..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 31 maja 2006

Już mi skrzydełka opadły. Za dużo na mojej główce i oczywiście jestem z tym sama. Biurokracja jest straszna, a moi rodzice są jeszcze bardziej rozwaleni ode mnie.
A mój facet...
No właśnie, gdzie jest on???

niedzielę mój Chłopak nie mógł obejrzeć ze mną mieszkania, bo sędziował.
W poniedziałek mój Chłopak nie mógł obejrzeć trzech mieszkań, bo miał firmową piłkę.
We wtorek mój Chłopak nie poszedł ze mną do banku, bo był kurwa jakiś mega ważny mecz (towarzyski!!!).
W środę, czyli dziś, też mi nie pomoże, bo gwiżdże jakiś turniej studencki.
W następny poniedziałek mój Chłopak nie podpisze ze mną umowy przedwstępnej, bo ma obóz piłkarski.

Są pytania???

I dziwić się, że nie mogę wykształcić w sobie "myślenia związkowego", że biegam, że latam, że szukam.
I powoli chyba staję się tradycjonalistką, która zwyczajnie po babsku tęskni za silnym ramieniem.
Nie. Nie swoim.
Choć na razie to jedyne silne ramię, które znam:)ppp

Z wyjątkiem ramion siostrzanych:)

wtorek, 30 maja 2006
Wczoraj Aduś  zaprosiła mnie na przedpremierowy pokaz dokumentu o Grzegorzu Jarzynie "Zajarzyć Jarzynę". Film zgrabny, wartki i barwny. Jarzyna zaś uroczy  i emanujący takim wewnętrznym powerem, tak niesamowitą energią, że mógłby służyć jako mój osobisty poranny zasilacz:)
No i talent. Tego odmówić mu nie można, choć jestem przekonana, że wszystko, czego dokonał zawdzięcza przede wszystkim osobowości.
Byc wiernym sobie, wiedzieć, czego się chce i dążyć do tego z uporem. Brzmi prosto?
A ilu z nas tak żyje?



Boli mnie brzuch, a chłopcy w pokoju nie mogą już na mnie patrzeć.
Nie przypuszczałam, że szukanie mieszkania może być tak podniecające.
Oczywiście wszyscy łapią się za głowę, jak można być kąpanym w tak gorącej wodzie.
W piątek pomyślałam, że czas kupić jakieś lokum, do wczoraj obejrzałam cztery chatki i jedna tak przypadła mi do serca, że lada dzień podpisuję umowę przedwstępną. Nie byłam jeszcze w banku, nic nie wiem o mojej zdolności kredytowej, na koncie zostało mi dwa złote, ale ja MUSZĘ mieć to mieszkanko!!! Koniec kropka.
Acha, w kredycie muszę uwzględnić jeszcze kupno psa:))
To priorytet.
To takie śmieszne. Czuję się jak na haju. Flaki mam wywrócone do góry nogami, nie mogę się na niczym skupić, buźka mi się cieszy  i jest tak jakbym się zakochała:)))

Ale i tak najlepszy jest Frr:

"A gdzie i jakie idziesz dzisiaj mieszkanka oglądać?Ciekawe,czy się uda co?Oby Buziuchno to będziemy sobie wspólnie mieszkać.I wszystkie piłkarzyki do Ciebie sprowadzę,wszystkie piłeczki,koszuleczki-poprostu w Twoim mieszkanku będzie zamieszkiwał duch piłeczki!:-)Zgadzasz się?;-)))"

Nie, nie, absolutnie nie.
Mieszkam ja i pies:)
Goście mile widziani, bo z miejsca powiedziałam pośredniczce, że chcę prowadzić dom otwarty i muszę mieszkać przy centrum, żeby mieli niedaleko.
Natomiast o żadnych gadżetach piłkarskich nie ma mowy!

poniedziałek, 29 maja 2006

To co? Sprawozdanko z weekendu?
Oj działo się tyle, że właściwie do teraz nie ogarniam i od razu szczerze się przyznaję:
przy całym moim ekshibicjonizmie nie powiem wszystkiego.
Ale zacznijmy od początku.

PIĄTEK/SOBOTA
Najpierw była siłownia, potem zakupy żarciowe, a potem babska imprezka u Pauli. Było piwko, dużo śmiechu i trochę ploteczek. Paula przez dobry tydzień przygotowywała nas, zastrzegając, że chata jeszcze w remoncie, a oczywiście, jak można się było spodziewać - wszystko okazało świeżutkie, pod linijkę, po prostu sztuka nówka. 
Humory nam dopisywały - na tapecie był seks,  trupy, ludzie z pracy, macierzyństwo i wszystkie inne tematy, jakie mogą interesować kobietki przed trzydziestką.
Około trzeciej padłyśmy, ponieważ organizm odmówił mi posłuszeństwa, a rano Paula tylko stwierdziła, że moja uroda pozostaje w ogromnym konflikcie z natężeniem chrapania. Zjadłyśmy jeszcze śniadanie, wypiłyśmy pyszne kakao i rozjechałyśmy się do domów.


SOBOTA
O 12.00 byłam umówiona za Ramsikiem. Pierwszy raz od czasu mojej "ucieczki" w Krakowie. Już od rana bolał mnie brzuch i czułam się jakbym szła na jakieś przesłuchanie.

Do tej pory starałam się o tym nie myśleć, odsuwałam od siebie problem i żyjąc w pośpiechu, odnosiłam wrażenie, że nasz konflikt nie ma dla mnie aż tak wielkiego znaczenia. Nie istnieją przecież  ludzie niezastąpieni, wszystkie relacje kiedyś się wypalają.

I dopiero, kiedy ją ujrzałam, uświadomiłam sobie, jak bardzo mi jej brakowało, jaka jest dla mnie ważna i jak cholernie za nią tęskniłam.
Gadałyśmy dwie godziny.
Wiem, że w większości przypadków kobieca przyjaźń to przede wszystkim paplanie i chichotki, ale zdarza się czasem więź, która jest niczym siostrzane uczucie - całkowitego oddania, troski i niesamowitego pokrewieństwa dusz.
A kiedy mnie przytuliła, poczułam się tak bezpiecznie jak jeszcze nigdy z żadnym facetem. Wracałam do domu i czułam, że świat już nie będzie mi straszny, że mogę być spokojna, że potrafię kogoś kochać i ta miłość, która mnie przepełnia, wylewa się z oczu, kroków i gestów. Wydawało mi się, że mam skrzydła.
***
Wieczorem poszłam na premierę do Teatrzyku.
Bajka fajna, a popremierówka jak zwykle bardzo intensywna. 
W tańcu objęć, spojrzeń i dłoni muskał mnie czyjś śmiech, dotyk i oddech.
Plątanina wszystkiego. Totalny chaos.
Gdzieś pomiędzy rozmowami a tańcem, zupełnie niewinnie stałam się przyczyną małżeńskiej bójki, potem było przypadkowe spotkanie na pustej widowni, gdzieś w tym bałaganie zaplątały się czyjeś oczekiwania i cudze pragnienia.
A wszystko przez tę czerwoną sukienkę.
Nawet nie próbuję tego uporządkować.
Na resztę zaś spuśćmy po prostu kurtynę milczenia.

NIEDZIELA
Pobudka o ósmej. Na kompletnym głodzie, bo nic nie jadłam od sobotniego śniadania, pobiegłam oglądać mieszkanie. Nie sądziłam, że to może być takie podniecające i wciąż nie wierzę, że zdarzy mi się własny kąt na tej planecie. Taki zupełnie mój.
A wtedy również zupełnie mój pies!
Nie mogłam się zebrać od kilku miesięcy, a teraz od piątku tylko tym żyję.
Zupełnie przypadkowe lekarstwo na egzystencjalne rozterki.
***
W południe wpadłam na kawę do Teatrzyku i zaraz miałam wracać do domu, żeby zregenerować siły, zjeść coś wreszcie i choć trochę złapać oddech, ale kiedy wychodziłam, wyhaczył mnie Marcel i zaciągnął na piwko "Pod Pretekst".

Marcel to moja ogromna teatralana fascynacja. Totalny outsider wśród aktorów, żyjący na krawędzi, na bakier z logiką i pojęciem "normalności". W dzień gra robaczki, smoki i królewiczów, a w nocy.. też gra - ale w kapeli punkrockowej. Człowiek istniejący poza ramami, schematami, wypracowanym modelem życia. Z wyglądu zaś  niewysoki, wychudzony i rachityczny.  Ale wystarczyło, żeby na mnie spojrzał i uśmiechnął się kacikiem ust, ja już byłam totalnie rozłożona na łopatki. 

Najbardziej niebezpieczna znajomość, od której uchroniłam się resztkami zdrowego rozsądku.

Z jednego piwka, zrobiło się drugie i tak spędziliśmy całe południe i popołudnie.
Strasznie mi było z nim dobrze. Marcel jest jedyną znaną mi osobą, która może o sobie powiedzieć "jestem wolny" i realizuje wszystko, na co mnie już brak odwagi i fantazji.

Wróciłam do domu wieczorem i padłam. Nawet nie miałam siły jeść. Potem przyjechał Frr, dopieścił mnie taką półsenną i pozwolił zupełnie oderwać się od wszystkiego.

Dziś początek nowego tygodnia, a ja ledwo żyję. Zjadłam pierwszy posiłek od dwóch dni.

piątek, 26 maja 2006

Nie musi parzyć co rano kakao
Nie musi mówić, że mnie kocha
Nie musi grać w szachy ani makao
Może być nawet niemiła trochę

Może nawet nakrzyczeć, a jakże!
Może ścierką przełożyć przez łeb
Niech tylko będzie przy mnie wszakże
Mama potrzebna w życiu jak chleb

Słońce już wysoko... otrząsam się, strzepuję zapach z włosów, wystawiam twarz na poranne promienie, wdrażam się w rzeczywistość, rozprasowuję pogniecione serce...
Mogę się nawet śmiać...
Będę żyć..
Jakoś:)

Zrobiłam "pa, pa" domkowi i podczas porannej drogi do pracy miałam w sobie spokój. Było mi w środku tak cicho, bez lęku, krew w żyłach krążyła powolnie, a serducho biło w swoim rytmie.  
Taki jest urok czasu. Sprawia, że przemija to, co chciałoby się zatrzymać, ale z drugiej strony  zabiera również wszystko, o czym chcemy zapomnieć.
Teraz będę mogła tylko mrużyć oczy i widzieć te miejsca i sytuacje, które wciąż się będą dziać, ale już poza mną. W tamtym czasie.
Bo ja jestem już tutaj - i wciąż się przemieszczam. A one zostały i z każdą minutą, godziną, dniem i tygodniem będą bladły i płowiały.
Póki co jednak wiem, że ta moja cisza jest złowroga, że to dopiero przygotowanie do porządnego ciosu, że jeszcze mnie zetnie z nóg.
Mam ochotę się wtulić i tak bardzo, bardzo porządnie wypłakać, a potem otrzeć łzy, przywdziać zbroję i iść dalej.
Ale póki co mam jedynie serce przekręcone przez maszynkę do mięsa i długi dzień przed sobą.

czwartek, 25 maja 2006

Kobieta to jednak mało skomplikowany twór boski. Wystarczy ją przelecieć, dopieścić i dotulić, a już pryska złość, niebo staje się czyste, a ziemia pod stopami aż sprężynuje z radości:)

***
Rano.Zbieramy się do pracy.
Frr:No, wreszcie się uśmiechasz i znów jesteś kochaniulek.
Ja: No widzisz, wystarczyło mnie przelecieć.
Frr: Jak pomyślę, że teraz na jakiś tydzień mam spokój, a potem znów będzie z Ciebie chłodnik litewski, to jeszcze za życia mam ochotę wystąpić z wnioskiem o beatyfikację.

***
Zaczęłam czytać "Cień wiatru". Mam co prawda straszliwą alergię na bestsellery i wszystkie pozycje z top listy, ale teraz potrzebuję prostej fabuły, żeby mnie coś wciągnąło, pochłonęło i oderwało od własnego życia. Ostatnio jestem naprawdę przemęczona własnym towarzystwem i najchętniej rozstałabym się  ze sobą na jakiś czas.

Może ktoś chce mnie przygarnąć na jakiś czas?
Oddam za darmo:) Się:)

Wracając do bestsellerów. Nie przeczytałam Kodu Leonarda, ani Coehlo, ani Whartona i czegokolwiek, co wzbudzało jakieś masowe zachwyty. I wcale nie dlatego, że mam tak wyrafinowany gust, ale zwyczajnie zabija mnie świadomość, że miliony ludzi przeżywało przede mną tę  historię, przedeptało fabułę wzdłuż i wszerz i jakoś tak wyprało ów świat literacki z wyjątkowości. To głupie i irracjonalne, ale sprawia, że wolę niskonakładowe perełki - gdzieś wyszukane, gdzieś wypatrzone i tylko moje.
No. Może jeszcze kilku osób.

środa, 24 maja 2006

Czuję się jak dziecko we mgle na huśtawce emocji i karuzeli zdarzeń.
Muszę dziś do niego - teraz i natychmiast!
Ja nie mogę i nie chcę już bez niego żyć.
Ja chyba go kocham, choć to słowo dość dawno wypadło z mojego słownika.
Nie mam już do siebie siły.
Słowo daję.
Dobrze, że on jeszcze ma:))

Kino to miejsce,w którym całkowicie zapominam o sobie. Odrywam się od ciała, mojego życia i szybuję gdzieś całkowicie ponad "TU i TERAZ". Najbardziej lubię ten moment, gdy siadam w fotelu, jeszcze nie gasną światła, a ja już nie mogę się doczekać.

"Jabłka Adama" to kolejna perełka współczesnego kina europejskiego. Absurdalna komedia przetykana czarnym humorem, symboliką dobra i zła śmieszy do łez i do łez wzrusza.

Rzecz ma się o byłym więźniu, neonaziście, który trafia na małą plebanię, aby się tam resocjalizować. Zamieszkująca ową plebanię garstka osób to ludzie z pokiereszowanymi wnętrzami, cierpiący na jakiś brak, a w oczach nowo przybyłego - po prostu szaleńcy żyjący w świecie ułudy. Szczególnie pastor negujący istnienie wszelkiego zła, zaprzeczający wszystkiemu, co niegodziwe i wiecznie nadstawiający drugi policzek stanowi dla niego poważne wyzwanie. Adam bowiem za wszelką cenę będzie chciał zniszczyć w pastorze jego dobre samopoczucie i niezachwianą pewność, że Bóg jest z nim. I na chwilę zwycięży szatan.
Potem jednak losy bohaterów potoczą się już według boskiego zamysłu i zabawna, a przecież również przerażająca historia, zaskoczy nas dobrym i wzruszającym zakończeniem.

Ta pozornie niewinna opowiastka niesie ze sobą głęboko filozoficzne przesłanie o tym, że nie ma obiektywnej kategorii świata.
Świat jest taki, jakim go pojmujemy, a to, co wyciśniemy z życia, zawsze będzie rezultatem naszego indywidualnego wyobrażenia.  
Ważne, by wierzyć...
nawet, jeśli to takie trudne...

Rozmawiałam przed chwilą z Frr...znów jego znajomi wpierdalają się w nasze życie...bawią się nim, wjeżdżając mu na ambicję:
"przemawiasz jej ustami", "wszystko, co robisz, robisz pod nią", "ona ma na Ciebie za duży wpływ"...
Nie mam ani siły, ani ochoty się z nimi szarpać. Nie mam ochoty stawać z nimi do rywalizacji.
Wszystko się jakoś tak łatwo sypie. Rok świetnego związku, a od wyjazdu w góry staczamy się w dół po równi pochyłej.
Daliśmy sobie czas do poniedziałku.
Czas milczenia.
Boli mnie to strasznie.
Ale jeszcze bardziej złości.
Żałosna dziecinada.

Muszę interweniować, bo widzę, że się dziewczę zagubiło w tym dziwnym świecie.

Primo:

Czas się ocknąć i powrócić do rzeczywistości. Chodzenie jak w lunatycznym śnie i jakieś łzawe roztkliwianie się nad sobą nie przystoi kobietce, która ma aspiracje, aby cieszyć się światem i wszystkimi jego przejawami.
Secundo:
Czas się ocknąć i dać coś z siebie, zamiast wiecznie narzekać, że ktoś nie zapokaja Twoich potrzeb. Czas skończyć z budowaniem roszczeń i oczekiwań. Jesteś już duża i sama idziesz przez świat. Przyjmij tych, którzy chcą iść z Tobą, pożeganaj grzecznie wszystkich, którzy zrezygnują, ale nie zatrzymuj się i idź.
Tertio:
Uwikłałaś się w sny. Te sny burzą ci postrzeganie rzeczywistości, zakrzywiają to, co dotychczas było proste. Wiem, że sama ich nie utniesz i nie odpędzisz od siebie, daj im się wyśnić, ale nie pozwól, aby wpływały na Twoje życie, aby nim zawładnęły. Traktuj je jak podróż, z której szczęśliwie wracasz do domu, a jak mówi stare przysłowie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. 

To tyle. Mam nadzieję, że teraz weźmiesz się panienko w garść.
Nawet księżyc cię opuścił, a to najbardziej czytelny znak, że musisz się sama ze wszystkim uporać, a wszystkim, w tym przypadku znaczy - samą sobą.
Żegnam, zasypiam, a Ty żyj dziecko i zrób co zechcesz.
Co ja Ci będę gadać.
Twoja.

wtorek, 23 maja 2006
Nie widziałam księżyca od dwóch tygodni. Właśnie wtedy, gdy go potrzebuję, schował się z premedytacją i umywa od wszystkiego ręce. Wczorajszy wieczór był koszmarny. Poszliśmy najpierw do Ciotki Stelli na kolację - u niej nawet chleb ma taki inny, pyszny smak - i gdzieś w rozmowie przewinął się temat spływu z moimi znajomymi, na co Frr odpowiedział, że on raczej nie pojedzie, bo w tym samym czasie jest rejs jego znajomych i im odmówił, więc jak teraz miałby im wytłumaczyć, że jedzie gdzieś ze mną?
W sumie nie wiem, czy mnie to wkurwiło, osłabiło, czy właściwie okazało się zabawnie absurdalne.
Mój chłopak musi się tłumaczyć przed znajomymi, że wyjeżdża ze mną, a nie z nimi???????
Czy ktoś oprócz mnie czuje ten bezsens???
No i potem zaczęła się awantura. Tzn. ja krzyczałam, że w takim razie może w ogóle zaczniemy się spotykać bez żadnym zobowiązań, bo na razie jego wkład w ten związek to kilkanaście maili dziennie, esemes za esemesem i tylko wyznania, deklaracje, słowa, słowa, słowa. A jak potrzebuję faceta, to w zamian mam małe dziecko i jego wieczne nastawienie na "ja" - bo mecz, bo góry, bo on planuje wyjazd do Olsztyna, bo on chce jechać w Alpy, bo jego znajomi. I wszystko fajnie, tylko po co do cholery te pieprzone racuszki, buźki i żabki. Czcza gadanina.
On natomiast z właściwym sobie spokojem powiedział, że nie czuję w nim faceta, bo jestem chora, gdy nie dominuję, bo się uważam za najmądrzejszą na świecie, bo wszystko, co robię ja musi być lepsze, ciekawsze i bardziej wartościowe. A ja mu na to, że marzę, aby ktoś mnie zdominował tylko wiecznie trafiam na takich rozmytych i rozmemłanych gości.
I nie wiem, co tam jeszcze gadaliśmy, ale w tej złości miałam ochotę go wypieprzyć z pokoju, z mieszkania i najlepiej z życia.
Na szczęście nie zrobiłam tego, tylko zasnęłam zatulona w siebie i stęskniona za księżycem (gdzież on się schował do cholery!?), a rano wszystko okazało się mniej straszne i nawet w pewnych kwestiach jestem w stanie przyznać mu rację.

Tak czy siak zacznę wierzyć w cuda, jeśli w pewnym momencie ten związek nie rozpieprzy się z wielkim hukiem. Ci, którzy mnie znają, zgodnie twierdzą, że jedynie tyran będzie mnie potrafił przy sobie utrzymać. Tylko, że miłość i tyrania nie najszczęśliwiej idą z sobą w parze.
Dzisiejszy niespokojny wiatr nie niesie zbyt optymistycznych wieści.


poniedziałek, 22 maja 2006
Dostałam dziś mailową (sic!) reprymendę za niebiznesowy strój, dekolty i przezroczystości:

Agnieszka,
dziś na zebraniu pojawiła się sugestia dotycząca bardziej biznesowego wyglądu. Trzeba ograniczyć wszelkie przezroczystości, dekolty i awangardowy wygląd.


Oczywiście okazało się potem, że na zebraniu w ogóle nie było takiej kwestii i jest to jedynie prywatny kaprys mojej bezpośredniej zwierzchniczki.
Ech te kobiety zazdrośnice.

Dlatego wolę facetów za szefów, choć w humorach i chmurkach niczym nie ustępują kobietom. 
A mój dyrektor nie wiadomo gdzie i nawet popłakać się nie mogę, bo nie ma mnie kto obronić.

PIĄTEK:
Gdybym uniosła się jak ptak, zobaczyłabym ją zatuloną w czułość, rozedrganą pożądaniem, trochę zaspaną, a trochę rozmarzoną. Zobaczyłabym ją również roześmianą, a szybując nad jej głową, może bym nawet spostrzegła, że unosi się lekko nad ziemią.
Gdybym zniżyła swój lot i zajrzała jej w oczy, zobaczyłabym spokój i kojące poczucie bezpieczeństwa. I jakąś ufność, że jest ktoś silniejszy, że w tych ramionach można być kruchą, można obnażyć miękki brzuszek i nie trzeba walczyć ze światem...
Gdybym została z nią dłużej, pewnie zobaczyłabym coś jeszcze, ale poleciałam dalej.
Ptaki o zmroku idą przecież spać.

SOBOTA:
Objadek zjadłam sobie z Jozanką w Meksykańskiej, wypiłyśmy dwa piwka, obrobiłyśmy tyłki wszystkim z pracy, a potem pobiegłam na Noc Muzeów, gdzie miałam się spotkać z Walerką, Szymonem, Paulą, Kubą i Frr. Okazało się, że nagle cała poznańska populacja  poczuła nieodpatrą potrzebę kontemplowania sztuki (świetny przykład oddziaływania reklamy) i wszędzie są straszliwe tłumy, więc poszliśmy na piwko.
Dobrze było zobaczyć tak dawno niewidziane ryjki.
Dopiero koło 1.00 w nocy udaliśmy do Muzeum Narodowego i nagle dokonałam odkrycia na miarę Krzysztofa Kolumba - toż to istny Luwr albo chociaż British Gallery! Aż wstyd, że przez 7 lat w Poznaniu moja noga tam nie postanęła.

I właśnie tam, w Muzeum Narodowym spotkałam Emilkę z kręgu.
- Wiesz, T. ma kogoś, bardzo się zmienił i wyciszył. - powiedziała tylko.

Co poczułam? Draśniecie. Nie zazdrości, ale ambicji. Jakby nie patrzeć poniosłam porażkę. Mnie się nie udało. Im więcej dawałam miłości, tym więcej ran zostawało mi w środku. A przecież wiem, że mnie kochał i ja go kochałam jak nikogo innego. I była pasja. Ale to wszystko podszyte jakimś nowotworem. Chciałam go uleczyć, a w rezultacie sama zaczęłam chorować. Uciekłam, żeby ocalić siebie.
A teraz ona.
Mam nadzieję, że nie poturbuje jej tak jak mnie.  I naprawdę życzę jej, aby wytrwała.
Byle nie za cenę siebie.

NIEDZIELA
O świcie Frr pojechał na mecz. Za  oknem było ponuro i wiał złowróżbny porwisty wiatr. Bolał mnie brzuch. Zakopałam się w pościeli i zasnęłam. Śniło mi się tyle rzeczy:
że mam już długie włosy i z przyjemnością szczotkuje je co rano, że zaprzyjaźniłam się z myszą, która miała 30 lat i potrafiła mówić, że odwiedziałam ogromny magiczny teatr pełen różnych zakamarków, że mąż mojej znajomej kochał się ze mną w szafie..Obudziłam się dopiero o 13.00, wstałam, poszłam kupić coś na obiad. Na dworze było szaro, wiatr nie ustawał, a ja czułam się jak zamknięta w szklanej kuli. Nic do mnie nie docierało. Na śniadanie zjadłam obiad, a na obiad znów położyłam się spać. I znów coś mi się śniło...
Na podwieczorek udałam się na finał Festiwalu O.B.O.R.A i tam dopiero poczułam się rześko. Laskowik jak zawsze rozbrajający swoją lekkością humoru, Katarzyna Groniec świetna, Justyna Szafran liryczna i pociągająca za najczulsze moje struny, no i Ada - urocza wschodząca gwiazdka. Z finalistami gorzej.
Potem pojechaliśmy na jazzowy koncert do Blue Notu, gdzie wypiłam o jedno piwo za dużo i wypaliłam za dużo o dziesięć fajek i o północy padłam nieprzytomna.
A teraz jest poniedziałek, dochodzi 10.00 i czas się brać do pracy.

Spóźniłam się na mój ślub, dlaczego - czy ja wiem
Spóźniłam się na mój ślub, tak się złożyło
W urzędzie tłum, ludzi tłum, z zapartym czekał tchem
Fotograf był, tylko mnie jakoś nie było.

Spóźniłam się na mój ślub, niedużo, parę lat
Spóźniłam się na mój ślub chwileczkę małą
Mówili mi - suknię kup, we włosy wepnij kwiat
Nie marnuj lat, najlepszych lat, a ja... czekałam.

Bo chciałam, by mą druhną była miłość
Tren niosła i tuliła się do niego
A jej na mój ślub nie po drodze było
Nie chciała mi świadkować i dlatego...

Spóźniłam się na mój ślub, ze wszystkich mądrych rad
Wybrałam głos, uparty głos serca dziewczyny
Że mnie napotka ktoś, kto na swój się spóźni ślub
Lat tyle samo i z tej samej przyczyny.

Nie słyszałam wersji Edyty Geppert, ale poznańska "Szafranka" zaśpiewała to naprawdę pięknie.

piątek, 19 maja 2006
Lubisz igrać ze samym sobą? Balansować na granicy lęku, bólu, podniecenia, opętania?

Od niepamiętnych czasów zawsze przekraczałam granice siebie. Gdy dopadał mnie lęk przed ciemnością, zamiast zapalić światło, podsycałam strach wyobrażeniami koszmaru. Zresztą nadal tak robię.
Lubię sprawdzać siebie w jakimś perwersyjnym wymiarze - eksperymentu, doświadczenia na sobie.

Zresztą to, co podniecające,  zwykle związane jest z bólem, więc robię krok i wiem, że zaraz spadnę i będzie bolało. Ale zamykam oczy i idę tak, jakbym rzeczywiście chciała sprawdzić, czy mnie to dotknie, czy zaboli.

Idę po cienkiej linie i wiem, że zaraz spadnę, a mimo wszystko idę...

To jest ta irracjonalna potrzeba poszukiwania doznań i mimo że można je przewidzieć, można je sprecyzować i rozłożyć na czynniki pierwsze, to ja chcę je przeżyć, poczuć na własnej skórze, a potem odchorować.
Na szczęście póki organizm młody, szybko się regeneruje.
Więc spoko, będę żyć, choć dziś wydaje mi się, że nie będę:))) Ale to też standard. Wrażenie, że chwilowy stan ducha nigdy mnie nie opuści. A potem nagle pryska i jest zdziwnienie. Już?

Czy to  w ogóle jest jasne, co ja dziś pieprzę na łamach tego dziennika? Ech..lepiej zacząć już weekend.
Adieu!

Wiosna jest cudna - a może wydaje się cudna dlatego, że wiosenne doznania są takie ulotne?
Dziś idąc do pracy, nie mogłam się oprzeć i tym razem kupiłam po drodze...rabarbar:)
Pamiętem, że w dzieciństwie się tym zażeraliśmy. Umaczanym w cukrze - mniam, mniam. Teraz siedzę sobie przed komputerkiem, wącham moje konwalie, wcinam rabarbar i jest mi dobrze.

To było jak czarodziejska podróż w bardzo namacalny świat zmysłów, ale również wędrówka w duchową przestrzeń metafor i symboli. Obrazy, muzyka i postacie "Jasminum" Kolskiego wprowadzają nas w filozofię afirmacji zwykłej codzienności. Mnich Zdrówko rozmawia z myszami, pokazuje prosiakom niebo, pełen pretensji tłumaczy się przed świętym Rochem, że nie wie, jak zakazać ptakom srania na jego figurę. Nowoprzybyła do klasztoru konserwatorka obrazów nocami tworzy zapachowe mikstury, dzięki którym można zdobyć uczucie każdego, a mała Gienia, narratorka opowieści, świetnie się odnajduje w roli mnisiego przywódcy i z dziecięcym wdziękiem narusza odwieczny klasztorny porządek.
Na każde zadane pytanie, jej odpowiedź brzmi zawsze: "Tak, a co się dziwisz?".
Świat tego filmu z jednej  przepełniony jest tajemnicą, z drugiej niezwykłą prostotą i harmonią. Podróż do jego wnętrza przypomina, że  wszystko, co najwartościowsze w życiu zawiera się w drobiazgach, a cała sztuka polega na tym, aby owe drobiazgi dostrzec, nadać im rangę i umieć czerpać z tego szczęście.
Ja się wciąż uczę.
Nie jest to kino akcji, ani płomienny romans, ale niewątpliwie jest to film, po którym stopy stają się lżejsze, a uśmiech jeszcze długo nie schodzi nam z ust.

czwartek, 18 maja 2006

A w uszach mi dziś gra ta piosenka Turnaua:

"Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam
czułości do kamieni do ptaków i ludzi
powinnaś spać we wnętrzu dłoni na dnie oka tam
twoje miejsce niech cię nikt nie budzi

Psujesz wszystko zamieniasz na opak
streszczasz tragedię na romans kuchenny
idei lot wysokopienny
zmieniasz w stękania eksklamacje szlochy

Opisać to jest zabić bo przecież twoja rola
siedzieć w ciemności pustej chłodnej sali
samotnie siedzieć gdy rozum spokojnie gwarzy
w oku marmurów mgła i krople toczą się po twarzy

Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam [...]"

To czułość sprawia, że boli mnie serce. Zupełnie fizycznie. Uciska. Wtedy, gdy jest pięknie, gdy jest smutno, gdy się tęskni, a czasem nawet wtedy, gdy jest tak bardzo, bardzo wesoło...
Cóż ja z Tobą czułości w końcu począć mam???

Wczoraj w pracy skrżyłam się na kres mojego życia seksualnego, ale już popołudniu mój chłopiec zrekompensował mi to całkiem przyjemnym prezentem. Czasem warto pocierpieć tydzień dla takiej rekompensaty...:)))
A potem był mecz i jak zawsze emocje i moje zadziwienie, że to potrafi tak wciągać. Co prawda Ronaldinho nie strzelił żadnego gola, przepraszam - bramki. (Frr twierdzi, że "gola" mówią tylko głupie panienki, bo to jest brama, a nie gol!), ale widowisko było wyśmienite.
Na tyle wyśmienite, że nie wiem, ile wypiłam piwa, w każdym razie całą noc śniła mi się cola - zimna, mocno nabąbelkowana cola.
A potem był poranek, bardzo słoneczny i jakiś taki świeży. Rozstaliśmy się z Frr na teatralce i w drodze do pracy kupiłam sobie bukiet konwalii. Jakoś mi dziś tak lekko i przyjemnie.

A to mail sprzed chwili od Niego. Czy on nie jest słodki? Chociaż na dłuższą metę, to naprawdę może wykończyć..żabki, racuszki, buźki i takie tam, szczególnie, kiedy się ma tak pokrętną naturę jak ja, ale o tym...ciiii:)))))

"Żabeczko kochana już właśnie w tej chwili mi Ciebiulka brakuje wiesz?Jak
się podoba w pracy Twój nowy zakup czerwoniutki?A mówisz wszystkim,że to
ode mnie?!:-)))Oj Buźko kochana nawet nie wiesz jak ja lubię Twoją Mordkę,
jak wkurzasz mnie tak,że jest mi dobrze.Ty nawet jak mnie wkurzasz to jest
mi dobrze wiesz?Tylko nie lubię Ciebie takiego wynisłego
poważniaka-dumniaka-wówczas jesteś nieprzyjemna wiesz Małpko moja?I teraz
pewnie też komentujesz meczyk i sprzeczasz się,że Barca była lepsza tak?"
Buziak Racuszku

Siedzimy w pubie, przed finałem Ligi Mistrzów
Ja: Kochanie, kiedy będziemy mieć dzieci??
Frr: Co???
Ja: no wiesz, dzieci, jakieś zaręczyny, ślubik???
Frr: Słuchaj, zaraz zaczyna się mecz, a Ty mi o ślubie?
Ja: (obrażona) oczywiście, jak widzisz piłkę, to ja już się w ogóle dla Ciebie nie liczę!
Frr: Kochanie, ale Ty w moich fantazjach jawisz się właśnie jako taka wielka ogromna piłeczka. I dlatego Cię uwielbiam!
 

środa, 17 maja 2006
Ukłucie.
Pierwszy syndrom.
Takie uczucie, jakby nagle zniknęły kolory i wszystko zrobiło się czarno-białe.
Figiel fantazji i wyobrażeń.
Bo przecież każde uczucie to wynik tego, co w głowie.
Wbrew pozorom nad tym można zapanować.
Chyba, że się straci czujność.
Przywołuję cię Dziewczynko do porządku.
Czytam "Pozytywnych" Maćka Millera - kolejna supernowoczesna pozycja wydawnictwa "Ha!art". Niby fajnie, bo rzeczywiście wciąga i czyta się ją z zaciekawieniem. Jest obraz współczesności, pejzaż dzisiejszej Warszafki, są odniesienia do polityki i aktualnej sytuacji społecznej, są nawet drobne linki, do tego, co akurat mamy okazję oglądać na szklanym ekranie. Wszystko to jednak, choć pozornie stanowi atut tej powieści, przy bardziej wnikliwej refleksji staje się jej wadą.
Po pierwsze - powierzchniowość - natłok tu pustych odniesień do świata pozbawionych interpretacji, kontekstu, niestereotypowego odczytania. Bo co mi po stwierdzeniu, że Giertych jest głupi albo, że reklamy tamponów puszcza się w porze posiłków?
Po drugie - zbyt wiele nawiązań do tego, co konkretne, przypisane do TU i TERAZ, z czego nie wynika żadna uniwersalna przesłanka, wartość ponadczasowa.
Po trzecie - ile można tworzyć kolaże z fragmentów naszej codzienności? Mam to na co dzień, więc w literaturze szukam czegoś więcej niż tylko chaotycznie powrzucanych kadrów z życia miejskiego zwierza.

Tyle. Pewnie nieobiektywnie, ale szczerze.
Niechże ktoś wreszcie da mi do ręki książkę, w której się zakocham.
I niech nie będzie to miłość płytka, zaspokająca najbardziej trywialne żądze przyjemnej fabuły i taniej ekscytacji.

Te dwa urwisy to dziś piękne zmysłowe i pełne wdzięku kobiety. Jedna z nich to moja bardzo pokrewna duszyczka.
Wrzuciałam je sobie na tapetę komputera i ilekroć spoglądam na te buźki, nie potrafię powstrzymać uśmiechu.
To zdjęcie, zatrzymujące w bezruchu odległą już chwilę, jest dla mnie dowodem, że świat nie może być zły, skoro rodzi tak niesamowite, przepełnione komicznym urokiem istotki.

To kolejna perełka mojej Galerii Portretów, w której umieściłam wszystkich będących dla mnie inspiracją, ukojeniem, przywołaniem ciepłych lub śmiesznych wspomnień. Są tam moi przyjaciele, jak również postacie z jednorazowych epizodów, jednym słowem każdy, kto odcisnął znaczące piętno w moim życiu.
Są tam również Ci, których znam jedynie wirtualnie poprzez ich twórczość.
Tak czy inaczej Galeria Pokrewnych Istot jest dla mnie czymś magicznym, co daje mi siłę i wiarę w świat, co motywuje mnie do działania i sprawia, że chce mi się żyć.

wtorek, 16 maja 2006

Strasznie mi się dłuży ten dzisiejszy dzień w pracy, ale nie o tym...

Miałam jechać do domu w ten weekend, lecz okazało się, że otrzymałam zaproszenie na wieczór kabaretowy, spektakl teatru "U Przyjaciół" i koncercik jazzowy w Blue Nocie. A wszystko to w ramach Imprez Wartych Poznania. Co gorsza nie pojadę też za tydzień, bo szykuje się premierka w Teatrze Animacji i może mała babska imprezka z kobietkami z pracy i gdyby tak moi rodzice o tym wiedzieli, ojciec już na pewno by mnie wydziedziczył.
Na szczęście nie ma z czego:)

Ale już za dwa tygodnie obiecuję, że odwiedzę Olsztyn, bo tęsknię za nimi straszliwie!

Ale właściwie nie o tym miało być...

Mam postanowienie wyciszenia. Już męczy mnie to wieczne bieganie. Chcę wrócić do pisania, chcę znów łakomie pochłaniać literaturę, chcę żyć wolniej, żeby wskazówki nie goniły jak oszalałe.
Przez ostatnie trzy noce śni mi się, że mam dziecko albo jestem w ciąży i po raz pierwszy nie napawa mnie to lękiem, ale rodzi jakąś ulgę, układa świat, prostuje wszystko, co zagmatwane.

Potrzebuję ciszy. Absolutnej.

A z drugiej strony,
życie jest takie podniecające, że... kiedy, jeśli nie teraz?

 ps.
Mój boski dyrektor znika na miesiąc, uschnę z tęsknoty jak nic, nie mówiąc o tym, że szczerze i po ludzku się o niego martwię. 
Nie omieszkałam mu zresztą dziś o tym napisać. Niech wie, że niektórzy widzą w nim człowieka.
Faceta też:)))

 
1 , 2