśmy się załamali: co ta za impreza bez alko, tańców, rozmów do świtu i obłoków papierosowego dymu szybujących nad głową.

Tym razem bawiliśmy się pod dachem nieba, a nad głowami szybowały prawdziwe obłoki. Stół uginał się od łakoci - słonych, słodkich, wiosennych i letnich, Adam dzielnie czuwał przy grillu, goście dopisali, dzieciaki tłumnie biegały po trawniku, a te mniejsze fruwały w ramionach rodziców.

W tym wesołym rozgardiaszu nie sposób było z każdym pogadać, każdemu poświęcić czas.

Dostałyśmy zarąbiste kalejdoskopy od Marty i Maksa, które przypomniały nam smak dzieciństwa, mała Amelka wręczyła wszystkim jubilatkom kwiatki, a mnie dodatkowo karnet na relaks w Warmia Parku (już się nie mogę doczekać:), Tomek z Agą przyjechali z czerwonymi goździkami i fajnym kolażem naszych fotek.

Honor imprezy uratował Cinek z Kubą - koledzy co jakiś czas specerowali do pobliskiego sklepiku w celach uzupełniania wiadomych zapasów:)

Ciekawe, jak będzie wyglądał nasz jubileusz za kolejne dziesięć lat.
Oby równie pysznie jak ten:)

na fotkach od lewej:
1. ja, Antek, Kaja i Adam, 2. Anais, 3. Ramsik z Antkiem, 4. Diana, Zasinka, Janiś, 5. Amelka, 6. Marcin z Boryskiem, 7. ja z Antoszkiem, 8. Natala

Na fotkach zabrakło wielu: Alutki, Endriuszy, Marty i Maksa, Tomka i Agi, Sandry, Gosi z Piotrkiem i ich trojga dzieciaków, Pawła z małą Natalką, Szymona, Cinka i Kuby, francuskiej przyjaciółki Anais oraz Duha.

piątek, 21 maja 2010

Jest wieczór. Świeżo po ulewnym deszczu. Słónce wyjrzało jeszcze zza chmur, aby powiedzieć dobranoc.

Motam Antka w chustę i idziemy na plażę. To ostatnie dni, kiedy można usłyszeć tu ciszę.  
Za chwilę przyjadą dzieci z miasta i będą skakać na główkę i bombę, wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. Do wodnej ślizgawki ustawią się kolejki. Otworzą budki z lodami i hamburgerami, których zapach będzie namolnie osiadał na skórze. Miłośnicy wrażeń dosiądą grzbietów ryczących motorówek.

Ale to dopiero za kilka dni, tygodni.
Na razie jest tu intymnie.

Antek nie przygląda się śwatu, on go chłonie.Obserujemy, jak jezioro szykuje się do snu. Słońce zasypia w pierzynie obłoków, Antoszek w moich ramionach.
Pstrykam kilka zdjęć i niespiesznie wracam do domu, delektując się zapachem nadchodzącego zmierzchu.






czwartek, 20 maja 2010

Wczoraj był fajny dzień.
Z samego rana wpadła do mnie kuzynka z Warszawy i na chwilę oderwałam się od dziecięcych tematów, a potem przyjechała Asia z małym i poszłyśmy na słoneczny spacer. Po południu wręczyłam potomka Endriuszy, a sama zamknęłam się w pokoju i na półtorej godziny odcięłam pępowinę.

Dzięki temu udało mi się wygrzebać z części zleceń, więc poszłam za ciosem i... rozpoczęłam pracę nad moją kondycją.

Pierwsze bieganie nad jeziorem po roku przerwy. Poluzowuję zastałe mięśnie i stawy.  Wdycham wilgoć wieczoru i rozkoszuję się soczystymi odcieniami zieleni. Jestem sama. Kilka magicznych minut totalnej wolności. Pysznie.

Dziś zaś spacer z aparatem i tropienie nowych istnień.
Voila!
Ciekawe, co na to homofobi? Wszak z naturą dyskutować nie uchodzi.


ps. I nie jest to żadna fotograficzna manipulacja. W pobliżu nie ma żadnych kaczorów. Chyba, że wyskoczyli na browara na inne jezioro.

środa, 19 maja 2010

Rano mam zawsze dużo energii, ale kiedy kładę się spać, jestem pustym flakiem, z którego co wieczór uchodzi powietrze. Wczoraj na dodatek byłam flakiem sfrustrowanym. Bo...

bo mam cholernie dużo roboty. Zlecenia zwaliły mi się na łeb i nie wiem, od czego zacząć. Czasem udaje mi się rozdwoić i pracuję, zajmując się Antkiem. Lecz niekiedy jest to cholernie trudne. A otoczenie w osobie mojego konkubenta - niby wie, niby rozumie, baardzo współczuje, ale z pomocą bywa różnie. Jego praca jest ważniejsza - bo etatowa, regularna, bardziej dochodowa.

Gdybym wychodziła z domu do jakiegoś biura, wówczas moja praca cieszyłaby się należytym szacunkiem, Antek miałby opiekunkę, a ja mogłabym spokojnie wykonywać swoje obowiązki. Ale skoro siedzę w domu, to przecież nic nie robię.

Nikt nie powiedział tego wprost, ale nie musiał.
Tak było zawsze z moim pisaniem - zarówno powieści, jak i chałtur.

Na szczęście jest poranek. Mam dużo energii i zaczynam dzień.

poniedziałek, 17 maja 2010

Nie wiem, co u Was, bo u mnie żenująca nuda.
To znaczy ja nie nudzę się wcale, ale nie robię niczego, co mogłoby zainteresować szerszą publiczność.

Od wczoraj jestem na wsi, w domu rodziców, który kompletnie zatonął w bujnej wiosennej zieloności. Antek zamiast na spacerze, sypia na balkonie, a ja mogę spokojnie pracować - korpochałturzę i redaguję powieść. Nie tracę ani chwili. Piszę i jednym okiem oglądam telewizję, bo mam deficyt (śnieżąca dwójka w mansardzie to marna namiastka tv). Karmię się zatem patchworkiem telewizyjnych szitów: tańcem Grocholi, Muchą w jury YCD, programami śniadaniowymi na wszystkich możliwych kanałach. Żyję konfliktem Herbuś z Korwin-Piotrowską i przygodami krowy "Matyldy" na Jim Jam Polsat.

A pracując i oglądając, czekam na Endriuszę wracającego z Krakowa i czekam na lato.
Endriusza będzie już jutro, a lato?
Kto wie.

niedziela, 16 maja 2010

Było to w piątek po pracy. W Warszawie.
A wiadomo, że w Warszawie pracuje się dłużej niż na naszej prowincji.

W piątek koło 19-tej trzech panów z radia i jeden z radiową przeszłością wyruszyli krajową siódemką do Olsztyna. Przybyli późną nocą w strugach deszczu i ucztowali do świtu z Endriuszą.

Następnego dnia wstali i przybyli do mansardy niczym trzej królowie, niosąc dary dla nowo narodzonego i kwiatek dla tej, która go powiła. 

Zrobiłam im pamiątkowe zdjęcie z naszym potomkiem, którego zamieścić się nie odważę, aby przypadkiem nie nadszarpnąć ich poważnego publicznego wizerunku, potem wypili kawę na Przystani i ruszyli w drogę powrotną.

W ten sposób czterej wujkowie Antka, zupełnie spontanicznie i z iście młodzieńczą świeżością powitali na świecie naszego syna.

Fajnie, że im się chciało. Fajne są takie gesty. 
 

piątek, 14 maja 2010

W radiu mój ukochany Mann - jego boskie gadki i koszmarna muzyka.
Na kolanach Antek "czyta" swoją książkę uszytą z tkanin.
Endrju okupuje kuchnię,  bo tutaj ma swoją rozgłośnię. 
Ja piję herbatę i patrzę w okno.
Pogoda założyła dziś burą spraną podomkę.  

Pójdę w świat poszukać natchnienia.

czwartek, 13 maja 2010

A dziś zupełnie nagle poczułam się zmęczona i smutna.
Mam ochotę owinąć się kołdrą i powiedzieć całemu światu "dobranoc".
Napięcie przedmiesiączkowe?
Zważywszy na fakt, że od roku nie miałam okresu, dziwne to uczucie:)

środa, 12 maja 2010

Sniło mi się dzisiaj, że mam jechać na kilka dni do Poznania - odwiedzić znajomych, przewłóczyć się miastem, iść na imprezę.
Antek miał zostać z Endriuszą, a ja przekonywałam, że musi jechać ze mną, bo zdechnę z tęsknoty za Groszkiem i nie będę miała z tego wyjazdu żadnej radości.

Ktoś to sprytnie wymyślił, że matkom aż tak pada na mózg.
Bo tylko dzięki temu mogą być radosne, pomimo faktu, że oskrobano do kości ich życie   z rozpusty i hedonizmu. Nieustannie mnie to zadziwia. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia: uśmiech małego kluska i jestem obezwładniona.

Bardzo powoli jednak wychodzę z tego ciepłego kokona i wychylam nos do świata: co by tu porobić? Co by tu...

Byłam u świetnego fryzjera, którego odkryła Janiś. Wrócił do Olsztyna po 12 latach europejskiej włóczęgi, porzucając intratne posady w renomowanych salonach Paryż i Londynu. W ciągu godziny zaaplikował mi wstrząsową dawkę pozytywnej energii. A potem wstąpiłam do uroczego nowo otwartego kramiku "Rzeczy stąd", w którym można kupić m.in. hendmejdowe pamiątki. Bardzo fajna inicjatywa. Mam nadzieję, że się powiedzie - kibicuję całym sercem. Na dobry początek kupiłam tam czerwoną filcową bransoletkę.

Lubię napotykać czyjeś zwizualizowane marzenia, wędrować między nimi i wchłaniać przez skórę pasję, determinację i siłę, które pozwalają marzeniom się rozwijać.

Podlewam w ten sposób własne nasionka marzeń, które kiełkują we mnie obficie. A niektóre nawet zakwitają.

wtorek, 11 maja 2010

Kiedyś ktoś napisał, że jeśli płacą nam za nasze pasje, wówczas przestają być one pasjami. Bo kojarzą się z obowiązkiem, terminami, czasem pracy, a nie czasem wolnym. 

Zawsze chciałam żyć z pisania (czegokolwiek), a teraz nie mogę patrzeć już na korporacyjne scenariusze i teksty reklamowe, które tłukę na potęgę.
O ile można cokolwiek tłuc na potęgę, zajmując się 24 godziny na dobę baaaardzo absorbującym dzieckiem.

Piszę, gdy karmię Antka, piszę jedną ręką, a drugą go zabawiam, piszę głową podczas spaceru, pod prysznicem, zasypiając.

Marzę o chwili, aby wrócić do prozy. Ale proza wymaga wolnej głowy. Z dzieckiem na rękach łatwiej tworzyć ple, ple, ple dla korpoludków niż powieści.

O czym jeszcze marzę?
O działaniu.
Nie narzekam na brak ludzi wokół siebie. Wręcz przeciwnie.
Ale po raz pierwszy od dłuższego czasu, mam wielką ochotę coś zrobić. Razem. Zespołowo. Z adrenaliną. 

Jak tylko się rozpogodzi, urządzę piknik.
Bardziej ambitne plany będą musiały trochę poczekać. Aż Antek na własnych nogach powędruję do żłobka:)

niedziela, 09 maja 2010

Przyfrunęła do mnie już trzecia mysza od Norte.
A galerię jej cudnej urody myszy znajdziecie
TU.

Ja jestem zakochana po uszy:)

foto by Norte

piątek, 07 maja 2010

Pogoda zrobiła dla nas wyjątek i rozjaśniła niebo.
Antek wielkodusznie ograniczył marudzenie do minimum i włączył tryb spania.

Same Kąty wyludnione, dechami zabite, bez dudniącej muzyki, korowodów turystów, bez duszącego zapachu smażonej ryby i gofrów.
Plaża dzika, pusta, cała dla nas.

Cudne te chwile - uwalniamy myśli spętane codziennymi sprawami, wietrzymy głowy i płuca, nacieszamy się sobą.  Jest czas na przekomarzania, snucie planów, a nawet filozofowanie, czyli co z tym Bogiem?

Na chwilę wpada Rafał z Pauliną - lubię ich energię.

W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Gdańsk - przystanek IKEA i obiad w Wooku. Potem mijamy  miejscowości: Dziewięć Włók, Stare Babki i Nowe Ramoty i lądujemy w naszej mansardzie.
Lepiej być nie mogło:)









To moje ulubione zdjęcie:)







A Endrju lubi fotografować morskie skarby:


więcej w albumie

wtorek, 04 maja 2010

Nie wiem, jak u Was, ale u nas długi weekend dopiero się zaczyna.
Jedziemy na majówkę do Kątów Rybackich.
A że aura nie sprzyja?
Kto by się tym przejmował:)

niedziela, 02 maja 2010

Dwa dni na wsi u rodziców.
Uprzątnęłam poddasze, gdzie z Krisem mamy sypialnie. Kiedy zlikwidowałam kramik, wszystkie graty zawaliły mój pokój i trzeba było wreszcie zrobić z tym porządek.

Poukładałam książki na kramikowym regale. Powdychałam wiejskie powietrze, poczytałam zaległą prasę.
W kwietniowym Exlusivie rewelacyjna sesja zdjęciowa Kazi Szczuki, w "Wysokich Obcasach" extra - sporo dobrych tekstów, ale najsmaczniejszy wywiad z Jerzym Pilchem. A ja nie czytałam ani jednej jego powieści. Chyba muszę spróbować.

Poza prasą, dorwałam się do TV, bo w mansardzie mamy tylko TVP2. Więc zaspokoiłam głód reklam i różnych nieobciążających mózgu programów. Spodobały mi się rewolucje kuchenne Gesslerowej. Lubię tę babkę - jest taka apetyczna jak jej kuchnia.

Niedawno wróciliśmy do domu z pierwszym sezonem FRINGE (twórcy Lostów) oraz Ulicą Sezamkową dla Antka.

Kończę tę pospieszną notkę, bo Antek drze się wniebogłosy - przed nami kąpiel, karmenie i zasypianie przy dobranocce dla rodziców, czyli pierwszym odcinku nowego serialu.

Dobrej nocy!