..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
piątek, 30 maja 2008

Trzeci dzień na basenie. Za każdym razem, kiedy stamtąd wychodzę, pieczołowicie oglądam swoje ciało, doszukując się muskulatury, która przecież lada dzień musi się pokazać! Na razie wyglądam tak jak wyglądałam. Żadnego cudu.

Popołudniu wskakuję na Herkulesa i szybuję do "Żywiciela" na Żoliborz, gdzie umówiłam się z Basią na obiad. Przemierzając miasto pierwszy raz po ponad tygodniowej przerwie, męczą mnie tłumy pieszych, zakorkowane ulice, kierowcy wyżywający się na swoich klaksonach. Koszmar! Jadąc, słyszę strzępek rozmowy dwóch staruszek. Jedna z nich cedzi wzburzona:
- A pani co myśli? Te biurowce i banki to kto buduje? Żydy, pani!

Boże, gdzie ja jestem?
Jadę i zastanawiam się nad swoimi wyborami.
W Warszawie - cudownej i koszmarnej, tętniącej życiem, ale i przeżartej chorobą - nie da się żyć. Ale jak będzie gdzie indziej?
Poznań odpada. To już zamknięty rozdział.
Z Olsztyna - zielonej gotyckiej planety na samym krańcu orbity - wyjechałam dziesięć lat temu. Czy będę umiała tam żyć? Czy nie przytłoczy mnie mentalność tego miasta. Tak naprawdę nic o nim nie wiem. 

Polska to jedyny kraj, w którym chcę mieszkać. Ale jednocześnie nic nie mierzi mnie bardziej niż ta nasza ksenofobia, ciemnota i konserwa.

Za dużo we mnie pytań, na które nie znam odpowiedzi.
***
Wieczorem oglądamy z Endriuszką "Ostatni taniec" - nic specjalnego, ale piękne sceny baletu współczesnego.

Ja:
 Spójrz, jakie to piękne! Chciałbyś tak tańczyć?
Endriuszka: Z moim brzuchem to niemożliwe.
Ja: Brzuch tu nie ma nic do rzeczy.
Endriuszka: Jak to nie ma? Radykalnie zmienia punkt ciężkości!

środa, 28 maja 2008

Dziś nie wydarzyło się nic, poza tym, że byłam na basenie i dziesięć bitych godzin spędziłam przed komputerem, pisząc tekst o moralności. Dlatego pomyślałam, że odgrzebię pewien wątek, na który do tej pory nie było czasu.

Kilka tygodni temu Andrzej został zaproszony na imprezkę z okazji przyznania nagrody jego znajomej za debiut dziennikarski. Dziewczyna młoda, ale zorientowana na sukces i z poczuciem misji. Impreza, czysto prywatna, na którą zaprosiła li i jedynie... 60 osób. Nie rodzinę, nie przyjaciół, ale ludzi z "branży". Poszliśmy.

Rzecz miała miejsce w "Zakazanych rewirach", które mnie się mylą z nieistniejącą knajpą o nazwie "Krzywe Akcje".
Dziewczę,  laureatka i gospodyni imprezy, gościom postawiła pełen open bar - wódka, piwo, wino - do woli i bez limitów. Wydała na tę przyjemność naprawdę grubą kasę. Toteż sama imprezka okazała się bardzo udana. Ja natomiast do dziś nie mogę się nadziwić, że są na tej planecie osoby, które tak strategicznie myślą o  promocji własnej osoby. Bo nie oszukujmy się - impreza była po prostu chwytem marketingowym, zareklamowaniem siebie w środowisku, pewną umową: "dziś ja Wam stawiam, ale jutro mogę od Was czegoś potrzebować". Taki branżowy lans, nie tyle z narcyzmu, co ze świadomego planowania własnej kariery.

Żeby było jasne. Intencją moich dzisiejszych wynurzeń nie jest potępienie. Nic z tych rzeczy. To po prostu wynik wielkiego zadziwienia. To młode dziewczę, nie zdążyło się jeszcze wgryźć w swoją branżę, a już rozszyfrowało, że kluczem do sukcesu nie jest sama wiedza, ale również kontakty.
Jestem przekonana, że jeszcze nieraz o niej usłyszycie.
***
Fragment z tej imprezy.
Siedzimy sobie z Endriuszką przy stoliku, gadamy i obserwujemy towarzystwo. Ja z moim turbanem na głowie trochę się odcinam od ogólnej tendencji, ale bez przesady. Wszystko w normie. W pewnym momencie zostawiam Endriuszkę i idę do toalety. W tym czasie przysiada się do niego rzecznik Raiffeisena i pyta:
- E, a to kto? Dyrektor kreatywna?

wtorek, 27 maja 2008

Na Ochocie spadł śnieg.
Kwitną topole i wysyłają w świat biały miękki puch, który toczy się leniwie chodnikami. Zanurzam w nim stopy, idąc na basen. Chwilę później zanurzam się cała w pistacjowej wodzie, pokonuję jej opór i czuję, jak pracują mi mięśnie. Boże jak przyjemnie!

Dlaczego wagę ruchu doceniamy dopiero wtedy, gdy się wreszcie ruszymy?

Mam energię na cały dzień, choć Basia twierdzi, że od kilku tygodni marnie jej brzmię przez telefon. Może to dlatego, że cztery dni z Mamcią zaspokoiły moją potrzebę gadania na najbliższą dekadę. A może właśnie dlatego, że przez telefon. Nie można całej duszy wcisnąć w kratkę głośnika w komórce. Nie i koniec.

Ale właśnie!
Ja tu dziś przyszłam tylko po to, żeby Wam coś pokazać.
Zróbcie sobie test osobowościowy:
http://www.enneagram.pl/
Naprawdę jest niezły. Kiedy czytałam opisy: swój, Endriuszki i Basi, wszystko się zgadzało.
Mnie wyszło 7w8, czyli Entuzjasta Realista, a Endriuszce 6w5, czyli Lojalista Obrońca.

Gdybyście nie wiedzieli jeszcze, jak ze mną postępować, to tutaj mały skrót ściągnięty z opisu "siódemki":

  • oferuj mi swoje towarzystwo, oddanie i swobodę
  • doceniaj moje wielkie plany i słuchaj moich opowiadań
  • angażuj się w rozmowy ze mną i w śmiech
  • nie staraj się zmieniać mojego stylu; akceptuj mnie taką, jaka jestem
  • nie krytykuj mnie i nie mów mi, co mam robić

poniedziałek, 26 maja 2008

Endriuszka odbiera mnie z autobusu. Autobus jest troszkę spóźniony.

ja: Co robiłeś, jak czekałeś na mnie?
Endriu: Byłem w Galerii... Galerii Centrum.
ja(z przekąsem):
W galerii? No proszę! I na jaką wystawę trafiłeś?
Endriu:
Eee sami gejowscy abstrakcjoniści. Wszystko w paski lub ciapki.
***
Jakiś czas później. W domu.
 
ja: 
Kochanie, sprzątałeś?
Endriu: No sprzątałem, choć właściwie nie wiem, skąd się wziął brud, bo przez ostatni tydzień nic tu takiego nie robiłem.
ja: Na tym właśnie polega entropia.
Endriu:
A zauważyłaś, że gdy Ciebie nie ma, entropia drastycznie się redukuje? 

niedziela, 25 maja 2008

To był naprawdę boski weekend!
Tak zaczęłam wpis, który przed chwilą skasowałam. Ledwo  zdążyłam go opublikować, a Mama powiedziała:
- Ale o tym nie waż mi się pisać na blogu.
Pierwszy akt cenzury na łamach Promyczkowa!  
Oczywiście rzecz dotyczy błahostki, lecz co ja poradzę, że się uparła? Jestem zła, lecz niech tam! Zrobię ten wyjątek z okazji jutrzejszego Dnia Matki.

Za chwilę przyjedzie Tatko i pewnie też każe mi konfabulować, bo podczas trzech dni spędzonych nad jeziorem w Szwecji, chłopaki nie złowili żadnej ryby! Wczoraj, kiedy Kris zadzwonił kompletnie załamany, Mama pocieszała go tak:
- Ojej, synku, no trudno. Ja wiem, wiem, że wy tam pojechaliście specjalnie na ryby. No co powiesz? Co powiesz? Powiesz, że złowiłeś, przecież nikt nie musi wiedzieć. Poprosisz Agnieszkę, zrobi Ci jakiś fotomontaż z wielką rybą i umieści na blogu.

No kurna chata, wyobrażacie sobie?
Nic z tych rzeczy.  Nie ma mowy o kolejnych konfabulacjach.
Szczególnie, że chłopcy wcale aż tacy załamani nie byli.

Wczoraj Tatko przez telefon mówił tak:
- No nie ma ryb, ale co mamy robić? Śmiejemy się. Dziś mało z łódki nie wypadliśmy. Czy są inni wędkarze? No są. Szwedzi. Ale oni chyba moczą wędki bez haczyków, bo to wiesz takie ekologiczne społeczeństwo. Co poza tym? Fajnie. W łazience korzystamy tylko z sedesu, śpimy w opakowaniach i jedyne co robimy to zdejmujemy i wkładamy kalosze. Super jest!

Tak wyglądają chłopackie wyprawy tych, którzy wyrwali się spod babskiej kurateli i wreszcie mogą się nie myć, spać w ubraniu i doświadczać wszystkiego, czego my - kobiety - nie znosimy.

Ale czas powrócić do rzeczywistości.
Jutro wracam do Warszawy.
Do Endriuszki i do obowiązków.
Matylda, tajny prodżekt, zlecenia.
Życie na bezrobociu naprawdę nie pozwala się nudzić.


Z Mamą przed domem

piątek, 23 maja 2008

Północ.
Wypiłam dziś ponad 3 litry herbaty. Zielonej. Samo zdrowie.
Wypaliłam paczkę papierosów. Sama szkodliwość.
Tak właśnie wyglądają rytuały z Mamulką.

Wszystko ma swój porządek. Wypuścić psy, nakarmić koty, śniadanie, herbata jedna, druga i piąta, piszę scenariusz, Mama studiuje tajny prodżekt i ku mojemu zaskoczeniu chwyta i humor, i kontekst, i opowieść. Pokazuję jej zdjęcia z ostatnich kilku miesięcy.
- Bardzo ładna ta Twoja Basia - mówi Mama. - Ale zobacz, jakie ona ma smutne oczy. Ani Ty, ani Hanka nie macie takich oczu.
Patrzę w Basine oczy i nie widzę. Mama widzi. 

Potem spacer z psami do sołtysa (po wodę), obiad i znów herbata, i papierosy. Pisanie, czytanie, gadanie. W tle radio. Karmienie psów, podwieczorek. Kolację jemy już o zmierzchu. Mama gasi świało i siadamy tuż przy oknie.
- Będziemy jeść i patrzeć na chmury - oświadcza.
- Nie widzę jedzenia - zaczynam marudzić.
- Jedzenie masz smakować, a patrzeć lepiej na chmury.
Patrzymy. A chmury pędzą po niebie jakby ktoś poganiał je rózgą. Wiatr.

Wieczorem pod kocami oglądamy "Jasminum". Bratem Zdrówko i małą Eugenią mogę się zachwycać  bez końca.
Już po północy.
Czas do łóżka.
Kocica podrepcze pierwsza.
Udeptać pościel, namruczeć powietrze.
Księżyc przycupnie na dachu.
A potem przyjdzie sen.
***

Dziś wygrzebane w sieci dwa wpisy nt. "Kliniki"
http://no-evidence.bloog.pl/id,3276438,index.html#komentarze

http://pl.shvoong.com/books/1809520-klinika-kukie%C5%82/

czwartek, 22 maja 2008

Zasypiam w domu na poddaszu.

Deszcz bębni o dach tuż nad moją głową i przypomina mi noce na letnich obozach, kiedy do snu kołysała nas wilgoć lasu i krople uderzające o brezent namiotu. Jest trzecia nad ranem, kocica mruczy mi do ucha, a w mojej głowie plotą się historie. Nocne rozmowy z Mamą przy herbacie to zawsze odkrywanie kolejnej pokrywy w barwnych opowieściach z życia.

Kilkaset kilometrów na południe, Endriuszka gra w grę komputerową. Zawsze wykorzystuje moją nieobecność, żeby nagrać się za wszystkie czasy. Zadzwoniłam do niego przed snem:

ja:
Co robisz?
Endiuszka: Właśnie próbowałem wylądować helikopterem na zboczu.

Taaa:)

Kilkaset kilometrów na północny wschód, prom kołysze Tatulka i Krisa płynących do Szwecji. Na ryby.
Ile było zamieszania z tym ich wyjazdem! Najpierw pojechaliśmy na zakupy żarciowe. Każdy wrzucał do kosza, to co chciał.

Kris do Taty: O, wziąłeś kiełbasę!
Tata: Ta, kiełbasa jest dla mnie. Jak chcesz, to idź po taką dla siebie.
***
Tata do Krisa: A co Ty bierzesz? Zwariowałeś?
Kris: No co? Konserwa!
Tata: Na moich oczach chesz się truć tym świństwem????
***
Ja(wrzucam do kosza herbatę zieloną, a Tata wrzuca earl grey, podnoszę ją i z myślą o nich pytam): Wziąłeś w torebkach?
Tata: Zostaw! (wyrywa mi pudełko i wrzuca do kosza) To herbata dla nas, na wyjazd!
***
I już przy kasie:
Tata (z rozżaleniem patrzy na koszyk wyładowany po brzegi): I oczywiście tak zrobiliście, że ja mam najmniej ze wszystkich.

Potem było gorączkowe pakowanie i wreszcie 3 godziny przez odpłynięciem promu udało ich się wypchnąć z domu. Pięć minut przed wyjazdem zorientowali się, że wypływają z Gdyni, a byli przekonani, że z Gdańska.

Po 15 miutach, telefon:
Tata: heheh, jedziemy!

Po 20 minutach telefon:
Tata: Strasznie leje, sprawdźcie pogodę w Gdańsku.

Po 25 minutach telefon:
Tata: I jeszcze sprawdźcie, czy pada w Elblągu.

Po 40 minutach telefon:
Tata: Cholera, zapomniałem koron! Zostawiłem je w marynarce na krześle.

Po 2 godzinach:
Ja: Gdzie jesteście?
Tata: A w Sopocie na molo. Palimy sobie.
Ja: Nie powinniście być już w Gdyni?
Tata: Luzik, zdążymy.

Po 2 godzinach i 15 minutach
Tata: Zajechaliśmy chyba do złego portu.
Ja: I co?
Tata: I nic. Siedzimy w samochodzie. Krzysiek wstydzi się kogoś spytać, a ja też nie będę.

Po 2 godzinach i 40 minutach.
Tata: Jesteśmy w kajucie.

I cała rodzina odetchnęła z ulgą!

wtorek, 20 maja 2008

Jutro wyjeżdżam w rodzinne strony, gdzie spędzę blisko tydzień, pilnując naszego dobytku. A wszystko dlatego, że Tatko z Krisem wyruszają do Szwecji na ryby. Natomiast Mamulka ma złamaną rękę i do tego panicznie boi się rabusiów, rozbójników oraz innych typów spod ciemnej gwiazdy, którzy tylko czyhają, aby się włamać i wykraść nam z domu: 10-letni telewizor i stary komputer. Mogą też czyhać na różne ważne papiery, które Mamulka przynosi z pracy i  potem gdziekolwiek się nie rusza, to zaraz ciągnie ze sobą stos dokumentów.

Dlatego jadę, aby ją chronić przed złem wszelkiej maści. Bo przecież wiadomo, że jeśli ktoś - tak jak ja - spadł z Księżyca, to moce nadludzkie posiada. Poza tym jest jeszcze wiatrówka pod Tatulkowym łóżkiem, trzy psy i dwa koty, więc jakoś damy radę.

I jedyne, co mi zagłusza pełnię szczęścia, to fakt, że przez tydzień nie zobaczę Endriuszki.
A jak by powiedziała Pusia:
Ja go tak bardzo love.

A wy Fistaszki, co porabiacie z okazji dłuugiego weekendu?

***
A tu:
Wiolinka - kolejna istota - publicznie o "Klinice":
http://wiolinka9.blox.pl/2008/05/KLINIKA-KUKIEL.html#ListaKomentarzy

***
A tam:
Galeria z jubileuszowego Zlotu SKIPP-u w Poznaniu
http://skipp.pdh.pl/gallery/2008_05_10_11_40-lecie_SKIPP/

Od kiedy razem z Basią przemierzamy ulice Warszawy, przygody przysiadają nam na ramionach, chwytają się naszych ogonów i prowadzą w coraz ciekawsze miejsca.

Wczoraj na przykład wylądowałyśmy na Hożej w redakcji "Lampy", gdzie w klitce trzy na trzy, wypełnionej po sufit paczkami, papierami i gratami wszelkiej maści, siedział guru literatury niezależnej - PDW - wraz ze swoim muzycznym ekspertem - Bartkiem vel "Zmywakiem" wokalistą zespołu Muzyka końca lata. Ściany kanciapy zdobiły okładki pisma doskonale komponujące się plakatami roznegliżowanych panienek z samochochodem w tle i  dorysowanym dymkiem: Żulczyk, umyłyśmy Ci furę.
Mówiąc krótko - klimacik należyty.

W oparach dymu papierosowego, sącząc piwo, PDW co rusz wzdychał:
- To już jest koniec!
- Nadchodzi schyłek!
- Na nic nie ma kasy.
- Nikt tego nie czyta!
Dzięki temu, zanim się obejrzałyśmy, przywdziałyśmy kostiumy zaradnych pocieszycielek rodem z korporacji, dla których tłuczenie grubej kasy jest przecież gratką. Ale PDW był nieugięty:
- Nie uda się! Nic już się nie uda.

I oczy mu się jedynie wtedy zapalały entuzjazmem, kiedy buszował po Youtube w poszukiwaniu ciekawych muzycznych kawałków.
(Których - nota bene - też nikt nie słucha i również skazane są na zagładę!)

Przy trzecim browarze, narodziła się jednak idea na fajną kulturalną inicjatywę, a wtedy PWD spojrzał na nas uważniej. Zaświtało mu w głowie, że te urocze panienki z korporacji - które zajwiły się u niego ni z gruszki, ni z pietruszki i pasują tu jak pięść do oka - można by jednak do czegoś wykorzystać. Do czego? Wiadomo!
Do zdobycia pieniędzy!

I tak nasza wizyta, zamiast z krótkiej formalnej pogawędki, przerodziła się w kilkugodzinne browarowe ględzenie okraszone edukacją muzyczną z gatunku "kolekcja dźwięków skazanych na porażkę". Gdzieś w międzyczasie narodziła się wizja innego tajnego prodżektu. Więc znów mamy przed sobą ręce pełne roboty.

Ledwo zatrzasnęłyśmy za sobą drzwi, Baśka wypaliła:
- Widziałaś, jak się na Ciebie patrzył?
- Przestań, na Ciebie też się patrzył.
- Oj już się nie kryguj! Wyraźnie spoglądał na twoje kolana.
- Baśka, co Ty wymyślasz?!
- Moja droga jesteś typem młodopolskiej muzy i działasz na facetów. Musisz się z tym pogodzić. Więc zamiast zaprzeczać, zacznij  się tym napawać!

Nie miejcie złudzeń.
Tak właśnie wyglądają dziewczyńskie rozmowy po wyjściu z "salonów" literackich.
W końcu ile można gadać o książkach! 

Ukoronowaniem wieczoru była kolacja w Szwejku, podczas której zgodnie stwierdziłyśmy, że w takim duecie możemy dojść w najbardziej nieprawdopodobne rejony.
To gdzie teraz?

niedziela, 18 maja 2008

Przemiłe popołudnie. Już dawno nie spotkałam naraz tyle bliskich mi osób, które nie biegną, nigdzie się nie spieszą, nie wiszą na telefonie komórkowym, tylko po prostu SĄ. 

Z Targów poszliśmy do knajpki przed Kinoteką, a potem powędrowaliśmy do Bordo na obiadek.

Swoją obecnością na Targach zaszczycili mnie:

BasiaSuperStar
, czyli moja gwiazda i wspólniczka ds. tajnego prodżektu. Basia jest wielką fanką Jakuba Żulczyka, więc mało nie oszalała ze szczęścia, kiedy ten złożył jej swój autograf. A chwilę później wyszeptała do mnie z wypiekami na twarzy:
- Widziałaś, jakie Żulczyk miał buty????
Bo buty kochani rzecz ważna, szczególnie, gdy jest się pisarzem i do tego Żulczykiem:))

Paweł B. - olsztyński przyjaciel Endriuszki. Socjolog, intelektualista i postać wielce nietuzinkowa, z którą zawsze się ścieram światopoglądowo. Bliski przyjaciel olsztyńskiego pisarza - Jacka Soboty.

Emilka ze swoim współlokatorem Łukaszem - moja kuzynka, która pamięta zamierzchłe czasy naszego dzieciństwa, kiedy aby zasnąć, waliłam głową w poduszkę. Jak twierdzi, z Łukaszem łączy ich wspólne mieszkanie, koty i domowe obowiązki. Ale na pierwszy rzut oka widać, że łączy ich dużo, dużo, dużo więcej. Uroczy duet zakręconych socjologów: on - członek bractwa rycerskiego, ona - mozaika pasji rozmaitych.

Pusia - Pusię doskonale znacie z moich opowieści. Pędząc na spotkanie, potknęła się przed Pałacem Kultury i zdarła sobie paskudnie kolano oraz rajstopki. Ale że dziewczę z niej zaradne, pobiegła do KDT, przywdziała w nowe rajstopki i w pełnej krasie zawitała u mnie na  stoisku.

- EE, a tu gdzieś też Mrożek jest?
- zapytała
- A co? Lubisz Mrożka? - zaciekawiłam się.
- No coś ty! Po prostu jedyny, którego tu znam - odpaliła po Pusiowemu.
 
Na kawie przed Kinoteką, Pusia okazała się gwiazdą absolutną.
Wszyscy jej słuchali, a ona trajkotała i błyszczała, wywołując co chwilę salwy śmiechu.

Anuszka - Anuszka, zwana Ramzesem, czyli kobieta, z którą przeżyłam kawał mojej młodości. Najpierw LO w Olsztynie, potem Poznań, wspólne pomieszkiwanie, a nawet wspólne łóżko. W międzyczasie zdarzył nam się jeszcze Londyn. Prawdziwa przyjaźń, taka która przetrwała niejeden okres burzy i naporu. Dziś, mimo że obie w Warszawie, widujemy się bardzo rzadko, ale z takimi fundamentami możemy sobie na to pozwolić.

Kasia - przyjaciółka Anuszki. Kasia do stoiska nie dotarła, ale złapałyśmy się przed Pałacem. Kolejna olsztyńska duszyczka. Nie znam jej dobrze, a czuję jakbym ją znała już tysiąc lat. Ciepło bije od niej na odległość.

Długi - przyjaciel i wielki fan Basi Super Star. Ciekawa postać nie tylko ze względu na wzrost. Długi to człowiek, którego w Warszawie znają wszyscy. Właściwie można by na tę okazję wymyśleć slogan:
"Chcesz poznać Warszawę? Skumpluj się z Długim"

A to fotek kilka:




Przy stoliku, Andrzej, Emila i Łukasz

Basia Super Star jak zawsze w świetnym humorze:)



Pusia, Długi & Szczudlarz



I UJĘCIE DNIA, które Endrju zatytułował:
"Stare odchodzi, młode nadchodzi",
za co został przeze mnie zbesztany, bo PDW, ani stary, ani odchodzący
i dobrą robotę w branży czyni.

sobota, 17 maja 2008

Jestem na Targach książki, dzwoni Tatko:

Tata: Gdzie jesteś?
Ja: Na Targach.
Tata: I co?
Ja: Widziałam Mrożka!
Tata: Żywego?!
Ja: No pewnie, że żywego.
Tata: Zrobiłaś zdjęcie???
Ja: Prosił, żeby nie robić. Poza tym to nie ZOO.
Tata: No wiesz! Takie okazje trzeba wykorzystywać.
Ja: Jakie okazje?
Tata: Trzeba było dać aparat Andrzejowi, stanąć za Mrożkiem tak, żeby Cię nie zauważył. I go w powietrzu poklepać po plecach. Wtedy Andrzej pstryknąłby Ci zdjęcie i zawsze miałabyś łatwiej.
Ja: W czym łatwiej?
Tata: No wiesz, potem u wydawcy czy gdzieś, powołałabyś się na Mrożka, że to twój kumpel, pokazała fotę i zaraz byłoby łatwiej.
***
Potem powędrowałam jeszcze na spotkanie z Manuelą, ale też nie posłuchałam Tatowych rad:))
Za to wyszłam z pałacu z "Obywatelką, którą pożeram teraz  z wielkim smakiem.
Choć na dziś jeszcze nie koniec wrażeń - przed nami NOC MUZEÓW.
Zaraz idziemy do etno.

czwartek, 15 maja 2008

Ruszyły 53. Międzynarodowe Targi Książki.
Gdyby ktoś miał ochotę wstać wcześniej niż zwykle,
zapraszam w niedzielę do Pałacu Kultury i Nauki,
gdzie będę podpisywać "Klinikę kukieł".

Godziny: 11.00-12.00
Stoisko: 467/ sektor D
więcej: www.replika.eu

Tymczasem,  
warto, abyście zawitali w Pałacu wcale nie z mojego powodu, ale dlatego, że takiego zbioru osobowości w jednym czasie i
przestrzeni, nie doświadczycie w najbliższym czasie.
Tutaj szczegóły:
http://arspolona.eactive.pl/index.php?&tu=466

A ja pokrótce przedstawiam Wam moje własne kalendarium targowego weekendu:

PIĄTEK
15.00-16.00 Agnieszka Graff stoisko 413/sektor D (spotkanie)

SOBOTA
11.00 Jadwiga Staniszkis 104/A (spotkanie)
11.00 Krystyna Siesicka 433/D (spotkanie)
12.00 Olga Tokarczuk 422/D (spotkanie)
12.00 Sławomir Mrożek 420/D (podpisuje książki)1
12.00 Władysław Bartoszewski 001/A (spotkanie)
12.00 Wiesław Myśliwski 441/D
13.00 Katarzyna Grochola 422/D (spotkanie)
13.00 Małgorzata Musierowicz 433/D (spotkanie)
13.00-15.00 Stefania Grodzieńska 124/A (spotkanie)
13.30 - Jerzy Pilch - 001/A (spotkanie)
14.00 - Maria Janion 427/D (spotkanie)
15.00 - Jacek Dukaj 422/D (spotkanie - idziemy especially for Endriuszka)
15.00 - Michał Witkowski 431/D (spotkanie)
16.00 Manuela Gretkowska 001/A (spotkanie)
16.00 Sławomir Shuty 431/D (spotkanie)
17.00 Krzysztof Varga 138/A (spotkanie)

NIEDZIELA
11.30 prof. Bralczyk 001/A (spotkanie)
11.00-12.00 Ja:) 467/D
11.00-12.00 Rafał Ziemkiewicz 410 D (na spotkanie z tym szowinistą niech idzie sam Endriuszka)
12.00 Adam Michnik 128 A (spotkanie)
12.00 Sławomir Mrożek 420 D (podpisuje książki)
12.30 Hanna Bakuła 408/D (spotkanie)
12.30-13.30 Jakub Żulczyk (spotkanie Sala Mickiewicza)
14.00 Łukasz Orbitowski 206 B (spotkanie - idziemy ze wzgl. na Endriuszkę)

1Pozycje podkreślone to absolutna konieczność. Liczę na Was!

Uff! Ale się zmachałam tym pisaniem, ale czego się nie robi dla popularyzacji czytelnictwa w narodzie:)

Wczoraj w ursynowskim mieszkanku Basi zamknęłyśmy pierwszy etap tajnego prodżektu. Słońce przedzierało się przez różowe zasłony, muzyczka zagrzewała do pracy, a piętrzące się wszędzie Basine bibeloty tworzyły świetny klimacik i dawały poczucie, że nie ma lepszego miejsca na spotkanie projektowe.
Każda z nas miała swoje miejsce: Basia siedziała za stołem prababci, ja zajęłam miejsce przed laptopem, a Haneczka rozłożyła się na wielkiej różowej pufie. Ja pisałam, Basia ilustrowała, a Haneczka zczytywała całość, poprawiała błędy, rosiewając swój zaraźliwy chichot po całym Ursynowie. W przerwach podjadałyśmy smakołyki, skubałyśmy żurawinę - dla zdrowotności, popijałyśmy zieloną herbatę na przemian z białym winkiem i gadałyśmy.

Bo jak twierdzi  Pani Bogusia - nie ma nic piękniejszego niż takie sobie siedzenie i ględzenie.
I ja się z tym całkowicie zgadzam. 

To był naprawdę piękny dzień. Wykonałyśmy kawał dobrej roboty, a jednocześnie te wspólne wczorajsze chwile tętniły beztroską i przywiały zapomniany smak wakacji. Jakby na chwilę zatrzymał się czas i dał nam ten jeden dzień, abyśmy mogły w trójkę, razem, podelektować się życiem.





Autorką wszystkich zdjęć jest Haneczka. Ukryła się za obiektywem szuja jedna.
Ale spokojnie, jeszcze ją dopadniemy. Obiecuję!

wtorek, 13 maja 2008

Od kiedy jestem panią własnego czasu, nie potrafię już spać do południa. Tak mi się spieszy do życia, że budzę się wczesnym rankiem i z radością rozpoczynam kolejny dzień. Jaka to odmiana po wczesnowiosennych mrocznych świtach, pospiesznym myciu, łykaniu kawy i niechętnym wleczeniu się do roboty.

Wróciłam z Olsztyna.
Mansarda nad jeziorem już nasza. Jeszcze tylko musimy przepłynąć przez morze formalności.
Dziś nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do życia. W centrum, a nad samym jeziorem, tuż przy starówce i tuż przy lesie. I do tego poddasze w starej kamienicy. Z ogródkiem. Ech...

Wczoraj przyjemny wieczór w rodzinnym domu. Wypiłam z Mamcią hektolitry herbaty i gadałyśmy do drugiej w nocy. Jak ja lubię takie chwile. Można się pośmiać, pofilozofować i posnuć plany na przyszłość.

Kiedy w nocy powlekłam się na górę, podreptała za mną kocica, która przez pół wieczoru siedziała w moim plecaku. Zasnęłyśmy wtulone w siebie tak że czułam oddech i westchnienia wydobywające się z jej małej kociej stęsknionej duszyczki. A kiedy się obudziłam, słońce już zaglądało przez okna dachu i świat wzywał mnie w swoje objęcia.

Zaczęłam dzień od zdjęć:
DOM  RODZINNY WRAZ Z INWENTARZEM

Moja Stitch w plecaku


A w trawie... Lucek


Bolek
całuje Lucka, a Lolek - urodzony model - pozuje do zdjęcia


Lolek
- model no1


Zabawy na drzewie: Lucek & Lolek


Sędziwy Leon -(Zawodowiec) senior podwórka, opiekun i psi mentor


Nad jeziorem, na pomostku: Lolek & Bolek


I nasz dom na końcu świata, czyli na Wzgórzu Pomordowanych Srok

niedziela, 11 maja 2008
Poznań, Stary Rynek, Niedziela.

Siedzę w jednym z ogródków, piję poranną herbatę, obserwuję pusty rynek, kilkoro leniwie spacerujących ludzi, drepczące gołębie. Wokół tak cicho i błogo. Cieszę się, że Poznań nie jest typowym turystycznym miastem - nie przewalają się ulicami tłumy gości bezmyślnie fotografujące wszystko, co się napatoczy.

Lubię tu być. Lubię oddychać Poznaniem. Ale nie tęsknię za nim. Bo równie świetnie czuję się w wielu miejscach Warszawy. Za jakiś czas wyjadę do Olsztyna. Pytają, czy chodzi o powrót do korzeni. Ale ja już wiem, że nie. Korzenie mogę zapuścić wszędzie. Bo mój dom -  powtórzę za Warlikowskim - jest we mnie. Nie muszę do niego wracać. Po prostu szukam pięknego miejsca do życia. Szukam przestrzeni, w której będę chciała tworzyć, rozwijać się i wychowywać swoje dzieci. Pięknie żyć.

Po wczorajszym zlocie, świetnym spotkaniu ze świetnymi ludźmi, uświadomiłam sobie, że choć wciąż lubię spędy, imprezy i wspólne inicjatywy, to z wiekiem coraz bardziej staję się osobna. Nie mogłabym już nigdzie przynależeć. Nie mam potrzeby posiadania paczki przyjaciół. Lubię swoją odrębność. I coraz bardziej cenię sobie relacje jeden na jeden - wtedy znacznie lepiej przepływa energia i jest większa szansa na silniejszą więź.

Siedzę przy tej herbacie, kolejnej już zresztą. Dochodzi południe, wszystkie ogródki już pełne ludzi, za chwilę poznańskie koziołki będą się trykać. Wybija dwunasta. Poznaniacy wychodzą zza stolików, porzucają swoje pucharki z lodami, kawy i napoczęte desery, aby pobiec i  po raz nasty, dziesiąty, setny zobaczyć ten ratuszowy rytuał.

Takie rzeczy tylko w Wielkopolsce. I za to ich uwielbiam!


Południe w Poznaniu. Koziołki wychodzą z ratuszowej wieży na pojedynek.
piątek, 09 maja 2008

jadę do Poznania na zlot SKIPPu.
Niech stanie się kolejne de ja vu.
www.skipp.prv.pl

Obudziłam się z przerażeniem, że nie znam planu lekcji i nie wiem, czy dzisiaj jest polski. A ostatnio prof. Kwinto zadała jakieś ćwiczenia. Nie cierpię ćwieczeń, więc będę musiała pójść wcześniej do budy i od kogoś spisać.
To niesamowite, że w snach zamierzchła historia potrafi być taka realna. Brr!!! Nie chciałoby mi się drugi raz brnąć przez liceum-
"proszę wyjąć karteczki", "kacprzyk do odpowiedzi", "a wy gdzie? dzwonek jest dla nauczyciela, a nie dla ucznia. Siedzimy."

- "Kacprzyk z Janicką się dziś tak śmieją, że mam podejrzenie, że one nie są homo sapiens"-
biologia.
- "Jesteś w najlepszym liceum, tutaj się nie ściąga na klasówkach" - na dywaniku u dyrektora za ściąganie.
- "Zapomniałaś identyfikatora? Będziesz stała całą lekcję. Jak postoisz, to Ci się kości do porodu wyrobią" - chemia.

No dobra, koniec tych retrospekcji. Przejdźmy do rzeczywistości.

Wczoraj:
1. Endriuszka podpisał umowę kredytową, a w najbliższy poniedziałek w Olsztynie dobijam ostatecznego targu z poddaszem. Tak, tak, tak!

2. Spotkałam się na chwilkę z Haneczką, ona też lada dzień opuszcza firmę, ale widać, że odchodzenie z roboty naprawdę ludziom służy. Haneczka wyglądała przepięknie, aż nie mogłam się na nią napatrzeć.

3. Nie lubię Empiku i chyba przestanę robić tam zakupy. Kilka razy w tygodniu, ktoś z Poznania, Olsztyna albo Warszawy użala się, że nigdy nie miał tylu problemów ze zdobyciem jakiejś książki, co z "Kliniką". A kiedy ja interweniuję, to obsługa Empiku ripostuje: "Po co ma stać na półce? Zawsze można zamówić." Postuluję zlikwidować wszystkie Empiki i zostawić tylko jedną panią za pustą ladą - wszystko będziemy zamawiać.

Natomiast moi staruszkowie opracowali już niezły patent: chodzą co jakiś czas do Empiku i zamawiają książkę na różne fikcyjne nazwiska, dzięki czemu  trafia ona potem na półkę. Kochani są, prawda?

4. Po raz kolejny poruszę drażliwy temat. Cieszę się, że niektóre bliskie mi osoby zaglądają tu czasem, ale przypominam: robicie to na swoją odpowiedzialność. Opisuje tu rzeczywistość przefitrowaną przez moją subiektywną wrażliwość i mam do tego prawo. Nie będę cenzurować bloga tylko dlatego, że może czyta go Ciocia Kazia, Wujek Stefan czy sąsiad Dyzio Nowakowski - osiedlowy awanturnik1.


Jeśli się komuś nie podoba ma aż trzy wyjścia:
a) nie wchodzić
b) wypowiedzieć się w komentarzach
c) nie ma wyjścia

Niech żyje wolność słowa!

1 Zbieżność imion jest przypadkowa. Pochodzą one wyłącznie z mojej wyobraźni.

czwartek, 08 maja 2008

Ale się porobiło - powiedziałby koleś z Testosteronu albo bohater Rzeki podziemnej.
Wsadziłam kij w mrowisko, narobiłam kłopotów korporacyjnej GTW, czyli grupie trzymającej władzę i się stamtąd zawinęłam. Szkoda tylko, że zostało tam jeszcze kilka bilskich mi osób, które muszą siedzieć w tym firmowym bagnie.

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy potrafią zachować pełną neutralność,  w nic się nie mieszać, być ponad i zawsze z boku. Z drugiej strony chyba nikt  nie wkurza mnie bardziej niż Ci, którzy asekuracyjnie wolą milczeć i wyznają zasadę "skoro mnie to nie dotyczy, po co robić sobie kłopoty". Mój brat taki jest. Tatko chyba też.  
Choć są jeszcze gorsi. Tacy pienią się na kuchennych schodach, a potem gdy dochodzi do konfrontacji, ćwierkają słodkim fałszem.
Ilu znacie takich ludzi? Jestem przekonana, że tabuny.

Ja po mamie, a może po jakichś innych przodkach, mam duszę bojownika. Najczęściej w cudzej sprawie. Nie potrafię siedzieć cicho, kiedy widzę, że obok mnie ktoś robi ewidente świństwo, nie mam tolerancji dla wyrachowanych gnojów, ślepych karierowiczów i szkodliwej głupoty. Niestety nie zawsze też mam odwagę, żeby wstać i otwarcie strzelić im po pysku, dlatego bawię się czasem w partyzancką robotę i wysadzam towarzystwo ich własną miną.

Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że po wszystkim odczuwam tylko satysfakcję. Nie. Zupełnie wbrew rozsądkowi pojawiają się wyrzuty sumienia, a potem przerażenie, jak łatwo czasem zabić kogoś jego własną bronią. Jak wiele można zrobić, robiąc naprawdę niewiele.

Kiedy jest się bojownikiem, nie śpi się spokojnie. Rzesza wrogów czuwa, ale jest również rzesza świetnych i niezawodnych przyjaciół. To chyba lepsze niż być lubianym przez wszystkich. Wtedy wieje nijakością.

Wieczorem:

Ja: Kochanie myślisz, że jestem zła?
Endriuszka: Zła? No coś Ty?! Czasem jesteś nerwowa, ale zła? Nie.
Ja: No to jaka jestem?
Endriuszka: Jesteś niezła:))

środa, 07 maja 2008

Jeśli myślicie, że ja się tu beztrosko obijam, podczas gdy wy pracujecie, to się gruuubo mylicie.
Primo - wstaję po ósmej, choć sama jeszcze nie mogę w to uwierzyć.
Secundo -  moja trasa zamyka się między kuchnią, a komputerem. 
Tertio - szło mi całkiem nieźle - napisałam rozdział Matyldy i już byłam z siebie dumna, i już chciałam rzucić się na kanapę z lekturą, kiedy dostałam telefon, że mam się brać za obiecany scenariusz. Czas - do czwartku.
Co miałam zrobić?
Wzięłam się do roboty.
Mimo, że Herkules niezadowolony prychał na balkonie, Matylda obrażona zarzuciła nogi na stół, a Krystyna Kofta zaczęła mi robić wyrzuty z okładki grubego dziennika: "Mówiłaś, że Ci się podobało, i co?".

W ramach relaksu poszłam tylko do pobliskiego sklepu po warzywa i mięsko na obiad. Kupiłam świeży szpinak i szparagi.
Obieranie szparagów to najlepszy trening cierpliwości. Przy dwudziestnym myślałam, że za chwilę kogoś zabiję.

I właściwie jedyną atrakcją bywają niespodziewane telefony:

Baśka: Eee, widziałam te zdjęcia ze "Zwierciadła" wyglądasz tam normalnie jakbyś była właścicielką nowojorskiej galerii.
***
Fruwaczek: Ty, a Twój brat to w ogóle żyje? Nie odbiera telefonów, nie odpisuje, nie oddzwanina.
***
Brat: Ojej, no wiem, wiem, że nie oddzwaniam, jakoś tak się zebrać nie mogłem.
ja: No, ale ponoć miałeś 8 nieodebranych połączeń, to chyba daje do myślenia.
Brat: No właśnie dało, przestraszyłem się, że coś się stało. I... nie oddzwoniłem.
***
Ewka
(wieczna studentka na Sokratesie we Florencji): Wiesz co? Ja nie chcę pracować od ósmej do dwudziestej. Takie życie już mi się znudziło!
ja: Ale kochanie, nigdy jeszcze nie pracowałaś!
Ewka: No wiem, znudziło mi się, zanim zaczęłam tak pracować.
***
Z: Słuchaj, a jak jest poprawnie bitwa o..., czy bitwa pod?
ja: To zależy, na przykład bitwa pod Grunwaldem, nie była bitwą o Grunwald.
Z: Acha, czyli bitwa pod, to realne miejsce, gdzie się napierdalają?

wtorek, 06 maja 2008

Powoli zbliża się termin, kiedy muszę wysłać teksty do kwartalnika. Tym razem zaprosiłam do współpracy znaną polską pisarkę - topowe nazwisko na krajowej arenie literatury. Dogadałyśmy się odnośnie liczby znaków, tematu itd. I rzeczywiście kilka dni później dostaję tekst z informacją. "Niestety wyszło mi tylko tyle". Tylko tyle, czyli połowa ustalonej objętości tekstu. Mnie "wychodziło tylko tyle", kiedy pisałam wypracowanie w szkole podstawowej. No nic, biorę się do czytania i z każdym wersem zadziwiam się coraz bardziej. Drobnostka, że tekst niewyjustowany, pełen literówek, brak cudzysłowów, dużych liter i przecinków. W końcu wielka pisarka może mieć to w nosie. Ale nagminne powtórzenia, zagubiony rytm tekstu, rozwalona kompozycja?

Trud zmagań, aby doprowadzić tę pisaninę do ładu, wynagrodziłam sobie wieczorną przejażdżką do Parku Szczęśliwickiego, gdzie spotkałam się z Depreską. Fajnie ją było znowu zobaczyć po roku klikania na gg. Pogadałyśmy o dzieciach, adopcjach, literaturze - czytaniu i tworzeniu, o robieniu zdjęć i kilku innych gorących sprawkach, których na razie nie mogę ujawnić. Wypiłyśmy po grzanym winie z pomarańczą i kiedy mrok już na dobre osiadł nad miastem, wskoczyłyśmy na nasze rumaki i powróciłyśmy do domu.

- Co prawda nie interesuję się sportem - powiedział Endriuszka, kiedy zawitałam w progu - ale dziś postanowiłem się przekonać do piłki nożnej.

I pokazał mi to:


***
A tutaj z innej beczki:
link do fotek z wręczenia nagród "Zwierciadła"
http://www.zwierciadlo.pl/klub-z/dzien-pod-dniu/wreczenie-nagrod.html

niedziela, 04 maja 2008

Wróciliśmy. Ledwie żywi. Jak dobrze, że nie muszę iść do pracy. Jak źle, że mam tak fatalną kondycję. Wróciliśmy ledwie żywi, ale szczęśliwi i wypoczęci!
Paradoks?

CZWARTEK
Wyruszyliśmy o 6.10 pociągiem do Chabówki. Nie chciało mi się spać. Czytałam po raz kolejny "Europejkę" Manueli Gretkowskiej i delektowałam się jej pisarstwem, wrażliwością i codziennym  światem, do którego zechciała mnie wpuścić. Za oknem przesuwały się bajeczne krajobrazy: wiejskie chałupy, żołte pola rzepaku, pagórki, zwierzęta i susząca się na podwórkach bielizna, która łopotała na lekkim wietrze. Widok prania na sznurze zawsze mnie jakoś wzrusza. Czuję wtedy, że ktoś o kogoś dba.
Na przeciwko nas siedziały dwie dziewczyny. Tipsy, pantofelki, sportowe torby podróżne. Jechały na weekend do Zakopanego. Na twarzach miały wypisane znudzenie światem. W pewnym momencie jedna z nich bardzo się ożywiła:
- Kurwa! Chyba zapomniałam ładowarki do komórki! No nie, teraz to się wkurwiłam. Ale się wkurwiłam. Wyobrażasz sobie? Naprawdę wkurwiłam się. Czujesz? Nie mam ładowarki. Wkurwiałam się na maxa. Poczekaj, poszukam jeszcze w torbie, ale jak nie znajdę, to się dopiero wkurwię.

W Chabówce spotkaliśmy się z Mózgami i Princessą, czyli Walerką, Szymkiem i Magdą i ruszyliśmy na szlak.
Kilka godzin później dotarliśmy do Maciejowej - maleńkiej, klimatycznej bacówki, gdzie zjedliśmy pyszny żurek, bigos i fasolkę, wypiliśmy piwko i tak się rozpoczął wesoły wieczór z dwójką nowo poznanych gitarzystów z Bydgoszczy: Rafałem i Wojtkiem.

PIĄTEK
W trasę wyruszliśmy chyba jako ostatni, bo po co się spieszyć, skoro tym razem wyznaczyliśmy sobie odległości typowo spacerowe. Niespiesznie zjedliśmy śniadanie, popiliśmy kakao, dyskustując o tym, czy kakao to forma odmieniająca się czy nie, Mózg opowiadał o tym, że inżynierowie w jego firmie wolą, aby nazywać ich menadżerami marki albo ambasadorami rozmiaru, natomiast Princessa co chwilę mówiła: "Nie rób mi proszę zdjęć", jednocześnie pozując do nich jak prawdziwa fotomodelka. Tego dnia celem był Turbacz.
Doszliśmy tam popołudniu. W jadalni zajadał bigos Rysiu z "Klanu", czyli niejaki Piotr Cyrwus. Nie ma w Polsce chyba drugiego aktora bardziej upupionego serialową rolą. Po gorącym prysznicu, rozpoczęliśmy ucztę (w górach prawie każdy posiłek jest prawdziwym rarytasem) , która o zmierzchu przerodziła się w biesiadę. Gitarzyści plus nasz duet męski i żeńskie trio, przyciagnęło do naszego stolika połowę schroniska. Do późnej nocy śpiewaliśmy szlagiery harcerskie, rockowe, a nawet disco polo, wypijając przy tym zapasy z naszych plecaków. Przy okazji zupełnie niewinnie zwabiłyśmy do naszego grona kilku  absztyfikantów, na których można było potrenować dawno zapomnianą sztukę dyskretnego uwodzenia. Bo uwodzenie jest ćwiczeniem zręczności jak trening żonglowania. I sprawia wielką przyjemność kąpieli w cudzym zachwycie.
Oczywiście chłopcy - Andrzej i Szymek - od razu się nasrożyli. Szymek udawał, że nie dostrzega zagrożenia, natomiast Endriuszka nie odstępował mnie na krok, a kiedy szedł palić, okrutnie cierpiał, zostawiając mnie bez opieki. A my - dla pełnej jasności - byłyśmy grzeczne jak aniołki, bo uwodzenie właśnie na tym polega, że nic nie robisz, a jednak działa:)

SOBOTA
Obudziliśmy się we mgle i zakwasami. A potem brnęliśmy w śniegu, słońcu, wietrze, deszczu i gradobiciu. Istna górska pogodowa kratka. Koło 14-tej dotarliśmy do Przełęczy Przysłop, gdzie PKS zabrał nas do Krakowa. A w Krakowie - prawdziwy turystyczny festyn. Dla nas, po dwóch dniach ciszy, cywilizacyjny szok. Popychana tłumem na krakowskiej starówce doszłam do wniosku, że nie chciałabym tu mieszkać. To tak jakby mieć stale gości w domu. Koszmar.
A jeszcze większym koszmarem okazała się Kawiarnia Literacka na Kanonicznej 1. Szyld był kuszący, wejście na dziedziniec również, potem zejście do piwnicy, a tam... pustki. PRL-owe obrusy na antycznych stołach i kiczowate wazony z przywiędłymi tulipanami można było jeszcze wziąć za oldschool. Ale kiedy podeszła do nas panienka w złocie i tipsach i puściła nam w tle muzykę techno - wymiękłam. Chyba jednak jestem za mało literacka jak na takie krakowskie klimaty.

Do Warszawy dojechaliśmy tuż przed północą i od razu padliśmy do łóżek. Przytulając się do Endriuszki, poczułam, że bardzo stęskniłam się za nim na tym wyjeździe. Bo w grupie gubi się intymność, a czułość rozdrabnia się na dyskretne gesty niezauważalne dla innych.

NIEDZIELA
Jeszcze pożegnalny obiad w chińskiej knajpie pod Mariottem VOK, gdzie dają smaczne i tanie kąski i czas się rozjechać. Odprowadziliśmy naszą trójce na pociąg i zostaliśmy sami w Warszawie. Czas wrócić do rzeczywistości. Jutro poniedziałek. Dla mnie również. Początek wewnętrznej dyscypliny, aby nie przetrwonić cennego czasu.

***


Pierwszy dzień - postój i pyszne czekoladowe ciasteczka Szymka


Gitarowe granie w Bacówce na Maciejowej


DZIEŃ DRUGI


Drugi dzień, wyruszamy z bacówki


Para z dzieckiem spotkana po drodze na postoju w Starych Wierchach. Robili trasy dwukrotnie dłuższe od naszych. Mała ma 7 miesięcy - żywy dowód, że wraz z dzieckiem nie kończy się młodość i można pozwolić sobie na szczyptę szaleństwa.


 
A to my - chwila boskiego słońca.

DZIEŃ TRZECI


lub


Brniemy w śniegu - wersja I - brygada zmarźluchów, wersja II - twardziele.


Czasem namawiam kogoś, żeby zrobił mi zdjęcie.


Najlepsze portrety robię sobie sama, ale Andrzejowi też czasem wyjdzie:)


Byłabym zapomniała - Endi na dworcu w Krakowie.
Mandacik za palenie w niedozwolnym miejscu.