..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 maja 2009

- Czasem też chciałbym być laską - westchnął Dyzio, kiedy po zakończonej gali wieczornej przemierzaliśmy Hiltonowski korytarz. - To musi być fantastyczne uczucie, budzić tyle emocji wśród facetów.
- Można się uodpornić -
odpowiedziałam z uśmiechem i nie dodałam już, że mężczyźni w grupie po prostu dostają małpiego rozumu.

Pracując przy eventach, spędzam czas przede wszystkim z facetami. Niekiedy - jak w tym przypadku - jestem jedyną babką w zespole. Stężenie testosteronu jest wówczas tak nieproporcjonalne do poziomu progresteronu, że chłopcom odbija palma  (Syndrom panów z budowy).
Prześcigają się komplementach, spełniają moje zachcianki, stroszą piórka, rozwijają pawie ogony i rzucają podteksty. Taka sytuacja wymaga również ode mnie przywdziania odpowiedniej roli: komplementy przyjmuję z wdzięcznością, podteksty ignoruje, a kiedy są zbyt odważne, udaję święte oburzenie. I oczywiście wcale nie dostrzegam zamieszania wokół własnej osoby.

Czasem mam z tego ubaw, czasem z nimi pogrywam, ale przede wszystkim przyglądam się wszystkiemu kątem oka jak świetnemu spektaklowi, w którym cała akcja toczy się wokół mnie, choć w gruncie rzeczy nie mnie dotyczy. Ja jestem tu tylko symbolem.

Fajnie tak pokołysać bioderkami i nakarmić własną próżność, ale po dwóch dniach w gronie głodnych samców, mam wielką ochotę na babskie spotkanie, gadki bez ogródek i głupawe chichoty. Moja potrzeba wewnętrznej równowagi domaga się teraz kobiet.

środa, 27 maja 2009

Najpierw w strasznym deszczu przemierzyłam na piechotę pół Olsztyna.
Szłam bowiem do Babci niczym Czerwony Kapturek, tyle że mój kapturek był różowy.
Potem w jeszcze gorszym deszczu wracałam do domu Herkulesem, którego odebrałam z serwisu, gdzie przeprowadzono tzw. wymianę ogumienia
(czytaj: odebrałam Herkulesa od kowala, który założył mojemu rumakowi nowe podkowy).
I teraz znów będę mogła fruwać na jego zgrabnym grzbiecie:)
Herkulesa, nie kowala.

A zaraz jadę do Warszawy popracować trochę. Żeby nie było to tamto.
Wrócę za jakiś czas.

Na razie zaś załączam obiecaną fotkę w pilotce:


FOT. Szymon Piotrowiak

wtorek, 26 maja 2009

Jakiś niepokój mnie dopadł - czuję dziwny skurcz żołądka jak przed wyjściem na scenę. 
To niepewność jutra - ciut lęku i szczypta ekscytacji.
"Ciemno wszędzie głuch wszędzie, co to będzie, co to będzie?"
Zaglądam w siebie i próbuję zlokalizować osobliwy lęk, który uciska mnie od wewnątrz.

Na razie wytropiłam tylko prozaiczne strachy przed jutrem o pustej kieszeni,
więc prycham z pogardą dla samej siebie,
i wściekam się, bo przecież miałam być ponad to i co jak co, ale brak zaplecza finansowego nie powinien mnie wybijać z dobrego nastroju. I nie wybije, żeby nie wiem co.

Grzebię dalej...
Acha, kolejna rzecz: nie chcę mi się pisać.
Mam wstręt do pisania i każde otwarcie wordowskiego pliku wywołuje u mnie odruch wymiotny. 

To już gorzej. Tak, to martwi mnie naprawdę.

Coś jeszcze?
Szukajmy dalej...

Martwię się o mojego braciszka, nie o tego poznańskiego, bo ten radzi sobie świetnie, choć przezornie biadoli na zapas. Martwię się o mojego starszego braciszka ciotecznego, który z kolei zawsze robi dobrą minę do złej gry i w życiu nie przyzna się do tego, że nie zawsze chce mu się wstawać z łóżka.

Martwię się tym że nie wiem, w którą pójść teraz stronę i jak poustawiać dorosłe priorytety.
Martwię się wynikami badań, których ze strachu nie odbieram od 3 tygodni.
Martwię się tym,  że termin urlopu zbiega mi się z innym ważnym terminem.
Martwię się...
nie, już więcej się nie martwię, bo już naprawdę nie mam czym.

Kiedyś usłyszałam takie ładne zdanie:
"Tylko dzieci myślą, dorośli już się tylko martwią"

Coś w tym jest, ale we mnie na szczęście wciąż jeszcze sporo z dziecka.

poniedziałek, 25 maja 2009

Kilka tygodni temu Krzysiek wyjechał do Budapesztu kończyć powieść.
Od czasu do czasu esemesujemy.

ja:
Twoja kniga na finale?
Krzysiek:  Z knigą finiszuję, ale to jest strasznie już męczące. Żeby użyć obrazowej metafory: jak próba dojścia do wytrysku miękkim chujem.

Nic dodać nic ująć, prawda?:)

niedziela, 24 maja 2009


Upojeni = Ulegli
Długo oczekiwany przyjazd Walerków stanął pod wielkim znakiem zapytania w piątek popołudniu. Powód? Pęknięta szyba w aucie. Na szczęście nad rozsądkiem zwyciężyła tęsknota za nami  i... ku naszej wielkiej radości nissan z poznańskimi blachami zaparkował nad Jeziorem Długim chwilę po 22.00. Ten wieczór spędziliśmy w mansardzie jedząc, pijąc, lulki paląc i gadając. Z pełnym wyrachowaniem dolewałam chłopakom wino, wiedząc, że niebawem poruszymy temat wakacji. Bo w naszym czworokącie urlopowy sojusz  Endrju trzyma z Szymkiem, a ja z Aśką.

Już grubo po północy, ktoś mimochodem zagaił o lecie i zanim się zorientowaliśmy mój i Aśkowy pomysł został klepnięty. Jedziemy do Rumunii!
- Nie mogę uwierzyć, że oni się zgodzili! - szepcze mi Asia już po. - Rumunia zwyciężyła z Pribaltiką.
- Rumunia to przygoda, a w Pribaltice, co?
- Zachwycałybyśmy się zabytkami, jadły kolacje w miłych knajpeczkach i byłoby "milutko".
- A tak?
- A tak wszystko się może  zdarzyć! -
chichoczemy, obie głodne wrażeń.


Niczym Maklakiewicz i Himilsbach
W sobotnie przedpołudnie po szybkiej toalecie i leniwym śniadaniu ruszyliśmy do Buczyńca nad kanał Ostródzko-Elbląski, aby zaokrętować się na stateczku i popłynąć w rejs. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie i płatała różne figle, a my sunęliśmy cudnymi krajobrazami, aby godzinę później wejść na pokład.
- Ale ma Pan fajną pracę - zagajam do młodszego bosmana - cały dzień na statku. Bosko!
- Fajnie, ale w domu rzadko bywam
- odpowiada bosman.
- Wiadomo! Marynarz z pana!
- Może i marynarz, tylko z tymi kobietami w każdym porcie to jakieś oszustwo!


Teatralnej sobotni czar
Wieczór spędzamy w Teatralnej, gdzie mnie i Aśkę na zmianę obtańcowuje starszy pan  z brzuszkiem - tancerz wyśmienity. Endrju robi krzywe miny, ale gdy namawiamy go, aby wziął na parkiet wypacykowaną pięćdziesiątkę napaloną na niego od początku imprezy, opiera się rękami i nogami. Istny pies ogrodnika!
- Ale zobacz, jak ten pan się rusza - Szymon tłumaczy Endrjuszy - ile on ma rytmu, taktu i delikatności. Widać, że on nie chce nic więcej. Dla niego taniec jest wartością samą w sobie.
- Oj wyluzuj! - potem  mówię ja-  Ten gościu chce po prostu potańczyć. On naprawdę nie chce mnie przelecieć.
- Nie chce? Ciebie? - drwi nieprzekonany Endrju.
Na szczęście Pan z brzuszkiem intuicyjnie wyczuwa nastrój Endriuszy i przekazuje mu moją rękę. Endrju jest w pełni usatysfakcjonowany. Młodość zwyciężyła!
Albo prawo własności:)
Teatrlaną opuszczamy jako ostatni, kiedy bufetowa - Pani Jagoda - tańczy już na mopie, a Pan Darek  - też z obsługi - zdradza nam kulisy "stosunków teatralnych".

Pijacki konsulting
Wracamy autem, bo Walerka z powodu leków musiała zachować wstrzemięźliwość.
- Wrzuć kierunkowskaz!
- Tutaj w prawo!
- Zwolnij!
- nawalona trójka udziela Aśce niezbędnych instrukcji.

- Ja z Aśką więcej nie jadę - bełkocze Endrju, wysiadając z samochodu.
- Więcej nie wożę pijaków! - oświadcza Aśka. 

W domu jesteśmy o świcie i okazuje się, że w dużym pokoju nie działa lampa. Parujący procentami panowie z minami fachowców biorą się za naprawę. Za oknem prawie jasno.

***
A teraz jest niedzielny wieczór - radośnie syta i spełniona oglądam zdjęcia i sobie myślę, że nic nie zastąpi tych szkolnych, studenckich przyjaźni, kiedy razem się kształtowaliśmy, dojrzewaliśmy, odkrywaliśmy pierwsze kosmosy dorosłości. 
I czuję, że taki kwartet jak nasz podbije jeszcze niejedną galaktykę:)



Fot. Szymi
Czekamy na statek...

Nadpływa, nadjeżdża???


Fot. Szymi




Fot. Endrju
A poniżej niedzielny obiad, czyli Micha Karczmiarza w Karczmie Warmińskiej
w Gietrzwałdzie - pyyycha!




Reszta fotek TU

czwartek, 21 maja 2009

Endrjusza poszedł na koncert black satanowy, a ja mam mansardę dla siebie.
Taka okazja nie zdarza się często, dlatego urządziłam dziś na poddaszu One Woman Fest.

Zaczęło się prozaicznie - tańcem na szmatach, bo specjalne święto wymaga specjalnego przygotowania.
Potem wzięłam prysznic, włączyłam na cały regulator Hankę Banaszak, nałożyłam sobie algi na twarzyczkę i pogrążyłam się w błogim relaksie.
Kiedy już zmyłam zielone błoto, rozłożyłam się na pufie i powlekłam paznokcie piękną intensywną czerwienią. 
A teraz piję Desperadosa, palę fajeczki i wdycham wiosenny deszcz, który dzwoni o parapet otwartego okna.

Jest dobrze.

A to kilka fotek z galerii dzisiejszego popołudnia na wsi:
http://www.flickr.com/photos/pr0myczek/




i TRYPTYK ZUZANNY - naszej znajdy spod Łodzi


Zuza Marzycielka


Zuza Nostalgia



Zuza Smuteczek

Niesiemy kota do weterynarza. A że kot w stresie gubi masę sierści, Endrju ubrał osierściony już, domowy i przykrótki polarek.

Endrju idzie przodem, a ja za nim:

ja:
Kurczę, jaki ty masz zgrabny tyłeczek!
Endrju: Jasne...
ja: No naprawdę! Powienieneś częściej go odsłaniać.
Endrju: Taaa...
ja: Kochanie, taki tyłek trzeba pokazać światu! Czemu nie nosisz krótszych koszul???
Endrju: Bo te krótsze nie zapinają się na moim brzuchu.

środa, 20 maja 2009

LISTY od P.
Dostałam dziś list, a właściwie cały plik listów.
Pięknych, pisanych tygodniami, papierowych listów- rozmów prowadzonych w głowach ludzi, którym z różnych względów nie było ze sobą  po drodze.
Moje listy są w grubych zeszytach i na razie nie wyślę ich nikomu.
Spłakałam się strasznie nad ironią losu i nad bolesnymi figlami, jakie płata nam życie, jakie płatamy sobie sami.
Ale cóż byłoby warte życie, gdyby nie te figle?


PREZENTACJA NA WAKACJE
W ten weekend zapowiada się w mansardzie spotkanie na szczycie - przyjeżdża Walera z Szymonem i musimy wreszcie podjąć decyzję, jaki zakątek Europy chcemy zobaczyć w wakacje.
Wczoraj telefon od Walerki:
- Przypominam się.
- Kochana, wyczekuję Was z ustęsknieniem.
- Tylko ostrzegam, że my do planów wakacyjnych podchodzimy poważnie.
- My też! Strasznie poważnie -
odpowiadam żarliwie i szczerze.
- Szymon przygotowuje prezentację.
- Cooo?
- I ja też. Więc wy również przygotujcie swoje propozycje.

Kwadrans później przekazuję wieści Endriuszy.
- Zwariowali? Prezentacje!? - Endrjusza jest załamany, bo kreatywne zadania to dla niego horror. - O rany, to co Ty dla nas przygotujesz?
- Nie ja dla nas, tylko ja przygotuję swoją, a Ty swoją.
- Ja?! - Endrjusza kręci nosem - Ja będę niezależne jury. Przecież ktoś to musi ocenić, prawda??

FRUWAĆ CHCĘ
zainspirowana snami, w których fruwam między obłokami, kupiłam sobie zajebistą skórzaną czapkę pilotkę. Na razie jest trochę za ciepło na nią, ale jesienią będę ją nosić na bank. Chyba, że wcześniej ktoś sprawi mi do kompletu awionetkę:)
Podać numer konta czy od razu adres miejsca lądowania?

Foto wkrótce:)

wtorek, 19 maja 2009

Konwalie i truskawki to moje ulubione prezenty, jakie przynosi ze sobą wiosna.
Idąc do kramiku, codziennie zachodzę do pewnej babuleńki, która pod arkadami sprzedaje wonne bukieciki. Mogłabym oddychać tym zapachem.  Tak jak mogłabym mieć zawsze na ustach smak truskawek. Dziś na straganie truskawkowa premiera.

Po dwóch dniach drzemiącego we mnie smutku, dziś obudziłam się z lekkimi ramionami.
Czasem jest to zasługa snów - jeśli są przyjemne, zmysłowe albo pełne przygód i adrenaliny, wówczas ich nastrój udziela mi się na jawie, a moc działa jeszcze za dnia.

Jakiś czas temu napisałam scenę powieści, a dziś rzeczywistość bardzo wiernie ją ziściła. 
To było nieuchronne i dobrze, że wreszcie się stało. 
Od czasu do czasu trzeba robić porządek w szafie. 

poniedziałek, 18 maja 2009

Nie cierpię niedziel.
W niedzielę czuję oddech śmierci i rozkładu. Wtedy najchętniej zawijam się w kołdrę i czytam, albo zagłuszam się filmem, byle dotrwać do poniedziałku.
Na szczęście wczoraj z otchłani niedzielnej beznadziei wyciągnęła mnie Janiś, która niespodziewanie przyfrunęła z Dublina. Strasznie się za nią stęskniłam. Dwie godziny zleciały nam szybko na prozaicznych rozmowach o związkach, pracy, głodzie poszukiwania i cudzie macierzyństwa. Wymieniłyśmy się wieściami dotyczącymi reszty Basieniek.
- A wiesz, że M. z zemsty wymalowała sprayem dom swojego faceta?
- Słyszałam! A z kim pojechała na majówkę?
- A nie, nie, na majówkę pojechała z byłym.
- A co u E.?
- No E. wciąż z Włochem, mają pewien korzystny dla obu stron układ biznesowy:)
- Ponoć A. ma romans?
- A tak, tak. Stwierdziła, że tego potrzebuje. Sama rozumiesz, nie można ignorować własnych potrzeb.
- Nie, no oczywiście:)  A N. jest w ciąży.
- Tak, pięknie wygląda.
- A co u D.?


I tak dalej i tak dalej - każda z Basieniek to odrębny komos, który można odkrywać w nieskończoność.  Rozstając się z Janiś, poczułam wielki niedosyt, ale i radość, że wraca już w październiku i kolejna pokrewna dusza - jedna z najzieleńszych osób, jakie znam, będzie na wyciągnięcie ręki.

Z innych wrażeń weekendu:
- obejrzałam wreszcie "Sen Kasandry". Kolejny dowód na to, że moja miłość do Allena jest całkowicie uzasadniona.

- obejrzałam "Lejdis" i wystawiam temu filmowi duże "TAK". Uchwycić kobiecy świat, a jednocześnie nie spłycić, nie zwulgaryzować i nie przesadzić - trudna to sztuka. Twórcom "Lejdis" się udało.

- obudziłam w sobie uczucia ciocierzyńskie i zabrałam mojego 4-letniego bratanka na "Lato Muminków". Bajka zrobiona oldschoolową techniką znudziła mnie okrutnie. Możliwe, że Szymka również, dlatego jako jedyni na sali co chwila wybiegaliśmy to na popcorn, to na soczek, to na siku. Aż wreszcie urwaliśmy się w połowie i poszliśmy na pizzę. Fajnie być ciotką, choć to rola, która wymaga grubego portfela:)

- w piątek wieczorem wybraliśmy się na Kortowiadę. Nigdy nie lubiłam zgromadzeń, ale teraz jeszcze doszedł starczy lęk przezd tłumem. Urwaliśmy się po dwóch kwadransach.

I tyle.
A dziś jest poniedziałek.
Trochę mnie trzyma poniedzielny smutek, który pielęnuje w sobie, słuchając piosenek Katarzyny Groniec.



niedziela, 17 maja 2009

Na specjalną prośbę Pustej Literatki kilka słów o "Tataraku".
Tak jak pisałam wcześniej, nowy film Wajdy pozostawił we mnie bardzo mieszane uczucia.

Po pierwsze dlatego, że nie do końca przekonuje mnie przeplatanie filmu z paradokumentalnymi fragmentami kulis produkcyjnych. A tym bardziej sceny, kiedy Krystyna Janda opowiada o śmierci swojego męża. Węszę tu oszustwo, filmowy trik, na który chcą nas nabrać: że niby to dokument, Janda siada i gada, ale ja w to nie wierzę. Jej monolog, gra światła - wszystko jest perfekcyjnie wyreżyserowane. Nie wątpię w szczerość jej wyznań, a jednak poddawanie ich takiej obróbce, zgrzyta mi. I choć w chwili, kiedy siedzę w fotelu, jestem wstrząśnięta i wzruszona, po wyjściu i głębszej refleksji, nie kupuję tego. 

A zatem historia "Tataraku" jest tylko pretekstem do opowieści samej Jandy. Ale tutaj muszę jej oddać cześć. Janda w roli Marty jest genialna. Pozbyła się tak charakterystycznej dla niej nerwowej egzaltacji, nie ma śladu histerycznych gestów i brzmień. Janda w "Tataraku" jest wyciszona i bardzo wiarygodna. Już w samych jej oczach można znaleźć wszystko: są upiornie puste, zgaszone, tęskniące za młodością i życiem.
I ostatnia rzecz: film jest niebywale malarski i zmysłowy. Mnóstwo tu pięknych zdjęć, fantastycznej gry światłem.

Czy polecam?
Polecam.
Szczególnie tym, którzy Jandy nie lubią i jej nie cenią.
Może warto zmienić zdanie?


piątek, 15 maja 2009

Dziś zimna Zośka.
W Poznaniu odbywają się Imprezy Warte Poznania.
A mnie przypomniała się pewna historia sprzed lat.

5 lat temu miałam okazję pracować przy organizacji II edycji Imprez Wartych Poznania. Pamiętam, że przygotowania zaczęły się już w lutym, a w marcu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Miałam wtedy staż w Wydziale Kultury i Sztuki i z okazji 1 kwietnia - Prima Aprilis - zrobiłam mojej szefowej, Pani Bogusi, psikusa.
Dzień wcześniej sfabrykowałam mejla od pewnego artysty o nazwisku Łowżył, którego koncert miał być jedną z atrakcji Imprez. Napisałam w jego imieniu list, w którym oświadczyłam, że niestety koncert się nie odbędzie, ponieważ ktoś z zespołu złamał rękę, a poza tym termin koncertu wypada w Zimną Zośkę i wszystkie prognozy wskazują, że będzie zbyt chłodno na granie pod chmurką. Na koniec bardzo ładnie przeprosiłam i zaproponowałam późniejszy termin koncertu.

Nigdy nie zapomnę miny pani Bogusi i wściekłości, jaką ten mejl wywołał. Chwyciła wówczas za słuchawkę, zadzwoniła do Łowżyła i nie dając mu dojść do głosu, opieprzyła go tak, że hej!

Rok później, pracowałam już w Teatrze i wówczas primaaprilisowym kozłem ofiarnym stał się Zdzichu. Zrobiłam wtedy fotomontaż Zdzichowego zdjęcia z dwoma nagimi panienkami w jakiejś pejzażowej scenerii. Do fotografii dołączyłam donos do dyrektora, że pracownik teatru dla dzieci (!) był widziany na poznańskiej Cytadeli z nagimi paniami, co świadczy o absolutnej degrengoladzie moralnej Teatru Animacji. Dyrektor oczywiście łyknął jak młody Pelikan i wstrząśnięty wezwał Zdzicha na dywanik.

Piękna to była tradycja.
Muszę do niej powrócić.
Tymczasem idę się zdrzemnąć, aby w pełni sił zacząć pyszny weekend.
Ciao Fistaszki!

czwartek, 14 maja 2009

Wilka stepowego połknęłam jednym tchem. Już dawno w niczym się tak nie zaczytałam.
No chyba, że we własnym blogu - hehehe. Ale to ponoć znamienne dla wszystkich blogerów i pamiętnikarzy - nic tak nie wciąga jak własne zapiski.
Takiej lekturze zwykle towarzyszy albo przesadny krytycyzm, albo równie przesadny zachwyt: to naprawdę ja napisałam? Niemożliwe!

Kiedy wracam do mojego bloga, nie tyle zadziwia mnie forma pisania, co raczej sposób patrzenia na świat, ewolucja światopoglądu, płynność mojego "ja", które zdaje się wciąż takie same, a przecież w przeciągu kilku lat tak wiele się zmieniło.

Dlatego po raz kolejny namawiam wszystkich gorąco: piszcie.

Pamięć ludzka jest bardzo zawodna, a podróżowanie w czasie po własnych notatkach bywa naprawdę fascynujące.

środa, 13 maja 2009

"Jest coś pięknego w tym zadowoleniu, w tej bezbolesności, w tych znośnych, przyczajonych dniach, kiedy ani ból, ani rozkosz, nie mają odwagi krzyczeć, kiedy wszystko tylko szepcze i skrada się na palcach.
Niestety ze mną jest tak, że źle znoszę uczucie zadowolenia, szybko staje mi się ono nienawistne i wstrętne, i pełen rozpaczy musze szukać innych temperatur, o ile to możliwe, w rozkoszy, a w razie konieczności - rownież w cierpieniu. Jeśli przez jakiś czas nie doznałem ani rozkoszy, ani bólu i oddychałem letnia, mdłą i znośną atmosferą tak zwanych dobrych dni, wtedy dziecinna moją dusze ogarnia tak ogromny smutek i taka żałość, że zardzewiałą lirę wdzięczności ciskam sennemu  bożkowi zadowolenia w  sytą twarz, wolę bowiem czuć w sobie prawdziwie diabelny ból niż zdrową temperaturę pokojową. Wtedy rozpala się we mnie dzika żądza sensacji, wściekłość na wymuskane, płaskie, unormowane i wysterylizowane życie i  obłędna chęć zniszczenia czegoś, na przykład domu towarowego albo katedry, albo siebie samego;"
Herman Hesse "Wilk stepowy, kolekcja GW, s.21.

Wilk stepowy to trzecia moja pozycja z kolekcji Gazety Wyborczej po Żarcie Kundery i Władcy Much Goldinga.
Długo to trwało, ale wreszcie dojrzałam do czytania klasyki. Męczenie takimi książkami nastolatków jest nieporozumieniem. Dopiero teraz, 10 lat po maturze, dawno po studiach filologicznych, odnajduję wyborny smak obcowania z tymi książkami. 

W przytoczonym fragmencie Hesse dotyka tego, co frustruje mnie na każdym kroku.
"Jesteś zdrowa, ładna, masz rodzinę, chłopaka, pracę, pasję. Czego Ty jeszcze chcesz od życia?" - pytają Ci, którzy nierozumieją.
I ja też nierozumiem, ale tak jak Harry Haller potrzebuję temperatury.
Sorry.

wtorek, 12 maja 2009

ja: Pytanie: "co jest za wszechświatem?" dręczy mnie od dziecka.
Endrju: Lepsze to niż "czy Bóg istnieje".
ja: Jak myślisz, co jest za wszechświatem?
Endrju: Nie wiem. Może zapytaj Jacka Sobotę.
ja: A co mi odpowie Jacek?
Endrju: Myślę, że Jacek odpowie Ci, że za wszechświatem jest kolejny kiosk:)

Rozmawialiśmy o tym między seansem w planetarium, a seansem nowego Star Treka, na którym świetnie się bawiłam i dopiero po filmie okazało się, że nie zrozumiałam połowy wątków.
- Żeby czytać sciencie fiction, musisz zawiesić niewiarę - tłumaczy mi już Endrju, a ja przypominam sobie, że od dziecka miałam problem z nadlogiką.

Zanim poszłam do szkoły, pojechaliśmy na wakacje do Grecji, tata pokazał mi wtedy Olimp i powiedział, że Grecy wierzyli, że tam mieszkają bogowie.
- A mieszkają? - zapytałam.
- Nie - odpowiedział wtedy tata.
Wtedy stało się dla mnie jasne - za tysiąc lat ktoś wejdzie do naszego kościoła i powie: kiedyś ludzie myśleli, że tam mieszka Bóg.  Od tamtej chwili przestałam wierzyć w Boga.

Ale za to coraz bardziej wierzę w ufoludki.  
Bo jeżeli w kosmosie jest miliony galaktyk, a w każdej galaktyce milony gwiazd, a wokół gwiazd dziesiątki planet, to szczytem egozcentryzmu byłoby sądzić, że tylko na Ziemi jest życie.

A jeśli nie tylko na Ziemi, to gdzie jeszcze?
I czy przylecą?
Przylecą???

poniedziałek, 11 maja 2009

Mogłabym napisać o  minionym weekendzie - seansie w planetarium, szwędaniu się po starówce, tańcach w Okopie, ale nie chcę mi się o tym gadać, bo to było, minęło, a dziś już nowy tydzień i nowe podniety.

Dlatego dziś napiszę o moim wkurzeniu. A wkurzenie dotyczy ślubów.

Bo ślub w dzisiejszych czasach zupełnie traci na symbolice. To już nie chodzi o to, aby w uroczysty sposób ukronować związek, aby w gronie  najbliższych dać dowód uczuciom i wspólnie świętować.

Dziś ślub to zamknięcie ust rodzinie:
"Bierzemy ślub, bo starzy naciskają" "Bierzemy ślub, żeby babka nie gadała"

Albo decyzja biznesowa:
"Jak weźmiemy ślub, będzie łatwiej o pieniądze z książeczki mieszkaniowej"
"Ślub pozwoli nam ubiegać się o dopłatę dla młodych małżeństw"

Wreszcie ślub to jedyny rozsądny krok w państwie popieprzonego prawa, gdzie bez papierka nie można dostać się do szpitala, jeśli jedna z osób zachoruje, brakuje możliwości wspólnego rozliczania się, nie ma prawa do spadku po nieślubnym zmarłym.

Rozumiem więc wszystkich, którzy gubią tę symbolikę na rzecz namacalnych korzyści wynikających z zaobrączkowania. Ale mnie to wkurza tak mocno, że choćby mi sam prezydent dawał 100 tysięcy w gotówce, nie pójdę na ten romans z systemem.
System co najwyżej mogę wypieprzyć.
I tego się będę trzymać.


sobota, 09 maja 2009

Jeśli chcecie zobaczyć pisarza i naukowca (sic!), który ubrany we flanelową kratę i dresowe spodnie z powypychanymi kolanami króluje na parkiecie, trzymając  w ustach... termometr, musicie się udać do Teatralnej oczywiście.

- Co Ty tu robisz w takim stroju?
- Wyszedłem z domu tylko na chwilę
- odpowiada Pisarz. - Zwykle mówię, że wychodzę do kiosku albo do planetarium.
- Ale torbę wziąłeś.
- A no tak, bo byłem jeszcze na uczelni.
- Prowadziłeś wykład w tych spodniach???
- Nie, miałem dyżur. Siedziałem. Spodni nie było widać.

Ale w Teatralnej nie ma podziałów na dresy-niedresy, pisarzy-niepisarzy. Tutaj nie liczy się nic poza pełnym kufelkiem i tańcem. 
- Co dla Pana? - pyta Jagoda naszego Pisarza.
- Małe z butelki - odpowiada Pisarz, a my wytrzeszczamy oczy, bo tak skromnego zamówienia z jego ust jak żyjemy nie słyszeliśmy.
- Z butelki jest tylko duże.
- To w takim razie nic - mówi Pisarz, a Pani Jagoda wzrusza ramionami i odchodzi z pomrukiem:
- A ten chory, czy co?

Gadamy, tańczymy, lulki palimy. Pawełek jak zawsze króluje na parkiecie, wreszcie i mnie bierze w obroty, że aż  tracę dech. Pisarz stawia kolejkę wszystkim i sam żłopie z apetytem.
- Dziś nie tańczę - zapowiada. - Zauważyłam, że za dużo pary idzie w gwizdek. Tańce, kobiety... Teraz piszę. Nie tańczę. 

Kawałki Czerwonych Gitar przeplatają się z  hitami Modern Talking i piosenką francuską. Leci Voyage voyage, Natalie Gilberta Becaud i... Czarne Oczy. Do Czarnych Oczu tańczę już z Pisarzem.

Zostajemy do końca, do chwili, kiedy zapalą się światła i Pani Jagoda jak co tydzień o tej samej porze powie z anielską cierpliwością: wychodzimy już, wychodzimy.

Wychodzimy zatem, ale na pewno tu wrócimy.
Z Teatralną nie można rozstać się na długo.
***


Wczoraj, na rzeczonym tarasie, z widokiem na te pagórki leśne, łąki zielone, szeroko pod błękitnym Niebem rozciągnionione:)

piątek, 08 maja 2009

Wrzucam torbę oraz lapa na tylne siedzenie i jadę na wieś.
Wiosną nawet mansarda z widokiem na jezioro nie zastąpi sielskich obrazków  prawdziwej prowincji.
Wezmę klucze od Mamy, otworzę dom, wypuszczę psy z zagrody, a sobie zrobię herbatę i usiądę na tarasie z widokiem na lasy i wzgórza. Napiszę kolejną scenę powieści, a potem przeskoczę do świata Irenki. I tak na zmianę.
Pisanie równoległe jest jak pedałowanie. Jeden pedał nakręca obrót drugiego.

Jak wrócę i straczy mi sił, opowiem o "Tataraku", z którym się od wczoraj borykam. Mam bardzo mieszane uczucia. Muszę to jeszcze przetrawić.

Udanego piątku!

czwartek, 07 maja 2009

Wczorajsze popołudnie przegniłam w łóżku wskutek dziwnego napadu czegoś na kształt grypy. Nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą, ale po kilku godzinach gapienia się w sufit, nie wytrzymałam i włączyłam kompa. Pisanie wydawało mi się zbyt męczące, dlatego postanowiłam zgłębić nieco świat nastolatków - weszłam na fora dla rodziców, aż wreszcie trafiłam na forum nastolatków, które mnie tak wciągnęło, że spędziłam tam dobre kilka godzin.
Dowiedziałam się m.in., że największą żenadą jest noszenie kolorowych spodni rurek, glanów oraz czaszek. Że arafatki to jest mega wiocha i buty typu sneakres na rzepy. Co to u licha jest te sneakersy - nie mam pojęcia:)

Potem zahaczyłam się w dyskusji na temat: czy dziewczyny mogą w domu bez skrępowania gadać o dojrzewaniu, okresie i seksie z rodzicami? Jak się okazuje niewiele się zmieniło od naszych czasów. Co czwarta nastolatka twierdzi, że z mamą owszem, może pogadać, natomiast ojcowie w ogóle wymazują ze świadomości fakt dojrzewania swoich córek. Najbardziej rozbawiła mnie, choć w istocie zażenowała,  taka wypowiedź:

TEMAT: Czy rozmawiacie z rodzicami o dojrzewaniu, okresie, seksie itp.
nick: promieniejąca
Raczej nie.
Chociaż z mamą da się jeszcze o takich rzeczach porozmawiać, ale z tatą już nie. Tata zaraz robi się czerwony i mówi: 'fujcia fujcia' xD. Jak widzi że oglądam jakiś film, gdzie sie rozbierają i całują to mówi mi że to nie dla mnie i jest oburzony xD

Fujcia, fujcia... czujecie klimat?
I jak z takich domów mają wychodzić świadome siebie zdrowe kobitki???

No i kolejny załamujący problem. Poziom edukacji seksualnej. Oto co nastolatki piszą o masturbacji.

xPinkWorldx
Ja sprobowałam ale zrezygnowałam smiley bezsensu ..

Kadia
A są jakieś techniki? xD

kasia2871
A ja bym dzisjaj spróbowała,ale sie troche boje,a jak ja sobie cos uszkodze.... nie wiem czy to zrobić czy nie??

kassiullka
ja tego nie robie.. xD
i nie zamierzam
czytalam gdziesz ze to kiedys moze zaszkodzic

Nuitt
A ja żałuję, że kiedyś byłam zbyt ciekawska. Nie znajduję słów by opisać jakie to jest beznadziejne. Co z tego, że macie kilka chwil przyjemności ? Nic. Ja wiem, że jest coś ze mną nie tak, ale nie potrafię tego przezwyciężyć. Tylko proszę, nie krytykujcie mnie, bo to jest smutne a nie okropne i blee. Wydaje mi się, że jestem silna psychicznie, ale w tym wypadku moja teoria się nie sprawdza.

Ciastek
Poszukałam dokładnie, było na Wikipedii, już wiem co to jest. I tego nie robiłam. Skoro szkodzi... Ehhh, mało doświadczona jestem, ale i młoda xD A, Asiulka1990. Dużo młodsze ode mnie się mastrubują. Najczęściej w wieku 3 - 5 lat. Szczegół, że we śnie i nieświadomie smiley

asiulka1990
Jagcia co Ty za bzdury wygadujesz! Ile Ty masz lat? Jak mozna sie masturbowac w wieku 3-5 lat? Po pierwsze aby sie masturbowac trzeba miec przerwana blone dziewicza. Po drugie nie mozna tego robic przez sen. Masturbacja inaczej onanizm lub samogwalt odbywa sie swiadomie a nie podswiadomie. Podswiadomie to chlopcy moga miec nocne wytryski i nie nazywamy tego masturbacja tylko erekcja nocna wywolana burza hormonow. I po trzecie chyba najwazniejsze do masturbacji trzeba dorosnac zeby ja robic samodzielnie wiec nie mow mi ze 3-5 latki sa na tyle dojrzale. Pomysl zanim cos durnego napiszesz...

asiulka1990
Jestescie zalosne. To prawda, ze mozna piescic sie majac blone dziewicza ale wtedy nie mowimy o masturbacji tylko o defloracji chociaz tez nie do konca poniewaz defloracja to przerwanie nie zawsze ale czesto blony dziewiczej. A masturbacja to cos po czym ma sie orgazm a dzieci w wieku 3-5 orgazmu osiagnac nie moga. Maja jeszcze nie wyksztalcone narzady plciowe. Nie chce mi sie z wami pisac bo jestescie smieszne... Odezwijcie sie jak bedziecie bardziej doswiadczone...

I tak dalej i tak dalej. Co jakiś czas odzywało się jakieś oświecone dziewczę, ale to wciąż  żenująco mały odsetek.
Ciemnota w narodzie jak była, tak jest i będzie.
Ciekawe, co się robi na tych pięknych przedmiotach wiedza o życiu w rodzinie czy jakoś tak?
Dziewczynki uczą się gotować rosół?

środa, 06 maja 2009
Obok powieści, którą rodzę w ciężkich bólach, rozpoczęłam prace nad kolejnym prodżektem nastolatkowym - powieść dla dziewczyn. A wszystko zaczyna się tak:

 "Jak oni mogli mi to zrobić? Jak można aż tak skrzywdzić własne dziecko? Jedną głupią decyzją moi rodzice zmarnowali mi całe życie. Przekreślili szansę na przyjaźń, miłość, a w przyszłości pewnie i karierę. Nie mam przyjaciół, ani powodzenia u chłopaków. To przez nich nie dostanę się do liceum, a potem na studia. I na bank nie znajdę pracy.

Gdybym była  Andżelą, albo chociaż Agnieszką czy Magdą moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Niestety. Moja dotychczasowa biografia jest ponura i dość żałosna, od kiedy 12 lat temu moi rodzice podpisali mój akt urodzenia. Dlatego za każdym razem doznaje palącego upokorzenia, kiedy nadchodzi sądna chwila. Czas się przedstawić.
Nazywam się Irenka. Tak. I_R_E_N_K_A. Nie zdążę nawet wypowiedzieć imienia, a już robię się czerwona jak burak. Dlatego swoje nazwisko „Korcz” – wyrzucam jednym tchem. Dobrze, że jest takie krótkie. Przynajmniej szybko mam to za sobą. 
- Już nie ma dzikich plaaaaaaż – śpiewa co rano moja Mama, fałszując przy tym niemiłosiernie, a potem wzdycha nostalgicznie – Uwielbiam piosenki Ireny Santor. To po niej dostałaś imię.
Rozmarzona uśmiecha się do wspomnień swojej młodości, zupełnie ignorując fakt, że jej muzyczna fanaberia jest przyczyną wszystkich katastrof, które mnie spotykają.  Jak się nie denerwować, jeśli osoba, która ponosi odpowiedzialność za fatalny bieg mego żywota, nic sobie z tego nie robi!
Niestety upiorne imię to nie koniec moich nieszczęść. Jeszcze gorsze bywa zdrobnienie, którego używa babcia Kunegunda, w skrócie: Gunia.
- Irciu! Dziecko moje! – woła jak zawsze z egzaltacją, kładąc akcent na ciu. Bo moja babcia jest taka właśnie ciu, ciu, ciu: słodkopierdząca jak mówi tato, kiedy ona nie słyszy – Jak ty się ubrałaś kochanie?
- Normalnie – odpowiadam krótko, bo przechodzę teraz tzw. okres buntu i nie lubię już słodko gaworzyć z dorosłymi jak miałam w zwyczaju jeszcze kilka lat temu.  
- Dziewczynka nie powinna się tak ubierać! – kręci nosem babcia, a ja zagryzam wargi, aby nie rzucić uszczypliwości, że szminka wychodzi jej poza kontur ust. – Co to za moda, żeby nosić trampki do spódniczki!"

wtorek, 05 maja 2009

Jeszcze nie wieczór Jacka Bławuta to film, jakie lubię.
Może dlatego, że uniezwykla zwyczajność. Pokazuje pięknie to, co mało piękne, rozbawia, dotykając tematów smutnych i niechętnie poruszanych.
Bławut opowiada o starości z humorem, ale i wielką wrażliwością. Brawurowe sceny z Nowickim w roli głównej przeplatają się z poetyckimi obrazami z Szaflarską i groteskowymi fragmentami, w których podstarzały aktor składa wyrazy uwielbienia niejakiej Róży granej przez Tyszkiewicz.
Bławutowi udało się - jak sądzę - oddać atmosferę Domu Aktora w Skolimowie, a na pewno  zdołał on uchwycić specyfikę podstarzałego środowiska aktorskiego: ich egocentryzm, manię wielkości, nieprzystawalność do rzeczywistości. Jednak wszystkie te "przywarki" ukazane są z pobłażliwością - kamera filmuje swoich bohaterów z przymrużeniem oka, ale i wielką miłością.
A Jan Nowicki w roli spiritus movens jest po prostu genialny.
Tyle.



poniedziałek, 04 maja 2009

Lubię poniedziałki.
Szczególnie kiedy już otrząsnę się z poweekendowego nastroju, wspomnień długich nocy przy piwie, koncertu Dżudży w Piwiarni Warki, partyjek bilarda i pilkarzyków, targów w skansenie i innych przyjemności. 
Nastawiam wtedy wyższą częstotliwość, nabieram tempa, planuję tydzień, składam sobie solenne obietnice: znów zrzucić kilogram (przypętał się niewiadomo kiedy), dokończyć wspomnienia Andy Rottenberg "Proszę bardzo", popchnąć powieść o kilka rozdziałów,  złożyć zamówienia do kramiku, podpisać umowę na reklamę, zabrać się za nowe zlecenie.
W międzyczasie telefon z kolejną chałturą oraz info z Wawy, że sprawy "Matyldy" idą naprzód.
Chwilę później esemes od uroczego chłopca z jakiegoś eventu. Wciąż mam do niego słabość, ale trafił na zły moment - nie mam teraz głowy do flirtów. Na sinusoidzie romansowych podniet jest teraz wielki spadek, na sinusoidzie miłości i pracy - górka.
Dziś wieczorem idziemy na spotkanie z Bławutem i Nowickim oraz premierowy pokaz  filmu Bławuta "Jeszcze nie wieczór".
Lubię poniedziałki, a poniedziałki lubią mnie.
W końcu urodziłam się w poniedziałek.
To do czegoś zobowiązuje:)

niedziela, 03 maja 2009

Tendencję do obgryzania paznokci mam genetyczną. Po tatusiu. Ja obgryzam w sytuacjach nerwowych, ojciec ze zgoła innego powodu.

Mama: (do Taty) Nie gryź tych paznoci! Dać Ci nożyczki???
Tata: Jasne! Ciekawe jak nimi obetnę paznokcie u prawej ręki?!
Mama: Jakoś ja potrafię sobie obciąć.
Tata: A ja jakoś nie potrafię.
Mama: Ale u lewej mógłbyś sobie obciąć.
Tata: Dopiero będę wyglądać jak pajac! U lewej obcięte, a u prawej obgryzione?!

piątek, 01 maja 2009

Wiecie, że w Warszawie kwitną już krzaki bzu?
Żeby je zobaczyć trzeba co prawda opuścić cuchnące centrum i najpierw jechać metrem, a potem autobusem i dotrzeć wreszcie do urokliwej uliczki Sarabandy.
- Sarabandy, nie Hidebranda - powtarzałam, idąc przez kwietną dzielnicę - Ciekawe, kto to jest ten Sarabanda? I czego dokonał?
Szłam do Pani, która ma na nazwisko Piętka.
- Piętka, piętka, piętka - mówiłam, żeby nie zapomnieć i nie przekręcić, bo tytuły i nazwy nie są moją mocną stroną. 
- Pani do kogo? - zapytali mnie w wejściu.
- Do Pani Stópki, eee Piętki - wypaliłam.
Na szczęście Pani Piętka okazała się bardzo miłą i kontaktową osobą. Więc na pewno i za Stópkę by się nie obraziła.

***
- Sarabanda to utwór muzyczny, barokowy czy jakiś - powiedział potem Krzychu jakby to było naprawdę aż takie oczywiste. Spotkaliśmy się w Tawernie Tabaka na Szkolnej - bardzo sympatycznej knajpce z niezłym jedzeniem. Wyszłam stamtąd napojona, nakarmiona i z poczuciem, że się za nim stęskniłam i dobrze było go znów zobaczyć. Nawet na chwilę.
Dwa kwadranse później dostałam esemesa:
Sarabanda: pierwotnie szybki pełen namiętności taniec z akompaniamentem kastanietów. W XVII wieku przekształcił się w powolny uroczysty taniec. Pisany przez wielkich kompozytorów XVII i XVIII wieku.

***
Przewłóczyłam się jeszcze Złotymi Tarasami i rzutem na taśmę, załapałam się na ostatnie wolne miejsce w autobusie do Olsztyna. Koło mnie usiadł jakiś wojak, który wracał z warty nad grobem Nieznanego Żołnierza. Poczęstował mnie cukierkiem, podziękowałam grzecznie i pogrążyłam się w lekturze powieści dla nastolatek "Kawa dla kota".  Z miasta wyjeżdżaliśmy ponad dwie godziny, bo wiadomo, że kiedy nadchodzi długi weekend, Warszawka tłumnie wali nad morze i na Mazury. Skończyłam książkę, potem obejrzałam jednym okiem głupawy film puszczany w autobusie: "Szkoła stewardes", a jeszcze później "Córkę prezydenta". Wojak wysiadł gdzieś w międzyczasie, a tuż przed Olsztynem przycupnęła koło mnie pilotka i rzekła:
- Mam do pani sprawę.
- Proszę.
- Ale to bardzo delikatna sprawa.
- Słucham?
- Ten, co koło Pani siedział, poprosił mnie, żebym koniecznie zdobyła Pani numer telefonu. 

Gdyby prosił o numer cały pluton, pomyślałabym, że to efekt AXE. (naturalnie bez Axe)
Ale jeden?
Nie przypiął, ni przyłatał.
***
Wjechaliśmy do Olsztyna.
Na każdym z sześciu przystanków obserwowałam ludzi: tych, którzy wysiadali i tych, którzy na nich czekali.
Przeważający obrazek rysował się tak, że z autobusu wyskakiwała piękna elegancka dziewczyna, a na nią czekał ojciec - zwykle niższy, marnie ubrany, jakiś taki pokurczony, przydeptany przez życie. Na widok pięknych córek ojcom rozjaśniały się twarze,
córki wzruszały się pięknie. Tatuś zabierał bagaż i razem pakowali się do jakiegoś auta - raczej drugiej klasy. 
W tym widoku poraził mnie jakiś smutek. Kontrast młodości i starości, luksusu i zwyczajności, czekania  i bycia oczekiwanym.
Dlatego ucieszyłam się, że tym razem na mnie nikt nie czeka. Na dworcu przesiadłam się w moje auteczko i ze śpiewem na ustach pojechałam do domu, gdzie przywitał mnie kot.
Też dobrze, prawda?