..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
czwartek, 31 maja 2007

Dziś jedna panna z roboty rozwaliła mnie na łopatki. Musiałam zrobić dla klienta krzyżówkę, a wiedziałam, że ona robi dla innych naszych klientów takie rzeczy, więc pytam jej, skąd ona bierze te krzyżówki, a ona mi na to, że jest do tego specjalny program komputerowy, ale to jej prywatny, który sobie "załatwiła" i nie da mi.

tak mnie zatkało, że nie wiedziałam, co powiedzieć.

Podejrzewam, że w szkole nikomu nie dawała ściągać, na studiach nie pożyczyła notatek z wykładu, a jak ktoś ją zdenerwował, to pewnie biegła na skargę.

Bo do dziś biega na skargę do szefa. Zdaje się - jako jedyna w tej firmie.
I nie można nic powiedzieć, bo poskarży.

Wiecie, co? Ręce opadają, naprawdę, niechże ktoś mi wyjaśni skąd się wykluwają tacy beznadziejni ludzie???
Najlepsze, że jestem w takim szoku pourazowym, że ilekroć o tym pomyślę, chce mi się śmiać.

Pamiętacie te mewy z jakiejś kresówki o rybkach?
 moje, moje, moje!!!

środa, 30 maja 2007

Jest kilka kobiet w moim życiu, z którymi spotykałam się przymusu - zawodowego lub towarzyskiego, a ich obecność w moim życiu nigdy nie była moim własnym wolnym wyborem.
Owe kobiety należały do jedynych istot na tym świecie, przy których czułam się małą nijaką dziewczynką, które odbierały mi całą pewność siebie i sprawiały, że gasnę.
Pewnie, każdy z nas w tej chwili ma w pamięci takie osoby, które go tłamsiły samym swoim istnieniem. Nie musiały nic robić - wystarczy, że były.

Nigdy nie deprymowały mnie osoby na stanowiskach, nigdy mężczyźni, nigdy starsi ani bogatsi.
Zawsze kobiety. Nie było ich wiele - może trzy albo cztery. Kobiety, które odbierały mi osobowość.

Gdy o nich myślę, łączy je pewien zespół cech: piękno, siła i pogarda dla reszty świata.
Wszystkie te kobiety śmieją się głośno, są cyniczne, patrzą na świat z wysokości. Nie mówią o uczuciach, nie okazują słabości, nigdy nie pytają co u Ciebie. To kobiety, które kiedy wchodzą do sali pełnej ludzi, zostają w niej same - przyciągając na siebie blask reflektorów. Zawsze były to kobiety niezależne, otoczone mężczyznami, ale z żadnym z nich niezwiązane.

Piszę o tym dlatego, że jest to dla mnie zjawisko fenomenalne, które może obnaża moje czułe miejsca, a może zdradza jakieś niespełnione fantazje?

W każdym razie jest niesamowite.
Dziś żadnej z tych kobiet nie ma w moim kręgu, a tę najgroźniejszą już oswoiłam. Ale powiem Wam jedno - była to trudna walka - bo walka z samą sobą i słabościami, które gdzieś głęboko się we mnie wykluły, walka, aby kochać siebie i nie dać się zgnębić beznadziejnym uczuciom, które rodzą się w nas z kompleksów, lęków albo Bóg wie czego.

poniedziałek, 28 maja 2007

Ok, wreszcie mogę powiedzieć...

W piątek - 25 maja podpisałam umowę z Wydawcą i już za kilka miesięcy moja powieść zostanie opublikowana!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie muszę chyba dodawać, że kiedy o tym myślę, mam uśmiech od ucha do ucha?

Wczoraj oświadczyłam A., że muszę wreszcie zrealizować swoją fantazję nagiej kąpieli w fontannie w środku miasta. Teraz, kiedy mam zostać "wielką pisarką", powinnam robić wokół siebie medialny szumik, jakieś skandale i te sprawy:)))
Zapytał tylko, czy nie wystarczyłoby, żebym pisała dobrą prozę.

Mądrala! Pewnie, że bym chciała, ale czyż nie łatwiejsze, szybsze i przyjemniejsze są skandale?

W końcu, kto czytał Przybyszewskiego?
A zna go każdy  :)

A tak na serio - cieszę się! Tylko i aż!

niedziela, 27 maja 2007

Ten czas leci jak opętany! Przed chwilą był piątek, a już niedziela i to północ niebawem.

W piątek tradycyjnie, jak typowa uzależniona, puściłam się na zakupy do Starego Browaru (to moja typowa przypadłość piątkowa, kiedy czekam na A. i już czuję powiew weekendu). Wyszłam z uroczą wiosenną sukienką koloru czerwonego i małą poręczną torebką, której barkowało mi od lat. Kolejne dwie stówki w plecy.

Sobotniego poranka pojechaliśmy z A. do Lednogóry do skansenu. Za każdym razem, kiedy tam jestem mam ochotę rzucić wszystko i zamieszkać w takiej drewinianej prymitywnej chacie.

Słonko cudnie grzało, spacerowaliśmy, moczyliśmy nogi w jeziorze i było nam rozkosznie.

Wieczorem natomiast wyskoczyliśmy na "Obsługiwałem angielskiego króla". Apetyczny, ale odrobinę nudnawy. Tak jakby coś Hrabalowego z niego uleciało.

No i proszę -  w ten sposób dotarłam do niedzieli.
Jest wieczór, A. już w Warszawie, a ja właśnie wróciłam z Dziedzińca Różanego, gdzie odbył się galowy koncert Festiwalu Piosenki Kabaretowej O.B.O.R.A.
Za tydzień w niedzielę w TVP będzie druga część transmisji, a tam Adunia w chórku w piosence Zenona Laskowika. W bardzo smaczniutkiej kreacji:)

piątek, 25 maja 2007
Wczoraj posiałam wreszcie zioła w Marcince - bazylię, miętę i majeranek. Oprócz tego przesadziłam moje kwiaty i teraz mam prawdziwy ogród na parapecie. Kiedyś nie cierpiałam grzebania się w ziemi, a dziś mnie to cieszy i podnieca. Szczególnie, gdy widzę nowy listek! Gadam do tych kwiatów, głaszcze je i sycę się ich widokiem.

Acha i zamówiłam wreszcie w necie Jengę, bo Kris tak zachwalał, więc gdyby ktoś miał ochotę wpaść na partyjkę, to pewnie już od środy będzie. A zatem zapraszam:)

Wieczorem Mareczek zaprosił mnie na otwarcie Multikina-kina premier do Starego Browaru. Panny wylaszczone, panowie nabłyszczeni i ta atmosfera - Proszę państwa, oto kino premier, za chwilę obejrzymy światową premierę Ocean's Thirteen, proszę się jednak uzbroić w cierpliwość, bo w tej chwili oglądają ją widzowie w Cannes. Gdy tylko skończą, my zaczniemy.

Czyli, co? Że jedna jest kopia na całym świecie?

Potem - na bankiecie - zrobiliśmy trochę wioski, aby przełamać tę cukierkową atmosferkę. Najpierw ja wetknęłam sobie do ust jakąś rybę tak ohydną w smaku, że mało nie puściłam pawia na jakiegoś pięknego pana pod krawatem, a potem Marek tak się rzucił na jakieś koreczki, że pojechał z całą lodówką. A wszystko to zarejestrowały kamery telewizji regionalnej.

sam film - wiadomo amerykański - ale fajnie czasem popatrzeć sobie na sprytnych przystojniaczków, którzy mają jaja. Bo jak wiadomo towar to deficytowy.
Mareczek chyba nie mógł przeżyć mojego zachwytu nad chłopakami, bo kiedy wracaliśmy do domu z satysfakcją obwieścił, że Brad Pitt ma wszystkie zęby sztuczne:))))
czwartek, 24 maja 2007
No i jak tu nie kochać dzieci? Niezależnie, jakiego są gatunku.


Dziś o poranku wpadła do mnie Walerka, szłyśmy sobie do pracy w pięknym wschodzącymm słońcu i zgodnie stwierdziłyśmy, żeśmy przemęczone.

A jakby tak zaciążyć. I sobie tylko leżeć, hodować brzuszek, a w brzuszku dziecię. I ono by sobie tak rosło, wszyscy by wokół nas skakali, a my byśmy się tylko leniwie przechadzały po świecie i syciły swoim błogoslawionym stanem:)


wtorek, 22 maja 2007

Efektem tego, że od tygodnia szpikuję się literaturą genderową, jest wręcz obsesyjne dostrzeganie kulturowych stereotypów. Na każdym kroku.

1. Wczoraj w "M jak Miłość" tata mówi do Kingi:
Ech, kiedy ty się tak nauczyłaś gotować?
A ona na to:
Nie wiem, czy zauważyłaś, ale od kilku lat jestem mężatką. Na zupkach z proszku długo byśmy nie pociągnęli.

No co to kuzia jest? Że niby panna może wcinać zupki z proszku, a sztuka gotowania ma rację bytu tylko wtedy, gdy służy mężowi???

2. Kilka dni temu, idę do pracy. Dwóch zataczających się meneli idzie z naprzeciwka - wtem jeden z nich mówi:
- O jaka piękna kobieta! - po czym pyta głosem pełnym żalu - i nie w ciąży?

3. Oglądałam dziś na TVP Kultura świetny dokument "Taniec trzciny" o rytualnym święcie w Afryce, który de facto jest targowiskiem młodych kobiet. Nakłaniając je do seksu, wmawia się im, że to prezerwatywy roznoszą AIDS.

***
Nigdy nie byłam wojującą feministką i dwa pierwsze przykłady bardziej mnie śmieszą niż złoszczą, ale kurczę Panie tego - coś jest na rzeczy!

poniedziałek, 21 maja 2007


Kris - mój braciszek - tydzień temu dostał pracę w Poznaniu, ale odezwała się jeszcze jedna firma, więc przyjechał do mnie, bo dziś był umówiony na rozmowę.
Adres? ul. Mickiewicza 24.
Już wczoraj wieczorem przeżywał, że jeszcze rano musi sprawdzić w necie plan Poznania i narysować sobie, jak dojść na Mickiewicza. Umówiony był na 11.30.
***
Dziś siedzę w pracy, godzina 11.25 dzwoni Kris:

- kurde, nie mogę znaleźć tej firmy! Cały jestem mokry! Byłem na Mickieiwcza 24, a tam gówno! Nie ma.
- No zadzwoń do nich i zapytaj, jak tam trafić!
- Dzwoniłem kurna! Jakaś rozgarnięta sekretarka, chyba kurna z Zabrza przyjechała do Poznania, powiedziała, że w wieżowcu przy parku. A tu nie ma żadnego parku!!!
- Poczekaj, to ja do nich zadzwonię. Wejdę tylko na ich stronę interentową.
- No wejdź.
- Jestem. Poczekaj adres tej firmy to ulica Mickiewicza 24 w...

I tutaj umarłam ze śmiechu, bo okazało się, że firma owszem znajduje się na Mickiewicza, ale w... Koninie!!!
Rozgarnięty kurna Krzysiu z Olsztyna przyjechał do Poznania pracować:)))

niedziela, 20 maja 2007

Kolejny weekend za nami.
Ale jak cudnie było! Tak ciepło, leniwie i beztrosko. I ta świadomość, że jeszcze tylko kilka tygodni i będziemy razem!
Ech, będzie trzeba trochę przemeblować Marcinkę, a jeszcze A. musi się wiele nauczyć. W tę sobotę na przykład zadebiutował montowaniem gniazda elektrycznego i już jest wykwalifikowanym "kontaktowym". Jeśli się sprowadzi do Poznania, będzie musiał awansować na "półkownika", bo gdzieś trzeba będzie położyć książki.

Nie mogę się już doczekać tych dni, kiedy co ranek będę się przy nim budzić, jeść razem śniadanie albo chociaż pić w jego towarzystwie szybką kawę czy kakao. Nie mogę się doczekać chwili, gdy wrócę z pracy, a on będzie już w domu lub na odwrót - on wróci, a ja będę czekała z obiadem. Tęsknie do wspólnych wieczorów, gdy każde z nas będzie zajęte swoją lekturą, a jednak będziemy razem. Blisko.

Oczywiście. Będą minusy. Wiem. Nie będziemy się rzucać na siebie wygłodniali tak jak to się dzieje teraz co piątek. Nie będziemy godzinami patrzeć sobie w oczy i powtarzać 16 razy dziennie jak się uwielbiamy i jak jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Jestem tego świadoma, ale wybieram bliskość, codzienność i zwyczajność. Bo kiedy tej zwyczajności nie ma, dopiero wtedy można zrozumieć, jak bardzo jest ona niezwykła. Naprawdę.



Makowa Panienka wprost z ukrytego zakątka Cytadeli

piątek, 18 maja 2007

Nuda Panie! To znaczy nie nuda, ale kosmiczny zapieprz, a jak u mnie jest kosmiczny zapieprz to na blogu nuuuda.

Dobra passa zawodowa, która towarzyszy mi i mojemu otoczeniu zaczyna mnie wprost onieśmielać. Za miesiąc mój brat zaczyna robotę w Poznaniu, dziś mój ukochany dostał aż trzy oferty z poznańskiego rynky pracy, a mnie - choć ryje w słowach jak kret od świtu do nocy - też idzie gładko jak po maśle. Tylko czekać aż coś rypnie z hukiem, ale póki co wypatruję już jutra i przyjazdu A.

Więc mówiąc krótko: tyle szczęścia, że aż NUDA Panie!


autorka: ENDO www.komix.blog.pl

ps. Acha ważna kwestia. Wczoraj spotkałam się na piwku z panną W. i jest problem, którego nawet wszechwiedząca Agnieszka, czyli ja, nie potrafi rozwiązać. Temat? Finanse w związku. Co zrobić, kiedy nasz partner okazuje się sknerą albo łagodniej mówiąc radykalnym pragmatykiem i każdy "domowy" wydatek musi mieć dla niego racjonalne uzasadnienie? Co zrobić, kiedy w jego pojęciu: kulinarne frykasy, świeczniki i duperele do domu, nasze kosmetyki i nowe ciuszki inne takie są zupełnie zbędne? Oczywiście przy założeniu, że istnieje wspólnota majątkowa i razem planujemy wydatki.

No co? No co? 

czwartek, 17 maja 2007

Mam wielką ochotę zastrzelić wszystkich złodziei mojego wolnego czasu.
Czuję, że gonię własny ogon. Wszystko na wczoraj, już, za chwilę, zaraz, teraz.
Dlaczego doba ma tylko 24 h?
I dlaczego ja nie mam czasu na ŻYCIE?

ps. A kto mnie dziś słyszał Radio PIN? Taka tam wypowiedź młodej literatki:)))

wtorek, 15 maja 2007

Muszę napisać  obszerny tekst o kulturowych aspektach płci i podczas ostatniego pobytu w Warszawie A. zaprowadził mnie do taniej książki. Prawdziwej taniej książki! Wyszłam stamtąd z potężnym stosem literatury feministycznej i genederowej, a na deser kupiłam jeszcze opasły tom dzienników Sylwi Plath. I teraz zaczynam szpikować się literaturą, uznawaną powszechnie za szkodliwą. Uwaga! Istnieje ryzyko, że będę jeszcze większą zołzą.

Ale żeby nie było zbyt feministycznie - miałam dziś okazję zrobić telefoniczny wywiad z uznawanym za szowinistycznego - poetą Świtelickim i kupić sobie czerwone pantofelki na wysokim obcasie - całkiem sexy:)

No dobra, gadu, gadu, a ja dziś chciałam o czymś innym. Otóż chcę polecić wszystkim dziennik pewnej niegrzecznej panienki - prawdziwej elficy, którą pamiętam jeszcze z czasów, gdy ona była małą dziewczynką - harcerką, a ja jej druhną przełożoną. Był to niezwykle boski okres. Jeździłyśmy na obozy, przebierałyśmy się za nimfy, recytowałyśmy wiersze nocą nad jeziorem i gadałyśmy o chłopakach. Elfica urzekała mnie zawsze swoim zaraźliwym magicznym śmiechem.
Oto ona:
www.kopalniaduszy.blox.pl

u mnie w zakładkach jako Alutka Show Ma!

Wczoraj odrobinkę poświętowaliśmy sukces Krisa i teraz chce mi się strasznie spać i boli mnie głowa. Do świętowania dołączył się Frr, który wpadł na dwa prania i jeszcze wcisnął mi w dłoń maszynkę, żeby mu irokeza zrobić. Ten facet nigdy nie wydorośleje, ale i tak mam do niego ogromną słabość.

Dziś w związku z moim nienajlepszym samopoczuciem dwie urocze scenki.
Jedna sprzed kilku dni, druga sprzed kilku lat, która wczoraj mi się przypomniała i znow mnie rozbawiła.

I.
Spotkanie z Gruszką i Jozi. Gruszka ostatnio schizuje, że jest gruba, choć w rzeczywistości ma sylwetkę patyka. Z kolei boska Jozi - czas powiedzieć o tym głośno - nie skończyła studiów, a że bestia jest cwana, to w CV wpisuje "filologia polska (4 lata)" i każdy myśli, że skończyła czteroletnie studia:))) Ale do rzeczy.

Gruszka:
Jozi, powinnaś wreszcie skończyć te studia, bo zawsze znajdzie się ktoś, przy kim będziesz
się czuła źle, że nie masz magistra.

Ja:
Eeee tam Gruszka przestań. Niezależnie od magistra zawsze znajdzie się ktoś od kogo będziesz brzydsza, grubsza czy głupsza.

Gruszka
(rozpaczliwie): Jozi słyszałaś?! Dlaczego ona na drugim miejscu wymieniła "grubsza"????

II.
Kris od kilku lat jest z pewną kobietką. Kobietka ma na imię Asia i jest uroczą osobą z tysiącem irracjonalnych bzików. Kiedy jeszcze Asia mieszkała w akademiku, Kris przychodził do niej na obiady. I mimo, że sama Asia jadła jak wróbelek ("no bo przecież jest taaka gruba..." [jakieś pół mnie]), to dla Krisa zawsze było coś smacznego. Wtedy były pulpety, które smażyły się w akademikowej kuchni.

Asia z Krisem siedzą w pokoju, pulpety smażą się w kuchni. Asia wychodzi po pulpety i wraca z pustymi rękami.
Kris: co się stało, dlaczego nie przyniosłaś pulpetów?
Asia: A Ty nie mógłbyś ich przynieść?
Kris: Ale o co chodzi?
Asia: No bo w kuchni są chłopacy i oni pomyślą, że te wszystkie pulpety są dla mnie.

poniedziałek, 14 maja 2007
Kochani!
Nie ma jak dobrze zacząć tydzień!
Przed chwilą dostałam informację, że projekt, który prowadziłam, wygrał i będziemy mieć całkiem interesującego klienta.
No i jeszcze jedno: sprawa tajemnego maila postępuje i jak dobrze pójdzie, wkrótce będę mogła pochwalić się wszem i wobec.
(Nieliczni, którzy wiedzą - gęba na kłódkę!!!)
***
A teraz o niedzieli.
Wczoraj z moim ukochanym ustanowiliśmy 13 maja jako światowy Dzień Memłania. Albowiem właśnie wczoraj osiągnęliśmy totalny szczyt memłactwa, wstając z łóżka o... 18.30!!!

(tylko dlatego, że o 19.00 miałam pociąg do Poznania.)

Przewalając się z boku na bok cały boży dzień, to drzemaliśmy, to wcinaliśmy słodycze popijając colą, kochaliśmy się i czytaliśmy Muminki - na zmianę i było to baaaardzo przyjemne.
Choć powiem szczerze - kiedy wstałam, poczułam się kompletnie wykończona świętowaniem Dnia Memłania.
Następny taki za rok.
Kto świętuje ze mną?
***
Dopisek - godzina 16-ta.
Mój młodszy braciszek - Kris - przyjechał dziś do Poznania na rozmowę o pracę. Po godzinie zadzwonili do niego, że tak ich wcisnął w fotele, że dają mu robotę od ręki. Jutro będą omawiać warunki. Nie ma co - jak dobry dzień to na całego.
A ja mam kurna chata nowego lokatora na moich 18 metrach!
czwartek, 10 maja 2007

10 maja to data znacząca, to moje święto - dzień, w którym ocaliłam siebie.

To dzień, kiedy powinny strzelać korki od szampana, a św. Marcinem powinna iść karnawałowa parada wolności:)
Już dwa lata minęły, a ja wciąż nie mogę się nadziwić, jak mogłam dać się tak spętać, tak sponiwierać, jak mogłam być z człowiekiem, który się nade mną pastwił i robił wszystko, żeby mnie zniszczyć, żeby zrujnować moje poczucie własnej wartości, żeby mnie całkowicie od siebie uzależnić. A jednocześnie jak każdy toksyczny człowiek-bluszcz potrafił być wspaniały. Dzięki temu osiągał swój cel. Za wszystko obwiniałam siebie.
Przemoc psychiczną trudno udowodnić. Ale rany na duszy są znacznie cięższe niż te na ciele. Niestety ten, kto tego nie zaznał, albo nie zrozumie, albo zbagatelizuje.
Czasem nawet trudno jest to sobie uświadomić. Dlatego każdemu polecam ostatnio wydany komiks "Kochać zbyt mocno". Jeśli odnajdziecie tam choć jedną scenę z własnego życia, zastanówcie się. Nigdy nie jest za późno, aby stać się wolnym. Nawet jeśli trzeba będzie uciekać.
Już dwa lata!

Oto fragmenty tamtych dn:

29.04.2005
Lubi patrzeć w lustro. Taka niewinna narcystyczna przypadłość. Ale teraz oglądanie własnego ciała to już masochizm. Nie można tego zlekceważyć, ani zbagatelizować, bo ten wielki filoletowokrwawy siniec aż krzyczy z ramienia, spojrzyj na mnie, przypomnij sobie, zrób coś!
Nocna awantura. Ona chce spać. Nie czas na rozmowę, kłótnię. Spać... zamyka oczy, próbuje się odciąć, uciec w marzenia. Ale on stoi nad nią i krzyczy. Ona otula się szczelnie i zaciska powieki. „Nie ma mnie tu, nie ma mnie tu", powtarza jak mantrę. On zdziera z niej kołdrę i rozpoczyna szarpaninę. Tłumiona złość wzbiera się w niej i wylewa niepohamowaną agresją: zostaw mnie, puść, nienawidzę Cię, rozumiesz!? Rzuca się na niego z pazurami i zębami: odpierdol się, będę robić, co mi się podoba, palić, pić, rżnąć się z kim popadnie, nienawidzę Cię! Widzi jego furię i nagle przeszywa ją ból. Ale w takiej rozpaczliwej bezsilności nawet mocno nie boli. Potem tylko na długo zostaje ślad, który przypomina. W każdym odbiciu lustra.
A później on jest wspaniały - kupuje jej kwiaty i maskotki. A ona go tłumaczy: przecież on to z miłości. I tylko krwawy siniec krzyczy inną prawdę światu.
Cóż ja mogę dla nich zrobić? Poprosić ją by go nie pudrowała, ani nie zasłaniała rękawkiem. On też ma prawo głosić własną wersję wydarzeń.


06.05.2005
Jadę do domu - pół nocy siedzimy z mamą i gadamy. Wreszcie nie jest to gadanie dla gadania. Jeden papieros za drugim, hektolitry herbaty, księżyc wędruje nad naszymi głowami. Dom śpi. Śpią koty i psy, a my gadamy... Musisz wreszcie to zrobić. Dla siebie, Twojego szczęścia, przyszłości... Ekscytacja i stres. Euforia i strach. Muszę to zrobić... muszę, muszę, muszę - powtarzam to jak mantrę, kiedy prawie o świcie kładę się spać, a nade mną już niebo bez księżyca.

07.05.2005
Od rana skręcam się z bólu - teraz już zamiast gadania, trzeba działać. Czas na wypróbowanie przyjaciół i znajomych. Nie zawodzą. Mam nocleg, transport, opiekę nad kotem.
Nie wiem, skąd wokół mnie tylu cudnych ludzi. Specjalne podziękowania dla: Ramzeska, p.Bogusi, Walerci, Tadeusza, Sebusia, Jordana. Alutki, Kasiuli, Elu i Zdzicha - za wsparcie.
09.05.2005
Cały dzień muszę grać. Na jutro wszystko przygotowane, niemalże zapięte na ostatni guzik. Wysiada mi organizm, chudnę w oczach - przez ostatnie trzy dni - dwa kilo.

10.05.2005
O 8.00 rano już jest Ramzes. Pakowanie. Punkt 10.00 wpadają chłopcy z teatru niczym brygada antyterrorystyczna walą do drzwi. W siedem minut mam zapakowane wszystko do samochodu.
Kot zostaje w Teatrze, moje graty piętrzą się pod sceną, a ja z jednym plecaczkiem wędruję zamieszkać u Ramsika.
Obiad, w ramach oszczędności i nowej strategii życiowej za tysiąc złotych miesięcznie, jem w barze mlecznym „Pod arkadami". Chłodnik 1,64 zł i placki ziemniaczane po cygańsku 3,40 zł. Pycha:)
Jakbym znów była na pierwszym roku i zaczynała studiować.
Jakbym się narodziła na nowo.

11.05.2005
Tej nocy w nowym miejscu śnił mi się ocean...

Były wczoraj u mnie panienki - panna A. i panna J. Takie panienki, co to w agencji pracują do nocy, więc jak się u mnie zjawiły,  to były wygłodniałe jak wilczyce.
Tak je w tych agencjach wykorzystują! :)

Ja je nakarmiłam, one przyniosły winka i było bardzo milutko.

Przy kolacji gadamy o dobru (nie pamiętam w jakim konktekście) i panna A. mówi:

- Dziewczyny, ale my też jesteśmy dobre.
na to panna J.:
- Mów za siebie. Ja tam nie jestem.
- No, ale jak? Nie masz wyrzutów sumienia? - dopytuje panna A.
- Mam, ale wyrzuty nie są dowodem dobroci.

- Oj przestań - burzy się panna A. - jesteś dobra.
- A tak - reflektuje się panna J. - jestem. W łóżku.
następuje chwila ciszy.
Panna A. patrzy z zadumą w swój talerz i mówi:
- O kurcze, a ja chyba nie.

środa, 09 maja 2007

 

"Zepsuta kobieta należy do tego rodzaju istot, których mężczyźni nigdy nie mają dosyć. "

Oskar Wilde

Jakby nie patrzeć - święta prawda:)
Lubię filmy o dojrzewaniu i inicjacji. Takim obrazem jest właśnie "Lato miłości", które bardzo przypomina mi "Marzycieli". Jakieś totalne odpały - przebieranie się w dziwne kreacje, wywoływanie duchów, rozbicie tatusiowego samochodu w ramach zemsty czy szalona jazda na motorze. A jednocześnie ten smak dekadencji, pościel, papierosy, wino sączone od rana do nocy, seks łamiący konwenanse i... pozy. Czytałaś Nietschego? Uwielbiam Edith Piaf.

Bo dojrzewanie tak naprawdę zwykle jest pozą. Lecz
konsekwentnie utrzymywana poza, jak ktoś kiedyś powiedział, wreszcie staje się prawdą. W końcu komu na samym początku smakował papieros, pierwsze piwo czy jazz?

I kiedy piszę o pozach młodości, zaraz przypominają mi się moje pozy.
Na przykład, kiedy skończyłam podstawówkę jako laureatka konkursu z matmy i z polskiego, pomyślałam sobie, że to strasznie beznadziejnie być dobrym i z jednego, i drugiego. Przecież ja chcę być pisarką, a zawsze się mówiło, że wielcy humaniści byli raczej kiepskimi matematykami.
Wtedy właśnie postanowiłam, że muszę być bardziej wyrazista i będę się uczyć tylko polskiego. W LO przestałam w ogóle prowadzić zeszyt z matmy, a na każdej lekcji czytałam
po ławką książki . Efekt był taki, że na koniec I klasy miałam mierny i gdyby nie ściągi kumpeli to pewnie bym została na kolejny rok. Ale przynajmniej byłam humanistką! Mój matematyk, niejaki Pan Deptuła, walczył ze mną kilka lat, aż w końcu dał za wygraną i pozwolił mi czytać. Wtedy przestałam, bo wszystko, co dozwolone jakoś traci swój smak, no nie? Niestety było to w klasie maturalnej i  nie nadrobiłam już zaległości, pozostając kompletnym matematycznym osłem.
Albo jak kto woli HUMANISTKĄ:)
Ech te pozy!

poniedziałek, 07 maja 2007

Przeczytałam w "Zwierciadle" ładne zdanie:

Gdy kogoś kochasz, uczyń go wolnym.
Jeśli wróci, będzie należał do Ciebie, jeśli odejdzie, tak będzie lepiej.

Na dziś tyle. 
Idę oglądać "Lato miłości" - muszę jakoś ukołysać moją tęsknotę za nim i wycie głodnych zmysłów.
Czy można tak kochać, że aż pęcznieje i rozsadza od środka?

niedziela, 06 maja 2007

Brrr! Jak ja nie lubię powrotów do Poznania. Tego niedzielnego poranka, kiedy muszę się spakować, pożegnania z rodzicami, tłoku w pociągu i podróży ze świadomością, że tam dokąd jadę, nic na mnie nie czeka. Potem jest peron, na którym czekają stęskneni mężowie, ojcowie, matki, przyjaciele. A na mnie nie czeka nikt. Ani na dworcu, ani w domu. Na szczęście czeka sam dom i gdy już wchodzę do "Marcinki", oddycham z ulgą. Jestem u siebie. Mimo wszystko...

Miałam napisać dziś o pewnym mejlu, ale póki co nie chcę zapeszać.
W zamian za to kilka fotek z gór i z mojego pobytu w Olsztynie.

GORCE

dzień pierwszy - wyjście z Chabówki


wieczór przy piweczku w Starych Wierchach


Dzień drugi - mgła! Idziemy na Turbacz i dalej do Hawiarskiej Koliby

 miałam poważny dylemat, czy mogę pokazać się górom w tak niegustownym połączeniu kolorystycznym - czerwień plus róż, ale mój ukochany zapewnił, że serwis Pudelek tu nie dociera:)


ostatnie podejście :)

NASZ DOM RODZINNY na Wzgórzu Pomordowanych Srok


Nasz domek i jeden z piesków - Lolek


A to widok z tarasu- cudnie, czyż nie?

czwartek, 03 maja 2007

Jestem. Cała i zdrowa.

W Gorcach było uroczo. Góry potrafią dać  mi namiastkę wolności. W górach rosną mi skrzydła. No i chleb z paprykarzem wydaje się smakołykiem.
Ale najbardziej mnie cieszy, że mogłam pokazać góry mojemu ukochanemu i okazało się, że jego również zachwycają.

Teraz jestem w Warszawie i najbardziej zajmuje nas obijactwo. Długo śpimy, robimy sobie jedzenie, pijemy, kochamy się, oglądamy filmy i wędrujemy to tu, to tam. Generalnie towarzyszy nam beztroskie powyjazdowe rozmemłanie. Ale ile z tego radości, kiedy zastanawiamy się, czy memłać w fotelu czy na przykład przememłać się przez miasto.

Jutro natomiast jadę do Olsztyna i tam zakończę mój cudny dłuuuugi i naprawdę relaksujący urlopik. 

A w niedzielę, kiedy wrócę, napiszę o pewnym mejlu, który przyszedł do mnie kilka dni temu i o którym nie moge przestać myśleć.
 

***
Scena z wczoraj.
Na tym wyjeździe potwierdziła się teza, że jem dwa razy więcej i piętnaście razy częściej niż A., z czego on się cały czas nabija. No i wczoraj padł mi pęcherz i kupiłam jakies tabletki. On czyta instrukcję:
ON:
Tu jest napisane, żeby tabletki zażywać po posiłku, ale Ciebie to nie dotyczy.
JA: Dlaczego mnie nie dotyczy?
ON: Bo Ty, kochanie, cały czas jesteś po posiłku .