..................Pomylone słowa składają sie na cud wiersza, pomyleni ludzie składają sie na cud tego świata
Archiwum
O autorze
Matylda Agnieszka Kacprzyk

Klinika kukieł Agnieszka Kacprzyk
Polowanie Na Niebieskie Migdały


Kategorie: Wszystkie | Codzienność | Dialogi | Kobieco | Kultura i Sztuka
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011

Już mi się przypomniało, dlaczego nie lubię oglądać z moim konkubentem miękkich filmów  - obyczajów, dramatów czy komedii romantycznych.
Bo kiedy zwykły widz się już ma ochotę się wzruszyć, dyskretnie ociera łezkę, wtedy Endrju wybucha szyderczym śmiechem, obnażając jakiś schemat czy filmową kalkę. Gdy zwyczajny widz chichocze, Endrju prycha z pogardą, twierdząc, że humor jest oczywisty, przewidywalny i nie ma tu nic nowego.
Tak nam przebiegło wczoraj oglądanie "W chmurach" z Georgem Clooneyem (fakt- film był dość słaby), a potem nastąpiło odwrócenie ról. Endrju wrzucił jakąś kretyńską komedię o pseudosuperbohaterach "Kick ass" i to on rechotał, a ja wznosiłam oczy do nieba. Można powiedzieć, że się uzupełniamy:)

***
Próbujemy się zdystansować do Groszkowego serca:
Endrju: Zauważyłaś, jaki Antek ma duży brzuch?
ja: To pewnie przez wadę serca. Ty też masz duży brzuch, więc może Antek ma wadę serca po Tobie.
Endrju: Moja wada serca jest dużo poważniejsza. Kocham kogoś tak okropnego jak Ty. .

***
Wracam do ogrodowych porządków, a Wam życzę słonecznej soboty. Takiej jaka jest u mnie:)

czwartek, 28 kwietnia 2011

Rozmawiam z babcią o nadchodzącym weselu mojej siostrzyczki ciotecznej, które będzie już w najbliższą niedzielę. Babcia chichocze, że nie posiada wieczorowej sukni.

Babcia: Ale cieszę się, że nie należę do rodziny książęcej i nie wybieram się na wesele księcia Wiliamia i Kate.
ja: No tak, tam to musiałabyś pewnie mieć balową suknię.
Babcia: Nie o to chodzi. Wyobraź sobie, że ich wizerunek jest na wszystkich przedmiotach w Anglii. Nawet na workach do rzygania i prezerwatywach!

Ale tak naprawdę dziś mi wcale nie było do śmiechu.
Najpierw o świcie wściekłam się na Endriuszę tak bardzo, że po raz kolejny odkryłam, że tak:znam uczucie nienawiści. Najbardziej nienawidzę tych, których kocham, którzy są blisko. I choć po killku godzinach śmieję się z porankowej sytuacji, to jednak przez chwilę byłam krok od zbrodni. Na szczęście skończyło na perfidnym szturchaniu śpiącego, wkładaniu palców do oczu i oblewaniu wodą. 

A potem.
Potem była wizyta u kardiologa. I wreszcie stało się to, o czym zdążyliśmy już zapomnieć. Trzeba zoperować Groszkowe serducho. Operacja jest dość prosta, ale jednak na otwartym sercu.
Wiem, że Antek ją przeżyje, lecz mnie czeka ubytek na zdrowiu na pewno.
I pomyśleć, że wczoraj miałam egzystencjalne problemy, a dziś - voila! - wezwanie na wojnę. Pieprzone figlarne życie.

A jeszcze potem, potem, potem...siedziałam w słońcu nad brzegiem wody, zajadałam sushi z plastikowego pojemnika, moczyłam nogi i uczyłam się puszczać kaczki.
I o dziwo - było mi dobrze.

Bo jak powiedział kiedyś mądry ksiądz Twardowski:
Dobrze, gdy jest dobrze i niedobrze, bo kiedy jest tylko dobrze to niedobrze.


Groszek - wulkan energii, którego czasem mam ochotę tulić, a czasem utłuc. Dziś tuliłam:)

środa, 27 kwietnia 2011

W moim mieście nie ma fajnych sukienek.
W mojej głowie kwitną drzewa owocowe.
W moim sercu - poranna cisza przerywana ptaków śpiewem.
W brzuchu - motyle.

Tak dziś wygląda pejzaż mojej duszy. 

Ale to nie wszystko:

są też ogromne pustynne przestrzenie i stepy jałowe, trawiaste, monotonne. Jest jakaś przeogromna pustka i poczucie, że gdzieś umykam sobie ja.

wtorek, 26 kwietnia 2011

A dziś czułam się tak jakbym stała na jednej nodze - było w tym trochę chwiejności, niepewności, ciekawości i ekscytacji. Bo jak się stoi na jednej nodze, to można zrobić piruet, skoczyć albo upaść.

A potem obejrzałam ekranizację Vievegha "Povídky o manželství a o sexu"
(tłum. - Do Czech razy sztuka) i przypomniała mi się ekanizacja innej jego książki tłumaczona jako "Mężczyzna idealny", która zainspirowała mnie do napisania "Matyldy".

Dzisiejszy film mnie nie powalił, ale miał kilka świetnych momentów. Pawdziwych też.

Ach i okazało się, że jednak mit na temat ekstazy podczas porodu może wcale nie jest wyssany z palca:

Oglądam scenę, w której bohaterka przeżywa orgazm i krzyczy. Wchodzi Endrju do pokoju i pyta:
- A ona co? Rodzi?

Czyżbym i ja tak rozkosznie krzyczała podczas porodu, bo nie pamiętam:)

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Święta - dość nieoczekiwane - okazały się fajne i intensywne.

W Wielką Sobotę zaprosiłam panienki na kolację - pogadałyśmy o ciążach, dzieciach i facetach. Ostatnie rozmowy z kobietami dowodzą, że WIOSNA nadeszła! Hormony szaleją, serca trzepoczą.
Mentorka B., która ostatnio uwielbia moralizować, wpadła w sidła romansu i donosi, że ciało ją niesie w dawno nieodwiedzane zakątki. Kumpela z Wawy pisze o tym, że jej nowy wybranek świetnie całuje i gryzie (również sutki), a  inna opowiada mi tak:
-
Po tym, jak się z nim całowałam na imprezie i w każdej bramie po drodze, umówiliśmy się na kawę.
- I jak? Fajny? Można z nim pogadać?
- Pogadać to nie za bardzo, ale jak wychodziłam z tej kawy i na niego spojrzałam... to pomyślałam, że mogłabym go przelecieć wzdłuż i wszerz.

***
Po wielkiej sobocie nastała Wielka Niedziela. Najpierw pojechaliśmy do rodziców, gdzie zjedliśmy śniadanie i było miło, ale  święta bez mojego młodszego braciszka to już nie to samo.
A potem wybraliśmy się na imprezkę imieninową do ulubionego wujka, gdzie jak zawsze było tłoczno, gwarno i wesoło. Ciocia niczym mityczna Hestia stworzyła domową i ciepłą atmosferę, wujek gawędziarz zabawiał towarzystwo, kuzynostwo gadało, śmiało się, paliło szlugi na balkonie, nie szczędząc starszym drobnych uszczypliwości, zaś gromadka dzieciaków świetnie się ze sobą dogadywała, tonąc w górze zabawek. Bardzo ich lubię!

Wróciliśmy wieczorem, padłam przedostanim sezonie Lostów, który jest do dupy, a Endrju wykorzystał sytuację i zeżarł wszystkie czekoladowe jajka.

***
PONIEDZIAŁEK
Jak na ostatni dzień świąt przystało, był i las - przepiękny, jak z baśni i słoneczna plaża.
Był też obiad u cioci M., gdzie grasuje milion długowłosych kotów i było wylegiwanie się na balkonie.
Zdarzyła się też awaria wody, co stało się pretekstem, żeby również wieczorem napić się wina w towarzystwie. Marek z Endriuszą walczyli w łazience, Antek z Szymkiem bawili się na podłodze, a my z Iwoną spijałyśmy poświąteczne resztki. 

I tak oto dobrnęłam do końca świąt. 
Nie ma zbyt wielu powodów, dla których mam ochotę iść jutro do pracy.
Ale czasem wystarczy znaleźć jeden, aby z chęcią wstać z łóżka.
I mam nadzieję, że jutro powód się znajdzie.

***
A oto zdjęcie pod tutułem: "KREATYWNI i DYNAMICZNI!
Ja: Kochanie, to ja zrobię kolację, a Ty pobaw się z Antkiem, dobrze?

5 minut później zaglądam do pokoju:


- doskonała przeciwwaga dla wszelkiej intensywności świąt. 

sobota, 23 kwietnia 2011

A tutaj medialny efekt czwartkowego spotkania pod Awangardą:


Fot. TOMASZ WASZCZUK
Artykuł Roberta Robaszewskiego TU

I film z moim skromnym udziałem:)

Internauci o Awangardzie
" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" playvideo="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" pausevideo="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" setjsparams="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpload="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fppause="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpplay="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpresume="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }" _fpend="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }">
I stępelek tych, którzy się solidaryzują

Święta rozpoczynają się dynamicznie.
(ach, to zażeranie pustki!)

Wczoraj popołudnie na trawie u Alutki - dzieciaki się bawią, a my próbujemy pogadać i ogarnąć jakoś buszujące po ogrodzie trio. Jest fajnie.  


Amelka


Anielka, czyli Andżela

Ant się jara traktorem


Resorak też zjeżdża


***
Wieczorem wbijam się w obcasy i ruszam w miasto z Tymisiową.
Najpierw raczymy podniebienia w Werandzie, a potem zaglądamy do Pozytywki. Tymisiowa odkrywa przede mną swoje nowe oblicze, a ja otwieram szeroko oczy, chichoczę i zacieram ręce - a jednak!
Nic więcej zdradzić nie mogę, wszak po moim blogu myszkują szpiedzy, rodzice, mężowie i kochankowie, kochanków żony, a nawet konkubenci:)

Potem jakieś rozmowy na papierosie, towarzystki młyn, który po północy i moim czwartym piwie przestajemy ogarniać i wędrujemy do Carpentera.
Od tamtej chwili nie pamiętam zbyt wiele.
Ale chyba już zbyt wiele się nie działo.
Najważniejsze jednak, że obudziłam się we własnym łóżku.

Wesołego jajka Misie!


Tymiś w Carpenterze

- Zdradzę Ci ważną zasadę dotyczącą pisania esemesów po pijaku.
- Jaką? -
pytam, chowając telefon.
- PIŁEŚ? NIE PISZ!

czwartek, 21 kwietnia 2011

Kiedy nie ma mnie na blogu, znaczy, że umarłam albo wręcz przeciwnie - bardzo żyję.
Ostatnio bardzo żyłam, a zdarzały mi się rzeczy, które z rachunku prawdopodobieństwa mogą się zdarzyć tylko raz na 6 miliardów razy.
Piłam też wino, leżąc na baraniej skórze i śmiałam się dużo, że aż w nocy spadły mi pończochy, więc wracałam do domu w promieniach wschodzącego księżyca z gołymi nogami - pierwszy raz w tym roku!

A dziś powędrowałam z Groszkiem pod Awangardę w ramach ocalania kina, gdzie było mnóstwo aparatów fotograficznych, więc miałam dużo frajdy z pozowania.
- Na tej całej akcji zyskasz tylko Ty - stwierdził uszczypliwie Endrju - kina już nie będzie, ale Ty się przynajmniej możesz polansować.

Więc się polansowałam:)

a teraz piję chłodne piwko i na chwilę robię pauzę w życiu.
Jutro zacznę od nowa!


a nowa Mysz od Norte wygląda tak.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Dziś pierwsze lody z Groszkiem. Ja lody - on wafelek:)
Potem poczłapaliśmy do nowo otwartej księgarnio-kawiarni "Tajemnica Poliszynela". Bardzo urokliwe miejsce, może nie na schadzki kochanków, ale wypad z kumpelą lub Groszkiem - super! I ponoć... mają świetną kawę, o czym pewnie przekonam się wkrótce.

Wieczór - po raz pierwszy od dawna siadam do pisania i czuję się jakbym wróciła do dawno nieodwiedzanego ogrodu. Przedzieram się przez poplątane pnącza myśli i pomysłów. Na chwilę zapominam o tu i teraz.

A teraz...
teraz chichoczę, oglądając "Usta usta", które odkryłam trochę przez przypadek, oglądam od środka i wcale mi to nie przeszkadza.


mały człowiek w wielkim mieście

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Ten film dostałam od Marty i Tomka, którzy wręczyli mi go ze słowami, że bardzo im przypominam aktorkę grającą w filmie.

Niezależnie czy chodzi o wygląd, czy o charakter - było to pochlebstwo.

Piękna poetycka opowieść o charyzmatycznej Dinie, która namiętnością i muzyką zagłusza pietno śmierci. 


niedziela, 17 kwietnia 2011

W sobotę pojechaliśmy na odpustowy jarmark do Olsztynka, a stamtąd na wieś do rodziców. Tata nieświadomie zrobił mi miłą niespodziankę, przedłużając żywotność szyldu "Diabła".





A potem zdarzyło się bezsensowne nieporozumienie, do którego dochodzi wtedy, gdy ego przysłania rozsądek. Popołudnie upłynęło mi więc na odmawianiu mantry "dystans, dystans, dystans", która nie uchroniła mnie jednak przed kosmiczną zapaścią.
W takich chwilach uświadamiam sobie, że każdy z nas jest sam. Relacje z innymi są warunkowe - przyjaciele i kochankowie, dopóki jesteśmy im potrzebni, atrakcyjni, inspirujący, a rodzice - do chwili, gdy spełniamy ich oczekiwana. Dzieci - w najlepszym razie, do momentu założenia własnej rodziny.  
Ta mało odkrywcza myśl przynosi ból i wolność jednocześnie. I byłoby dobrze, byłoby tak jak powinno być, gdyby nie echo tęsknoty, która wyje z środka. Tęsknoty za jakimś totalnym zespoleniem, za bezwarunkową miłością, za tym, aby ktoś przytulał tak mocno, mocno od wewnątrz.

Kosmiczna zapaść nie mogła trwać długo, bo wpadli do nas Ramsik i Duch z winem. Jedliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się. I było mi błogo, i dobrze, i pijano.




Niedzielny poranek spędziłam w łóżku, czytając "Wysokie obcasy", przewalając się z Groszkiem,  jedząc i trochę pracując. Wstałam koło południa trochę jak na haju. A potem był spacer po lesie, obiad na starówce, piwko z Ramsikiem, Duchem i Fruwakowskim. Takie niedziele mogę mieć co tydzień:)



Kaczka na kiju, którą Antol dostał w prezencie od Ani i Ducha okazała się prezentem trafionym w dziesiątkę. Do wieczora się z nią nie rozstał.


Każdy chce popchać:)


fot. Ramsik

  
Chłopaki budują.

Chłopcy w kratkę. Fruwak z Poznania i Duchu z Wawy - jak widać kratka modna jest wszędzie.


Fruu, czyli.. Pan Cyferka we własnej osobie.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Lubię wyjeżdżać z domu. Lubię do domu wracać.
Dziś w przypływie energii, wspólnie z Groszkiem, wysprzataliśmy całą mansardę, czego niestety już nie widać, bo wieczorem rzucaliśmy się przecierem z jabłek i bananów. Na finał bitwy Antek wydobył z siebie okrzyk chwały, po czym w geście zwycięstwa wtarł sobie banany we włosy. Gdybyście widzieli to szczęście na jego twarzy!

Wypad do stolicy udany i sycący. Trochę popracowałam, trochę powłóczyłam się po sklepach, na wtorkowej kawie z Ewą rozpracowałyśmy nasze sny i nawet ją przekonałam, że na niektóre rzeczy w życiu nie mamy wpływu, spadają wprost z nieba i są - niezależnie, czy się to komuś podoba czy nie. Próbowałyśmy też ukuć definicję przygody, bo przecież nie można wieść szczęśliwego życia bez przygód! 
- Prawdziwe przygody można mieć tylko z dziewczynami albo z kochankami - westchnęła Ewa. 
Jednak w toku burzliwych rozważań doszłyśmy do wniosku, że warunkiem przygody jest spotkanie z nieznanym. Zwykle człowiekiem, choć niekoniecznie.

Tego samego dnia powędrowałam na obiad z Ramsikiem do bistro "Po prostu" niedaleko Hiltonu, gdzie można szybko i smacznie zjeść lub równie smacznie wylegiwać na pięterku. Bardzo mi jej brakuję tutaj w Olsztynie.

Co się jeszcze zdarzyło?
Trochę ważnego gadania i sycenia się chwilami poza kontekstem.
Bardzo dużo i jak zawsze za mało.
***
Cudownie wraca się do bliskich, ale wracanie do małego człowieka, wzrost 82 cm i 12 kilo to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie funduje mi codzienność. 

***

Byłabym zapomniała!
Na wieczornej gali skomplementował mnie...uwaga... sam Krzysztof Ibisz - najmłodszy 40-latek w polskim show-biznesie. (Nota bene bardzo sympatyczny)
W jego ustach zdanie: "Pięknie wyglądasz!" zasługuje przynajmniej na wykaligrafowanie złotymi zgłoskami. I powieszenie nad łóżkiem - hihi!
Dobrej nocy!

***
A! I jeszcze!
Umówiłyśmy się z Ewką pod Kulturalną w PKiN, ale żadna z nas nie pamiętała, od ktorej strony wchodzi się Kulturalnej. Krążymy więc wokół pałacu i nie możemy się znaleźć. Dzwonię.
ja: Ewka, gdzie ty się podziewasz?
Ewka: Jestem pod pałacem!
ja: Ale od której strony?
Ewka: No.. od tej, gdzie są kolumny.

;))

wtorek, 12 kwietnia 2011

Całus ze słonecznej Warszawy:)
Spałam dziś w wieeelkim łóżku snem rozkosznym, nieprzerwanym i błogim.

Będę w czwartek. A potem już nigdzie nie jadę.

Do następnego razu:)

Warszawa z okna:







wbrew pozorom, za oknem było słońce:))

Zmykam na kawę z Ewą!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Przyjemny weekend za mną, a pracowity, ale chyba też przyjemny tydzień przede mną.
Powinnam iść spać, żeby wysypka Gilbercika się nie nasiliła, ale chrzanię to: sto kropek wte czy wewte już mnie nie zbawi:)
Jest wątpliwy bonus tej choroby: przypomina mi o tym, że dystans do własnego wyglądu to u mnie wciąż niedokończona lekcja. Choć postępy są.

No dobra. Do rzeczy.

Pierwsze razy:
- Wczoraj Antek pierwszy raz był w teatrze lalek na poznańskich Szałaputkach! Tańczył, wyrywał się na scenę, był w swoim żywiole.
- Dziś Antek po raz pierwszy jeździł po mieście na swoim rowerku, budząc ochy i achy przechodniów.

Nowe pasje:
- Groszek porzucił już zainteresowanie kluczykami. Teraz... odkurza:)

***
Wychodzimy na spacer.
Ubieram się w małym pokoju i słyszę z kuchni siarczyste: "kurwa".
- Co się stało?!
- Możesz mi powiedzieć, kto postawił tak mąkę, że się wysypuje?
- Jeśli nie ty, to wiadomo, że ja, więc po co pytasz?

***
- Tymi swoimi maziami na wysypkę uwaliłaś cały brodzik.
- No uwaliłam i co?
- I nie zamierzasz tego sprzątnąć!?
- Zamierzam, ale chyba nie muszę tego robić teraz. Mogę przecież później.
- W ustach panny Ciśnienie, słowo "później" brzmi nie na miejscu!

***
Już w drzwiach.
- A czemu zostawiłaś wszystkie szafki otwarte???
- Oj daj spokój, przecież jak wrócimy wieczorem..
- Ach no tak! Zostawiłaś je otwarte, żeby nie musieć otwierać po powrocie.










ostatnio przy tej kracie robiłam sobie zdjęcia pół roku temu. Gdybym do smierci robiła sobie zdjęcia tu co pół roku, mogłaby powstać ładna seria:)

sobota, 09 kwietnia 2011

Gadam rodzicami:
Tata: Piszesz coś?
ja: Kiedy? Nie mam czasu na pisanie.
Tata: To, co Ty takiego robisz, że nie masz czasu?
ja: Żyję tato.
Tata: A nie możesz mniej żyć, a więcej pisać?

***
Mama: A ta Twoja powieść to będzie ambitna?
ja: No pewnie, że ambitna.
Mama (wzdycha zawiedziona): czyli znów dołująca.

***
Tata: A o czym ta powieść?
ja: O rany, jak to o czym. O życiu.
Tata: Ludzi czy zwierząt?

***
jak znajdę chwilę to napiszę też kilka słów o ostatnich dniach.
A może opowiem Wam tylko o pewnym wirusie, który mnie dopadł.
Efekt - dziesiątki czerwonych swędzonych jak cholera kropek na całym tułowiu, pojedyńcze na nogach. Choroba nieuleczalna. Trwa od 4 do 6 tygodni. Jakieś diagnozy? Podam skrót: RŁG. Zgadujcie.
Bez paniki. Niezaraźliwa. Nawet przez Internet.
Dopada ludzi między 10 a 35 rokiem życia, zwykle tylko raz.
ja: Kurczę, wiesz, że przyczyną tej choroby jest zmęczenie i stres?
Endrju: Gdyby choroby brały się od zmęczenia i stresu, to nie ty, ale ja byłbym najciężej chory. 

ja: Tu piszą, że zwykle dopada ludzi do 35 roku życia.
Endrju: No to załapałaś się w ostatniej chwili!

piątek, 08 kwietnia 2011

Słabam, szczęśliwam, nienasyconam i śpiącam.
Wrócę tu kiedyś.

czwartek, 07 kwietnia 2011

Zdążyłam zapomnieć o tym bólu. Przyszedł niespodziewanie dziś w nocy.
Pierwszy raz chwycił gdzieś w połowie liceum, pojawiał się zawsze nagle i znienacka. Choć nie bez powodu. Bałam się wtedy, że zdarzy się podczas matury. Nie byłabym zdolna napisać słowa.
Upiorne kłucie w mostku, które paraliżuje ciało i więzi oddech. Wtedy nie mogę robić nic, nie mogę o niczym myśleć.
Ostatni raz bolało mnie w ciąży - nauczyłam się wtedy oddychać, co przynosiło ulgę.
Od kiedy Antek przyszedł na świat, przestał mnie dopadać.
Do dziś.
Wrócił skurczybyk, zrywając mnie z łóżka o piątej rano.
A tak chciałam się wyspać w wygodnym hotelowym łóżku, gdy za ścianą nie płacze dziecko.
Za oknem szarobura zupa, wzięłam gorący prysznic i zaczynam dzień.
Boli coraz mniej. Zaraz przejdzie.
Może przyszedł, aby mi przypomnieć, jak piękny jest świat, gdy nic nas nie boli?

wtorek, 05 kwietnia 2011

Czy ja już mówiłam, że zakochałam się bez pamięci w moim dziecku?

Antek wszedł w okres burzliwego rozwoju i każdy dzień przynosi nam nowe niespodzianki. Od wczoraj nauczył się dawać mi buziaki, całuje mnie mokrymi usteczkami, a ja to uwielbiam. Oprócz tego jego największą pasją jest wkładanie kluczy w dziurkę (bez skojarzeń!). Dziś rano urządził mi w samochodzie histerię na cztery fajerki, bo chciał, żebym wyjęła kluczyki ze stacyjki. Z kolei wieczorem uparł się, że wejdzie pod prysznic z... pizzą, którą jedliśmy na kolację. Nie lubię mu odmawiać, więc siedział w brodziku, zajadał pizzę, która rozmiękała pod wpływem wody. Bezcenny widok:)

Niestety jutro porzucam Groszka i jadę na jakąś konferencję. I nie będę go widziała całe dwa dni i dwie noce. Ech, ech, ech.

I jest mi troche smutno, i troche radośnie.
Bo przede mną wciąż święto. Jest na co czekać.

***
Z weekendowego gadania.
Gadamy z Walerką i Szymonem, ja wspominam czas przed porodem:

ja:
To był strasznie ciężki okres dla mnie. Potężne mrozy, ten wielki brzuch, kilka dni przed porodem dowiedziałam się, że muszę zwrócić czternaście tysięcy dotacji, potem likwidacja sklepu, trzy dni przed porodem pakowałam kartony i sprzątałam lokal, potem awantura z rodzicami, maskara.
Endrju: Tak, tak, to rzeczywiście był ciężki czas. Do tego wszystkiego  marnie mi szło na aikido.

***
Dziś.
Endrju czyta "Wprowadzenie do buszido"
Endrju: Przeczytam Ci fragment:
"Każdy samuraj może i powinien upomnieć żonę za jej zachowanie albo przekonać ją do swoich racji. Powinien jednak używać rzeczowych argumentów. W błahych sprawach niech raczej będzie pobłażliwy i cierpliwy."
Uff, jak to dobrze, że nie jestem samurajem.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Dziś zamiast wpisu, wiosenna mysz od Norte. Marcowa.

Kwietniowa już się szyje:)

niedziela, 03 kwietnia 2011

"Poznań - cieplejszy od Madrytu", "Stary Browar - tu zawsze świeci słońce" - to nowe hasła promocyjne, które stworzyliśmy wspólnie podczas cudnego weekendu w grodzie Lecha.

DROGA NA ZACHÓD
Wyjechaliśmy o świcie w piątek w szampańskich humorach - Antek był wniebowzięty - trochę spał, trochę rzygał, ale pomiędzy jednym a drugim haftem nastrój miał rewelacyjny. Już teraz wiem, że mój syn też coś po mnie odziedziczył. Chorobę lokomocyjną! Upaprani wymiocinami młodocianego wpadliśmy do Walerki i po szybkich ablucjach ruszliśmy na miasto. Pierwsza na szlaku była Galeria Arsenał i urzędujący tam Makówka, do którego wpadłam na kilka słów i buziaka, potem poszliśmy do greckiej knajpki, która brała udział w rewolucjach Magdy Gessler, a stamtąd przeteleportowaliśmy się na ulicę Skrytą do Pani Bogusi.

Endrju: Pamiętaj, żebyśmy kupili "Co jest grane".
ja: A po co Ci poznańskie "Co jest grane".
Endrju: Olsztyńskie ma tylko cztery strony, a ja bym wreszcie chciał poczytać coś grubszego!

Wieczór spędziliśmy w Walerkowym zaciszu, wcinając ichne przysmaki, a powodów do śmiechu nam nie brakowało:

Walerka: No i wiesz kupiłam sobie sweterek w rozmiarze M.
ja: I jak?
Walerka: Nie ma szans, nie dopina się. Ale nie kupię sobie przecież elki!

Kiedy zaczęłyśmy wspominać casting do "Czasu surferów" oraz przypomniałyśmy sobie, jak chciałyśmy zostać modelkami na targach motor show, chłopcy kompletnie zgłupieli, a my chichotałyśmy jak głupie.

SOBOTA
Po pysznym śniadaniu autorstwa Asi popędziłam z Antkiem pod pachą do teatru, do wiedź moich, które nic a nic się nie zmieniły, co więcej młodnieją w oczach, może dlatego, że nad biurkiem Kachy wisi zegar, który chodzi wstecz.
Cięte języki i dowcip jak zwykle ich nie opuszcza.

- Kurczę, ale Ela jest szczupła! - wzdycham do Kasi, patrząc jak Ela zajmuje się Antkiem,
- Bo ona już wysycha! - szepcze mi Kacha z szelmowskim uśmiechem i dodaje szybko - chodzi z tymi kijkami po lesie, wszystkim dookoła rozpowiada że trenuje sama, bo liczy, że ktoś ją w tym lesie zgwałci.

Antek w teatrze czuł się jak w domu - wiedźmy go wytarmosiły i wycałowały, pozwoliły mu bawić się telefonem i komputerem, czym zyskały sobie gorące uczucie. Już dawno nie widziałam Groszka w takim  błogostanie.

Z teatru powłóczyliśmy się do Starego Browaru, gdzie Antonio ku naszej uciesze padł, a my mogliśmy paść w objęcia konsumpcji.

Na obiad trafiliśmy do pysznej włoskiej knajpki Umberto na Żydowskiej, a stamtąd przemieściliśmy się do Gauganka na spotkanie z Jozi i Igą.
Kawiarnia Gauganek ma tę OGROMNĄ zaletę, że jest osobna bawialnia dla dzieci oraz pani, która się nimi zajmuje. Toteż Antek z Igą przepadli w bawialni, Endrju taktownie wyruszył w swoich sprawach, a my zostałyśmy z Jozi same przy kawie i plotkach. Jozi wygląda kwitnąco, a nowe wrażenia i podjarki tylko dodają jej urody.
Gadamy o ciążowych pozostałościach:
ja: Mi cycki nie obwisły, bo są za małe, ale oponkę na brzuchu wciąż mam.
Jozi: Ja też mam oponkę. Ale jak zacznę się prężyć w łóżku, to nię będzie widać.

Wieczór - powtórka z rozrywki. Jemy, pijemy, gadamy i śmiejemy się. I jest mi cudnie. Jest mi naprawdę dobrze - tak mocno, głęboko.  

NIEDZIELA
W połowie drogi powrotnej skręcamy do rodzinnego domu mojej bratowej.
Tam Kris, Asia, jej brat i rodzice.
Antek zachwycony ciocią, psami i zupą pomidorową.

Mama Asi wzdycha, że coś oni nie chcą zabierać się za produkowanie potomka. Gadam potem z Asią.

ja: Mama bardzo naciska?
Asia: No tak, w kółko o to pyta.
ja: Fajnie jest mieć dziecko, ale i trochę przerąbane.
Asia: Widzę po swoich znajomych. Jeśli oni się tak bardzo cieszą, że mają noc bez dziecka, to to macierzyństwo musi być podejrzane.

Po pysznym domowym obiedzie z tortem bezowym na drogę, ruszamy dalej. Antek śpi po niedozwolonej 1/4 aviomarinu, słuchamy Strachów na Lachy i wracamy do domu. Wracamy z mojego ukochanego miasta, gdzie mieszka wiele bliskich mi osób, na ukochaną prowincję, gdzie jest nasz dom.

Samodzielne dziecko


Pod bamberką z uciętą głową

W BROWARZE


Zające w Poznaniu są wszędzie!


Antek padł


SELFSHOT



W GAUGANKU









W WALERKOWYM ZACISZU






WUJEK i JEGO VOLVO