..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
środa, 30 kwietnia 2014
Mentalnie zaczynam już długi weekend. 
Na biurku pyszni się pyszna nalewka. Mój osobisty szef twierdzi, że jeśli jej szybko nie wypiję, to ktoś wypije ją za mnie. 

Więc pracuję i piję.
A w głowie już mam maj!



wtorek, 29 kwietnia 2014
Czekam na początek cyklu - potrzebuję zastrzyku energii i mocnej kotwicy, która ściągnie mnie na ziemię. 

- napisałam wczoraj wieczorem, ale porzuciłam tę zaczętą myśl i poszłam spać. 

Po powrocie z rejsu ogarnął mnie spleen, jakiego już dawno nie pamiętam. 
Najchętniej odwróciłabym się plecami do świata i zakopała pod kołdrą. 
I ten brak apetytu!
Ani książki, ani filmy, ani dzieci, ani ludzie wokół. Wszystko straciło powab. 

- A jeśli mi już tak zostanie? - zapytałam dziś przerażona. - Jak stracę podjarkę życiem? 

Bo przecież wszystko jest kwestią głowy. A ja się o swoją głowę bardzo boję. 
Drżę na samą myśl, że mogłabym zgubić ten mój wewnętrzny haj, który mnie napędza do życia, entuzjazm, dzięki któremu mi się chce i mam w życiu frajdę nawet z prozaicznych rzeczy. 

Na szczęście zjazdy u mnie są zwykle tylko chwilowym załamaniem hormonalnym, a potem następuje radykalne odbicie. 

Dziś odbijam się do dna apatii - krew mi szybciej krąży, serce zaczyna trzepotać, a w ustach znów czuję wszystkie smaki.
Oblizuję się z apetytem.
Jest kilka rzeczy, na które mam wielką ochotę. 


 
niedziela, 27 kwietnia 2014
I nadszedł ten dzień, kiedy po raz pierwszy zostawiłam na noc Poleczkę. Tadam!

W piątek pobiegłam z nią jeszcze do mojego ulubionego doktora:
- Pani doktorze, jutro chcę jechać na rejs, więc niech mi doktor powie, że mała jest prawie zdrowa i mogę jechać. 
- Ale jak to? A mężczyzna pozwala?
- O rany, a czemu miałby nie pozwolić???
- I nie ma wątpliwości?
- docieka doktor.
- Ale doktorze, on nie może mieć wątpliwości. Ja jestem.. gender!

Doktor parsknął  śmiechem, co uznałam za błogosławieństwo i w sobotnie południe ruszyłam do Iławy. A była to najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić. 

Siedząc na łajbie, pijąc browara i chichocząc podczas opowieści z mchu i paproci, zapomniałam o wszystkim, co mnie ostatnio przygnębiało. Było mi lekko, cudnie i błogo. Kiedy płynęliśmy, a wiatr na hulał we włosach, i gdy spaliśmy, a deszcz dzwonił o pokład. 

Oto przedsmak wakacji i pierwszy skrawek wolności. 
 
Teraz kiedy mam już za sobą pierwszą noc bez Pollyanny, uważam, że ucieczki z domu powinny być obowiązkowe. 

Ja jeszcze ucieknę.


sobota, 26 kwietnia 2014
A wczoraj było zupełnie wyjątkowe spotkanie KGM-u. 
Baby shower Iki oraz oficjalny początek nowego życia Ani, która relacjonowała nam przebieg rozprawy. 

Było ślicznie (to zasługa Emilki i Tymi), było smacznie i było bardzo wesoło. 
A historia o tym, jak na sali sądowej Pani adwokat zapytała: "Co to jest KGM?" stanie się legendą powtarzaną z pokolenia na pokolenie. 

Wczorajsze spotkanie, a także codzienne gadanie w pracy z Dorką zainspirowało mnie do tego, aby dotknąć dziś jeszcze innego tematu, który mi się po głowie kołacze. 
Kiedyś napisałam, że etap budowania własnej zajebistości mamy już za sobą i jest to prawda. Ale to nie znaczy, że jesteśmy kompletne, nic z tych rzeczy - każda nosi w sobie jakąś dziurę, jakiś deficyt, która zakrzywia własny obraz. Przez te wyrwy noszone w sercu od czasów dzieciństwa, ciągle odtwarzamy stare schematy - nie wierzymy, że ktoś nas może pokochać, wdzięczymy się do świata, szukamy ojcowskich ramion w ramionach innych mężczyzn, dążymy do doskonałości, chcemy być najlepsze, najśliczniejsze, najmądrzejsze, bo łudzimy się, że wtedy ta czarna dziura się skurczy. Ale tak nie będzie. I ja to wiem. Ale wiedzieć nie wystarczy. 

Patrzyłam wczoraj na te moje kobiety - takie mądre, fajne, piękne baby. 
I pomyślałam sobie, że babskie kręgi są również po to, aby wzajemnie zaszywać sobie emocjonalne dziury. 

Chociaż na chwilę. 
środa, 23 kwietnia 2014
W umieraniu za życia i zmartwychwstawaniu jest jednak pewien urok. Wszystko wydaje się takie świeże, takie nowe, takie fascynujące. 
Szłam dzisiaj do pracy i nie mogłam uwierzyć, że mam gołe nogi i gołe ręce! A jaka zieleń cudna, a ile ptaków, motyli, nie mówiąc ją o prążkach o wschodzącego słońca.

A potem zadziwiałam się nowymi słówkami na angielskim. Czy wiecie, że labour to ciężka praca fizyczna, ale też poród?
(Przypomniała mi się posłanka Wróbel, która twierdziła, że należy wykasować słowo ciąża z języka, bo ono sugeruje, że ciąża ciąży, a to stan błogosławiony przecież! Ciekawe co by powiedziała na angielski homonim? Swoją drogą słowo homonim też brzmi podejrzanie:)))

Jeszcze później pracowałam i nawet nie czułam się zmęczona, i miałam anielską cierpliwość dla każdego. 

Kiedy zaś wróciłam do domu, zajęłam się dziećmi, potem one poszły spać, a ja pomyślałam, że dzisiaj nie potrzebuję nic więcej do szczęścia.

Nie muszę nic czytać, oglądać, łykać żadnych wrażeń.

Na razie jestem jeszcze pod wrażeniem samego faktu istnienia.  

***
A to stare wesołe zdjęcie wygrzebane z archiwum. 
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI DNIA KSIĄŻKI!




wtorek, 22 kwietnia 2014
Najpierw była wielka sobota - cudna i słoneczna, leżałam na trawie a wiatr czesał mi włosy. 

A potem przyszła wielka niedziela - Antek chory, Pola chora, Endrju poskładany totalnie. Zdążyłam jeszcze wziąć dzieciaki do ogrodu na poszukiwanie zajączka, wróciliśmy do domu i ja też się złożyłam. 

Padłam na dwa dni. Dwa najdłuższe dni świata z wysoką gorączką, której nie sposób zbić. Leżałam więc cała w dreszczach, to tracąc, to odzyskując przytomność, z trudem podnosząc się, aby nakarmić maluchy. Dzieci chodziły po domu samopas - zasmarkane, z pełną pieluchą, i bez nadzoru rodzicielskiego (Endrju umierał na łóżku za ścianą). Gdyby wpadł MOPS, zabraliby nam dzieci jak nic. 
A dzieci miały dwa dni totalnej wolności - mogły rozsypać koci żwir po całym domu, pomalować kredkami ściany, pozrzucać książki z półek. A ja tylko między jedną a drugą zapaścią przywoływałam je do siebie, aby sprawdzić, czy są całe i zdrowe. Były.

Gorączka. Niby takie nic. Dolegliwość powszechna. Ale jeszcze nigdy w życiu nie przeżyłam takiej zapaści, jakbym totalnie odkleiła się do tego świata. Straciłam apetyt na wszystko. 
Nie kusiły mnie wielkanocne smakołyki, nie obchodziła mnie pogoda, nic nie miało znaczenia. Mogłaby się toczyć
 3 wojna światowa - marność nad marnościami i wszystko marność, jak mawiał pewien pan w Biblii.

Nie wstałabym z łóżka nawet gdyby Sting zagrał koncert w naszym ogródku, a Doris Lessing wprowadziła się do pustego mieszkania piętro niżej. 

Przez te dwa dni nie przeczytałam ani jednego zdania, nie obejrzałam ani minuty filmu, nie odpaliłam kompa. Wysłałam kilka esemesów, z których każdy pisałam na raty, bo nie starczało mi sił w stukanie klawiaturą.

Tak mogłaby wyglądać śmierć. Bez bólu, ale i bez apetytu na życie.
Bo wtedy nie żal umierać. 

Na szczęście dziś obudziłam się zdrowa - słaba, wciąż bez apetytu, ale żywa. 
Na chwiejnych nogach powędrowałam po raz pierwszy na słońce. 
Gdzieś w chorobie zgubiłam wiosnę i wyszłam z domu w sam środek lata. 

piątek, 18 kwietnia 2014
Lubię te wieczory, gdy jestem w domu sama, dzieci śpią, a cała niewielka przestrzeń mansardy należy tylko do mnie. 
Wtulam się wtedy w fotel, piję wino i podróżuję. Po głowie snują mi się fantazje, a film zabiera mnie w zapomniane zaułki własnych przeżyć. 

Dziś Ozon zaprowadził mnie tą samą drogą, którą wczoraj sama zawędrowałam. "Młoda i piękna" - zwyczajny obrazek, a mi wyjątkowo bliski. Młode dziewczęta, o kształtach kobiet i duszach maleńkich dziewczynek, tęskniące za nieobecnym ojcem wiele zrobią, aby ktoś je pokochał. Lecą jak ćmy do ognia, stają się łatwym łupem, a potem przez wiele następnych lat przeglądają się w cudzym lustrze. 

Wracam z tej podróży do siebie. 
Wtulam się we własne pragnienia, nie te sprzed lat, ale świeże, dzisiejsze. 
Z powikłanych nici wyciągam takie, które są mi najmilsze. 
I z nimi pójdę spać, i z nich utkam dziś sny. 
Dobranoc.




czwartek, 17 kwietnia 2014
A dziś wzięłam wolny dzień. 
Odzwyczaiłam się od tego, że mam czas na myślenie, na gadanie. Ze sobą także.  
Zgiełk, w jakim żyję, tak wiele zagłusza, że gdy nagle robi się cicho (tak jak dziś), wtedy dopiero wyraźnie widać, ile we mnie jest niespełnionych pragnień, niedotulonych żali, niezałatwionych spraw i nieprzepracowanych tematów. 

Dziś była kozetka u kosmetyczki, żeby spłycić blizny młodości. 
Jutro powinnam pójść na kozetkę do pani Poli, żeby w bliznach młodości pogrzebać. Ale nie pójdę. Rozdrapię sobie sama. I znów się o sobie czegoś dowiem, i znów niewiele z tym zrobię. 

Ale każdego dnia jestem trochę silniejsza, bardziej świadoma swoich słabości.

A słabości mam mnóstwo. 
I nie chcę już z nimi walczyć - wolę oswoić i zaakceptować.
(bez winy i bez wstydu) 
 

***
Dobranoc Kochani - to był dobry dzień.



*****

Poranek. Ubieramy się. 
ja: (zaskoczona) O rany Antek, jakie ty masz krzywe nogi!
Antek: I co z tego? I tak chodzę tam, gdzie chcę!

Osłupiałam i pomyślałam, że tylko facet może udzielić takiej odpowiedzi.
środa, 16 kwietnia 2014
Tak się budzi Antek kwadrans po Prymulce:)


Cywilizacja i rynek to taki duet, który za wszelką cenę chce ujarzmić naturę. 

Więc każą się ludziom golić, likwidować zmarszczki, pryszcze i fałdki. 
Zagęszczać rzęsy, nabłyszczać usta, doklejać paznokcie, farbować włosy i korygować sylwetkę. Łykać tabletki na szczęście, spokój i sen.  

Ale natura jest wszechwładna: 
nie uciekniemy przed starością, nie kupimy zdrowia, nie oszukamy hormonów. 

Dziś moje ciało jest jak pulsujący reaktor jądrowy - mogłabym się kochać z całym światem. 

Zamiast tego zapinam kołnierzyk i jadę do Wawy na kolejną rundę pojedynku o względy klienta. 


wtorek, 15 kwietnia 2014
Tak się budzi moja Prymulka - 6.20 - czas wstać!


Słyszę, jak Endriu gada przez telefon:

- Agnieszka z Antkiem co roku maluje jajka... nie, nie idziemy święcić. Ale uczę go wielu innych rzeczy. Nie, nie uważam, że to jest najważniejsze.
(wreszcie zniecierpliwiony)
To, że kupa ludzi wymyśliła sobie niewidzialnego przyjaciela, to jeszcze nie powód, żebym  ciągnął dziecko do kościoła!

Nie wytrzymałam - oplułam się ze śmiechu:)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Siedzę na kanapie, piję kefir i czytam "Wysokie Obcasy".
- Mamoooo pobaw się ze mną w dyrektora, tak jak tata się ze mną bawi. 
- No dobra! A na czym polega ta zabawa?
- Masz siedzieć. 
- Super, to siedzę. 
- Ale dyrektor nie pije kefiru i nie czyta!
- A co robi dyrektor?
- Tylko siedzi!

Zawsze podziwiałam Endrju za kreatywność w zabawie z dziećmi:))

A to kadr z wczoraj - wietrzenie biblioteczki. 



dziś krótko i błaho -  
bo na razie tylko cichutko przyglądam się moim myślom poplątanym,
obracam w palcach zagadkowe supełki
i odkładam na miejsce.

Dziś jest mi dobrze - 
za dobrze na rozsupływanie poplątanych chceń.

niedziela, 13 kwietnia 2014
Hormony mają moc. 
Zbliżająca się owulacja przepędziła apatię - poczułam moc. 

W piątek pojechałam z Dorką na kilka spotkań do Wawy. Odwaliłyśmy kawał dobrej roboty, brawurowo zabłądziłyśmy i zamiast na Domaniewską, dojechałyśmy pod Pruszków do wsi Domaniewko (GPS rulez!), gdzieś pod drodze zdobywając 8 punktów. Ale my się punktów nie boimy - fajnie było i z dobrą energią. 

W sobotę nacieszyłam się dziećmi, aby popołudniu  je porzucić i pofrunąć na pierwsze w Olsztynie Na/Stroje, czyli targi polskich projektantów, na których wyszperałam sobie kilka perełek. 

Zaś w niedzielę wpadłam do Playschoola na "Wietrzenie biblioteczek". Miałam oddać swoje książki i wrócić bez niczego, ale nie dało rady. Trzem książkom nie potrafiłam się oprzeć. 
"Świat wg Zofii" kupiłam z myślą o dzieciach, na chiński romans "Miłość Peonii" namówiła mnie Marta, a "Sztukę prostoty" musiałam wziąć, bo po sobotniej rozpuście zakupowej, to lektura w ramach pokuty:)

Dobre to były dni. 
I dobre miałam sny - o bestiach, co mnie niosą na grzbiecie też. 
Jejku, jak późno już!
Lecę zamknąć oczy i otworzyć okna dla snów. 



a to kwiaty w oknie kuchennym - luuubię!


czwartek, 10 kwietnia 2014
Od kilku-kilkunastu dni czuję się jak po ataku dementorów. Czuję, że słabnę, tracę energię - jestem śpiąca, apatyczna, nieustająco zmęczona. 

Dziś pod wpływem kilku rozmów odbyłam małą podróż do wnętrza - obejrzałam wszystkie smutki, odkurzyłam lęki, wzięłam pod lupę stres. 

Coś tam odkopałam. 

1. Jestem zmęczona logistyką domową - to, że na mnie spoczywa delegowanie zadań, że to ja wydaję instrukcje, ja podejmuje  ostateczne decyzje w kwestii dzieci szczególnie.

2. Stresuję się, gdy tracę kontrolę nad własnym czasem wolnym  czytaj: czasem dla dzieciaków) - na przykład, gdy wypada mi jakieś popołudniowe spotkanie biznesowe w Wawie i wiem, że nawet nie zdążę zobaczyć ich przed snem.

3. Wpadam w irytację, kiedy moje dzieci punktualnie o 20.30 nie śpią, bo traktuję to jak zamach na mój jedyny wolny czas, święte chwile Matki Polki. 

4. Zgiełk i samotność. To chyba klucz do mojej apatii.

Z jednej strony od świtu do wieczora towarzyszy mi zgiełk (i w domu, i w pracy), nie słyszę własnych myśli, nie mam okazji, aby pobyć tylko ze sobą. Z drugiej zaś strony odczuwam dużą samotność w pisaniu (bo pisanie jest niestety niepodzielne) oraz w pracy - bo ostatnimi czasy pracuję zupełnie sama, nie mam od kogo odbić myśli, brakuje mi inspiracji i ognia. 

Gdybym pogrzebała głębiej, pewnie wykopałabym jeszcze niejedną puszkę Pandory. Ale na dziś starczy. 

Dziś chciałabym zapomnieć o całym świecie i zasnąć w objęciach bestii. 
Żeby mi tak ciepło i miękko było. 




środa, 09 kwietnia 2014
Wczoraj po raz pierwszy opowiedziałam Antkowi agnostyczną bajkę o Bogu, o którym jeszcze nic a nic nie słyszał, never-ever. 

A zaczęło się od pytania, po co są kościoły. 

"Dawno dawno temu, kiedy jeszcze nie istniał świat, był sobie Bóg. Może był, a może nie był. Niektórzy jednak wierzą, że był, i że postanowił stworzyć świat. W tydzień!

W poniedziałek oddzielił światło od ciemności, noc i dzień. Zmęczył się okrutnie, otarł pot z czoła, ale już był wtorek. W wtorek Bóg oddzielił wodę od ziemi, powietrze i ogień. Stworzył lądy i oceany. Po robocie otarł pot z czoła i stwierdził:
- Jakoś łyso na tym świecie. 
W środę stworzył więc rośliny - drzewa, kwiaty, trawę i krzaki. 
Zmęczył się bardzo, a już był czwartek. W czwartek stworzył więc zwierzęta wodne: koniki morskie, ryby, raki i rekiny. Naharował się potwornie. A tu jeszcze tyle roboty zostało mu na piątek! Bo w piątek stworzył wszystkie zwierzęta lądowe: od komara po hipopotama, od kanarka po żyrafę. Ledwo żywy padł ze zmęczenia, a w sobotę przyszedł mu do głowy świetny pomysł: stworzy swoich pomocników, czyli ludzi! Ulepił więc z gliny kobietę - Ewę i mężczyznę - Adama. 
W niedzielę już tylko leżał na kanapie i odpoczywał, ale długo nie poleżał. Bo Ewa i Adam mieli dzieci, i wnuki, i prawnuki i z każdym stuleciem ludzi przybywało więcej i więcej. A oni zamiast pomagać Bogu, myśleli:
- Skoro ten Bóg stworzył i komara i hipopotama, i stokrotkę i wielką palmę, to z niego jakiś czarodziej jest, istny cudotwórca!

Wybudowali więc sobie kościoły, aby tam chodzić i prosić Boga o różne czary:
- Panie Boże spraw, żeby mi się katar skończył - prosili. 
Pan Bóg posłuchał i pomyślał:
- Czy ja doktor jestem? Niech idą do apteki po krople do nosa, a nie mi tu trują o swoich chorobach. 
- Panie Boże spraw, żebym nie wybił sobie zębów, kiedy się potknę na chodniku
- błagali. 
A Pan Bóg wzruszał ramionami i myślał:
- Nie chcecie wybić zębów, to patrzcie pod nogi, a nie mi tu gitarę zawracacie. 
- Panie Boże, ześlij nam pieniądze na nowy samochód
- błagali, a Bóg niecierpliwił się strasznie:
- Dalibyście mi święty spokój! Chcecie mieć kasę, idźcie do roboty!

I tak po dziś dzień ludzie chodzą do kościoła, żeby prosić Pana Boga o różne rzeczy. Ale czy on istnieje czy nie, nikt z nas do końca nie wie. Jedni wierzą, a inni nie."

***
- A my czemu nie chodzimy do kościoła?
- Bo nie chcemy - 
mój kochany synku - zawracać Panu Bogu gitary.

Jeśli on w ogóle istnieje:)
wtorek, 08 kwietnia 2014
Gdybym miała zabrać na bezludną wyspę jedną pasję, zawęzić swoje fascynacje do jednej, to bez wahania powiedziałabym: KOBIETY. 

Fascynuje mnie kobieca wrażliwość, różnorodność i moc. 
Lubię czytać książki napisane przez kobiety, lubię kobiecą fotografię, kobiecy wokal i filmy tworzone przez kobiety. 

Inne kobiety są dla mnie inspiracją. 
Te wszystkim znane i te obok mnie. 

Gdybym miała dziś powiedzieć o moich kobietach, to na pewno wspomniałabym:

Poetki i pisarki:
Danka Wawiłow i jej felietony w Filipince, Małgorzata Musierowicz, Wisława Szymborska, Halina Poświatowska, Agnieszka Osiecka, Zuzanna Ginczanka, Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, a także Doris Lessing i bolesna Elfride Jelinek też. 

Bohaterki literackie:
Ania Shirley, Pippi, Ronja, księżniczka Mononoke i Kreska z "Opium w rosole".

Wokalistki:
Kasia Nosowska, Katarzyna Groniec, Maria Peszek i Grażyna Łobaszewska, Hanna Banaszak, Urszula Dudziak i Magda Umer - a co tam - też.

Feministyczne działaczki, z którymi tylko czasem się nie zgadzam:
Magdalena Środa, Agnieszka Graff, Monika Płatek,  Joanna Piotrowska.

Kobiety filmu:
Małgorzata Szumowska i Dorota Kędzierzawska, na których filmy pobiegnę nawet gdyby się waliło i paliło. Tak jak i na filmy z boską Meryl Streep. 

I wreszcie kobiety osobiste, które mnie inspirowały:
- Betka - moja pierwsza drużynowa
- Trzy Baśki - Basia Juszkiewicz, która założyła w naszym liceum Teatr Nieskromny i dała nam mnóstwo frajdy, Basia Prądzyńska, która na studiach odkryła przede mną magię teatru offowego i wreszcie Bacha Starecka, która odsłoniła kulisy stolicy, abyśmy przez dobry rok mogły się razem poszwędać po warszawskim bruku. 
- Moje poznańskie szefowe: najpierw Pani Bogusia, a potem Kacha i Elulu. 
- I na końcu moja Babcia, dzięki której wierzę, że pasja nie ma metryki. Szczególnie, gdy pasją jest nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego:)))

W ten sposób zmierzam do finału, aby na deser zostawić kobiety mi najbliższe, czyli: 
- niezmienne od lat trio: Ania, Ewa i Walerka
- dziewczęta z KGM-u
- wciąż bliskie mi licealne Basieńki

I wreszcie - moja najważniejsza kobietka - POLA. 

Przy takiej klęsce urodzaju, trudno o inną pasję. 
Kobiety to moja największa miłość.
Z mężczyznami rozsądniej poprzestać na romansie:) 



Backstage sesji: z Monią na kanapie - jest MOC:)
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Jakiś zgiełk we mnie straszny - apetyt mnie dopada potworny, żeby coś porobić, za coś się zabrać. Pragnienia się we mnie kotłują, żadne nie wygrywa i w rezultacie co wieczór trwonię czas. Bo zdecydować się na nic nie mogę. 

Nie wiem, czy się uczyć do klasówki z portugala czy z angielskiego, więc odpuszczam oba tematy. Będzie sprawiedliwie.  
Mam ochotę poczytać i reportaże, i jakąś fabułkę i dokończyć książkę Miki Brzezinski. Więc czytam wszystko po trochu, a ostatecznie: nic. 
A jeszcze zaległe "WO" leży, i "WO-extra" i ze trzy "Polityki" choćby do przekartkowania. 
Brakuje mi dobrego filmu, lecz wybrać jeden? Nadludzki wysiłek. 
Wysiłku też mi brakuje, ale na bieganie nie mam siły, o nie. Czekam na sezon pływacki. 
Zostało mi 50 stron powieści do korekty, ale jak tu pisać, gdy czytać się chce?

Więc stoję jak ten osioł w żłobie, co mu dano i owies, i siano. 
I jeszcze trochę a zdechnę z tych pragnień nieskonsumowanych. 

niedziela, 06 kwietnia 2014
Weekend intensywny. 
W piątek po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy odwiedziłam stolicę, wpadając na błyskawiczne spotkanie biznesowe, z którego szybko uciekliśmy, aby zdążyć do domu przed korkami. 

Sobotnie popołudnie i wieczór znów spędziłam poza domem - tym razem na szybkiej kawie KGM-u, a potem na bardzo długim piwie w Highlanderze. Gdybym miała mocniejszą głowę i bardziej wyspany umysł mogłabym tak siedzieć i gadać do białego rana. A to wszystko zasługa dobrego fundamentu i niegasnącej chemii. Bo chemia musi być. 

Pół dnia poza domem, to idealny czas, aby tak się stęsknić za szkrabami, że cała niedziela z nimi nie wydaje się mission impossible. Wręcz przeciwnie - dobrze mi dziś zrobił dzień w domu i okolicy.  Kiedy patrzę, jak dzieciaki się już razem bawią, to aż serce mi rośnie. I wreszcie odrobinę oddycham. Roczna Pola powoli zmienia się z dzidzi w małą dziewczynkę, która komunikuje się ze światem, uczy się bawić i wreszcie... kuma!
Jak mówi Antek:)




czwartek, 03 kwietnia 2014
A dziś Dorka zabrała mnie do swojej Edytki. 
Pierwszy raz w życiu zafundowałam sobie zabieg pielęgnacyjny na buźkę. Lepiej późno niż później.
A było bosko. 



środa, 02 kwietnia 2014
Kiedy Pola przychodziła na świat, złożyłam sobie obietnicę dobrego życia. 
Mówi się, że warto tak żyć, aby móc spojrzeć na siebie w lustrze. 
Moim lustrem są dzieci - to one dzielą mój świat na ważne i nieważne. 
Gdy z nimi jestem, gdy tulę się do cicho wzdychających śpiących ciałek, kiedy je budzę, rozśmieszam, wycieram nosy i łzy, wtedy mój świat staje się jasny i oczywisty. Dzieci są najważniejsze, ja jestem ważna, ważni są moi bliscy, mój wewnętrzny świat, kobiety wokół mnie i pasje, dzięki którym odrywam się od spraw bieżących.Ważna jest moja wolność, którą noszę w sercu. 

Od kiedy jestem matką, staram się żyć lepiej, aby i one mogły się kiedyś we mnie przejrzeć, szukając własnej granicy między dobrem a złem, próbując odnaleźć się w mętliku wartości.

Na pewnym blogu znalazłam kiedyś fantastyczny bezbożny dekalog matki.
Czytam go czasem, kiedy zanadto błądzę.
A pewnego dnia wręczę go moim dzieciom. 

Jam jest matka Wasza, przez którą przeszliście, od której pochodzicie, ale do której nie należycie.
 
Pierwsze. Musicie mieć “bogów” innych, poza mną. Jam ułomności pełna, omylna, nadopiekuńcza i zaborcza. Pracuję nad sobą, ale – z pewnością – niejedną zadrę w Was pozostawię. Musicie świat oglądać z różnych perspektyw, czerpać mądrość i dobro z wielu ludzkich istnień. “Ty jesteś bogiem – uświadom to sobie” – wypełniajcie zatem własną legendę, spełniajcie powołanie, dróg do siebie samych szukajcie.
 
Drugie. Przywołujcie imię moje, ilekroć potrzebować będziecie wsparcia, porady, przytulenia, bliskości. Choć nieraz zła jestem, wkurzona, rozkrzyczana, sfrustrowana, wątpiąca, zmęczona, zniecierpliwiona – postaram się być dla Was opoką, póki sił ostanie. Wiem, że nie (materialnych) bogactw Wam trzeba – ale rodzicielskiej obecności.
 
Trzecie. Święćcie każdy dzień. Z każdego wyłuskujcie jakąś niezwykłą perłę. Z kalejdoskopu czasu wydłubujcie łapczywie ziarna miłości. W mozaice dnia codziennego odnajdujcie chwile, które można nanizać na korale małych szczęść. Afirmujcie życie – bo warto.
 
Czwarte. Szanujcie rodziców, ale i miejcie się na baczności przed ich słowami i czynami. Są tylko ludźmi – i błędy popełniają. Nie gloryfikujcie ich, bo choć kochają Was nad życie, czasem i z ta miłość nie do końca doskonała. Wierzcie w ich dobre intencje, ale nie omieszkajcie się napominać, gdy zauważacie niedociągnięcia. Wzrastajcie razem, ale karmcie się jeno zdrową miłością. Gdy trujący cierń zauważycie – wskażcie go, dla wspólnego dobra Waszej rodziny.
 
Piąte. Nie pozwólcie zabijać w sobie tego, co piękne, dobre i czyste. Dorośli (nawet niechcący) skazić potrafią dziecięce postrzeganie świata, a ono takie pierwsze, niewinne i subtelne. Nie pozwólcie zdeptać własnego poczucia wartości. Pielęgnujcie siebie w sobie.
 
Szóste. Czerpcie przyjemność z własnej seksualności. Mam nadzieję, że zaszczepię w Was zdrowy stosunek do tejże płaszczyzny życia. To nie tabu – to piękna dziedzina i wspaniała strona naszej psychofizyczności. Pod warunkiem, że wcześniej zostało się uzbrojonym w dojrzałość i odpowiedzialność.
 
Siódme. Podkradajcie egzystencji te najpiękniejsze momenty. Skubcie kolorowe, pawie pióra z ogona życia. Na zdrowie.
 
Ósme. Nie mówcie fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Nie kłamcie. Karmcie się prawdą jedynie, brzydźcie – oszczerstwami. Szanujcie drugiego człowieka.
 
Dziewiąte. Jak kogoś pożądacie – nie bójcie się mówić o tym. Nic tak nie boli, jak niewypowiedziane miłości, jak skrywane głęboko tajemnice. Nie warto żyć w przeświadczeniu, że zaniechało się życiowego ruchu, że stchórzyło się przed uczuciem, że straciło się jakąś szansę…
 
Dziesiąte. Rzeczy nie pożądajcie. Są nietrwałe, jak babie lato na wietrze. Ale jak chcecie sobie podreperować nimi samopoczucie – czyńcie to na zdrowie. Najważniejsze, to umiar we wszystkim zachować.
Amen.

http://annajellaczyc.wordpress.com/


gustav Klimt
wtorek, 01 kwietnia 2014
A dziś legenda Czirokezów:
"Dawno, dawno temu pewien chłopiec przyszedł do dziadka, by poskarżyć mu się na przyjaciela, który wystrychnął go na dudka. Chłopiec był zły i rozżalony. Dziadek stary Indianin Cherokee przygarnął wnuka i opowiedział mu następującą historyjkę:
- Czasami czujemy ogromną nienawiść do tych, którzy bez żenady biorą od nas i ani przez chwilę nie zastanowią się nad tym, co robią. Ale nasza nienawiść nie szkodzi innym, ona tylko wciąga nas samych w dół. To tak, jakbyś wypił truciznę i pragnął, by ktoś inny, twój wróg, umarł. Wszyscy borykamy się z takimi uczuciami. Wyobraź sobie, że żyją w nas dwa wilki: biały, który jest dobry, nie szkodzi nikomu, żyje w zgodzie ze wszystkimi dookoła i nie obraża się na każdym kroku. Jest radosny, spokojny, pokorny, szczodry, życzliwy, serdeczny, pełen nadziei, dobroci, współczucia, prawdy i wiary. 
A ten drugi..., czarny wilk..O rety! Najmniejszy drobiazg powoduje, że zaczyna się wściekać! Cały czas walczy ze wszystkim i wszystkimi. Jest pełen złości, zawiści, zazdrości, fałszywej dumy, kłamstwa, wyższości, chciwości i pychy. Często użala się nad samym sobą, jest smutny, ma też żal do innych, męczy go poczucie winy i krzywdy. Naprawdę trudno żyć z tymi dwoma wilkami w środku, zwłaszcza, że każdy z nich chce dominować.
Chłopiec spojrzał uważnie w oczy dziadka i zapytał:
- A który wilk wygrywa?
Stary Indianin odparł:
- Ten, którego karmisz. 


*Za Hanną Samson, felieton "Nakarmić białego" w "WO", nr 771.



Ryan McGinley