..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012
W "Zapiskach z Toskanii" reżyser wyprowadza nas na totalne manowce. Niewinnie, niespiesznie, na tyle delikatnie wodzi za nos, że zanim się orientujemy, lądujemy pod toskańskim słońcem, pomiędzy młotem a kowadłem, na darmo próbując rozgryźć, co jest prawdą, a co tylko grą.

Film to intrygujący z kilkoma genialnymi scenami, doskonały operatorsko, nie wspominając o pięknej i boskiej Juliett.

Film godny polecenia - albo na refleksyjny wieczór, albo na taki jak mój - wieczór przed katastrofą. Dawno mój instynkt samozachowawczy aż tak nie alarmował.  Będzie piekło.
Ale lepsza pierwsza złość niż druga złość - jak mawia Marta, cytując swojego tatę. A ja dziś bardzo w to wierzę.




nie ma jak z energią rozpocząć najdłuższy majowy weekend świata.
Ja - ostry ból gardła i telepanie, Antek chory zakatarzony łzawy i płaczliwy, Endrju w pracy. Nic, tylko skakać z radości. Gdy głowa pęka, w emocjach przesilenie, w nogach zero życia, a w duszy pustynia.

Najpierw postanowiłam się poddać i nie wychodzić z łóżka. Odwołałam wszystkie spotkania towarzyskie i zaczęłam pisać.
Jakby się rozjaśniło.
Potem kilka drobnych promieni - m.in.cygańska spedycja z Dziennikiem Pilcha - podniosło mnie na nogi.
Zapakowałam zabawki, koc, picie i jedzenie i przenieśliśmy się do ogródka. W końcu w pierwszy dzień majowego najdłuższego weekendu świata wypada zainaugurować sezon ogródkowy. Więc zainaugurowaliśmy - ja czytałam Pilcha, wylegując się w słońcu, a Antek integrował się z sąsiedzkimi dziećmi.

Potem znów zjazd - padliśmy oboje zmęczeni upałem i kolejne podniesienie - tym razem siłą woli.
Dzień kończymy łagodnie, łapiąc ostatnie nitki słońca. Czytam świetny wywiad z Grabowskim w GW, a Sokolińska we wstępniaku do "WO" przekonuje mnie, że wszyscy się boją, a bać się nie należy. Na chwilę przestaję.

Po zmierzchu huśtawka kołysze się jeszcze mocniej.
Płaczę i piję. Gadam przez łzy. Wypłakuję wszystkie swoje żale - do świata, siebie, Endriuszy. Zasypiam zmęczona, ale lekka. Śpię mocnym dobrym snem, a gdy budzę się o świcie, serce mam wypełnione łagodną radością poranka.
Za oknem słońce.
Dziś naprawdę mnie ono cieszy.


piątek, 27 kwietnia 2012
Znam takie kobiety, które czego się nie dotkną, wychodzi im prosto, równo i gładko. Naleśniki z ich patelni są idealnie okrągłe, warzywa kroją w drobną kosteczkę, noszą wyprasowane sukienki, a każdy włos na głowie ma ściśle określone miejsce.

U mnie jest odwrotnie.
Wczoraj  na przykład zrobiłam kopytka. Potrawa prosta i banalna, która statystycznej Polsce zajmuje pół godziny. Mi też zajęło to pół godziny, ale sprzątania było na półtorej. A efekt? Smaczne, lecz w niczym nie przypominały kopytek - ot, góra farfocli, każdy innej wielkości i innego kształtu. Jeśli chodzi o kuchnię - tak jest zawsze. Spod moich rąk wszystko wychodzi krzywe i dziwaczne jak sen wariata.

I ta reguła dotyczy wszystkiego. Bo u mnie nic nie może być równe i gładkie.
W głowie, na głowie, w szafie i na patelni.
Jestem królową chaosu i w tym chaosie dobrze się czuję. Również emocjonalnym.
A jednak czasem tęsknię za światem, w którym obwód naleśnika ma zawsze 2πr.



- Antek, zjesz jeszcze jedno kopytko? Za dziadka?
- Dobze.
- A za babę?
- Staczy! - Antek zeskakuje z krzesła - I nie ma kusji!

w tłumaczeniu dosłownym: i nie ma dyskusji!:)


wtorek, 24 kwietnia 2012
U mnie zielono.
Wiosna rozgościła się pysznie, a ja się szwendam tu i tam.
I gapię się i się zachwycam.

A wy?
Co ostatnio Was zachwyciło?

Proszę o listę zachwytów. Tego, co jeszcze budzi w Was dziecinne zadziwienie.
Ja zaś pójdę dalej zachwycać się wciąż i wciąż.



sobota, 21 kwietnia 2012
Sobota o świcie.
Wy jeszcze śpicie, a ja nie.
Wyszłam z mojego snu delikatnie, leciutko. Może nawet nie zauważył i śni się dalej, tyle że beze mnie?
To strasznie fajne uczucie siedzieć w ciszy, kiedy dom nie jest pusty.
Popijać kawę przy kuchennym stole, gapiąc się na śpiącą ulicę i słyszeć senne pomrukiwania z pokoju obok.
Zaraz mogę wrócić, przytulić się do Groszka, złapać Endriuszę za rękę.
Ale na razie nie.
Na razie piję kawę i dobrze mi.
To ten ostatni spokój przed fruwaniem.

Wam też fruwania życzę!


środa, 18 kwietnia 2012
Dziś Antek wstał przed szóstą i z radością wskoczył do naszego  łóżka, krzycząc:
- Stawać! Dzień jest!
Próbowałam mu wytłumaczyć, że wiosną i latem szybko robi się za oknem widno, ale to wcale nie znaczy, że już dzień.

- Umówmy się, że dzień będzie wtedy, gdy mama Ci powie, że już jest dzień. - próbowałam bezskutecznie zmanipulować dwulatka.
Oczywiście mnie olał i dalej jeździł ciężarówką po mojej nodze.
Więc dałam nogę z domu i rozpoczęłam dzień od biegania nad jeziorem.

Tak zaczynają się tylko dobre dni.
Dzisiejszy dzień był wyjątkowo dobry i niech będzie
to pomyślna wróżba na kolejne.

Lans w okularach przeciwsłonecznych:)


wtorek, 17 kwietnia 2012
Wstyd to film o dziurze.
Wielkiej czarnej dziurze samotności, którą wszyscy łatamy podobnie - forsą, żarciem, piciem  i seksem.
Bohater wstydu łata przede wszystkim seksem.

Dobry to film, mocny.
O mnie, o Tobie, o innych jeszcze bardziej.
Im bardziej przypadkowy, perwersyjny seks, im mocniejszy poranny kac,  tym większa emocjonalna dziura.

Przyglądam się w tym filmie sobie.
Urodziłam się z dziurą samotności i z tą dziurą pewnie umrę.
Ale pocieszające jest to, że ona się goi, bardzo, bardzo powoli zabliźnia się i maleje. Zawdzięczam to ludziom wokół, ale i sobie. Bardzo sobie. Umiem już sama zaspokoić pierwszy głód miłości. Gorzej z drugim. Aczkolwiek robię postępy. Przy odrobinie szczęścia, umrę z emocjonalną dziurą wielkości łebka od szpilki:)

Natomiast w filmie najbardziej rozłożył mnie wątek relacji bratersko-siostrzanej. Nie rozumiem rodzeństw, które w dorosłym życiu zaprzepaszczają to, co ich łączy.  Nie rozumiem rodziców, którzy nie próbują posklejać rozsypanych więzi rodzinnych
.

Patrzę na filmowego brata i siostrę, i sama nie wiem, do kogo mi bliżej.
To nie był przyjemny film. Nie był to też film o moim wstydzie. Nie wstydzę się. 
Bo - jak mówi Sissi:
"Nie jesteśmy złymi ludźmi, tylko przyszliśmy ze złego miejsca"

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Poniedziałek - jak to poniedziałek - zaczął się błyskawicznie i błyskawicznie się kończy. Pomiędzy startem a metą: zawrót głowy w pracy, utarczki z Groszkiem, babka ziemniaczana (Endrju: możesz startować z kulinarnych zawodach na Podlasiu:) i wieczorne zmaganie się z pisaniem powieści.

***

Rozmowy z Antkiem:

ja: Tu jeżdżą samochody, masz mi dać rękę!
Antek: Sam.
ja: Ale nie ma dyskusji!
Antek: Jest kusja!
***

U niani. Antek piszczy.
Niania: Antek nie piszcz tak. Nianię aż uszy bolą!
Antek: Niania gucha kucze felek!

***

A to fragment ze starego pamiętnika, który mnie bardzo rozbawił:

6 maja 1998 , środa

No i już po maturach.
Dzisiaj pokłóciłam się z W.
Spotkałam go koło Wysokiej Bramy, gdy wracał z matury.
Był szczęśliwy, gdyż zrobił wszystkie zadania. W rękach trzymał jakąś brzydką maskotkę. (Ja przed maturami pożyczyłam mu swojego małego zielonego słonia) Nie wiem, dlaczego, ale straciłam humor. Po prostu byłam zazdrosna. I oczywiście powiedziałam mu to. Odpowiedział, że mojego słonia ma także, tyle że w kieszeni. No i zaczęła się kłótnia, bo ja mówiłam, że mój słoń jemu nie wystarcza itp. Dopiero potem on powiedział, że ta druga maskotka była po to, żeby mógł ściągać. Ale sytuacja była zbyt napięta, żeby można było wszystko odwrócić. No i w ten sposób znaleźliśmy się na Moście Jana...

a wiecie, co zdarzyło się potem?
Obie maskotki wylądowały w rzece. I była gonitwa za słoniem, próba łowienia,  skakanie do wody i.. happy end. Do następnej katastrofy:)

***
Chwila przed północą. Endrju już zasypia koło mnie. Nagle wybucha śmiechem.
ja: A Tobie co?
Endrju: Przypomniał mi się taki obrazek na fejsie. Leci tupolew, a zanim prom kosmiczny z Gwiezdnych Wojen i podpis: cała prawda o Smoleńsku.

niedziela, 15 kwietnia 2012
Piątek - fajne popołudnie u Ali - dzieciaki szaleją, a my gadamy.



Potem wieczorne szwędanie z pannami z KGM-u oraz napotkanymi przypadkiem Maćkiem i Artiomem.

W Awangardzie Bis smętnie, więc najpierw Warka, potem Szafa, a na końcu Mezalians. Jest fajnie, ale żadne z tych miejsc, nie jest moim miejscem. Czuję, jak powoli wzbiera we mnie przesyt nocnymi wędrówkami i robię się coraz bardziej wymagająca. Lubię mocne koktajle towarzyskie, wydeptywanie nowych ścieżek w gadaniu, lubię element zaskoczenia. A mnie chyba dopadła jakaś rutyna, którą czas złamać. Najlepiej imprezowym odwykiem:)

***
Sobota - słoneczna od samego rana. Słońce jest we mnie - plącze się w moich włosach, ślizga się po moim brzuchu, głaszcze, muska i kołysze.
Sobota jest dla mnie łaskawa i mnie rozpieszcza. Mknę wśród warmińskich pejzaży i wdycham wiosnę.

Popołudniu spacerujemy z Bartkiem, Kasią i Dorotką nad Długim, a dzień żegnamy na plaży miejskiej nad Krzywym (dwa jeziora w promieniu dwóch minut piechotą - bosko!:)










***
a dziś biję rekord w własnym rozpieszczaniu. Co prawda budzę się o ósmej, bo Antek żąda ciasta, więc o 8.03 już rozbijamy jajka, topimy masło i mieszamy mąkę, ale godzinę później zakopuję się pod kołdrą z książką i z gazetami, i na zamianę czytam i śpię, tuląc się do Groszka.
Wstaję koło 15.00 z poczuciem, że wreszcie wypoczęłam:)
Popołudniu kino i cudny francuski film "Nietykalni".

O czym był ten film?
Dla każdego o czymś innym.
Ktoś powiedział, że to film o tym, że można żyć "wbrew", że się jednak da.
Kiedy wyszliśmy z kina, Endrju skomentował cynicznie:
- To film o tym, że jak się ma obrzydliwie dużo pieniędzy, to nawet w kalectwie można być szczęśliwym.
A dla mnie?
Dla mnie to był film o ludziach, którzy czynią ten świat znośnym. O tym niewielkim procencie osób, które mają w sobie energię i fantazję, którzy znajdują radość w codzienności i umieją się śmiać bez większego powodu. 
Gdy mamy takich ludzi wokół siebie, wszystko inne staje się do zniesienia.
Gdy ich brakuje, wszystko co najlepsze traci swój urok.
Dawno nie śmiałam się w kinie śmiechem tak czystym i radosnym.

Z tym śmiechem w sercu chciałabym zacząć nowy tydzień.
I Wam też tego życzę:)*

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dzisiejszy dzień pożegnałam, leżąc na pomoście i wdychając ciepły zmierzch. Ostatecznym dowodem na obecność wiosny są ławki okupowane przez całujące się pary. Jest mi dobrze i lekko. Stan to cudny, również dlatego, że ulotny jak pył.

Na dobranoc fajne znalezione na fejsie:)


A jutro hyżo wpadajcie do Awangardy Bis, trzeba rozkręcić imprezę chłopakom z KOMP-u :) 

środa, 11 kwietnia 2012
Więc środa była lepsza.
Jeśli tendencja się utrzyma, na koniec tygodnia - akurat na towarzyskie szlajanki - będę w świetnej formie.

Dziś zupełnie przypadkiem, zupełnie przypadkowy człowiek sprawił, że poczułam się jak superbohaterka, a pięć minut później wpadłam kolejnym przypadkiem na wystawę do Galerii Rynek "Sztuka Matek", gdzie wiszą trzy foty Eli Jabłońskiej, które znam od dawna i bardzo lubię.


A Ty? Którą superbohaterką jesteś?







Cóż poza tym?
Drobne sukcesy wychowawczo-odżywcze, miłe pozdrowienia z Florencji (niektórym to dobrze!), wypad na kolację urodzinową  (pyszną zresztą), oddalanie i zbliżanie, napisany kolejny rozdział powieści, i słońce! - wcale nie przymulone:)

wtorek, 10 kwietnia 2012
Czy ja mówiłam, że wtorki są dobre?!
Niemożliwe!
Środy muszą być lepsze. Bo jeśli nie, to ja jutro nie wstaję z łóżka i chrzanię.
A tak serio - słabo dziś było. Choć pomimo tego okrutnego słabo, mam w sobie jakiś spokój i moc. Tyle że mi tak nijak w sercu i smutno trochę.
Ale w tym smutku, mam też skrawek miejsca na zwykłe radości: koi mnie spacer z pracy do domu w ciepłym słońcu, a  odpręża wieczorne truchtanie po okolicy, mam też satysfakcję ze sterty usmażonych kotletów i chichoczę, gdy Groszek już w łóżeczku szepcze mi na dobranoc: "Papa Mamo Aga Kapcik!".

A ja na dobranoc szepnę Wam tylko:
Niech jutro będzie świeże i wolne od błędów!

Bo każde jutro takie jest, prawda?


a to fota zrobiona przy okazji na wczorajszej sesji.
Czy wczoraj zawsze jest lepsze od dziś?
Chyba tylko czasami.
Ja jednak wciąż jestem fanką jutra.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Jakie były te święta?
Smaczny długi weekend po prostu. Dużo satysfakcji, ale i kilka momentów znużenia, jak zwykle po zbyt obfitej dawce czegokolwiek - rozrywki również.

Porzuciłam kostium Kopciuszka
W sobotę spotkałyśmy się w Pozytywce z dziewczętami i chyba dzięki temu, że zasiadłyśmy w bardzo kameralnym gronie, udało się pogadać głębiej, ciekawiej, intensywniej. Co jakiś czas różnoracy chłopcy próbowali się do nas dosiadać, a wtedy Ramzes spławiała ich radykalnie, mówiąc na przykład:
- Sorry Gościu, ale my się dawno nie widziałyśmy i chcemy pogadać, więc nie obrażaj się, po prostu daj nam spokój.
Czasem bywała łaskawsza i wtedy mówiła tak:
- W innych okolicznościach byśmy chętnie z Wami pogadały, nie bierzcie tego do siebie, ale dziś akurat wolimy rozmawiać ze sobą.

Tak czy siak chłopcy się nie zniechęcali, było sporo śmiechu, a ja z pannami czułam się tak wyśmienicie, że nawet porzuciłam kostium Kopciuszka i wróciłam do chaty przed trzecią.


Niedzielne Alleluja tu i tam
Niedziela rozkręcała się powoli leniwym śniadaniem na wsi. Wokół nas szalała zamieć, a ja, Endrju i rodzice rozłożyliśmy się na fotelach i prowadziliśmy jakieś niezobowiązujące smoltoki. Potem pojechaliśmy na urodziny dwuletniego Rafałka, gdzie jak zawsze było ciepło, blisko i wesoło, bo zebrali się wszyscy, który darzę ogromną sympatią.

Wieczorem - trochę ostatkiem sił - zaliczyliśmy z Endriuszą jeszcze miasto. Najpierw Młynek, potem Highlander z Piotkiem i Kamillą. Z nimi nie może być byle jak: można i pogadać, i pochichrać się, bez napinki, bez udawania. Lubię tę lekkość żonglowania tematami - od bliskich po dalekie, od ważnych po błahe, od poważnych po zabawne. Wbrew pozorom to dość rzadka frajda.


poniedziałek przed wtorkiem
I wreszcie poniedziałek. Może i dobrze, że te święta są tak krótkie, bo jestem wykończona. Budzimy się w cudnym słońcu gdzieś koło 11.00, na wsi zaliczam emocjonalny spadek i dopiero popołudniowa sesja foto w ramach pewnego prodżektu na chwilę stawia mnie na nogi.


Efekt przesytu.


Jutro wtorek.
Wtorki są dobre.
Szczególnie te poświąteczne:)



niedziela, 08 kwietnia 2012

O świętach napiszę po świętach (grunt, że wielkosobotnia inauguracja była baaaardzo udana), a dziś kilka dialogów z dwulatkiem, który od tygodnia czy dwóch zaczął mówić tak zwanymi zdaniami. Czasem są to bardzo krótkie zdania:)

Wczorajszy hit: ("Musie isc spac. Sam!")
***
Piątek wieczór. Antek już w łóżeczku, a my siedzimy w pokoju, gadamy i popijamy piwo. Nagle Antek wbiega do nas, chwyta za puszkę i mówi:
-
Pii-o!
- Tak, piwo. - Endrju potwierdza.
- Koniec? - docieka młody.
- Nie, jeszcze nie skończyłem.
- To pij!

Dwie godziny później Antek wciąż buszuje jak dziki, a ja powoli staję się senna:

ja:
Coś czuję, że my pośniemy, a on będzie dalej szalał.
Endrju: Raczej nie.
Antek: Laciej tak!

czwartek, 05 kwietnia 2012
Wpadłam do domu przed 18.00, zrobiłam świąteczne porządki w 90 minut, czyli tyle co jeden mecz piłki nożnej (bez przerwy), wzięłam błyskawiczny prysznic, wskoczyłam w świeże ciuchy, musnęłam rzęsy tuszem, zrobiłam chłopakom papa i pojechałam na kolację z Tymisiową.

W Via Napoli wciągnęłyśmy po trzy bagietki - jak zawsze boski zestaw brie z żurawiną, łosoś z pieprzem i gruszka z gorgonzolą i orzechami. Mniam!
Potem na chwilę zajrzałyśmy do Chilli, gdzie pani zaserwowała mi niskoalkoholowe wino Syrah (0,25% - czy to możliwe???)

W domu byłam przed 23.00. Od kwadransa leżę już w łóżku i sama nie mogę się nadziwić, że ze mnie dziś aż taki Kopciuszek:)

Idę spać, muszę zdążyć odpocząć przed nadciągającymi świętami. Bo potem na pewno nie odpocznę: już cieszę się na sobotni knajping z dziewczętami-Basieńkami, niedzielne nocne niewiadomoco i dużo atrakcji pomiędzy.
środa, 04 kwietnia 2012
A dziś uciekłam do kuchni.
Dopiero
odkrywam, jak twórcza, radosna i odprężająca może być kuchnia.
Coraz bardziej lubię to miejsce.   Lubię ciepło i zapachy, które mnie otulają podczas gotowania, lubię mieszać smaki i kolory, czuć pod palcami twardość marchewki, na skórze wżerający się kwas cytryny, pod stopami chrzęst rozsypanego cukru też lubię.

Lubię gładkość masła oraz żółtka, lekkość ubitego białka. Lubię strzepywać z Antkowego nosa pyłek cynamonu. Tak jak dziś.
Bo dziś upiekliśmy improwizowane ciasto marchewkowo-jabłkowo-bananowe. Groszek z dumą smarował blachę, wbijał jajka i miksował wszystko. (dziś pierwszy raz nauczył się wciskać guzik do miksowania) Już dawno nie widziałam go tak dumnego i przejętego rolą.
Dziś chyba tylko w kuchni było mi naprawdę, naprawdę dobrze.



A tu kolejna recenzja "Polowania", którą dostałam od Marty, a ona od Zielonej:)
http://ryms.pl/ksiazka_szczegoly/1052/index.html



Nie jestem zwolenniczką cenzury w Internecie, ale w związku z natłokiem spamów, zdecydowałam się na wprowadzenie moderowania komentarzy.

Może być jednak pewni, że nie będę blokowała nawet najbardziej krytycznych komentarzy, o ile nie będą to spamy wysyłane z automatu.
wtorek, 03 kwietnia 2012
Nie lubię jeździć do Warszawy służbowo - trasa jest brzydka, debili za kółkiem nie brakuje, a sześć godzin w klaustrofobicznej puszce samochodu to średnia przyjemność. Nawet w dobrym towarzystwie.

Ale dzisiejszy wypad do stolicy był inny niż wszystkie, bo pomiędzy spotkaniami biznesowymi napisałam lekką ręką dwa rozdziały powieści. Nie sądziłam, że przestrzeń korporacyjnego biurowca może mieć taką twórczą energię! Już dawno nie miałam tyle satysfakcji:)

Dzięki temu właśnie, dziś wieczorem mogłam z czystym sumieniem porzucić pisanie i wyruszyć w kolejną bardziej fascynującą podróż, która od jakiegoś czasu totalnie odrywa mnie od rzeczywistości, inspiruje, koi i odpręża.
A wędrówkę zawsze zaczynam od pierwszej strony z ilustracjami (dziś była to strona polecona przez Martę - www.polskailustracjadladzieci.pl). Potem poruszam się swobodnie, a prowadzą mnie przypadkowe linki, intrygujące hiperłącza.
I jest to podróż niebywała, bo zwiedzam planetę ludzkiej wyobraźni, błądzę w gąszczu pomysłów, zachwycam się i zadziwiam.

Po godzinie wracam do świata żywych. Dobrze mi.
Mam ochotę przytulić się do kogoś sto razy większego ode mnie.
Jak dziewczynka z obrazka, która wyszła spod ręki Yleny Bryksenkovej.


poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Cóż może być ważniejsze niż wiadomość dnia: Dziś w nocy, w poznańskim Szpitalu Świętej Rodziny przyszła na świat moja bratanica Olga.
Jeśli będzie większą feministką niż ciotka i odda swemu dziecku nasze nazwisko, to jest szansa, że ród przetrwa:)
A tak serio - cieszę się ogromnie i gratuluję rodzicom. Szczególnie Asi, bo teraz będzie miała dwójkę dzieci, z czego jedno blisko dwumetrowe:)

niedziela, 01 kwietnia 2012

W drogę wyruszyliśmy w boskich humorach, a z nami podróżowało leniwie wiosenne słońce i płynęły chmury, a śpiewała nam francuska urocza Zaz. 
Do Poznania dotarliśmy po siedmiu godzinach umordowani chorobą lokomocyjną Groszka,  bez słońca, ale z wciąż z humorami.
 Groszek ledwie żywy jedzie nieprzepisowo na moich kolanach

Zwitaliśmy w domu Walerki i Szyma, i rocznego Wojtusia, gdzie po blisko dwóch latach przerwy zasiedliśmy do jednego stołu. Taka okazja wymaga świetowania, więc otworzyliśmy wino truskawkowe, które dostałam w Beskidzie. A że wino truskawkowe Beskidowi jest przypisane, ostatecznie przypieczętowaliśmy decyzję, że kolejne spotkanie w sierpniu, w górach właśnie.  


Libacja dobiega końca, Endrju na pozytywnej fazie, a my z Walerką na dobicie raczymy się babcinym winem z jarzębiny (albo porzeczki:)

Bo pysznym śniadaniu (Walerkiowie słyną z obfitych smacznych śniadań) ruszyliśmy w trasę.






Na pierwszy ogień Czarownice z Teatru - jak zawsze tryskające energią, z błyskiem w oku, w świetnej formie i ciętym dowcipem. Niby takie same, ale wciąż nowe, z nowymi zajawkami (tym razem są to gry komputerowe). Spędziłam z nimi może godzinę, dwie, a wyszłam z taką porcją energii, że ani wiatr, ani deszcz, ani grad nawet nie były mi straszne.

Potem wpadliśmy do Krisa i Asi, odbyliśmy rytualny spacer po poznańskiej starówce z obiadem w Zielonej Werandzie i po raz kolejny nie mogłam się nacieszyć tą poznańską dbałością o każdy detal, fantazją w dopieszczaniu szczegółów. Oni nawet wodę mineralną potrafią tak podać, że od razu robi się ciepło na sercu.

Ale dla równowagi - w Zielonej Werandzie właśnie - Poznań pokazał swoje drugie oblicze - tę paskudną mieszczańską gębę.
Przy jednym stole ludzie wyprawali urodziny dziecku. Tłum dorosłych, tłum dzieci, rozrzucone zabawki, więc siłą rzeczy Antek pobiegł do nich ciekawy wszystkiego. Stał obok, przyglądał się, potem wziął do ręki jakiś porzucony samochodzik i zaczął się nim  bawić. Dzieci nawet nie zwróciły na niego uwagi, ale żeby być hiperpoprawną, podeszłam do jednej z matek i zapytałam, czy im Antek nie przeszkadza, a ona wypaliła:
- No raczej! To jest nasza prywatna impreza!
I jak teraz wytłumaczyć dwulatkowi, że nie może podejść do dzieci, bo jakaś durna matka ma problem?


w Zielonej Werandzie w Niebieskim Pasażu na Padarewskiego



Z Werandy pobiegłam na spotkanie z Jozi do klimatycznej dzieciowej kawiarni "Gałganek", gdzie Antek i Iga od razu zniknęli na placu zabaw, a my miałyśmy chwilę na babskie gadu-gadu. I nie było tylko o bzykaniu. Co to, to nie. Było też o planach zawodowych na przykład:)




Do Walerki i Szyma wróciliśmy wieczorem, zdążyłam jeszcze ugotować zupę , Szymi otworzył pyszne pszeniczne piwo i zasiedliśmy do stołu. I znów było fajnie, bo blisko, wesoło, zwyczajnie w dobrej zwyczajności.

Ale że spotkanie w kwartecie nigdy nie zastąpi intymnego kobiecego gadania, zerwałyśmy się z Walerką o świcie niedzielnym i pojechałyśmy do Ptasiego Radia na śniadanie, żeby móc pogadać o tym, o czym pogadać z facetami się nie da. I zdziwicie się. Wcale nie było o bzykaniu:)))




jaja w koszulkach ze szpinakiem, łosiem i sosem holenderskim na grzance - pyszota, która zapewnia uczucie sytości na cały dzień:)

I znowu w drogę.
Na koniec fotka, którą Endrju zatytułował:

NOWE BUTY NA POZNAŃSKIM BRUKU